Login lub e-mail Hasło   

Pole widzenia

Często to, co widzimy kątem oka, jest bardzo ważne.
Wyświetlenia: 3.246 Zamieszczono 22/01/2013

Pole widzenia

 

          Ten okulista nie był tani. Gabinet miał poza miastem, we własnym, maleńkim i uroczym domku, na zadrzewionej, oszałamiająco zielonej działce. Jako emeryt, była krajowa sława medyczna w branży, nie udzielał się już od kilku lat w szpitalu, ale praktyka prywatna, ukierunkowana podobno świadomie na bogatą, ustosunkowaną klientelę, musiała mu dawać spore dochody. Mnie w każdym razie, obeznanemu od dzieciństwa z taką czy inną, koszmarnie zawsze drogą aparaturą okulistyczną, oczy, nomen omen, wyszły z podziwu na widok wyposażenia jakim dysponował.

          Doktor Malory był właściwie starcem – gdzieś pod siedemdziesiątkę. Szczupły, siwy pan, o spojrzeniu zarzynanej łani i powolnych ruchach. Bardzo powolnych. Umówiliśmy się telefonicznie, także, co do wynagrodzenia. Wysokiego, przyznam. Doktora polecił mi znajomy dyrektor z magistratu, który też rekomendował mnie u niego jako porządnego, spokojnego i wypłacalnego pacjenta. W sumie niełatwo było tę wizytę załatwić.

          - A więc ma pan z tym problem właściwie od zawsze? – doktor patrzył na mnie uważnie, słowa także wymawiał powoli, precyzyjnie. Jako znakomity, jak już było powiedziane, fachowiec, okulistyczna sława krajowa, a może i zagraniczna, nie nosił okularów. Bo przecież gdyby, to by było tak, iż szewc bez butów chodzi. Zupełnie wbrew zdrowym zasadom autoreklamy.

          Przed Malorym, na biurku, leżał stos mojej starej i najnowszej dokumentacji medycznej, również wydruki  wykonanych na mnie w ciągu ostatniej godziny pomiarów, analiz. W tym właśnie, świetnie wyposażonym gabinecie. Popijaliśmy mocną kawę z identycznych, pojemnych filiżanek doktora, zaserwowanych nam obu przez jego bezszelestną, maleńką, jeszcze szczuplejszą niż on, i jeszcze bardziej siwą żonę.

          - Tak – przyznałem. – Od siódmego roku życia. Odkąd sięgam pamięcią.

          Właściwie to trochę skłamałem, gdyż pierwsze, związane z tą moją hm… wadą wzroku zdarzenia, sięgają jeszcze dalej w przeszłość. Nie potrafię powiedzieć jak głęboko, ale kołaczą mi się po głowie jakieś incydenty z przedszkola. Czyli czwarty, powiedzmy piąty rok życia. Nieważne. W każdym razie, odkąd pamiętam - czy to w zabawie z kolegami, czy później, w szkole, podczas meczy futbolowych, lub jeszcze późniejszych bijatyk o dziewczyny, nigdy nie dawałem się zaskoczyć z boku, lub nawet całkiem z tyłu. Zawsze dostrzegałem ruch, zamierzony cios, czy jakikolwiek inny atak lub zamiar. O kilkanaście milisekund wcześniej, niż pozostali, niż sądzili skradający się przezornie, znienacka chcący atakować. Miałem, mam bowiem, mimo ukończonej dawno czterdziestki, niezwykle rzadko spotykane, niezwykle szerokie, pole widzenia.

          Powiecie, że to nie wada – to zaleta. A jednak nie. Chodzi o to, iż nawet przy braku zagrożenia, nawet w pustym pokoju, w którym jestem sam, widzę kątem oka jakieś ruchy, jakieś cienie, zdradziecko czy dla żartu, kłębiące się wokół mnie - ktoś się skrada ostrożnie, nieuchwytnie, czasem zapędzi zbyt daleko, by momentalnie się cofnąć. Mimo, że to przecież… niemożliwe. Z racjonalnego punktu widzenia.

          Na dłuższą metę to bardzo męczące. Cały dzień, w każdej chwili przytomności, czyli gdy mam otwarte oczy, gdy patrzę przed siebie, mam dziwne wrażenie istnienia jakiegoś tajemniczego, nad wyraz aktywnego, ruchliwego życia z tyłu i wokół mnie. Tuż, tuż, na granicy precyzyjnego zdefiniowania, przyłapania tego czegoś choćby ostrym, pewnym spojrzeniem na gorącym uczynku. Chodzę więc jak błędny, nieustannie czujny, z każdej strony, a raczej zza każdego węgła zagrożony wojownik. Poza tym to mnie rozprasza, utrudnia pracę księgowego, którym jestem od kilkunastu lat – od wieczorowego ukończenia rachunkowości. Mam już serdecznie dość.

          - Początkowo miałem ochotę potraktować pański przypadek jako psychiatryczny – odezwał się wreszcie doktor Malory – jednak wyniki pomiarów istotnie wskazują, że ma pan niespotykanie szerokie pole widzenia. Wykazał to jasno ten zmyślny perymetr, a potwierdził stareńki, ale solidny polomierz kulisty. To ta wielka, biała półsfera, tam w kącie. Standard to maksimum dwieście czterdzieści stopni, a pan ma aż trzysta. Przy zupełnie normalnych z pozoru, nie wyłupiastych wcale gałkach ocznych. Ciśnienie wewnątrzgałkowe też normalne.

          - No… to wiem – zgodziłem się. – Od lat.

          - W dodatku tyle samo stopni kątowych w każdym kierunku – ciągnął doktor. – Góra, dół, lewo, prawo. Jednakowo. Jak szerokokątna kamera filmowa.

          - Lub reflektor, omiatający przestrzeń szerokim snopem, stożkiem światła – podrzuciłem doktorowi.

          - Owszem. Tyle, że ja bym nazwał ten stożek stożkiem uwagi lub… świadomości.

          - Świadomości?

          - Tak – Malory szykował się na dłuższe wyjaśnienia. Poprawił się w fotelu, pociągnął łyk z filiżanki. Niech będzie, w końcu płacę mu za to. Niemało. Też się odprężyłem.

          - Normalny, nie uszkodzony, że tak powiem, człowiek, przyswaja świat głównie za pomocą wzroku – rozkręcał się, zachowując niezmiennie powolność i wyrazistość mowy. – Pozostałe zmysły są ważnym, ale tylko uzupełnieniem. W przypadku mężczyzn o określonej konstrukcji psychicznej, takich jak… pan, o wrodzonej mentalności wojownika, łowcy, obrońcy, żołnierza wreszcie, wzrok nabiera z wiekiem właściwości szczególnych, przydatniejszych w razie zagrożenia. To normalne, to prawidłowe.

          Nareszcie poczułem się fachowo doceniony. Zdaje się, iż Malory nie bezpodstawnie cieszył się znakomitą opinią.

          - Takie… ruchliwe zwidy, cienie, dostrzegane czasem kątem oka, na granicy strefy postrzegania, mogą być wynikiem zmęczenia oczu, długiego wpatrywanie się w monitor, ślęczenia nad papierami. Oko odreagowuje długi bezruch. Ale to nie pański przypadek – pan to widzi naprawdę. Dziwne – przyznał i zamyślił się na chwilę.

          - Widzi pan – kontynuował coraz żwawiej – proces postrzegania, widzenie, to wielce skomplikowana rzecz. Sygnały optyczne docierające do siatkówki są tam przetwarzane na impulsy elektryczne, które włóknami nerwowymi, dość skomplikowaną i okrężną drogą, trafiają do mózgu. Oko jest tylko zwykłym, prostym w swej zasadzie działania sensorem optycznym. Nawet nie kamerą. Wszystko dzieje się w mózgu. Jeżeli widzi pan dajmy na to krzesło, to samo oko nie wie, co widzi. To mózg, po porównaniu obrazu krzesła z własnymi, gromadzonymi w ciągu życia zasobami pamięciowymi, uznaje, że to jest krzesło. I dopiero wtedy obraz ten pojawia się w pańskiej świadomości. Inaczej mówiąc, póki mózg nie zdecyduje co widzi, pan jest… ślepy – skonstatował wreszcie energicznie. Jak na starca.

          - Czyli te wszystkie… cienie, plamy, ruchy które widzę kątem oka, a które tak mi doskwierają, to tylko… przejaw niezdecydowania mojego mózgu? – zaryzykowałem stwierdzenie. – Brak stosownych, potwierdzonych, utrwalonych po wielokroć wzorców?

          - Tak – Malory uśmiechnął się łagodnie. – Jednak tutaj, w pańskim przypadku, to nie wszystko.

          - Tak?

          - Widzi pan – doktor dziwnie westchnął. – To, co panu dokucza, te ruchliwe cienie, zdaje się… istnieją naprawdę.

          - Jak… to? – zdziwiłem się.

          - Mózg, sam z siebie, nie wytwarza u zdrowych ludzi żadnych obrazów – no chyba, że we śnie, lub w innych, rzadkich przypadkach, jednak też zgodnie ze swoimi… zasobami pamięciowymi. A pan jest zupełnie, wzorcowo, że tak powiem, zdrowy. W dodatku, ta sytuacja trwa u pana od urodzenia. Jedyny więc problem jaki ma pański mózg, to… zdefiniować to co do niego naprawdę dociera. A ponieważ z jakichś powodów nie może tego zrobić, nie wykształcił w sobie żadnych szablonów, widzi pan tylko nieokreślone, ruchliwe plamy, cienie.

          - To co z tym fantem począć? – zgłupiałem już całkiem i zmartwiłem się jednocześnie. – Czy nie ma… sposobu?

          - To… zależy od pana – doktor spoważniał. – Ten śladowo tylko, symbolicznie i nieostro postrzegany świat… za panem, obok, istnieje zdaje się… realnie. Niedostępny w żaden sposób dla… reszty ludzi. To problem, z którym się jeszcze nie spotkałem, to… bardzo dziwne. Ale i… fascynujące.

          Zamyślił się na chwilę, jednak po minucie kontynuował.

          - Byłby pan skłonny… zaryzykować? Nie mówię, że życie, czy choćby zdrowie, ale… swój czas i… swoją trzeźwość umysłu?

          - Jak to? – naprawdę byłem zdumiony.

          - Mamy okazję, mam okazję, ustalić wspólnie bardzo istotną rzecz – wydawał się podniecony tym, co mówił. – Mianowicie pewien nieznany, a jedynie podejrzewany, przeczuwany zaledwie… aspekt rzeczywistości.

          - Jaki aspekt?

          - Świat…y równoległe, tamtą stronę, inne… wymiary, czy jak pan to chce nazwać. – Doktor zdaje się mówił całkiem poważnie. Słuchałem dalej z zainteresowaniem.

          - Jakim cudem?

          - No cóż, jeszcze nie wiem – przyznał. – Będę musiał opracować strategię, szczegóły eksperymentu, obmyślić zabezpieczenia. Jednak narzędzie główne już mamy.

          - Tak?

          - Tak – wyprostował palec wskazujący i wycelował go we mnie. – Jest nim pan. O ile oczywiście okaże się pan… skłonnym, zainteresowanym, ciekawym… natury świata. Jeżeli pan się zgodzi.

          Dał mi do myślenia. Owszem – jestem ciekaw świata, jego natury, i tak dalej, ale wyraźnie widzę, że musiałbym być tu raczej bezwolnym przedmiotem, królikiem doświadczalnym.

          - A… zacząłem, ale doktor przerwał.

          - Wszelkie koszta ponoszę ja, łącznie z dzisiejszymi badaniami. Pokrywam również ewentualne straty, spowodowane pańską, choćby kilkudniową nieobecnością w pracy. Pan ryzykuje tylko własnym czasem. Możemy też umówić się na pewną… gratyfikację dla pana. Za… fatygę, powiedzmy. Spiszemy stosowne umowy. To… jak?

          Doktor Malory nie wyglądał już na staruszka. Małe oczka błyszczały mu jak żaróweczki, mówił coraz szybciej, ręce, dłonie, wyczyniały jakieś hołubce. Najwyraźniej czekał na  możliwość wykonania takiego eksperymentu przez wiele lat. I  późniejszej publikacji autorskiego, sensacyjnego artykuliku. W renomowanym, poważnym periodyku medycznym.

          Cóż – nie jestem człowiekiem zachłannym, nie umiem, nie chcę łapać każdej okazji. Mnie również ciekawi, co doktor chce uzyskać, czego się spodziewa. Może dokona, dokonamy, jakiegoś istotnego odkrycia?

          - Dobrze – zgodziłem się wstępnie. – Też mnie to interesuje. Proszę więc poczynić stosowne przygotowania, zorganizować wszystko, sporządzić umowy. No i, mam nadzieję, wprowadzi mnie pan we wszystkie istotne szczegóły?

          - Oczywiście, oczywiście – wstał gwałtownie i począł ściskać mi dłonie. – Proszę się nie niepokoić – zawiadomię pana w ciągu… tygodnia.

          - Zgoda – wstałem również. – A… wyleczy mnie pan?

          - Naturalnie. Jakże by inaczej.

          Zostawiłem go więc rozgorączkowanego, a sam wróciłem do domu. Ciągle widząc kątem oka, z tyłu, z boku, ruch, czajenie się… nieostrożne wyskoki czegoś, kogoś.

----------------------------

          Siedzę więc sobie teraz w gabinecie doktora na solidnej leżance, wciśnięty między dwie młode, obejmujące mnie, niczego sobie, pielęgniarki. Czuję ciepło ich młodych ciał, ale tak ma być, tak Malory to ustalił. Dobrze ustalił. Przede mną, na statywach, trzy kamery, silne lampy studyjne, mikrofony, magnetofony, a przede wszystkim zmyślne, półsferyczne lustro, specjalnie zamówione przez doktora do tego eksperymentu. Na głowie mam specjalny czepek z mnóstwem elektrod podłączonych do aparatury EEG, a na piersi trzy przyssawki, także z przewodami prowadzącymi do rejestratora EKG. Cały jestem opleciony przewodami i… delikatnymi, ciepłymi rączkami pielęgniarek.

          Za całą tą maszynerią, nieco w cieniu, doktor Malory z jakimiś dwoma asystentami oraz Jerry, mój ad hoc adwokat. Wszystko przygotowane, obgadane, dokumenty podpisane.

          - No dobrze – mówi wreszcie doktor. – Wstrzyknę teraz panu pod obie gałki oczne, tak jak to wcześniej ustaliliśmy, po dwa mililitry litozyny, specyfiku powodującego godzinne uelastycznienie mięśni pańskich oczu. Co poszerzy pańskie pole widzenia jeszcze bardziej. Jakieś trzy minuty po aplikacji, wystartujemy aparaturę. Przypominam jeszcze raz o konieczności mówienia, relacjonowania pańskich wrażeń. To w całej sprawie… najistotniejsze, najważniejsze.

          Doktor zbliża się z maleńką strzykawką, zakończoną ledwie widoczną igłą. Dopada mnie lekki niepokój, ale ciepłe panie głaszczą mnie delikatnie po plecach. Zawiązują mi oczy jakąś czarną przepaską, po czym czuję dwa delikatne, zupełnie bezbolesne ukłucia pod oczami. Opaska po chwili znika.

          - Proszę państwa… mówi doktor spokojnie. – Zaczynamy… w imię Boże.

          Włączone światła oślepiają mnie na chwilę, kamery i mikrofony włączone, aparatura startuje.

          Siedzę więc i czekam na… działanie leku.

          - Proszę mówić – poleca Malory.

          Odchrząkam więc, i mówię.

          - No cóż… nic się nie dzieje, niczego specjalnego… nie odczuwam. Miłe panie obok są hm… cieplutkie. Proszę się nie gniewać. Widzę jaskrawe światło lamp, widzę pana doktora, Jerrego. Na razie… nic. Zwykłe, szybkie cienie… kątem oka… ruch… o… coś… większego… jakiś…

          Usypiam nagle, bez żadnej łagodzącej fazy przejściowej. Nagła ciemność, błyskawiczna utrata świadomości. Panie podtrzymują mnie chyba przez godzinę, bo budzę się równie nagle, w tej samej w zasadzie pozycji.

          - Ech – mówi wyraźnie zawiedziony doktor. – Nic z tego. Stracił pan tylko świadomość na czterdzieści minut. Zasnął pan po prostu.

          - To… nie moja wina – usprawiedliwiam się. – To… ten lek i… panie.

          - Miał pan jakieś… sny? Pamięta pan coś?

          - Nie. Absolutnie nic.

          - Trudno – Malory krzywi się brzydko. – Zmarnowaliśmy tylko mnóstwo czasu, energii, pieniędzy wreszcie. Eksperyment nie udał się. Przepraszam wszystkich.

          Odłączają mnie od aparatury, obmywam silikonowę smarowidło z piersi, ubieram się. Asystenci zwijają sprzęt, Jerry załatwia z doktorem czeki. Podpisuję papiery, żegnamy się z przybitym doktorem.

----------------------------

          Ponownie jestem w gabinecie doktora. Ten, mimo umówionego telefonicznie spotkania, patrzy na mnie wyraźnie zaskoczony. Nie wie przecież, o co mi chodzi.

          - Doktorze – mówię poprzez biurko. – Tu są podpisane, gotowe papiery, a tu pańskie pieniądze. Minus, rzecz jasna, opłata adwokacka dla Jerrego.

          - Jakżeż tak? – dziwi się Malory. – Eksperyment nie udał się, to fakt, ale opłaty, koszta, to było moje ryz…

          - Otóż myli się pan – przerywam. – Eksperyment udał się… nadspodziewanie.

          - ?

          - Tak. Okłamałem pana. Zresztą może pan to łatwo sprawdzić na zapisach EEG i EKG. Ja… nie spałem wtedy. Wręcz przeciwnie.

          - Nie… przeglądałem zapisów, licząc głównie na pańskie… relacje. Co się… wydarzyło?

          - Wyjaśnię panu szczegółowo, jednak, niczego pan z tym nie będzie mógł zrobić.

          - To znaczy?

          - Bo to będzie tylko jakaś tam historyjka niezbyt może zrównoważonego pacjenta. Żaden dowód. Zwykła anegdotka, opowiadanko.

          - Nie szkodzi – Malory uśmiechnął się łagodnie. – Mnie interesuje wyłącznie prawda.

          - A więc… było tak. Pierwsze, co dostrzegłem wtedy kątem oka, to gęstwina różnokolorowych cieni i plam. Pan rzeczywiście powiększył znacznie moje pole widzenia, więc zacząłem się… bokiem… rozglądać. No i cóż – z tej plątaniny światłocienia wyszedł mój… zmarły przed laty brat.

          - Nie – doktor Malory uderzył dłonią w blat biurka.

          - Ależ tak – też uderzyłem dłonią w biurko. – Wychynął z prawej strony jak zza węgła – uśmiechnięty, rozradowany, ubrany w swoje ulubione letnie spodnie i zwiewną koszulę, demonstracyjnie trzymając palec na ustach. Co oznaczało prośbę o zachowanie milczenia. Toteż i przestałem mówić, relacjonować to co widzę moim poszerzonym znacznie oglądem. Pamięta pan?

          - Tak – odrzekł nadąsany czemuś doktor.

          - Machnął mi niedbale ręką przed oczami, a ja natychmiast przestałem widzieć to co… przede mną. Czyli pana, całą tę aparaturę, lampy, gabinet. Dla pana, dla was, usnąłem, jednak to tylko ten mój, jak pan to określił, snop uwagi, świadomości, skoncentrował się teraz wyłącznie na tym co dotąd tylko… wyczuwałem.

          - Fascynujące – stwierdził Malory, trochę chyba jednak ironicznie.

          - Mogę nic nie mówić – spojrzałem na niego twardo. – Jak pan sobie chce.

          - Ależ nie. Proszę dalej – pokajał się.

          - No więc – ciągnąłem dalej – gdy straciłem już całkowicie z oczu nasz… świat, naszą rzeczywistość, brat… zaczął mówić. Wyjaśnił mi, że tak naprawdę to nie jest moim bratem, który przecież czeka na mnie… w innym miejscu, że jest tylko jednym z kilku moich… opiekunów, a postać brata przyjął jedynie po to, by mnie nie wystraszyć. Uwierzyłem mu.

          Wyjaśnił też, że od zawsze, z powodu mojego ponad miarę szerokiego pola widzenia, mają ze mną mnóstwo kłopotów. Normalnie funkcjonują, opiekują się każdym z nas bezpiecznie ukryci poza snopem naszego postrzegania, ale zawsze obok, zawsze gotowi do pomocy, korekty naszego postępowania. Zaglądają nam przez ramię, delikatnie, niewyczuwalnie popychają we właściwym kierunku - czasem tylko czujemy ich subtelne powiewy na karku, przyjazne spojrzenia. Dbają o nas, pilnują bez przerwy, starając się byśmy dokładnie, szczegółowo realizowali nasz Indywidualny Scenariusz. Czasem bawią się, figlują z nami. Na bieżąco znają nasze myśli, pragnienia.

          - Ależ to… - doktor znów próbował coś powiedzieć, jednak przytomnie zrezygnował w pół słowa.

          - To są byty… duchowe – ciągnąłem nieubłaganie. -  Funkcjonujące poza naszym… polem widzenia. Czasem nasi zmarli, czasem istnienia bezpośrednio wyższe, wolontariusze… opiekunowie.

          Bo życie… materialne, nasz świat, to, jak się okazuje, wielka rzadkość, Dar. To jedyna, najpełniejsza okazja do… rozwoju. Większość ludzi ignoruje te nazbyt często subtelne, delikatne i wciąż ponawiane wskazania Opiekunów, ale taki jest wymóg respektowania Wolnej Woli. Nic na siłę. Stąd to ukrycie, zasada tajemnicy. Aż do końca.

          - A… pan? – sensowniej tym razem spytał doktor.

          - Ja, to tylko jeden z kilku, z którymi są pewne problemy. Nie zmienia to w żaden sposób, nie narusza Zasady. Bo kto mi uwierzy?

          - Czy… nad tym wszystkim jest… On?

          - Tego nie wiem. Ale… na to wygląda.

          Zostawiłem wreszcie doktora poruszonego jednak do głębi moją opowieścią. Umysł racjonalny, naukowy, skapitulował wreszcie zdaje się przed jedynie logiczną, całościową i tak przecież optymistyczną wersją całości. Oczekiwaną, pożądaną. A więc prawdziwą.

          Wracam teraz na swoje zwykłe, niewidoczne miejsce uspokojony. Doktor umrze dopiero za cztery lata, trzy miesiące i dwanaście dni, ale w tym krótkim czasie można przecież zrobić wiele dobrego, można zmienić swoje poglądy, można się rozwinąć. I tak się zapewne stanie. Szkoda tylko, że ma całkiem zdrowe, normalne oczy. To pewne rzeczy utrudnia. Cóż – okulista, fachowiec. Nauka ziemska, ludzka, jednak nie jest całkiem do niczego.

 

KONIEC.

1301

Podobne artykuły


11
komentarze: 22 | wyświetlenia: 725
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1089
10
komentarze: 11 | wyświetlenia: 643
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1005
9
komentarze: 36 | wyświetlenia: 863
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1233
9
komentarze: 16 | wyświetlenia: 511
9
komentarze: 20 | wyświetlenia: 938
9
komentarze: 13 | wyświetlenia: 609
9
komentarze: 33 | wyświetlenia: 859
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 772
9
komentarze: 3 | wyświetlenia: 427
9
komentarze: 44 | wyświetlenia: 891
9
komentarze: 56 | wyświetlenia: 520
8
komentarze: 18 | wyświetlenia: 788
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Fajne... nawet bardzo. Szkoda, że ma normalne oczy...;)

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: He, he - normalne, zdrowe oczka niczego nie wykluczaja.

@golesz: Nie wykluczają, ale też nie zwiększają możliwości postrzegania...

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Ano nie. Ale zawsze to, czego nie widać, można sobie wyobrazić. Jak żywe.

@golesz: Tak, ale to wymaga uruchomienia wewnętrznego postrzegania - Trzeciego Oka:)

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Fakt. Ale nie znam żadnego okulisty, speca od Trzeciego Oka. Jak dotąd.

@golesz: Tu trzeba stopnia następnego wtajemniczenia i pomocy szukać u speca od Czakr:)

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Czyli banalna, wulgarna nauka nic tu nie ma do gadania? Czakry i inne fluidy to jakby mniej konkretne zjawiska. Niż np: astygmatyzm, zaćma, jaskra. I jak to ogarnąć?

@golesz: No wiesz, człowiek to nie tylko istota fizyczna... Nasze ciało duchowe ma większe możliwości od ograniczającej nas fizyczności... Widzisz, moje trzecie oko postrzega falę zgryźliwości dopadającą każdą moją wypowiedź, fizycznie manifestującą się kolorem czerwonym:) Potrzebuję chyba jakichś okularów zmniejszających pole widzenia...podaj adres tego twego okulisty...;)

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: O - faktycznie. Co za cholera? Ktoś się dorwał do klikania?

@golesz: Tym razem niesympatycznego - klik klik, ja się zastanawiam, co oni z tego mają, że tak czyhają na moje wypowiedzi... No ale i tak się nie dowiem, chyba, że skontaktuję się z moimi Stróżami - oni wszystko widzą...

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: To pewnie owe byty... duchowe powiedzmy. Zza węgła. Ale tym razem spokój.

  jotko49,  22/01/2013

@Skalny Kwiat:
;)

@golesz: Pozorny... No, ale przetrwamy i to... Samo życie, byty zza węgła też muszą jakoś umilać sobie egzystencję ;)

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Nie rozumiem zupełnie tych Eiobowych układzików i animozji. To... dziecinne.

  ulmed,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Też to zauważyłam. SK, myślę, że ten z 'czerwonym' w ręku, to nie nosi aureoli.

@golesz: Bardzo dziecinne, ale takie tu zapanowały zwyczaje, od jakiegoś czasu... Jeszcze dwa lata temu rzec by można, animozje kwitły sobie, ale otwarcie i walka na argumenty merytoryczne toczyła się zażarcie. Teraz niestety wojna podjazdowa się rozpanoszyła, z docinkami osobistymi, często niewybrednie skonstruowanymi, mnożeniem się multikont, oraz rozsyłaniem wici na maile prywatne w celu lepsze ...  wyświetl więcej

@ulmed: Ulu, i nie znosi budyniu:)))

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Żałosne to i małe.

@golesz: Niestety, ale Stary Świat jest zbudowany na małym i żałosnym. Dopóki się nie zalogowałam w wirtualnym świecie jakieś 3 lata temu, nie wiedziałam, o czym ludzie mówią używając hasełek cyberstalking, cyber hate, itp. Nie wiedziałam, że ludzie mogą być aż tak zawistni i węszący zawiść wokół, gdy im brak poklasku. Aż uwierzyć nie mogę, że odkryłam to dopiero w cyberprzestrzeni, gdy krąg poznawanych postaci rozszerzał się wokół.

Drogi Goleszu,
Dziekuje za przypomnienie mi o wizycie u okulisty ;-)

  golesz,  22/01/2013

@youngcontrarian: Proszę uprzejmię. Może zaczniesz coś... dostrzegać na boku?

@golesz:
Zona nie pozwoli...

  golesz,  23/01/2013

@youngcontrarian: He, he - dokładnie o takich bokach myślałem. Popatrz, jak bardzo jesteśmy "skanalizowani". Aż wstyd.

  grazaa,  22/01/2013

Pomysły to Ty masz... ;) Ale takie pole widzenia... to mi się zdarzyło, w stanie zagrożenia. Miałam wrażenie, że oczy mam... wokół głowy. Zarejestrowałam wszystko co się działo, a to były zaledwie ułamki sekundy. Więc to o czym piszesz jest możliwe, ale jak...? I oczywiście, świetny tekst :)

@grazaa: Poczucie zagrożenia uruchamia w nas postrzeganie pozazmysłowe również... tłumaczymy sobie to właśnie wyrażeniem "oczy wokół głowy" :)))

  golesz,  22/01/2013

@grazaa: Dzięki serdeczne. Mamy w sobie samych tyle nieznanego... A wokół inni, równie tajemniczy. Piękny, fascynujący świat, tyle do poznawania.

  golesz,  22/01/2013

@Skalny Kwiat: Oczy dookoła głowy trzeba mieć zawsze. Na przykład, he, he, w zatłoczonym tramwaju. Co by nas nie okradli z pobranej właśnie, przytulonej do serca wypłaty.

  grazaa,  22/01/2013

@golesz @Skalny Kwiat: Tak, to musiało być coś więcej niż zwykłe postrzeganie otoczenia naszymi zmysłami. Ale wrażenie jest... niesamowite :) No i świadomość tego co się widziało, która przychodzi później... trudne do opisania. I zawsze jest zaskoczeniem, trudno w to uwierzyć, że jesteśmy tak niezwykłymi istotami i mamy takie możliwości.

  golesz,  22/01/2013

@grazaa: Ba. A wiedząc takie rzeczy, choćby z literatury, możemy się spodziewać, możemy być pewni, że w chwilach zagrożenia, ostatecznych, poradzimy sobie jakoś. W ten, czy inny sposób. W każdym razie będziemy mile zaskoczeni... sobą.

  grazaa,  22/01/2013

@golesz: Ja już to wiem, znam swoje reakcje, wiem jak to jest... widzieć więcej niż to możliwe...zwykłymi zmysłami. Ale i tak... zaskakuję samą siebie, skąd to opanowanie i... spokój? Czuję się słabą istotą, ale w takich chwilach... coś się zmienia.

  golesz,  22/01/2013

@grazaa: To jest ta nasza... iskra. Zwykle ledwie, ledwie, a w razie potrzeby... No. I zdaje się nigdy całkiem nie gaśnie. A nigdy, to także... wiecznie. Musisz mi kiedy, w zaciszu mailowym i ze szczegółami opowiedzieć.

  grazaa,  22/01/2013

@golesz: Tacy jesteśmy, niezwykli... A często nie potrafimy tego docenić. To co jest najważniejsze, ukryte jest tak głęboko, ale gdy uda nam się tam dotrzeć, zaczynamy naprawdę istnieć. Nie musimy już niczego udawać, po prostu jesteśmy... prawdziwi my.

  golesz,  22/01/2013

@grazaa: I uzupełnię - życie, wydarzenia, nasz los, "robią wszystko", żebyśmy tam trafili, znaleźli "to właściwe". A i wtedy to żaden koniec drogi, bo dopiero wtedy zaczyna się najlepsze.

  grazaa,  22/01/2013

@golesz: To nasza droga, wszystko co dobre i złe, kłody, które spadają nam pod nogi... naprowadzają nas, nadają właściwy kierunek. Wczoraj nie istnieje, jest teraz i... jutro. I właśnie tam odnajdziemy "to właściwe". Cieszy mnie, że myślimy podobnie :)

  grazaa,  23/01/2013

@golesz: Dopiero teraz doczytałam, że chciałbyś, abym opowiedziała Ci to zdarzenie. Jeśli chcesz posłuchać tej historii, napisz do mnie wiadomość z mojego profilu :)

  hussair  (www),  23/01/2013

Cholera... Coś jakbym widział po bokach... Jakieś cienie?

  Amicus,  23/01/2013

@hussair: Może to CBA? ;)

  hussair  (www),  23/01/2013

@Amicus: Tego się obawiam. A przecież wolałbym jednak te miękko-ciepłe pielęgniarki. W ramach ochrony, oczywiście. Żadnych tam incydentów. Jesteśmy kulturalni.

  golesz,  23/01/2013

@hussair: Kulturalni. A w głowie tylko jeden cel. Jak to światełko w tunelu.

  hussair  (www),  23/01/2013

@golesz: Rzekłeś.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska