Login lub e-mail Hasło   

Szajbka

Nie bądź wybuchowy, i lepiej sprawdź, co w Tobie siedzi.
Wyświetlenia: 1.719 Zamieszczono 29/01/2013

Szajbka

 

          Obudziło mnie żonine poszturchiwanie w bok.

          - Misiu, obudź się – szepcze mi słodko do ucha, waląc jednocześnie ostrym łokciem po nerkach. Takie właśnie są kobiety.

          - Co się stało? – Spytałem ledwie rozbudzony, gdyż ostatnio mam znaczne zaległości w nocnym, odżywczo regularnym odlocie świadomości. Od jakichś dwóch tygodnie słabo coś zasypiam. Słabo, to oczywiście eufemizm – mówiąc wprost, w ogóle nie mogę zasnąć. Albowiem od właśnie dwóch tygodni, rozsadza mi czaszkę narastający z dnia na dzień, i z nocy na noc, ma się rozumieć, ból. Tępy, jakiś taki odśrodkowy, puchnący, dziwny. Jakby coś mi rosło w mózgu. I tylko co trzecią mniej więcej noc, gdy już z niewyspania nie mogę nawet myśleć, oczy same się zamykają i… usypiam na kilka krótkich godzin.

          Właśnie w tak brylantowo cennym czasie, żona wali mnie łokciem po nerkach.

          - Przestań liczyć – prosi, lecz przecież nie wiem o co.

          - Co? – Podnoszę wreszcie ostrożnie powieki, lecz na szczęście wokół ciemność.

          - Misiu – głaszcze mnie po głowie jak małego chłopczyka, choć mali chłopcy raczej nie łysieją. Tak intensywnie. – Ty przez sen liczysz. A raczej odliczasz po cichutku. Zacząłeś od około osiemnastu tysięcy, nie pamiętam, a teraz stanąłeś na szesnastu tysiącach dwustu osiemdziesięciu pięciu. Co ci się śni?

          - Nic mi się nie śni. Boli mnie głowa. Odliczam?

          - Tak misiu.

          - Ale… co odliczam?

          - No właśnie nie wiem.

          - Śpij żabciu – mówię do żony, i zamykając oczy, całuję ją na chybił trafił. Wypadło na śliczny, za dnia, nosek, więc całkiem nieźle. – Może jeszcze usnę.

          Rzeczywiście usypiam. Nie na długo jednak. O ósmej ten przeklęty budzik próbuje mordować mnie swoją zegarową akuratnością. Muszę wstać, umyć się, ubrać, i iść do roboty. Zarabiać na żabcię. Leży teraz słodko – z przyzwyczajenia nie reaguje już na to tykające, hałaśliwe dla mnie ustrojstwo, delikatnie mrucząc. Z wiekiem, jestem pewien, to urocze, kocie mruczenie, zmieni się w ogłuszający, całonocny ryk startującego myśliwca, ale co się będę martwił na zapas.

         Zrywam się z łóżka, i natychmiast dopada mnie znajomy już, a jednak nowy, bo jeszcze silniejszy, ból głowy. Do tego niespodziewanie zaszpiliło mi potężnie w zębie. Góra, lewo. Chyba piątka. Za co?

          Poranne ablucje zajmują mi jak zwykle moment, jednak przy szorowaniu zębów szpilenie w piątce narasta, i już nie znika, lecz pulsuje psiakrew w takt całkiem jeszcze sprawnej pompki. Tłumi nawet swoim natężeniem, swoją intensywnością, ciągły przecież ból głowy. Na zasadzie - boli cię główka, mocno? Naderwij sobie zęba, to przestanie. Bolą ząbki? Poharataj się kawałkiem potłuczonego szkła. Rwą krwawiące, świeże rany? Wydłub sobie oczko. Lewe na początek. Zwykłe maskowanie słabszego mocniejszym. Lub cichego głośniejszym. Wrona zawsze zakrzyczy skowronka.

          Wychodzę jakoś z domu, i zamierzam jechać prosto do roboty. Najmądrzejszy bowiem na świecie człowiek, jaskrawy błysk esencjonalnie czystej, skondensowanej w swej kryształowej mocy inteligencji, wzór niedościgły, czyli szef, nie patyczkuje się z nami i nie popuszcza nawet o milimetr.

          Nie wytrzymuję jednak tej piątki. Krzywiąc się okropnie, podwójnie zasadnie z powodu genetycznej awersji, zwierzęcego lęku na samą myśl o wiadomym gabinecie,  skręcam w stronę stacji pogotowia, w nadziei na choćby zwykłą wiertarkę do betonu lub lepiej, na kleszcze ekstrakcyjne. W fachowej, pewnej i silnej dłoni dentysty.

          Zawód jest okropny. Zlikwidowali stomatologa, wychodząc z idiotycznego założenia, iż pogotowie ma świadczyć pomoc wyjazdową, wyłącznie u potrzebujących jej nagle, bezzwłocznie, a przecież od zębów się nie umiera. Niezbyt szybko w każdym razie, choć czasem w męczarniach. Ale to wielka rzadkość. Zgon znaczy, bo męczarnie, to i owszem. Nagminnie. No i jak tu wozić całe te fotele, wiertarki, spluwaczki? I jeszcze może biegać z całym żelastwem po piętrach? Więc pozbyli się. Uzyskuję jedynie adres najbliższego gabinetu, i tam właśnie w te pędy biegnę. Niedaleko.

          Gabinecik na drugim pięterku, w jednym z prywatnych apartamentów potężnego doktora. Potężnego posturą, tubalnym barytonem, zwichrzoną czupryną. Nieogolony, oczka senne całkiem, malutkie. Nie zdążył się jeszcze z rana ogarnąć. Ale zwiewna pielęgniareczka w pełnej gotowości, uśmiechnięta zawodowo, pachnąca. Pewnie dochodząca z zewnątrz, z miasta.

          Sadzają mnie na seledynowym fotelu, każą czekać. Ból mija jak ręką odjął, lecz to przecież tylko nerwowa ułuda. Zawsze tak mam u dentysty, na sekundy przed. Oni zresztą wiedzą o takich, rozumieją, współczują nawet. Czasem.

          Doktor oporządził się jakoś wreszcie, przebrał na biało, naciągnął gumiate rękawiczki na potężne paluchy. Siada obok, włącza silny reflektor, patrzy na mnie ciekawie.

          - Gdzie boli? – ryczy mi w twarz.

          Rozdziawiam paszczę, i pokazuję palcem. Doktor wkłada mi do jamy okrągłe lusterko na metalowym patyku i ogląda piątkę szczegółowo.

          - Niedobrze – mówi. – Ropień.

          - Czyli? – Pytam dla pewności, lecz przecież wiem.

          - Ekstrakcja. Zgadza się pan?

          - Tak – mówię. – Nie ma wyjścia.

          - Zosiu – doktor ryczy do pielęgniarki. – Papiery.

          Ulotna Zosia prosi mnie o dane, podpisuję się we właściwych rubryczkach, zakłada mi kartotekę. Wszystko formalnie, przepisowo. Opowiadam doktorowi o historii bólu, dorzucam okoliczności, w tym o głowie i permanentnym braku snu. Dziwi się trochę, ale piątka jest ewidentnym, namacalnym dowodem konieczności stomatologicznej. Niezależnie od wszystkiego.

          Psika mi wreszcie po zębach jakimś lodowatym, przyjemnie, alkoholowo pachnącym aerozolem, wpycha do gęby stare gazety, czy może gazę, koryguje położenie podgłówka.

          - Ekstraktor trójka – ryczy do ulotnej Zosi.

          Po chwili czuję na zębie zimny, twardy metal, zamykam oczy, sztywnieję w kamień. Odruchowo, podświadomie, odliczam w myśli; szesnaście tysięcy, dwieście osiemdziesiąt cztery, szesnaście tysięcy, dwieście osiemdziesiąt trzy, szesnaście tysięcy, dwieście osiemdziesiąt dwa

          Obcęgi zaciskają się, doktor lekko, mimo paluchów, zadziwiająco ostrożnie i delikatnie rusza ropiejącym wyrodkiem w lewo, w prawo, po czym jednym, pewnym ruchem, wyciąga mi go z dziąsła. Prawie bezboleśnie.

         I tu, w tym dopiero miejscu, zaczyna się sedno tej zadziwiającej opowieści. Poprzednie literki, wyrazy ułożone jako tako w zdania, to tylko wprowadzenie.

          - O cholera – ryczy doktor, wstrzymując w połowie szablonowy, jakże ograny ruch ekstrakcyjny, momentalnie stopując uzbrojoną w kleszcze rękę, zmierzającą standardowo w kierunku spluwaczki i śmietnika jednocześnie. – Co to jest?

          Wywalam gały, i też widzę. W zaciśniętych, chromowanych kleszczach tkwi zakrwawiony, częściowo sinobury ząb, z którego wybiegają trzy cieniutkie, różnokolorowe, luźno się skręcające… przewody, biegnące do… pustego teraz miejsca w moich dziąsłach, sikającej krwią dziury. Czy raczej stamtąd wybiegające.

          - Zosiu – szepcze tym razem, pełen zadziwiającego refleksu sytuacyjnego, doktor. – Nereczkę proszę, waciki i… foto.

          Gibka pielęgniarka jest jak dobrze naoliwiona maszynka do instrumentowania. Natychmiast podaje doktorowi czyściutką, emaliowaną na biało nerkę, do której ten wypuszcza z kleszczy wyrwany dopiero co ząb. Ten uderza lekko o metalowe dno nerki, podskakując dwa razy na giętkich przewodzikach, nieruchomieje. Prawie jednocześnie doktor wypycha mnie wacikami, tamując wyciekającą z dziury po zębie krew, uważając jednocześnie na delikatną nie wiadomo do czego służącą instalację przewodową. Zosia, jakby trzymała go tam od rana, wyciąga zza pazuchy elegancki aparacik cyfrowy, i fachowo pstryka kilkanaście zdjęć. Pełen profesjonalizm, skuteczność, kompetencje.

          - Wie pan coś na ten temat? – ryczy doktor, podsuwając mi pod oczy nerkę.

          - Unhmnm – wydaję nieokreślone mruczenie, jako, że wypełnia mnie doszczętnie, gębowo, jakieś pół kilograma szmat i papierów. Doktor zręcznie, drugą ręką, chwyta więc ze stolika podręcznego zakrzywioną pęsetę i stopniowo oczyszcza z bawełny. I z celulozy. Mogę ostrożnie mówić.

          - Ależ skąd – mówię więc, lekko tylko zniekształcając, z uwagi na wybiegające mi z ust przewodziki. No i zbierającą się ciągle, choć już nie tak gwałtownie, krew. – Pierwsze to widzę.

          Doktor jest systematyczny, ostrożny, przewidujący. Perła wśród zębatych medyków. Z pomocą Zosi robi mi wokół twarzy zmyślną opaskę, mocującą bezpiecznie, pewnie, plastikową fiolkę, do której przenosi oprzewodowany ząb, myjąc go uprzednio stosownymi płynami, oczyszczając. Wyglądam chyba jak nie do końca odbandażowana mumia egipska, ale daje to nam czas na zastanowienie. Dostaję też zastrzyk przeciwbólowy, mający wielogodzinne działanie. Krwawienie powoli ustaje, możemy spokojnie omówić problem.

          - A więc zupełnie pan nie wie, co to za instalacja?

          - Zupełnie – mówię zgodnie z prawdą.

          - Hm… - zastanawia się. – Żadne zabiegi w okolicy… głowy, szczęki, wypadki, urazy?

          - Nic.

          Milczymy dłuższą chwilę, kombinując intensywnie. Ból zęba, głównie z powodu jego nieobecności w karnym, zdrowym dotąd szeregu, mija. Zaczyna dominować ból głowy.

          - Wie pan co? – Odzywa się w końcu doktor. Nie ryczy już, jest prawdziwie zafrasowany. – Nie możemy tu niczego w ciemno zmieniać, ryzykować. Mam brata bliźniaka, znanego radiologa. Przejedziemy się do niego, do szpitala wojskowego, zrobimy panu tomografię. To powinno sprawę wyjaśnić. Dobrze?

          Godzę się bez zastrzeżeń. Doktor wykonuje kilka telefonów, szykuje się, zostawia Zosię na dentystycznym gospodarstwie. Wychodzimy, jedziemy jego samochodem na tomografię. Życzliwość, dbałość o pacjenta, kultura. A omnipotentne bóstwo, mój szef ukochany, musi się wstrzymać z bólami. Nawet nie dzwonię do firmy - jestem całkowicie, formalnie, usprawiedliwiony.

------------------------------------

          A więc już po godzinnej, tomograficznej sesji zdjęciowej. Teraz przyszedł czas na opracowywanie danych, analizy, wstępne diagnozy. Mogę się ubrać, rozprostować kości, ogrzać. Do pomieszczeń obok naszło się całe mnóstwo poubieranych na biało ludzi – starszych, młodszych, ale i persony mundurowe, szarże. Jak to w popularnym, renomowanym szpitalu wojskowym, świadczącym usługi medyczne nie tylko dla armii.

          Licznie zgromadzeni specjaliści oglądają mnie, skanują ciekawsko wzrokiem, perorują i gestykulują. Widzę to wszystko poprzez zielonkawą szybę, oddzielającą bezpiecznie rentgenowsko przecież pracujący tomograf od obsługi. Nie słyszę niczego, jednak atmosfera dyskusji wydaje się gorącą. Pomieszczenia za szybą, sterownia, pustoszeją wreszcie radykalnie, pielęgniarka prosi mnie do środka. Ściskam rękę kierownika radiologii, pułkownika zresztą, rzeczywiście bliźniaczo podobnego do dentysty. Siadamy na wprost siebie. Wokół wielkie monitory, klawiatury, urządzenia. Cichutko szumi klimatyzacja, gotuje się woda na kawkę.

          - Proszę popatrzeć na swój mózg – mówi radiologiczny pułkownik, i pokazuje mi na monitorze kilka dziwnych obrazków.

          - Ja się na tym ani w ząb, he, he, nie znam – mówię lekko, lecz jak zwykle wychodzi płasko. Ale na zdjęcia patrzę ciekawie. – To… bardzo skomplikowane, jak widzę.

          - Owszem – uśmiecha się pułkownik. – I dziwne. A najdziwniejsze jest to – pokazuje także grubym paluchem na małe, wyraźne kółko.

          - Ta… szajbka? – Pytam dla pewności.

          - Tak. Rzeczywiście wygląda jak… szajbka – ponownie uśmiech. – Jednak, jeśli wziąć pod uwagę kilkanaście kątów, pod jakimi te zdjęcia zrobiono, to okazuje się, że to nie… szajbka. To idealna, jednorodna strukturalnie kulka, wielkości piłeczki pingpongowej. W pańskim mózgu, w samym jego środku. Twór sztuczny i nie do wyjęcia. Stąd zagadka – jeśli można włożyć, to dlaczego nie można wyjąć?

          - No to… niby skąd ta kulkowata… szajbka? – Dziwię się, choć bez specjalnego zamartwiania. Jestem wszak w dobrych, fachowych rękach. Chociaż głowa boli.

          - To, mam nadzieję, ustalimy później – mówi drugi mundurowy, też pułkownik. Jednak niższy wzrostem. Znacznie. – Teraz musimy panu uświadomić, z czym mamy do czynienia.

          - A więc… słucham.

          - No więc – mówi miniaturowy pułkownik, całkowicie adekwatnym do mizernej postury głosikiem – nasz sprzęt ma kilka rzadkich możliwości. Możemy nim na przykład wykonać pomiar gęstości wybranego fragmentu… mózgu. W tym przypadku. I… wykonaliśmy takie pomiary dla… pańskiej kulki.

          - To żadna moja kulka – protestuję.

          - Tak, wiem, wiem - przepraszam - usprawiedliwia się pułkowniczek. 

          - I… co? – Pytam.

          - Ta kulka wykonana jest z… pierwszorzędnej jakości mosiądzu, przypuszczalnie pozłacana dla zobojętnienia biologicznego – przejmuje wyjaśnienia bliźniak, wymachując potężnymi łapskami przed monitorem. I rycząc. – Grubościenna - ścianka około siedmiu milimetrów. A wewnątrz… materiał, hm… wysokoenergetyczny.

          - Co?

          - Mówiąc wprost… trotyl. – Uściśla niechętnie pułkownik.

          - Mam… w głowie, w… mózgu… bombkę? – Krzyczę. Z nerwów, podświadomie, odliczam w myśli; szesnaście tysięcy, dwieście osiemdziesiąt jeden, szesnaście tysięcy, dwieście osiemdziesiąt, szesnaście tysięcy, dwieście siedemdziesiąt dziewięć…

          - Na to wygląda – ryczy radiolog. – A z bombki tej wychodzą trzy przewodziki i biegnąc poprzez strukturę kostną czaszki, wchodzą do zęba. Który jest, jak sądzimy, skomplikowanym… zapalnikiem.

          - Chryste Panie! – Krzyczę przerażony. -  Szesnaście tysięcy, dwieście siedemdziesiąt osiem, szesnaście tysięcy, dwieście siedemdziesiąt siedem… - I co teraz?

          - Cóż… - włącza się ponownie miniaturka. – Zmienia pan swój status… prawny.

          - Słucham? – Nie rozumiem.

          - Przechodzi pan pod jurysdykcję przepisów i zasad… antyterrorystycznych. Przymusowo. Za… godzinkę, będą tu… saperzy.

          - Mój Boże – trzęsę się cały. – Kto mi to zrobił, kiedy, jak?

          Obaj wojskowi patrzą po sobie, wreszcie wielki pyta:

          - Był pan może kiedyś… porwany przez… UFO?

          - Co też pan – dziwię się niepomiernie. – Ja… nie wierzę w te… bzdury.

          - Nie? Szkoda. – Wielki patrzy w sufit. – Ostatnio mamy mnóstwo doniesień. Wzięcia, ingerencje hm… medyczne, implanty, wymazywanie pamięci po fakcie. Masowo, wszedzie. Pan dużo podróżuje służbowo. Może pan… nie pamiętać. Spartolili coś, wdało się zakażenie, ropień.

          - Żartuje pan oczywiście?

          - Nie – ryczy krótko.

          Do sterowni wjeżdża wielki, solidny wózek, popychany przez dwóch umięśnionych pielęgniarzy. Kładą mnie na nim, przykrywają troskliwie i czym prędzej odwożą gdzieś w odległe kazamaty szpitalne, wybuchowo bezpieczne. Gdzie mam czekać na saperów.

          Szesnaście tysięcy, dwieście siedemdziesiąt sześć, szesnaście tysięcy, dwieście siedemdziesiąt pięć… 

          Dzwonię jednak do firmy, do żony, po czym zmęczony wydarzeniami usypiam.

------------------------------------

          - To ten. – Słyszę głos, zwielokrotniony pogłosem betonowej sali bez okien, i przeraźliwy huk stalowych drzwi. Budzę się.

          Przede mną dwóch ludzi w mundurach polowych, z jakimiś brezentowymi torbami w rękach. Patrzą na mnie spode łba, jednocześnie rozglądając się wokół. Wielka sztuka. Obaj to kaprale.

          - Witamy – mówi starszy. Wiekiem. – Mamy pana rozbroić.

          - Ale… ja nie jestem uzbrojony – stwierdzam ostrożnie.

          - Nie? – Dziwi się drugi. – Powiedziano nam, że ma pan w głowie bombę.

          - Owszem, ale… wbrew sobie – wyjaśniam. Nie wiem po co, ale taką mam naturę. Ugodową.

          - Nieważne – mówi spokojnie starszy. – Ile mamy czasu?

          - Czasu? Na co? – Pytam zdumiony.

          - Do… eksplozji. Na jakiej liczbie pan… stanął?

          - A… - zrozumiałem chyba. – Na… szesnastu tysiącach, dwustu siedemdziesięciu pięciu. Już czterech. Ale… skąd wiecie?

          - To nasz zawód. Za to nam płacą. A czasu mamy mnóstwo.

          - Dowiem się, o co chodzi? – Pytam bez wielkiej nadziei.

          - Nie – odpowiada młodszy, i gmera w kieszeni. Wyciąga schechłany, pokrzywiony obcinacz do paznokci, który podaje starszemu: – Trzymaj Stefan.

          Starszy wiekiem kapral podchodzi do mnie, zakłada okulary i przygląda się badawczo plastikowej fiolce z zębem. Młodszy przyświeca mu wielką latarką.

          - Spartolili – mówi starszy. Przybliża rękę z obcinaczem, i zaczyna gmerać w przewodzikach. – Czerwony? – Zwraca się do młodszego, jakby sprawdzał jego wiedzę.

          - Czerwony – pewnie potwierdza młodszy.

          Saper wyłuskuje delikatny, czerwony przewodzik i próbuje go przeciąć. Nic z tego – albo zmaltretowany obcinacz jest tępy, albo przewód wyjątkowo odporny.

          - O! – Dziwi się kapral. – Włókno węglowe. Zmiany, zmiany. Zaraz cię dorwę!

          Otwiera brezentową torbę, w której jest mnóstwo kieszonek z przeróżnymi narzędziami. Z jednej z nich wyciąga importowane cięcia boczne z ostrzami z węglików spiekanych. Ponownie wyłuskuje czerwony przewodzik.

          - Przecinam na trzy – mówi w przestrzeń. – Raz, dwa, trz…

 

KONIEC.

1301

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1467
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1578
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2039
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1199
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2803
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2407
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1135
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1424
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 793
10
komentarze: 123 | wyświetlenia: 969
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2315
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 670
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 525
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  hussair  (www),  29/01/2013

Ha! A tom Cię ucapił. I już się wczytuję.

@hussair: Czytaj, tylko nie bij. Bo już sie wstydzę.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Skończyłem. I teraz tak... Nie zrozum tego źle, nie pospieszaj z larum... ale chyba Cię kocham. Wiesz, kobiety kochają mężczyzn za cymeryjskie bary, ale za szerokoprzestrzenny intelekt ponoć dużo bardziej. Wygląda na to, że z facetami jest podobnie. ;)
Jestem po prostu rozbrojony.
No właśnie, ja jestem... Ale cyt. Niech czyta, kto tu trafi. ;)
PS: I ten Twój przemytniczo wykładany sarkazm. Taki ikarowych lotów. Co prawda on spadł, ale udawajmy, że nie.

@hussair: No, no. Wyznanie jak ta lala. Ale miłość platoniczna czasem lepsza. A o miłości, takiej, czy innej, można godzinami. I bez podtekstów. Dzięki.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: No ba. Swoją drogą... Zrobię sobie dziś przegląd wszystkich ujść głowowych. Tak w ramach prewencji.

@hussair: Wybacz proszę, że reaguję z lekkim opóźnieniem, ale padła mi klawiatura i mam zastępczą, całkiem do dupy. Stąd i błędy mogą byc.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Ja już jestem skazany na opóźnienia. Od 2 tygodni Internet mi kaprysi i się zrywa. Nie wiem, czy to taka jakość tejże firmy, czy to te elektromagnetyczne zakłócenia już się tak nasiliły. Co zrobić.

  grazaa,  29/01/2013

Ależ tekst.... śmiałam się od pierwszego zdania... a potem... chyba coś eksplodowało ;) I co ja mam teraz napisać? Totalnie zdurniałam, gdy doszło do kabelków ;) Skąd Ci się to bierze, taaaakie pomysły? A opis wyrywania ząbka, brrrrr... Aż poczułam dreszcze ;)
Już wiem... Czy Tobie ostatnio dolegał ból głowy? I spać nie mogłeś? I liczyć... barany zacząłeś?
Rewelacyjny tekst :)))

  hussair  (www),  29/01/2013

@grazaa: Też się śmiałem od ,,żoninego poszturchiwania''. :)

  grazaa,  29/01/2013

@hussair: A co powiesz na "To żadna moja kulka"...?
:-)))

  hussair  (www),  29/01/2013

@grazaa: Rozbrajające. :)

  golesz,  29/01/2013

@grazaa: Dzieki, dzięki. Migreny owszem, miewam, ale słabizny nie warte opisywania. Spać mogę, i lubię. Ech, jak pieprznę tę klawiaturę... Wybacz, ale przywiązany byłem do padniętej. PAlcy znaczy przywiązały sie, a teraz muszą się odwiązać. Dzięki.
A dentystów też sie boje. Cholerycznie!

  grazaa,  29/01/2013

@golesz: To znaczy, że krzyczysz na nich ;)))
PALCE Ci się przywiązały? Ja też mam taką jedną klawiaturkę... Gdy siadam przy innej, to mnie coś bierze... bardzo złego :)

  golesz,  29/01/2013

@grazaa: Krzyczę. W duchu. A klawiaturę mam zastępczą i fatalną. Muszę znaleźć chwile i wybrać się do sklepu. By znaleźć coś namacalnie. Poobmacywać, poklepać. Wysyłkowo jest do chrzanu.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: A tak swoją drogą, imponuje mi to. Ten medyczny, tak zgrabnie przechwytujący czytelnika nurt. Konkretna specjalność.

  golesz,  29/01/2013

@hussair: Ech, trzeba się właśnie wreszcie od tego nurtu oderwać. Bo już obrzydzenie bierze.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Obrzydzenie? Na pewno nie czytelnika. :) Jednak autozbrzydzenie rozumiem. Ja już też się zbieram, by się oderwać od osi mąż-żona. Tylko ciężko. Ja się w tym pławię. :)

@hussair: Jak Kleopatra w mleczku? Rzeczywiście trzeba coś nowego, bo spleśniejemy.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: I mam już pomysł. Całkowita ucieczka w inny narożnik. Taki z gromkim HEIL! Tylko jeszcze jedno opowiadanko z małżeńskim akcentem...

  golesz,  29/01/2013

@hussair: I o to idzie. Porządny zwrot. Przez lewe ramię.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Przez lewe, bo na lewym opaska będzie.

  golesz,  29/01/2013

@hussair: He, he. Piracimy powolutku, po cichutku?

  golesz,  29/01/2013

@golesz: Ale z łupy na wyspę. Zakopać, zapomnieć. Niech przyszłościowcy też coś mają.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Nie, nie, przestrzeliłeś, Partnerze. Nie piracimy. Wszak rzekłem, że będzie HEIL!

  golesz,  29/01/2013

@hussair: Ok, lecz ja nie o takim piraceniu, ale o tym, co się gwałtem odciska, gdzie płacz dziewic nie zgwałconych, dymy pożarów, brzęk rabowanego złota.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Ano tak...

  seta1212,  29/01/2013

Poza tym, że tematyczna perełka, rozumiem twój dylemat, bo moja lokalna służba zdrowia w postaci szwadronu specjalistów różnej maści, od dłuższego czasu próbuje rozbroić...moje pole minowe nieuzasadnionych emocjonalnym podtekstem silnych napięć.
Ostatnio pani dr androlog, u której wylądowałem, zadała mi pytanie o wiek. Kiedy powiedziałem jej, że zbliżam się do okresu ochronnego dla łosia a ...  wyświetl więcej

@seta1212: Niezła. I, co najdziwniejsze, ma rację.

  hussair  (www),  29/01/2013

seta1212: Nieźle...
Ale co tam. W górę Golesza!

@hussair: Jasne. W Kosmos wystrzelić. Tam cisza, spokój.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Chciałoby się do Twardowskiego, co? Nogi zwiesić z Rożka i spoglądając niezupełnie tęsknym okiem na Ziemię, popijać ze szlachcicem z piersióweczki...

@hussair: A co. Miodek staropolski dobra rzecz. Na odludziu zwłaszcza srebrnym.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Jakby co...
...rzućcie mi linę.

@hussair: Linka solidna przygotowana.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Czuwam! Gdy ciemność zapadnie, znikną przechodnie, latarnicy i żandarmi...

@hussair: A wyjdą pokraki i wszystkie te nocne męczywołki. Fajnie. Choć nie lubię tego słówka. Ale takie uniwersalne...

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Męczywołki? Pierwsze słyszę, lecz kupuję bez szemrania.

  golesz,  29/01/2013

@hussair: Takie tam zamierzchłe, zapomniane.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Przywrócimy. Ja zawsze popieram reanimację starego, dobrego retro-wszego.

Wybaczcie - wyłączam się, bo mnie w końcu szlag trafi od tej klawiatury.

  hussair  (www),  29/01/2013

@golesz: Ja też zaraz spierniczam, bo mnie szlaguje to zrywanie Sieci.

  berni*,  29/01/2013

O kurcze! Nie wyjęli! A ja już myślałem, ze odkupie! Odrobina śmiechu przed snem.. Gratulacje.

  Remter,  30/01/2013

Wyobraźnia przerosła zęba... ;)

  Paula,  30/01/2013

zachwycające!

  hussair  (www),  30/01/2013

@Paula Hołówka: Kobieta, którą zachwyca czarny humor? Witamy w klubie! :)

@hussair: Witamy, witamy. Zwłaszcza, że kobiety czasem jednak są czarnohumorzaste. Jak dla mnie, za często. Ale dzięki z... czarnego serca.

@Paula Hołówka: Dzieki za ten... entuzjazm.

  Paula,  31/01/2013

@golesz: nie jestem czarnohumorzasta :) sarkastyczna częściej ale też w granicach rozsądku. Czekam na więcej.

  Tomasz Het  (www),  30/01/2013

hhe, kolejny fakty tekst. Dzięki

@Tomasz Het: Och - nie wiem, co powiedzieć. Czytelników przybywa. Dzięki.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska