Login lub e-mail Hasło   

Takie sobie życie...

Bo kto komu dziś jeszcze może ufać...? Oni mogli. Byli na tyle młodzi, że jeszcze mogli. I na tyle dojrzali, by nie zawieść. Nie zniszczyć.
Wyświetlenia: 1.530 Zamieszczono 02/02/2013

Poznałem go 2006 albo 2007 roku. Nie pamiętam. Ale nigdy nie zapomnę kilkunastoletniego chłopaka z burzą wiecznie nieuczesanych włosów, które, ustawicznie niepokorne, zsuwały mu się na twarz znamionującą inteligencję i jakąś trudną do określenia wrażliwość. O ile lustrem duszy są oczy, to jego dusza była po prostu piękna.

Zaprzyjaźnił się z moją młodszą córką, Olą, i przyjaźń ta z czasem, przerodziła się, w coś głębszego. Nie wiem czy można mówić o miłości w przypadku dwojga kilkunastoletnich dzieciaków. A może można? A może właśnie można?

Pozostanę więc przy określeniu przyjaźń. Będzie łatwiej...

Przez jakiś rok, mniej więcej, Ola i Radek spędzali ze sobą wiele czasu i mogli dobrze się poznać. Mogli sobie zaufać.

Zaufanie. Jakżesz rzadkie i piękne słowo. Bo kto komu dziś jeszcze może ufać...? Oni mogli. Byli na tyle młodzi, że jeszcze mogli. I na tyle dojrzali, by nie zawieść. Nie zniszczyć. Wiedzieli, nie wiedzieć skąd, że zaufanie to taka jest rzecz ulotna, iż raz zdradzone umiera. Umiera na zawsze...

Wychowywała go ciocia. Ciocia, o której Radek zawsze mówił "Ciociunia". I w jego ustach słowo to nie brzmiało ani dwuznacznie, ani infantylnie. Brzmiało prawdziwie tak, jak prawdziwa jest prawda. On tak ją traktował. Kochał i cenił. Był jej wdzięczny. I miał za co...

Ojca nie poznał nigdy. A matka odebrała sobie życie, w ich rodzinnym domu, kiedy Radek był kilkuletnim dzieckiem.

Powiesiła się.

Rodzina zdecydowała, że Radek pójdzie do bidula. Ale Ciociunia nie dopuszczała do siebie nawet takiej myśli. I tak Radek zamieszkał z nią. A raczej ona z nim. Bo przeprowadziła się do domu Radka.

Kiedy dorastał, coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że świat na którym przyszło mu żyć nie jest jego światem. Początkowo uciekał w szkice i malarstwo. Miał wielki talent. Malował i szkicował pięknie. Wiele razy doznawałem uczucia, że jestem świadkiem cudowności jakiejś niepojętej, gdy widziałem jak pod ołówkiem, który Radek trzymał w dłoni, powstawały nowe światy.

Uwielbiał portretować ludzi. Twierdził, że każda twarz jest inna, jedyna i niepowtarzalna. Że każda twarz jest historią, która warta jest portretu...

Później zaczął palić trawkę. Była jego ucieczką, czarodziejką... Morderczynią?

I kiedy my już mieszkaliśmy w Szkocji a Ola wiedziała, że z Radkiem nie jest dobrze, zdecydowaliśmy natychmiast, że musi do nas przyjechać.

Przyjechał.

Ale był już wówczas innym człowiekiem. Nadal pięknym i dobrym. Nadal czułym i wrażliwym ale już bardzo zniszczonym.

Pomogłem mu znaleźć pracę.

Nic z tego.

Nie był już do niej zdolny. Marzył o wyjeździe na Jamajkę...

Wystarczyły dwa lata. Dwa lata palenia zioła by zniszczyć psychikę. By zniszczyć życie.

Nie chciał dłużej u nas mieszkać. Ale też nie chciał zostać tu. Wolał wrócić do Polski. Do "przyjaciół" od flaszeczki i trawki.

Nauczył się grać na bębenku. A kiedy grał wiadomo było, że jest ugotowany...

Odwiozłem go na lotnisko. Ola nie pojechała z nami...

Wieści, które napływały do nas z Polski były fatalne. Radzio coraz bardziej uciekał. Uciekał w zioło, wódę i kompulsywny seks z paniami wiadomego autoramentu. Bywało, że własny dom zamieniał w najpodlejszy burdel, w którym trwała wieczna impreza.

Pracował dorywczo to tu, to tam. Ale utrzymywał się (albo i nie) ze sprzedaży rysunków i grafik. Dotarły one nawet do Japonii i Stanów. Zachwycały. Posypały się propozycje wystaw. Zgłaszały się do niego bardzo poważne tytuły.

Dwa lata temu Ciociunia powiesiła się w tym samym domu, w którym odebrała sobie życie jego matka...

Możemy się jedynie domyślać dlaczego. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się z siostrzeńcem. I, być może, nie dała już rady walczyć.

Radek został sam. Tak, miał bardzo wielu przyjaciół. Ale Ciociuni nikt przecież nie mógł zastąpić. Jej śmierć była dla niego szokiem. Nic gorszego nie mogło go spotkać.

I, tak naprawdę, nigdy się już nie podniósł. Jestem przekonany, że obwiniał siebie za tragiczną śmierć kogoś, kto poświęcił mu całe swoje życie. I kogo on naprawdę kochał.

I powoli zabijał. Nieświadomomy co czyni, otumaniony, zniszczony. Przegrany.

W grudniu, przed świętami Ola rozmawiał z Radziem poprzez skyp'a. Zresztą pozostawali ze sobą w kontakcie cały czas... Mówiła nam, że Radziu jest w lepszej kondycji, że radzi sobie, że przygotowuje prace na wystawę w Tokio czy w innym Paryżu... . Że ma gdzie spędzić Święta. Że nie będzie sam.

I wszyscy bardzo cieszyliśmy się z tego bo Radziu i dla nas był kimś bliskim. Nie znalazł u nas wprawdzie akceptacji  stylu życia jaki wybrał, ale też nigdy nie spotkał się z jakimkolwiek potępieniem. Wiedział, że jest przez nas lubiany i akceptowany. Wiedział, że może liczyć i na nas, i na Olę. Zawsze. Bezwarunkowo.

Piątego stycznia powiesił się. W tym samym domu. W swoim domu.

Miał dwadzieścia cztery lata.

Nie mogę. Nie umiem. Nie potrafię się z tym pogodzić.

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1435
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1099
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 799
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1054
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 366
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 476
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1114
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 853
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 645
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 659
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 995
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 448
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1467
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 705
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  swistak  (www),  02/02/2013

Życie bez wiary w naukę Jezusa, nigdy nie ma głębszego sensu. Zostaje złudna wiara w człowieczeństwo, etykę, moralność wymyśloną na własny użytek, w przyjażn, miłość która przemija. Wszystko na krótki dystans ludzkiej egzystencji, którą łatwo zakończyć ucieczką w zaświaty, często zapominając o bożym przebaczeniu i miłosierdziu. Samobójca zwiedziony i uprowadzony przez zgraję demonów, trafia bez Bo ...  wyświetl więcej

Twoja opowiesc bardzo mna oruszyla.
Takich ludzi nie wolno zostawiac sam na sam z czarnymi myslami.
"Obcowanie ze smiercia innych prowokuje oswaja ze swoja smiercia." Powiedziala mi to moja Matka chrzestna, ktora przezyla Auschwitz. Wiele osob popelnilo samobojstwo niedlugo po wyzwoleniu z obozu. Nikt nie potrafil tego wyjasnic... przeciez jeszcze pare lat temu tak bardzo chcieli zyc ...  wyświetl więcej

  hussair  (www),  02/02/2013

Cóż za straszne koło konsekwencji. Życie takim kołem też się, niestety, toczy. Co ma także przyczynę w powiązaniach inkarnacyjnych, jak wierzę. Trudno Ci się pogodzić, bo byłeś silnie zaangażowany, a patrzysz na to także wzrokiem przechodzącym przez serce córki. Znam to uczucie.
Nie możemy uratować wszystkich, Grzesiu...
Powinnością człowieka jest wyciągać ręce wszystkich potrzebując ...  wyświetl więcej

  ,  02/02/2013

"Później zaczął palić trawkę. Była jego ucieczką, czarodziejką... Morderczynią?"
Wątpię. Używka to tylko środek, mogła co najwyżej ułatwić podjęcie decyzji. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba też znać umiar. Wydaje mi się, że demony z dzieciństwa prześladowały go całe życie i nie był w stanie się ich pozbyć.
I tak ja powiedział hussair, nie możemy uratować wszystkich... Niestety.

  ,  02/02/2013

Pomoc mozna tylko wtedy, kiedy jest sie wyraznie o ta pomoc proszonym....a i wtedy nie zawsze jest sie w stanie dotrzec do osoby potrzebujacej pomocy...Tacy juz jestesmy. Kazdy wie swoje i tylko to sie liczy - dlatego tez roznimy sie od siebie. Dlatego kazdy z nas idzie swoja droga, czy juz z gory przewidziana czy nie - bez znaczenia. Tak mialo byc Grzegorzu z Waszym Radkiem. Nie byliscie w stanie ...  wyświetl więcej

  ,  02/02/2013

Hmm, mam takiego kolegę..., jeszcze żyje. Niemal na siłę ze znajomym, namówiliśmy go kilka lat temu na wyjazd do Londynu, gdzie miał zagwarantowany dach nad głową i pracę. Myślałem, że zmiana środowiska, etc. spowoduje zmianę stylu życia na bardziej zdrowy. Niestety, zmienił tylko używki na typowo angielskie i po kilku miesiącach wrócił do kraju. Ten typ widocznie już tak ma...
Z drugiej st ...  wyświetl więcej

  majasenikk  (www),  02/02/2013

przykre

  berni*,  02/02/2013

Naprawdę przykra historia. Pewnym ludziom w żaden sposób pomóc się nie da. Mimo ogromnym chęciom i dobrej woli. Czyżby jakieś dziwne obciążenie genetyczne rodziny? Może jakieś dziwne fatum?

  *Karo*  (www),  03/02/2013

tak wygląda w praktyce wolna wola! jak ktoś jest słaby i z dużym bagażem genetycznym to koniec nie jest trudno przewidzieć, żeby komuś można pomoc to musi chcieć przyjąć tą pomoc, nikt tutaj nie zawinił...

  JA to ja,  04/02/2013

Przeszły mi ciarki po plecach ....Smutne, ale życie bywa i takie....niestety.

  Retocyn,  05/02/2013

Czemu my, ludzie, musimy być świadkami takich tragedii? To bardzo smutne, jak niektórzy potrafią zmienić swój styl życia i tak niespodziewanie odejść... :c

Chyba nie ma nic gorszego niż bezsilność wobec cierpienia bliskiej osoby.
Przyjacielowi już nie możesz pomóc. Ale on na pewno nie chciałby, żebyś się zadręczał. Czasami nie jesteśmy w stanie zapobiec tragedii. Trudno się z tym pogodzić, wiem o tym bardzo dobrze.

Bezradność.. Okropne uczucie. Pozdrawiam Serdecznie

Widzisz Grezgorzu .. było jedno wyjście ... pójść razem z nim na rzeź życia ... Pójśc z nim i przeżyć jego fantazje i jego zagubienie ... być wtedy gdy wpadał w depresję ... upić się razem z nim i zobaczyć, czy to co w nim siedzi to beznadzieja ... bo ta, trawiona rodzinną tradycją (matka, ciotka) musiała w końcu doprowadzić go do rozwiązania.

Stoimy z boku bo boimy się, bo nie chcemy - i

...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska