Login lub e-mail Hasło   

Należność

Szanuj Państwo, płać podatki terminowo.
Wyświetlenia: 1.517 Zamieszczono 10/02/2013

Należność

 

          Dalej nie można już było jechać, więc nowy, podobno rzutki jak diabli, komornik Komorowski, zatrzymuje samochód, zaciąga hamulec ręczny i wraz z rewidentem Morskim wysiedaja z buksującego pojazdu. Mogli próbować z drugiej strony, przez stary, zapuszczony cmentarz pod laskiem, ale i tak musieliby taplać się w błocie. Poza tym chałupa Zaręby usytuowana jest na samym szczycie wzgórza, bardziej stromego po stronie cmentarza właśnie, więc nie wiadomo czy zajeżdżona Łada dałaby radę. I tak zresztą muszą czekać na dzielnicowego Łapkę, który zazwyczaj akuratny, spóźnia się tym razem.

          - A niech to szlag! – Klnie Komorowski, ładując eleganckie, dopiero co kupione buty, w kilkucentymetrową warstwę kleistego błota. – Jak ja lubię takie adresy.

          - Poprzedni komornik zakładał zawsze gumiaki – uśmiecha się Morski. – Pan też tak zrobi następnym razem.

          - Jak to? – Dziwi się Komorowski. – Sądzi pan, że dłużnik niczego się… nie uczy?

          - Może i uczy się – Morski szuka papierosów – ale niekoniecznie terminowych spłat podatkowych.

          - Cholera… ostrzegano mnie – komornik kręci głową. – Przekazano mi całą stertę dokumentów, ale wie pan… brak czasu - ciągle jakieś windykacje, użeranie się.

          - Wiem, wiem. – Morski spokojnie popala, wydmuchując w chwilowo nieruchome powietrze kunsztowne kółka dymu. – Ale Zaręba to… przypadek szczególny. Niech pan spojrzy na tę jego ruderę. Porządniejsza burza, a rozsypie się jak z papieru. No i dojazd, dojście. Podziwiam go poniekąd, zważywszy na jego codzienne wędrówki po okolicy w poszukiwaniu złomu, makulatury, śmieci. Ma chłop zdrowie.

          - Pan go zna bliżej? – Interesuje się Komorowski.

          - Osobiście nie, ale cały urząd wie o jego sprawach doskonale. Mamy z nim kłopoty od lat, zwłaszcza po jego wyjściu z więzienia.

          Znów zaczęło siąpić. Ponownie wchodzą do samochodu, oczywiście nanosząc do środka kilogramy błota. Komorowski jest wkurzony maksymalnie, także dlatego, iż przydział samochodu służbowego opóźnia się z niewiadomych powodów. Cholerna dziura. Ale cóż – przydział, ślepy los. A może nie?

          - Niech mi pan o nim opowie. – Proponuje. – Łapka coś się ochrzania.

          - Cóż… - zaczyna niepewnie Morski. – Zaręba to zdolny, wykształcony człowiek i… srodze doświadczony przez życie. Skończył z wyróżnieniem Akademię jako genialny grafik, odrzucił marnie płatną posadę na uczelni i zapożyczając się gigantycznie, otworzył w mieście pierwszą w kraju, a jakże, prywatną galerię plastyczną. Wynajął ładny lokal w śródmieściu, wyremontował, urządził, przysposobił. Handlował tam wszystkim, co mu znosili koledzy, znajomi, artyści. Kupował też nawet za granicą i sprzedawał. Chyba z sensem, albowiem Interes rozwijał się, galeria zyskała międzynarodową sławę, zjeżdżali się przeróżni twórcy, manszardzi. Miasteczko też przez to korzystało – stawało się znane.

          - Obrotny?

          - Niby tak, ale wie pan… - Morski zasępia się jakby – na naszą skarbówkę nie ma mocnych. Po kilku latach, kolegów z Wydziału Podatkowego coraz bardziej zaczął razić wysoki obrót, przy ciągle malejącym przychodzie galerii. A zupełnie nieostrożnie nie chciał, jak inni przedsiębiorcy, partycypować w… kosztach funkcjonowania urzędu.

          - No… też bym się zainteresował. – Komorowski, jako młody jeszcze, ale idący z postępem, rzutki, pełen energii i pomysłów komornik rejonowy, jest pryncypialny do bólu. Co naturalne zresztą i do pewnego stopnia oczywiste. I to właśnie z powodu tej pryncypialności marzną teraz w stareńkiej, prywatnej Ładzie, czekając na lekce sobie ważącego dzielnicowego.

          - Owszem – kontynuuje Morski. – Dlatego nękali Zarębę co i rusz kontrolami, ale żadnego szwindla nie wykryli. Grafik zatrudniał zresztą oficjalnie regularną, doświadczoną księgową, więc wszystko było prowadzone na tip top. Lege artis… t, że tak powiem – uśmiechnął się do swojego skojarzenia.

          - Co dalej? – komornik nie zauważa kalamburu. Może i słusznie zresztą.

          - Dalej… normalnie. – Rewident, nie bez trudu opuszcza bardziej szybę drzwi i ciska niedopałek w błoto. – Wkurzone chłopaki wiedzieli, byli przekonani, że dzieje się tam coś… zdrożnego, więc namówili naczelnika, na wielomiesięczną kontrolę z tych, co to super, hiper. No i wyszło szydło z wora.

          - Co?

          - Jedna faktura zakupowa na jakiś cholerny, artystyczny dzban czy wiadro gliniane, miała błąd. Ktoś, sprzedający, pomylił cyferkę w peselu. Sprawdzili to dokładnie, i oskarżyli Zarębę o oszustwo. Że niby sam wykonuje część eksponatów, wymyśla sprzedających, wystawia lewe faktury i robi sobie w ten sposób koszty. Były też drobne nieścisłości w stosowaniu praw autorskich, tantiemach, umowach.

          - A Zaręba?

          - Szalał oczywiście, próbował wyjaśniać, biegał po adwokatach, detektywach wreszcie, pisał do urzędów, odwoływał się. Walczył jak lew. Ale, jak już mówiłem – Morski popada w filozoficzny, lekko melancholijny ton - ze skarbowym ciężka sprawa. Oszacowali z sufitu wartość tego niby przekrętu, dowalili potężny domiar z nierealnymi terminami spłat, zgnoili faceta. Nawet nie zostawili mu na skarpetki.

          - No… jeżeli były powody… - mruczy bezbarwnie Komorowski.

          - Otóż nie było! – Podkreśla rewident Morski. – Wyjaśnił to w końcu po latach ślamazarny sąd, w czwartej chyba instancji. Ale cóż… Galeria i tak przepadła, Zaręba musiał za bezcen sprzedać elegancki dom i cały, do cna, majątek, jakiego dorobił się talentem i ciężką pracą. Poszedł też siedzieć na trzy lata, gdyż nie miał już ani grosza na zaległe kary.

          - A teraz nie płaci na czas zwykłego podatku gruntowego – urzędnicza, komornicza natura Komorowskiego nie pozwala mu na żadną, najdrobniejszą refleksję. – Mimo, że to jego dom rodzinny, po zmarłych rodzicach, to jednak… obowiązek wobec urzędu, państwa.

          - Ależ to jedna, gnijąca ruina, grosza nie warta. – Morski podejmuje ostatni wysiłek. – Nie widzi pan? A działka… katastrofa.

          W tym momencie z tyłu słychać rzężący klakson terenówki policyjnej. Łapka, widocznie też zdenerwowany, włącza na sekundę koguta i syrenę, po czym ochlapując tył samochodu komornika rzadkim błotem, zatrzymuje się o centymetr. Wyskakuje z gazika i o mało nie wyrywając tylnych drzwi Łady, zwala się ciężko na wytarte siedzenie.

          - Mieliśmy włamanie na mieście – wystękuje wreszcie usprawiedliwienie, sapiąc potężnie. Nic dziwnego, bo jest to wielki mężczyzna pod pięćdziesiątkę, z nadto widoczną, solidną nadwagą. – Przepraszam panów.

          - E… nic się nie stało – stwierdza nieszczerze Komorowski. – Bywa.

          - To co? Idziemy? – pyta dzielnicowy, odsapnąwszy ostatecznie.

          - Tak – zarządza komornik, szef przecież urzędowej ekspedycji rewindykacyjnej. Chowa za pazuchę swoje urzędnicze dossier w niebieskiej, plastikowej teczce jak broń automatyczną, gotową do natychmiastowego użycia, skutecznego wypróbowania na bezbronnym dłużniku.

          Do rudery jakieś trzysta metrów w linii prostej, ale pod górę i w rozmiękającym od siąpiącej mżawki błocie. Wszyscy trzej klną jak szewcy, a najgorzej znów zasapany Łapka.

          - A skąd wiemy – pyta Łapka komornika – czy Zaręba jest w domu?

          - Nie wiemy, ale tylko dzisiaj mam chwilę w tej sprawie – tłumaczy Komorowski. – On nie ma telefonu, a na pisma nie reaguje. Zresztą komin dymi, więc chyba jest.

          - Ile w końcu… tego długu? – Morski nie zdążył  wyjaśnić tej kwestii w Ładzie.

          - Piętnaście złotych i dwadzieścia osiem groszy zaległości głównej, plus jakieś osiemset trzydzieści ogólnych kosztów komorniczych, plus wasze panowie dniówki. Razem około tysiąc sto pięćdziesiąt.

          - Chryste – Łapka wywala zdumione gały na Komorowskiego, lustrując go krytycznym spojrzeniem od góry do dołu. – Taka akcja za piętnaście złoty? To… cztery piwa! Ktoś tu mocno upadł na głowę. Co za idiotyzm.

          - Wie pan… tu nie chodzi o kwotę – odpowiada zimno Komorowski – ale o zasadę. Nasze państwo nie może pozwolić sobie na… bezzasadne zaniechania.

          - Ale egzekucje… zaległości, nie powinny chyba przynosić państwu strat? – Krytykuje Łapka. – Nie sądzi pan?

          - Pryncypia też ważne – odpowiada krótko Komorowski. Dobrą chwilę idą poprzez błoto w milczeniu.

          - Panie Władku – Morski zwraca się bezpośrednio do Łapki. – Burmistrz i tak formalnie umorzy. Jak co roku. A Zaręba zapłaci, tyle, że później. Jak zawsze.

          - Nic mnie to nie obchodzi – mruczy do siebie komornik. – Ja robię swoje.

          - Tfu! – Łapka pluje w błoto. – Coś… mi wpadło do gęby.

          Są już na zapuszczonym niby podwórku. Wokół porozrzucane bezładnie kartony, druty, szmaty, słoiki, puszki po piwie. Parterowa, drewniana chałupka powyginana we wszystkie strony, porośnięta miejscami mchem, na słomianym dachu zielone krzaki, okna częściowo zalepione gazetami. Pod ścianą kompletnie pordzewiały, stary rower z przyczepionym doń koślawym, dwukołowym wózkiem na znajdywane skarby. Wewnątrz istotnie ktoś jest, bo prześwituje blado świecąca żarówka.

          - Za energię jednak płaci – stwierdza złośliwie Komorowski.

          - A może po prostu elektrownia nie jest tak… tępa? – konkluduje Łapka.

          - Dobrze panowie. Zaczynamy procedurę. – Sucho zarządza komornik. – Pukaj pan! – mówi do dzielnicowego.

          - Sam pan sobie pukaj! – obcesowo odmawia Łapka. – To pan jesteś komornikiem.

          Rad, nie rad, Komorowski puka do rozlatujących się drzwi.

          - Czego? – słychać z wnętrza potężny baryton.

          - Komornik! – informuje komornik. – Wchodzimy!

          Naciska drzwi, które ustępują z piskiem, po czym blokują się w połowie. W szparze pojawia się zarośnięta gęba Zaręby.

          - Panie Krzysiu – prosi Łapka. – Wpuść nas pan na chwilę.

          Po zewnętrznej stronie drzwi pojawiają się dwie dłonie jak dwa bochny, po czym koślawe drzwi w jednej sekundzie i bez słowa protestu są otwarte. Na oścież. Zaręba, wielki, zarośnięty na czarno drab, cofa się kilka kroków by wpuścić urzędowych gości. Przepuszcza całą trójkę, i celnym kopnięciem zatrzaskuje drzwi. Chałupka trzęsie się od uderzenia, ale nie zawala jakoś.

          - O co chodzi? – Pyta Zaręba i podchodzi do niskiej, kaflowej, równie koślawej kuchni na trzy fajerki, w której płonie ogień, i na której pitrasi coś w dużym garnku. Kuchnia ma biegnącą wokół, to znaczy z dwu stron, mosiężną, szczerniałą miejscami rurkę do wieszania ścierek czy pogrzebaczy. Zabytek, ale z tych całkiem zrujnowanych, bezwartościowych.

          - Pan Zaręba? – Pyta komornik i wyciąga papiery.

          - Tak – odpowiada niechętnie Zaręba, mieszając w garnku. Stoi tyłem, lekceważąc zupełnie komorniczą godność, urzędniczą powagę.

          - Jestem komornik Komorowski, a to panowie… asystujący – mówi komornik oficjalnym, nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Czy ma pan jakiś dowód tożsamości? Ze zdjęciem?

          - Kwity, dokumenty, dowody, papiery, pieczątki – Zawadzki nie krępuje się zupełnie w okazywaniu swojego stosunku do urzędów. Wkłada rękę pod dziurawy sweter, wyciąga dowód osobisty i podaje Komorowskiemu.

          - Pytam jeszcze raz – o co chodzi? – mówi odrobinę głośniej i nieprzyjemnie patrzy spode łba na komornika. Nie zna zupełnie tego gogusia w zabłoconych buciczkach i ciemnym, sflaczałym teraz od wilgoci garniturku. Dzielnicowy Łapka i rewident Morski, nie robią na nim żadnego wrażenia.

          - A pan może… z tych Komorowskich? Od... żyrandola? – rzuca w powietrze, mrużąc oczy.

          - Zalega pan gminie z podatkiem gruntowym na kwotę e… dwunastu złotych i czterdziestu groszy, co z odsetkami daje piętnaście złotych i dwadzieścia osiem groszy należności głównej. Do tego koszta komornicze i koszta asysty. Dokładnie zaraz policzę, ale w sumie chodzi o jakieś tysiąc sto pięćdziesiąt złoty. – Komornik Komorowski jest precyzyjny, akuratny, przewidywalny. Nie reaguje na ewidentną prowokację. – Płaci pan teraz, czy… rekwirujemy majątek?

          - He, he, majątek? – basowo śmieje się Zaręba. – A rekwiruj pan co pan chcesz, nie sprzeciwiam się. I nie zapłacę, bo wzięliście już złodzieje co chcieliście kilka lat temu! A pospiesz się pan, bo mi obiad dochodzi!

          Komorowski, młody ale z pewnym już doświadczeniem, spodziewa się takiej reakcji. Wyciąga więc bloczek z numerkami i urzędowo, taksująco, rozgląda po izbie.

          Poza wspomnianym piecem, w zapuszczonej izbie stoi zapadnięta, powycierana i chyba nadpalona wersalka w kolorze… wilgotnej ziemi ornej, na której śpi mały kotek, pod ścianą krzywy, drewniany stół z toczonymi, nierównej długości nogami, gięte krzesło, przy piecu osmolona węglarka, na przeciwległej ścianie szafka na talerze i kubki, oraz staromodna, dwudrzwiowa szafa ubraniowa z popękanym lustrem i nieciekawą, co sprawdza własnoręcznie, zawartością. Przy drzwiach, wprost na podłodze, maleńka, pożółkła ze starości chłodziarka absorpcyjna, z wgniecioną ścianką i urwaną rączką, a w kącie ogromna kupa chrustu do palenia w piecu.

          Podłoga nierówna, nie myta chyba od lat. Nad krzywym stołem zakurzona żarówka na cieniutkim przewodzie wychodzącym z sufitu. W drugim, mniejszym pokoiku, brak jakichkolwiek mebli. Całą prawie kubaturę wypełniają powiązane w stosy kartony, stare gazety, przeróżne butelki, szmaty – wszystko wstępnie posortowane, powiązane sznurkami i drutem. Sufity, kiedyś zapewne wapnowane, teraz prawie czarne, popękane, wybrzuszone ku podłodze z powodu grawitacji i wilgoci.

          Komornik, mimo pewnej już praktyki, nie sądził, iż można jakiekolwiek lokum tak zapuścić. Co tu jest do rekwirowania? Śmieci? Nie – to rzeczywiście bez sensu. A jednak coś tu nie gra…

          - Panie Zaręba – odzywa się komornik do gospodarza chlewu. – Do obiadku zawsze pan pija Napoleona? Pięciogwiazdkowego?

          Rzeczywiście. Na koślawym stole stoi dumnie otwarta, oryginalna, markowa butelka koniaku, wypełniona do połowy.

          - Tak, zawsze. – Odpowiada Zaręba spokojnie. – A na deser serwuję sobie kawior, trufle i maleńki torcik lodowy.

          Morski chwyta butelkę, wącha, i krzywiąc się, podaje Komorowskiemu.

          - Powąchaj pan.

          - To… wszawy bimber – stwierdza komornik fachowo, i nic już nie mówi. Ma dość.

          - Panie Krzysiu – wtrąca się Łapka. – Jak pana złapię na… destylacji…

          - Kolega mi ofiarował – tłumaczy Zaręba i zamyka butelkę papierowym, naprędce zrobionym korkiem. – A butelki po śmietnikach przeróżne. Jeszcze coś, wysoka komisjo?

          - Dziękuję – kończy sprawę komornik. – Jest pan chwilowo… nieściągalny, ale… w przyszłości może być różnie. Rozumie pan? Proszę mi tu podpisać protokół.

          - Ja sporo rozumiem – mówi całkiem poważnie Zaręba i podpisuje dokument. – Żegnam panów.

          Niefartowna ekipa wychodzi wreszcie z niewielką pomocą gospodarza, jako jedynego przecież, potrafiącego obsłużyć przedziwne drzwi.

          Zaręba, mieszając w garnku, patrzy za nimi przez popękane, brudne szybki. Gdy znikają wreszcie za zakrętem, wyciąga z szafki talerz, nakłada sobie z garnka gulaszu z truflami, wyjmuje z chłodziarki maleńką puszkę kawioru oraz torcik, zabiera ze stołu butelkę z bimbrem i zamienia ją na prawdziwego Napoleona. Obiad zje normalnie, jak co dzień. Resztkę kawioru da kotu.

          - Złodzieje, uzbrojeni w złodziejskie paragrafy – myśli Zaręba. – Debile przy tym, którym skodyfikowana pazerność całkiem już padła na te resztki szarej masy. Nie wystarczy im, że ograbią człowieka z milionów, to jeszcze gnębią go latami za grosze, póki, jak potworna pijawka, nie wyssą ostatniej kropli. Państwo! Do dupy z takim państwem, bezmyślnym nowotworem, rakiem, trawiącym i pożerającym to, z czego wyrasta, dzięki czemu rozwija się, a raczej puchnie upierdliwym wrzodem.

          Kończy obiad, zapala potężne cygaro. Resztki kawioru podsuwa kotu, który natychmiast budzi się, i bez mrugnięcia okiem pałaszuje smakołyk. Zaręba wystawia talerze i sztućce na deszcz. Do jutra będą czyściutkie jak nowe. Lustruje uważnie okolicę, wraca do chałupy, bierze kota na rękę i odsuwa od ściany kaflową kuchnię. Pod spodem, w podłodze, kwadratowy otwór z metalową, elegancko niklowaną drabinką. Schodzi po niej kilkanaście metrów w dół, specjalną dźwignią zasuwa za sobą piec z palącym się w nim ogniem, siada z kotkiem w wygodnym fotelu. Jest u siebie.

          Te trzy obszerne, podziemne pomieszczenia, zbudował przed laty jego ojciec, też mający określony stosunek do władzy. Komunistycznej wtedy i narzuconej z zewnątrz, ale równie pazernej i bezmyślnej jak dzisiejsza. Zarębie, po jego śmierci, zostało tylko urządzić całość po swojemu, wyposażyć odpowiednio, zabezpieczyć.

          Ma tu wszystko. Klimatyzację, spiżarnię, łazienkę, świetnie wyposażoną pracownię, bibliotekę, sypialnię, komputery, centrum ochrony z rozmieszczonymi przemyślnie w terenie kamerami i czujnikami, łączność z całym światem. Dzięki swojej ciężkiej pracy i talentowi.

          Podpisał zmyślną umowę z młodą, zakochaną w nim na zabój paryżanką, ambitną, lecz mniej zdolną artystką, której sukcesywnie dostarcza swoje prace. Jacqueline wystawia je pod swoim nazwiskiem, sprzedaje za ogromne pieniądze, którymi dzielą się po połowie. Widują się przynajmniej raz w miesiącu w jej paryskiej pracowni, gdzie również czuje się jak u siebie. Pieniądze gromadzi na szwajcarskim koncie, częściowo lokuje w znaczki.

          W ten sposób od lat okpiwa skarbowo nienasycone, oszukańcze władze, które powoli zapomną wreszcie o Zarębie twórcy, Zarębie podatniku, dojnej krowie, uznając, iż pognębiły go raz na zawsze. Zmienił się w śmierdzącego zbieracza śmieci, drobnego bimbrownika, nikogo. Jednak, mimo, że władza, zwłaszcza tak beznadziejna, jest z natury tępa, w szerszym kontekście rzecz jasna, to nie lekceważy jej. Debile, ale cwani, podstępni, nieobliczalni. Dla wyłuskania z obywatela tych kilku ostatnich groszy, są gotowi na każdą padalczą niegodziwość.

          Ale już niedługo. Jeszcze kilka miesięcy, rok powiedzmy, i przeniesie się na stałe do Paryża, weźmie ślub z Jacqueline. Skompletuje tylko całą dokumentację na swój temat - wszelkie wyroki i ustalenia sądowe, twarde dowody na debilizm władzy. I z francuskiej już pozycji, korzystając z wolnej, żądnej wszelkiej sensacji prasy, rozpocznie kolejny etap swojej walki z duszącą wszystko naroślą. Etap rewindykacji prywatnych, osobistych. Taki jest plan.

          Przechodzi do pracowni, kończy kolejne arcydziełko. Jest już zmęczony całym dniem. Jutro musi wybrać się do miasta, do urzędu geodezji, gdzie trzeba wyprostować kolejną pomyłkę dotyczącą jego maleńkiej działki przy cmentarnej. Znów jakiś bezmyślny, tępy, niekompetentny niechluj, źle zwymiarował posesję. Kładzie się wreszcie spać.

------------------------------

          - Pamięta mnie pan? – Pyta Komorowski. - Byłem tu u pana tydzień temu.

          - Pamiętam każdą żmiję i ścierwo, które próbuje mnie kąsać – odpowiada grzecznie Zaręba. Siedzi na pozarywanej wersalce, trzymając na rękach kota. W maleńkiej izbie tłoczą się komornik, jakiś asystent, trzech mundurowych, trzech cywilów. Osiem osób. Na zewnątrz, wokół chałupy też z ośmiu - jakaś większa akcja. Jest przygotowany na wiele, ale czy na wszystko?

          - A pamięta pan, jak zainteresowałem się butelką? – Komornik cedzi słowa zimno, wprost do ucha Zaręby. – Nie docenił mnie pan.

          - Tak? Czy można nie docenić zleżałego gówna?

          - A jednak – Komorowski nie reaguje na obrazę. Jest panem sytuacji. – Zostawiłem wtedy u pana długopis. Na szafie.

          - No i co? Znalazł go pan dzisiaj? W końcu tylu ludzi pan sprowadził. Pamiątka jakaś?

          - Owszem, znalazłem – Komornik uśmiechał się złośliwie. – Ale to nie długopis. To wysokoczuła, mikro kamera z obiektywem szerokokątnym, nadajnikiem i pojemną baterią zasilającą. Technologia, panie Zaręba.

          - No i co?

          - Jak to? Nie rozumie pan? Wiem o piecu i… zaraz tam wejdziemy.

          - Do pieca? – dziwi się Zaręba. – Jak… starotestamentowi Szadrak, Meszak i Abed-Nego? Nie boi się pan… spłonąć?

          - Z… zobaczy pan… - Komorowski pogubił się lekko, więc odwraca głowę i zarządza: - Do roboty panowie.

          Dwaj cywile chwytają za mosiężną, szczerniałą rurkę okalającą kuchnię (z dwóch stron, jak już było wcześniej powiedziane) i ciągną z całych sił, jednak nic się nie dzieje. Wyciągają więc łomy, i próbują oddzielić gorący piec od ściany, podkuwając ostrożnie. Wyłupują dwa kafle, po chamsku, nieostrożnie, odsłaniając przewód kominowy. Kuchnia, w całości, ani drgnie. Szary, gryzący dym rozprzestrzenia się po izbie.

          - Spalicie mi chałupę, do cholery! – Krzyczy Zaręba.

          Wychodzi na zewnątrz, ciągle z kotkiem na rękach. Za nim ewakuuje się reszta ekipy, kaszląc, łzawiąc, pomstując na Komorowskiego.

          - Coś pan narobił? – pyta Zaręba komornika. – Jak ja mam teraz gotować?

          Komorowski zgłupiał do reszty. Sprawa rozejdzie się po gminie, a może i po kraju. Będą się śmiać, wytykać, awans szlag trafi! Samochodu służbowego nie dostanie, może przeniosą na jeszcze gorsze zadupie? Wszystko za piętnaście złoty?

          Zarządza koniec akcji, odwrót, prosi Zarębę o wyrozumiałość, obiecuje szybką naprawę pieca, kaja się. Spisuje protokół zniszczenia mienia prywatnego, wystawia pisemne przyrzeczenia, definitywnie, formalnie zamyka sprawę. Odjeżdżają w pohańbieniu.

          Zaręba nie jest mściwy. Mógłby zaskarżyć Komorowskiego o nieuzasadnione nękanie, o szkody, dosolić tępemu urzędasowi, ale całkowicie przecież usatysfakcjonowany, macha ręką. Jednak solidnie, fachowo przygotowane, przemyślane przedsięwzięcie, konstrukcja, zawsze procentują. Pełny profesjonalizm, solidna robota, talent. No i pieniądze, nie zmarnotrawione na pełnych pychy darmozjadów. Większość spraw ma załatwionych, Jacqueline już nie może się doczekać. Za dwa dni wylatuje na zawsze. Adieu!

 

Koniec.

1302

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1419
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 794
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1098
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1053
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 362
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 850
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 643
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 473
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1110
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 694
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 446
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 581
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 658
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 664
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  hussair  (www),  10/02/2013

He... he... :-)

@hussair: Strzelcze - jak zwykle na miodowym posterunku. Dzięki i do pewnego stopnia muszę... przeprosić. Miałem bowiem odsapnąć, a tu...

  hussair  (www),  10/02/2013

@golesz: Toż napisałem maila do Grazy: ,,Golesz znów nas wykiwał''.
Że niby niemoc twórcza. ;-)

@hussair: Ech Strzelcze. Pomysły przychodzą (o ile) kiedy chcą. I jak czasem zastopują, to wydaje się, że na amen. A jak jest pomysła, to natychmiast trzeba z nim przysnąć, by rano do roboty, do roboty.

  hussair  (www),  10/02/2013

@golesz: U mnie tak samo! Już miałem pióro w kąt ciepnąć i nagle mi wczoraj błysło, trzasło w potylicę i bach! trzy opowiadania. I każde z... niemieckim akcentem. Ki diabeł?...

  oculus,  10/02/2013

Można by film fajny nakręcić.:)

  hussair  (www),  10/02/2013

@oculus: Opowiadania Golesza w Ameryce szłyby pod scenariusz jak owce pod nóż (brrr, co to za makabrony), a tu są jak te jabłka, co z drzewa spady i nikomu nie ma ich zbierać.

@oculus: Dzięki, dzięki, ale o komornikach już trochę nakręcono. Stąd również moje obawy o oryginalność tekstu. Boć wszystko już przecież było.

  oculus,  10/02/2013

@golesz: Może i było ale nie takie samo arcy jak Twoje.

@oculus: No to się trochę uspokoiłem. Wszak o miłości, na ten przykład, większość literatury. Nie do wyczerpania. Podobnie o podatkach. Bo namiętności porównywalne.

  berni*,  10/02/2013

@oculus: Bzdurne seriale się ciągną latami, tu taki scenariusz.:-)))

  oculus,  10/02/2013

@Bernard: Wszystko przd nami, mam nadzieję, że kiedyś będę oglądał taki właśnie film.:)

Cholewcia, że ja mam sąsiada pod spodem. :-)

@Bernard: Zamień się szybciutko, a wtedy całe "pod Tobą", przed Tobą.

  hussair  (www),  10/02/2013

@Bernard: Nigdy nie wiesz. ;)

  grazaa,  10/02/2013

Interes idzie dobrze... na pewno nie jest uczciwy. Jesteś inny... nie pasujesz. Prosta zasada, funkcjonująca niestety.
Czytając, cały czas czułam, że coś się za tym kryje. Jest inaczej niż widzą oczy...
I znowu mnie zaskoczyłeś swoją pomysłowością :-)

  hussair  (www),  10/02/2013

@grazaa: Do pioruna z tym Goleszem! Skąd on się wziął? ;)

@hussair: Pewnie ukrywał się w jakiejś piwnicy...???
;-)

@grazaa: Dzieki! Zawsze jest inaczej. Zmyślniej, trudniej, ciekawiej. A czy interes całkiem nieuczciwy? Twórczy w każdym razie.

@hussair, grazaa: W dalszym ciągu ukrywa się. Taką ma naturę. Pełna (możliwie) ciemność, tajemnica. To... przemyślane.

@golesz: W końcu artysta... to i artystyczne podejście do sprawy, bardzo twórcze ;-)))

@grazaa: Jaki tam artysta. Zwykły wyrobnik. Może... rzemiocha.

@golesz: No pewnie.... na parterze :-))) Ale gdy zejdzie do piwnicy...

@grazaa: Zgadza się. Dobrze zaopatrzona piwniczka, wyposażona... To jest to. Warsztacik taki cichutki.

@golesz: Piwniczka... dobra rzecz. Ja też taką mam :) ...chociaż to nie do końca piwniczka, ale takie miejsce...

  hussair  (www),  10/02/2013

Goleszu, szczegóły wyposażenia poprosimy, może warto się wła... wprosić. :)

@grazaa: Jeśli tylko można sie odciąć, posiedzieć w spokoju, czasem coś wydestylować, to może być. Nic lepszego nie trzeba.

@hussair: No sam przecie wiesz, co jest podstawą. Jakiś baniaczek, wężownica, bieżąca najlepiej woda, palniczek. A reszta według upodobań.

  hussair  (www),  10/02/2013

@golesz: Słuszna piwnica, bardzo słuszna!

  berni*,  10/02/2013

golesz: Nie mów głośno! Obserwują i czekają.:-)))

  golesz,  10/02/2013

@Bernard: A niech obserwują. Jeżeli przekroczony zostanie pewien próg krytyczny liczby obserwowanych obiektów, to obserwujący od tego zgłupieją. Po prostu. Już i tak nie są zbyt mądrzy obserwując, mając nadzieję na efektywną kontrolę. A że czekają? Na Godota chyba. Niech więc czekają, bo w czekaniu ich istota.

Pozdrawiam.

  berni*,  10/02/2013

@golesz: Na degustacje, ma się rozumieć! :-)

  golesz,  10/02/2013

@Bernard: Ma się rozumieć.

  Paweł Malec  (www),  10/02/2013

Sam już nie wiem, czy jestem fanem bardziej Twoim czy Hussaira.:)

  hussair  (www),  10/02/2013

@Paweł Malec: Wow! Ustępuję pola. Zresztą macie silny wspólny pierwiastek w stylu i właśnie tworzę coś specjalnie Wam dwóm dedykowane z tegoż powodu.

  Paweł Malec  (www),  10/02/2013

@hussair: Dedykacja. Pora umierać.
Jeśli mogę nieskromnie prosić z tego miejsca, to niech to będzie coś, co zdołam udźwignąć.:)

@Paweł Malec: Ja czytam was trzech i jestem zadowolona - nie mam dylematu:)

  hussair  (www),  10/02/2013

@Skalny Kwiat: :)
Pawle, to jest krótka, refleksyjna i stonowana historyjka, taka, myślę, dostosowana pod Wasz klimat życiowy.

  Paweł Malec  (www),  10/02/2013

@hussair: Okryję sobie kolana kocykiem.:)

  hussair  (www),  10/02/2013

@Paweł Malec: Przestań mnie rozbrajać. :)

  Paweł Malec  (www),  10/02/2013

@hussair: OK, czekam.
(I na ten wiersz Green też.)

  greenway,  11/02/2013

@Paweł Malec: na który wiersz?

  golesz,  11/02/2013

@Paweł Malec: Jeśli mówisz o mnie i o dylemacie, to dzięki, ale pozwól, że troszkę wyprostuję i pomogę rozstrzygnąć. Hussair, co by nie gadać, zawsze na wierzchu. Jak oliwa. Z pierwszego tłoczenia.

  Paweł Malec  (www),  11/02/2013

@greenway: Na ten, który był tu o północy, ale tylko przez chwilę.

  Paweł Malec  (www),  11/02/2013

@golesz: "Osiołkowi w żłoby dano..."
Na szczęście nie muszę wybierać. Hussair dobry na wieczory, Golesz na poranki.

  golesz,  11/02/2013

@Paweł Malec: Może być.

  greenway,  11/02/2013

@Paweł Malec: a jednak ktoś zauważył. :) Może będzie na wieczór.

  Paweł Malec  (www),  11/02/2013

@greenway: I przeczytać zdążył.:)

  greenway,  11/02/2013

@Paweł Malec: ot rewolwerowiec. ;)

  hussair  (www),  11/02/2013

@greenway: Hm, znikający wiersz?...

  hussair  (www),  11/02/2013

@Paweł Malec: ,,Hussair dobry na wieczory, Golesz na poranki. '' - Paweł Malec obiadową porą? :)

  Paweł Malec  (www),  11/02/2013

@hussair: Pomarzyć zawsze mogę.

  hussair  (www),  11/02/2013

@Paweł Malec: Mistrz skromności, mistrz przenikliwości, mistrz odniesienia. Paweł Malec.
To co, robimy grafik? Gdzie wpiszemy Skalny Kwiat? Może na 17.00? Jako publikatorka podwieczorkowa będzie miała obowiązek częstowania czytelników deserem. ;)

  Paweł Malec  (www),  11/02/2013

@hussair: :)) Oczywiście, tak zrobimy. A tymczasem muszę ruszać z kopyta, żeby nie spóźnić się do roboty.:))
Do miłego!

@hussair: Nieźle, nieźle, w dobrą stronę zmierza. A ponieważ, zgodnie z powiedzeniem, że: "Sniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z... itd.", śniadanko najważniejsze, to ja poproszę o rozbudowane menu poranne. I z obrazkami, żeby przynajmniej gały nasycić. Trunki zapewnię własnym sumptem i wysiłkiem. Nocnym, bezsennym.

  hussair  (www),  11/02/2013

@golesz: Hm. Jako publikator wieczorowy jestem, zdaje się, zobowiązany zapewnić ,,nocną lampkę'' do posiłku?... Nie mylić z nocną lampką.

[bywaj, Pawle!]

@hussair: Lampkę, powiadasz? Ja miałem, mam nadzieję, na jakiś... reflektor. Przeciwlotniczy.

  hussair  (www),  11/02/2013

@golesz: I zaklejamy okna papierem? Taka intymność z wojennym klimatem? Nie, poprzestańmy na skromnym kroku kulturalnych ludzi: po lampce wina.
No i po kanistrze bimbru dla wsparcia homeostazy.

  golesz,  11/02/2013

@hussair: Ty to potrafisz pogodzić wodę z ogniem. Może być, pewnie. A kanistry później do skupu złomu. Na piwo odżywcze wystarczy.

  hussair  (www),  11/02/2013

@golesz: Po całej tej operacji, myślę, spojrzymy na położenie Rzeczpospolitej z większym optymizmem.

@hussair: Być może. Bo ten, z ktorym patrzymy teraz, już nam nie wystarcza. Przejadł się był, spowszedniał, wytarł. Tu trzeba progresu, impulsu, zmiany. No.
A to nam zapewnią... kanistry. Napełnione.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska