Login lub e-mail Hasło   

Niewidzialna ręka rynku to ręka Boga

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.fronda.pl/a/rynek-bez-boga-cz(...)00.html
Rynek bez Boga czyli o źródłach kryzysu ekonomicznego w Europie.
Wyświetlenia: 1.125 Zamieszczono 20/04/2013

Jeśli zatem Europa chce przetrwać i na trwale przezwyciężyć kryzys ekonomiczny, musi powrócić do religijności. Powrót ten będzie zaś tym łatwiejszy, że na naszych oczach pada państwo opiekuńcze, które było jednym z głównych powodów rozpadu więzi społecznych i religijnych. Tam, gdzie „chleb powszedni” zapewnia (warto dodać na kredyt, które będą musiały spłacać kolejne pokolenia) opiekuńcze państwo religia i Bóg przestają być potrzebni. W państwach, w których opieką nad dziećmi, chorymi i starcami także zajmuje się państwo, i to za pieniądze podatników, przestaje się liczyć i opłacać także rodzina. Krach systemu europejskiego zatem, choć niewątpliwie będzie bolał, może przyczynić się do uzdrowienia sytuacji. I uświadomienia, że religia tu wróci. Pytanie, które możemy sobie zadać, brzmi tylko: jaka to będzie religia – islam czy chrześcijaństwo?

Nakaz usunięcia ze słowackiej wersji euro krzyża, a także aureoli nad głowami św. Cyryla i Metodego – choć jest przede wszystkim dowodem na postępującą laicyzację Europy – może być także doskonałym symbolem istoty kryzysu ekonomicznego, jaki dopadł obecnie świat zachodni. U jego podstaw leży bowiem, o czym nieczęsto się pamięta, wyrzucenie, nie tyle z banknotów czy bilonu, ile z naszego myślenia o rzeczywistości ekonomicznej i społecznej, Boga i krzyża, przez który Bóg nam się w pełni objawił. Bez Chrystusa, bez Boga Ojca, który sprawia, że możemy mówić o autentycznym braterstwie międzyludzkim, i wreszcie bez Dekalogu ufundowanego nie tyle na kompromisie, ile na objawionej woli Bożej, nie ma mowy nie tylko o społeczeństwie, demokracji, ale także o rynku czy szerzej o życiu gospodarczym. To ostatnie nie może być bowiem poprawnie urządzone bez odniesienia do prawdziwej koncepcji człowieka, świata i Boga. „... wybór wartości chrześcijańskich jest nie tylko sprawą pożyteczną, ale niezbędną dla budowania dobrego społeczeństwa oraz prawdziwego, integralnego rozwoju ludzkiego”[1] - wskazywał Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate”. A Jan Paweł II dwadzieścia lat wcześniej zaznaczał, że „autentyczna demokracja [ale trzeba tu dodać, że także autentyczny wolny i godny człowieka rynek – dop. autora] możliwa jest tylko (…) w oparciu o poprawną koncepcję osoby ludzkiej”[2].

I właśnie odnalezienie owej prawdziwej antropologii, a szerzej prawdziwej i pełnej wizji świata jest jedynym lekarstwem na postępujący kryzys. Bez powrotu do prawdy o człowieku i społeczeństwie, ale także o Bogu niemożliwe jest uzdrowienie gospodarki czy systemu światowego. Ten prosty przekaz jest zresztą istotą nauczania społecznego Kościoła, i to od czasów słynnej, wciąż niedocenianej encykliki Leona XIII „Rerum novarum”. „... jeśli społeczeństwo dzisiejsze ma być uleczone, to stanie się to tylko przez odnowienie życia chrześcijańskiego i instytucji chrześcijańskich (…) Obyczaje bowiem chrześcijańskie zachowywane pilnie wywierają wpływ korzystny na stan gospodarczy społeczeństwa, zyskują mianowicie łaskę Boga, początku i źródła wszystkich dóbr, powściągają nadmierne pożądaniem bogactw i rozkoszy”[3] - wskazywał Leon XIII. I trudno nie uznać, że te wskazania nadal pozostają aktualne. Najlepszym zaś dowodem na słuszność tej diagnozy (powtarzanej później, na różne sposoby, przez kolejnych papieży) jest to, że europejski kapitalizm i demokracja bez chrześcijaństwa właśnie się kończą. Wyjęcie z przestrzeni publicznej i rynku zasad Ewangelii zakończyło się katastrofą, której jesteśmy obecnie świadkami.

Moc chrystianizmu

Aby to zrozumieć dobrze jest spojrzeć się na własną cywilizację z perspektywy innych, i zastanowić się, co dla nich jest jest istotą sukcesu świata zachodniego? Jakie są źródła faktu, że to właśnie Europejczycy zawojowali świat, że nasza wersja gospodarki, polityki, filozofii podbiła świat, a nasze karawele zdominowały światowy handel? Odpowiedź jest – i to nie tylko dla Europejczyków, ale także dla nieuprzedzonych badaczy, dość oczywista: przyczyną naszego sukcesu jest chrześcijaństwo. To ono sprawiło, że Europa i Stany Zjednoczone otworzyły się na wolny rynek, zbudowały demokratyczne struktury, zbudowały technikę i naukę i za pośrednictwem wszystkich tych elementów zawojowały świat. Tak, i to zupełnie otwarcie, sprawę postawił ekonomista rządu chińskiego Zhao Xiao (i to jeszcze jako ateista i marksista, choć później przyjął chrześcijaństwo w wersji protestanckiej) na kartach fundamentalnego eseju „Gospodarki rynkowe z Kościołami, a gospodarki rynkowe bez Kościołów”.  Na czym polegała – jego zdaniem –  owa moc Zachodu, bez której nie ma nowoczesnego kapitalizmu i demokracji, a nawet nie ma gospodarczego sukcesu? Otóż jest nią wiara i lęk przed Sądem Ostatecznym. „Gospodarka rynkowa – przekonywał Zhao – jest skuteczna, ponieważ zniechęca do próżniactwa, lecz może także zachęcać ludzi do kłamstwa i krzywdzenia innych. Dlatego wymaga moralnej podpory”[4]. A tę daje wyłącznie chrześcijaństwo, które przypominając o sądzie ostatecznym, o tym, że przyjdzie nam zdać sprawę z naszego życia przed Wszechmocnym, sprawia, że gospodarka rynkowa ma duszę, a jej uczestnicy nie zabijają się wzajemnie, ale budują wspólny rynek, który – zgodnie ze starą maksymą Adama Smitha, kierowany jest niewidzialną ręką... Boga (tak, tak owa niewidzialna ręka rynku, to dla Smitha ręka Boga).

Zhao wcale nie jest w takiej diagnozie osamotniony. Inni chińscy intelektualiści, często pozostający na partyjnym garnuszku, także coraz otwarciej przyznają, że chrześcijaństwo jest najszybszą i najpewniejszą drogą do modernizacji Chin. Wolny rynek, demokracja i nowoczesność są, ich zdaniem, osadzone na chrześcijaństwie, tak ściśle, że nie sposób ich od siebie oddzielić.  Analizy te, co też zaskakiwać może ludzi Zachodu, niemal w ogóle nie odwołują się do słynnej tezy Maxa Webera o wpływie etyki protestanckiej w wydaniu kalwińskim na powstanie nowoczesnego kapitalizmu, a koncentrują się na realnej doktrynie chrześcijaństwa. Szukając siły chrystianizmu i opartej na nim cywilizacji profesor Zhuo Xinping z Chińskiej Akademii Nauk  zwraca uwagę na koncepcję grzechu, która wyjaśnia skąd bierze się zło, oraz pozwala na nawrócenie; koncepcję zbawienia, która zawiera w sobie także fundamentalne pojęcie odpowiedzialności wobec innych; pojmowanie Boga jako bytu transcendentnego wobec świata, które pozwala na realistyczne ujęcie świata, jako zawsze niedoskonałego i podlegającego skażeniu; i wreszcie chrześcijańskie pojmowanie miłości bliźniego (nieobecne w istocie w takiej formie w tradycjach azjatyckich) jako – w istocie – miłości do Chrystusa i Boga. Inni myśliciele dorzucają do tego przypomnienie, że sama koncepcja osoby i jej szczególnych uprawnień, tak fundamentalna dla zachodniej mentalności nierozerwalnie związana jest z chrześcijańską dyskusją nad Trójcą Świętą, i z niej wyrasta[5].

U podstaw sukcesu Zachodu leży zatem, zdaniem chińskich komunistów, antropologia chrześcijańska, a szerzej chrześcijańska wizja świata: z wiecznym piekłem, które uświadamia odpowiedzialność za własne czyny, z osobową koncepcją Boga, wizją grzechu pierworodnego i zbawienia. To właśnie absolutne fundamenty wiary chrześcijańskiej stają się podstawą sukcesu – nie tylko w wymiarze wiecznym, ale także jak najbardziej doczesnym. A główną przeszkodą w realizowaniu poprawnej wizji rynku, gospodarki czy demokracji , a co za tym idzie w prawdziwym rozwoju ludzkości – w takim ujęciu – stanie się, jakby to prowokacyjnie nie zabrzmiało, ateizm. „Z chrześcijańskiej koncepcji osoby wypływa natomiast w sposób konieczny właściwa wizja społeczeństwa. Według Rerum novarum i całej nauki społecznej Kościoła, wyrazem społecznej natury człowieka nie jest jedynie Państwo, ale także różne grupy pośrednie, poczynając od rodziny, a kończąc na wspólnotach gospodarczych, społecznych, politycznych i kulturalnych, które jako przejaw tejże ludzkiej natury posiadają — zawsze w ramach dobra wspólnego — swą własną autonomię. To właśnie nazwałem „podmiotowością” społeczeństwa, która wraz z podmiotowością jednostki, została unicestwiona przez „socjalizm realny”. Jeśli zapytamy dalej, skąd bierze się ta błędna koncepcja natury osoby i „podmiotowości” społeczeństwa, musimy odpowiedzieć, że pierwszym jej źródłem jest ateizm. Odpowiadając na wezwanie Boga, zawarte w samym istnieniu rzeczy, człowiek uświadamia sobie swą transcendentną godność. Każdy człowiek winien sam dać tę odpowiedź, która jest szczytem jego człowieczeństwa, i żaden mechanizm społeczny czy kolektywny podmiot nie może go zastąpić. Negacja Boga pozbawia osobę jej fundamentu, a w konsekwencji prowadzi do takiego ukształtowania porządku społecznego, w którym ignorowana jest godność i odpowiedzialność osoby”[6] - wskazywał Jan Paweł II, zastrzegając jednocześnie, że ów zgubny ateizm i materializm zanikł wraz z komunizmem czy socjalizmem i wskazując, że niszczy on także społeczeństwa konsumpcyjne[7].

Zgubny wpływ ateizmu

Do myśli tej mocno nawiązuje Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate”. „Kiedy państwo promuje, naucza lub wprost narzuca pewne formy ateizmu praktycznego, pozbawia swoich obywateli siły moralnej i duchowej niezbędnej do zaangażowania się w integralny rozwój ludzki”[8] - wskazuje papież, dla którego to właśnie ten integralny rozwój jest celem życia gospodarczego. I nie jest to myśl w nauczaniu Kościoła nowa. Pius XI określając relacje między ekonomią a moralnością pokazuje, że to właśnie ta ostatnia, zakorzeniona jednak w Objawieniu Bożym może stać się podstawą zdrowego systemu gospodarczego. „... błędem jest twierdzić, że porządek gospodarczy i moralny, tak są od siebie oddzielony i tak sobie obce, iż pierwszy zupełnie nie zależy od drugiego. Tzw. gospodarcze prawa, wynikające z natury rzeczy materialnych i z właściwości ciała i ducha ludzkiego, uczą nas tylko o celach, których sprawność ludzka w życiu gospodarczym nie zdoła osiągnąć, i o celach, które osiągnąć zdoła, a także o środkach do nich prowadzących. Z tej też natury rzeczy materialnych, jak i z indywidualnej i społecznej natury człowieka rozum dowiaduje się o celach, które Bóg zakreślił życiu gospodarczemu, jako całości. Innym jest prawo moralne. Ma ono moc rozkazywania nam, byśmy w każdym naszym czynie zmierzali do naszego najwyższego i ostatecznego celu, a w każdej z dziedzin życia szukali tych celów, które im natura, a raczej Stwórca natury wyznaczył, i byśmy Mu je po ustaleniu ich wzajemnego stosunku do siebie podporządkowywali. Wystarczy, że będziemy posłuszni temu prawu, a wszystkie szczególne cele w życiu gospodarczym, tak jednostkowe, jak społeczne bez trudności włączą się w  cały ustrój celów, i my jakby po stopniach, osiągniemy ostateczny cel wszystkich rzeczy, Boga, najwyższe i niewyczerpane dla nas i dla Niego dobro”[9] - wskazuje Pius XI.

I można powiedzieć, że ta pierwotność pochodzącej od Boga i zakorzenionej w strukturze świata, moralności wobec struktur ekonomicznych, jest istotą nauczania społecznego Kościoła. Gdy Pius XI omawia zagadnienia własności – odwołuje się do stworzenia i natury ludzkiej, i podobnie gdy Jan Paweł II analizuje miejsce pracy ludzkiej i jej wartości w świecie ekonomii, także powraca do Księgi Rodzaju i opowieści o stworzeniu człowieka. Każda próba odrzucenia takiego myślenia, porzucenia właściwego rozumienia natury ludzkiej, jako stworzonej przez pełnego miłości Boga, oznacza upadek nie tylko moralności, ale także gospodarki. Ta ostatnie nie może bowiem istnieć bez fundamentu, jakim jest prawda. Prawda o naturze i miejscu w życiu ludzkim pracy, o tym, jak rozumieć własność prywatną, tak by uniknąć zarówno błędu indywidualizmu jak i kolektywizmu czy wreszcie, jak dostrzec i zaaprobować fundamentalne znaczenie rodziny w kształtowaniu prorozwojowych postaw społecznych.

Liberalizm bez wartości, a nawet mocniej bez chrześcijańskiej, i to najzupełniej tradycyjnej moralności, zawartej w teologii katolickiej, tak jak pozbawiona ich demokracja przekształca się w swoją nędzną parodię, co blisko pół wieku – ale diagnoza jego wraz z upływem lat nabiera coraz większej aktualności – temu pokazywał anglikanin T. S. Eliot. „Niszcząc wśród ludzi tradycyjne zwyczaje, rozkładając naturalną świadomość zbiorową na świadomość jednostkową, sankcjonując opinie najgłupszych, zastępując edukację instruktażem, popierając spryt raczej niż mądrość, karierowiczów, a nie ludzi wykwalifikowanych (…) liberalizm może przygotować drogę do czegoś, co jest jego własnym zaprzeczeniem: mianowicie dla sztucznej, zmechanizowanej czy zbrutalizowanej kontroli, która będzie rozpaczliwym remedium na powstały chaos”[10] - wskazywał Eliot w „Idei społeczeństwa chrześcijańskiego”.  A los Unii Europejskiej, która od wolności przechodzi do ścisłego dyktowania swoim członkom, jakie mają mieć systemy podatkowe, i jak mają urządzać wewnętrzne życie państwa, tylko pokazuje, jak przenikliwym myślicielem był anglikański poeta (a także papieże, którzy od ponad stu lat nieodmiennie przypominają tę podstawą prawdę), i jak niezbędne w gospodarce rynkowej czy budowaniu życia społecznego są zasady i wartości moralne.

Tej lekcji jednak Europa i europejscy (a także ślepo podążający z nimi polscy) intelektualiści nie są jednak w stanie odrobić. Dla nich jedynym modelem rozwoju i nowoczesności jest ten związany z laicyzacją, odrzuceniem wszelkich wartości i budowaniem cywilizacji i ekonomii na paradygmacie utylitaryzmu. I choć na ich oczach europejska gospodarka i europejska demokracja rozpada się[11], właśnie z powodu braku jakichkolwiek fundamentów, oni pozostają ślepi na rzeczywistość i przekonują, że jedynym sposobem uratowania Unii Europejskiej czy choćby europejskiego projektu, pozostaje jeszcze więcej biurokracji, ideologii i lewackiej nowomowy. Symboliczna apostazja Starego Kontynentu, jakim było odrzucenie choćby wzmianki o chrześcijaństwie w (odrzuconej później) Konstytucji Europejskiej czy zakazywaniu umieszczania symboli religijnych nawet na monetach, pozostaje faktem. I nic nie jest w stanie jej zmienić. A przecież, gdyby współcześni politycy europejscy zdecydowali się powrócić do zasad, które przyświecały ojcom założycielom wspólnoty europejskiej, to znaleźliby w nich zasady identyczne, jeśli chodzi o istotę, z tymi, o których wspominają obecnie chińscy intelektualiści, poszukujący dróg wyjścia z komunistycznego intelektualnego zamrożenia. Zamysł twórców Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, choć wyrażony w języku ekonomicznym, był w istocie głęboko chrześcijański. Tak Alcide de Gasperi, jak i Robert Schuman czy Konrad Adenauer i Charles de Gaulle chcieli zbudować taką przestrzeń europejską, której nie będzie groziła kolejna wielka wojna, ale także, która wolna będzie od ideologicznych szaleństw tak nazizmu, jak i komunizmu. Jedyną podstawą ideową, która takie zadanie mogła unieść było zaś chrześcijaństwo, i to bardzo konkretnie w wersji katolickiej. Osobista pobożność, która przekładała się na decyzje polityczne była u trójki Adenauer – Schuman – de Gasperi tak mocna, że określono ich niekiedy mianem Vaticformu (w odróżnieniu od koordynującego politykę sowiecką Kominformu).

Oparcie na chrześcijaństwie związane była jednak nie tylko z osobistą pobożnością ojców założycieli zjednoczonej Europy, ale także z zimną analizą rzeczywistości. II wojna światowa, a także szaleństwa tak nazizmu, komunizmu, ale i skrajnych nurtów nacjonalistycznych, wykazały fiasko laickich, świeckich mesjanizmów, którymi od połowy XIX wieku próbowano zastąpić transcendentne korzenie ładu społecznego. Żywe wciąż doświadczenie eugenicznych i rasistowskich uwikłań nauki (warto przypomnieć, że badania prowadzone w obozach koncentracyjnych przyniosły sporo poważnej wiedzy, z narządów pobieranych w obozach koncentracyjnych korzystali nawet amerykańscy uczeni, a IBM dorobiło się gigantycznego majątku na stworzonym specjalnie dla obozów koncentracyjnych systemie statystycznym) jasno pokazywały też, że wiara w kulturo- i moralnotwórczą moc nauki są – przynajmniej – przesadzone. Ludziom tamtego okresu pozostało zatem powrócić do chrześcijaństwa, które oferowało im nie tylko jasną linię życia, ale także spójny światopogląd, który przekładał się także na decyzje ekonomiczne.

Zwycięstwo wiary

Taka diagnoza najlepiej pokazuje, jaka jest droga wyjścia z kryzysu, jaki niszczy nie tylko Europę, ale i gospodarkę. Lekarstwem na nihilizm, krótkowzroczność, wygodnictwo pozostaje religia. Ona dostarcza ludziom nie tylko kryteriów moralnych, które nawet jeśli nie zawsze są wcielane w życie, to pozostają istotnym drogowskazem; ale także poszerza perspektywę życiową poza doczesne i krótkotrwałe przyjemności. Przesada? Otóż nie. Nie jest przecież przypadkiem, że najwięcej dzieci – poza religijnymi muzułmanami – mają w Europie zaangażowani w ruchy kościelne wierzący katolicy. Powód jest zaś dość oczywisty. Oni mają poczucie, że dzietność jest błogosławieństwem Bożym, a nie tylko sposobem na uratowanie systemu emerytalnego. Istnienie Boga, wiara w życie pozagrobowe, koncepcja grzechu i piekła (jako realnej możliwości) budują jednak nie tylko odpowiedzialność czy rozwijają moralność, ale także sprawiają, że wolny rynek i demokracja mają duszę. To dusza zaś, a nie materialność, według doktryn greckich i chrześcijańskich filozofów, pozostaje nośnikiem życia.

Jeśli zatem Europa chce przeżyć musi powrócić do religijności. Powrót ten będzie zaś tym łatwiejszy, że na naszych oczach pada państwo opiekuńcze, które było jednym z głównych powodów rozpadu więzi społecznych i religijnych. Tam, gdzie „chleb powszedni” zapewnia (warto dodać na kredyt, które będą musiały spłacać kolejne pokolenia) opiekuńcze państwo religia i Bóg przestają być potrzebni. W państwach, w których opieką nad dziećmi, chorymi i starcami także zajmuje się państwo, i to za pieniądze podatników, przestaje się liczyć i opłacać także rodzina. Krach systemu europejskiego zatem, choć niewątpliwie będzie bolał, może przyczynić się do uzdrowienia sytuacji. I uświadomienia, że religia tu wróci. Pytanie, które możemy sobie zadać, brzmi tylko: jaka to będzie religia – islam czy chrześcijaństwo? Z punktu widzenia nowoczesności, wolnego rynku czy wolności obywatelskich (nie wchodząc już w równie ważne kwestie antropologiczne czy religijne) nie może być wątpliwości, że wybór może być tylko jeden: chrześcijaństwo! Mocno pokazuje to George Weigel w fundamentalnym, choć niewielkiej objętości dziełku „Katedra i sześcian. Europa, Stany Zjednoczone i polityka bez Boga”. „Wzniosła przygoda chrześcijańskiej ortodoksji jest jedyną alternatywą dla metafizycznej nudy” - wskazuje (jeszcze nie wiedząc, że nuda to doprowadzi do gigantycznego krachu finansowego, także w Stanach Zjednoczonych) George Weigel. „Świat całkowicie zsekularyzowany jest światem bez okien, drzwi i prześwitów, to świat klaustrofobiczny, niezwykle duszny. Całkowicie zsekularyzowana kultura, nieposiadająca transcendentnego punktu odniesienia dla ludzkiego myślenia i działania, jest nieprzyjazna dla wolności człowieka i demokracji [a ja dodałbym tu również wolny rynek – dop. mój], ponieważ demokracja ostatecznie opiera się na przekonaniu, że osoba ludzka posiada niezbywalną  godność i wartość, a wolność  nie jest po prostu dobrowolnością”[12] - uzupełnia amerykański myśliciel. A na koniec zadaje ludziom pytanie, czy chcą żyć w kulturze, którą symbolizuje katedra Notre Dame czy Grand Arche de la Defense? „Kultura, która stworzyła Grand Arche de la Defense czy kultura ucieleśniona w katedrze (…)? La Grand Arche ucieleśnia, już nawet w czysto wizualny sposób metafizyczną nudę. Mówi do nas o polityce bez Boga, w rzeczy samej czci politykę bez Boga, jako wielkie wyzwolenie ludzkości. Święta różnorodność katedry Notre-Dame, jej konstrukcja łącząca masywny kamień i świetliste szkło, jest obrazem otwartości ludzkiego ducha na transcendencję – na Boga”[13] - podsumowuje Weigel.

Wybór katedry, u której podstaw leży chrześcijaństwo, nie wystarczy. Chrześcijaństwo bowiem nie może być tu sprowadzone tylko do emocji, czystej religijności, ale musi ze sobą nieść cały bagaż metafizycznego i teologicznego spojrzenia na rzeczywistość. To z nich wyrasta dopiero poprawna antropologia, na której zbudować da się etykę, w którą wkorzeniona zostanie myśl socjalna i ekonomiczna, która wyprowadzić może Europę i świat z głębokiego kryzysu, którego istotą wcale nie jest ekonomia, ale odrzucenie świadomości bycia istotą stworzoną, zależną i głęboka wiara w to, że jesteśmy w stanie wyzwolić się – ludzkimi tylko siłami – z wszelkiego cierpienia, nierówności czy braku. „... smutne następstwa grzechu będą zawsze do znoszenia przykre, twarde i trudne; będą też człowiekowi towarzyszyły aż do ostatniej chwili życia. Boleść i cierpienie stanowią zatem dolę ludzką, a choćby wszystkich doświadczali i próbowali ludzie środków, żadna siła i żadna teoria nie potrafią wyrugować tych przykrości do szczętu z życia ludzkiego. Ci zaś, którzy zapewniają, że to potrafią, i którzy biednej ludzkości obiecują życie wolne od wszelkiej boleści i trudu natomiast pełne pokoju i trwałych rozkoszy, ci oszukują lud i przygotowują mu zasadzkę, kryjącą w sobie większe jeszcze od obecnych nieszczęścia”[14] - wskazywał odnosząc się do komunizmu i socjalizmu Leon XIII. Słowa te jednak mogą być z powodzeniem zastosowane także do wszystkich współczesnych ideologii, które odrzucają prawdę o grzechu pierworodnym i jego skutkach, a także negują zależność człowieka i obiecują mu wieczny pokój czy wieczne bezpieczeństwo. Ich skutkiem zawsze będą większe od wcześniejszych problemy. To zaś pozwala postawić tezę, że u podstaw kryzysu (a w zasadzie trzeba powiedzieć u podstaw wszystkich kryzysów społecznych i ekonomicznych) leży zatem odrzucenie antropologii Księgi Rodzaju, do której w swoich encyklikach nieustannie powracają biskupi Rzymu.

Antropologiczna matryca księgi Rodzaju

U podstaw tej antropologicznej matrycy leży głęboka prawda o tym, że człowiek nigdy nie jest i nie może być traktowany jako niezależna, samodzielna, nikomu nie podlegająca, samotna jednostka. Zawsze i wszędzie pozostajemy „zależni” od innych, od sytuacji społecznej, miejsca urodzenia, języka, jesteśmy wreszcie określeni przez własną tożsamość biologiczną i społeczną, a także – last but not least – przez akt stworzenia, który czyni nas zależnymi – nie tylko w przeszłości, ale nieustannie w naszym istnieniu od stwarzającego Boga. Ta pierwotna zależność, ale także pierwotne otwarcie na akt komunii warunkuje nasze istnienie w świecie. „Człowiek staje się odzwierciedleniem Boga nie tyle w akcie samotności, ile w akcie komunii”[15] - wskazywał Jan Paweł II w „Katechezach o małżeństwie i rodzinie”. A prawda ta odnosi się nie tylko do małżeństwa i rodziny, ale także – analogicznie – do wszelkich relacji międzyludzkich. Tam, gdzie niknie ów wymiar komunii, świadomości tego, że życie jest darem dla nas i musi się stać naszym darem dla innych nie ma poprawnego myślenia o relacjach międzyludzkich, także ekonomicznych. Celem ludzkiego działania musi być zatem budowanie wspólnoty, i to nie tylko najbliższej nam, ale także wspólnoty ogólnoludzkiej (z zachowaniem porządku miłości).

Świadomość takiego, wspólnego wszystkim ludziom ze względu na sam akt stworzenia, celu może dopiero stać się fundamentem pełnej wolnorynkowej, ale jednocześnie teleologicznej ekonomii. „Prawdziwa wolność wymaga bowiem istnienia celu ludzkiego życia i przeznaczenia stworzenia. (…) Nie ma żadnego sensu ani kanonizowanie, ani potępienia wolnego rynku jako takiego. Istotne jest, abyśmy – oceniając poszczególne transakcje pod kątem rzeczywistej wolności stron – brali na serio pod uwagę cel życia człowieka na ziemi i cel stworzenia”[16] - zauważa William T. Cavanaugh. A celem tym zawsze pozostaje powrót do Boga, który dokonuje się we wspólnocie. Wolność działania ekonomicznego, pojmowana jako niezależność od innych czy od Boga, nie istnieje. „Aby uniezależnić się od innych i od Boga, trzeba byłoby od wszystkiego się odciąć i tym samym stać się niczym. Zdać się na własne pomysły, odciąć się od Boga – oznacza zatracić się w grzechu, który jest zaprzeczeniem istnienia”[17] - wskazuje Cavanaugh. Grzech zaś, czy ostatecznie ontyczna nicość, która pozostaje nam po odrzuceniu relacji z innymi prowadzi do krachu nie tylko wartości moralnych, ale i ekonomicznych. Gdy waluta przestaje być oparta na parytecie złota, a jej jedyną wartością jest zaufanie do niej (czy do instytucji za nią stojących), to gdy te ostatnie stracą zakorzenienie w fundamencie bytów i wartości (czyli gdy ostatecznie tworzący je ludzie przestaną kierować się „bojaźnią Bożą”) to system musi upaść. I nie mogą mu pomóc nawet miliardy wpompowanych w niego euro czy dolarów.

Zależność od Boga, uświadomienie sobie wspólnego wszystkim pochodzenia, ale także bycia „obrazem i podobieństwem Bożym” umacnia także braterstwo, realną komunię między ludźmi, której brak jest największym, o czym niezwykle mocno pisał już Paweł VI problemem współczesności. „Społeczność ludzka jest poważnie chora, a przyczyną tej choroby jest nie tyle zmniejszenie się zasobów czy ich chciwe skupienie w rękach niewielu, ile raczej rozluźnienie braterskich powiązań tak między ludźmi, jak i między narodami”[18] - pisał Paweł VI w uznawanej przez Benedykta XVI za mocną odpowiedź na problemy współczesności encyklice „Populorum progressio”. I nic się nie zmieni, jeśli ludzkość (a to w istocie oznacza każdy człowiek z osobna) nie uświadomi sobie, że właśnie „obraz i podobieństwo” Boże w człowieku ma być miarą prawdziwego rozwoju. „... rozwój nie może polegać tylko na użyciu, na władaniu i nieograniczonym posiadaniu rzeczy stworzonych i wytworów przemysłu, ale nade wszystko na podporządkowaniu posiadania, panowania i użycia, podobieństwu człowieka do Boga oraz jego powołaniu do nieśmiertelności”[19] - wskazywał Jan Paweł II.

Antropologia chrześcijańska to jednak nie tylko świadomość pochodzenia od tego samego Ojca, na którym opiera się braterstwo czy godność oparta na stworzeniu przez Boga, ale również prawda o grzechu pierworodnym. Bez niej myślenie o ekonomii czy życiu społecznym, także będzie niepełne. „Czasem człowiek współczesny żywi mylne przekonanie, że jest jedynym twórcą samego siebie, swojego życia i społeczeństwa. To mniemanie jest konsekwencją egoistycznego skupienia się na sobie, które wywodzi się — mówiąc językiem wiary — z grzechu pierworodnego. Mądrość Kościoła zawsze sugerowała, że należy brać pod uwagę grzech pierworodny także w interpretacji faktów społecznych i budowie społeczeństwa: «Nieuwzględnianie tego, że człowiek ma naturę zranioną, skłonną do zła, jest powodem wielkich błędów w dziedzinie wychowania, polityki, działalności społecznej i obyczajów». Do dziedzin, w których ujawniają się zgubne skutki grzechu, doszła już od dawna gospodarka. Mamy tego ewidentny dowód również dzisiaj. Przekonanie człowieka, że jest samowystarczalny i że potrafi usunąć zło obecne w historii jedynie poprzez swoje działania, doprowadziło go do uznania szczęścia i zbawienia za immanentne formy dobrobytu materialnego i działania społecznego. Z kolei przekonanie o tym, że ekonomia wymaga autonomii, która nie musi ulegać «wpływom» o charakterze moralnym, doprowadziło człowieka do tego, że nadużył narzędzia, jakim jest ekonomia, w sposób wręcz niszczycielski. Z czasem przekonania te doprowadziły do powstania systemów gospodarczych, społecznych i politycznych, które podeptały wolność osoby i grup społecznych i właśnie dlatego nie były w stanie zapewnić obiecywanej sprawiedliwości”[20] - podkreślał Benedykt XVI.

Ekonomia zatem, jeśli ma zachować ludzki wymiar musi być kontrolowana przez instytucje (ukształtowane już podczas Stworzenia), które także mają ludzki wymiar. Pierwszą z nich jest oparta na monogamiczny małżeństwie, ale także na fundamentalnym prawie własności i wolności, rodzina[21], bez której płodności nie ma życia społecznego, a co za tym idzie także gospodarczego. Otwarcie na życie, zgoda na przyjęcie kolejnych dzieci jest w istocie bogactwem nie tylko rodziców, ale i całego społeczeństwa. „Moralnie odpowiedzialne otwarcie na życie stanowi bogactwo społeczne i ekonomiczne. Wielkie kraje mogły wyjść z nędzy również dzięki wielkiej liczbie i zdolnościom swoich mieszkańców. I przeciwnie, kraje niegdyś kwitnące przeżywają obecnie fazę niepewności, a w niektórych przypadkach upadku właśnie z powodu zmniejszenia liczby urodzeń, będącego kluczowym problemem społeczeństw o znacznym dobrobycie. Zmniejszenie się liczby urodzeń, niekiedy poniżej tak zwanego «wskaźnika wymiany», powoduje również kryzys systemów opieki społecznej, zwiększa jej koszty, pomniejsza nagromadzone oszczędności i w rezultacie środki finansowe potrzebne do inwestycji, redukuje liczbę wykwalifikowanych pracowników, zubaża «rezerwuar mózgów», który można wykorzystać dla potrzeb narodu. Ponadto w przypadku małych, a czasem bardzo małych rodzin istnieje niebezpieczeństwo zubożenia relacji społecznych i niemożności zagwarantowania skutecznych form solidarności”[22] - podkreśla Benedykt XVI.

I nie są to tylko rozważania religijne, ale wynikają one z głębokiej świadomości tego, że kryzys ekonomiczny, który obecnie gnębi Europę jest tylko zapowiedzią gigantycznego kryzysu demograficznego, którego główną przyczyną jest brak otwartości na życie, które wynika z zaniku wiary w Opatrzność Bożą, a także postępującego hedonizmu. Skutki tego procesu będą jak najbardziej wymierne finansowo. Już teraz we wszystkich krajach Europy podwyższany jest wiek emerytalny, a ekonomiści przewidują, że za trzydzieści, czterdzieści lat emerytury w ogóle nie będą wypłacane, bo zwyczajnie nie będzie ich miał kto wypracowywać. Najbardziej pesymistyczni eksperci przewidują, że homo economicus w ogóle nie będzie mieć dzieci, a w efekcie powstanie nie tylko europejska dziura demograficzna (którą błyskawicznie zaleją muzułmanie), ale też świat pozbawiony relacji i pusty. „Jakie będą tego konsekwencje, gdy młodzi odkryją, że wraz z zanikiem rodziny ich rodzice będą jedynymi krewnymi, jakich mają? Zapewne będzie to świat o wiele bardziej smutny i samotny”[23] - wieszczy Laquer. A Benedykt XVI wypowiada się niemal w tym samym duchu[24].

Rodzina jest jednak także przestrzenią, w której wypracowywane są umiejętności, cnoty niezbędne w życiu społecznym. „Rodzina żyje w pokoju, jeżeli wszyscy jej członkowie stosują się do wspólnej normy: przeciwdziała ona egoistycznemu indywidualizmowi i łączy między sobą jednostki, co sprzyja ich harmonijnemu współistnieniu i celowemu działaniu” - zaznacza Benedykt XVI w Orędziu na Światowy Dzień Pokoju” w 2008 roku i podkreśla, że w ten sposób rodzina może stać się wzorem działania także dla szerszych wspólnot. „ To kryterium, samo w sobie oczywiste, odnosi się również do szerszych wspólnot: od lokalnych poprzez narodowe aż do społeczności międzynarodowej. Do osiągnięcia pokoju potrzebne jest wspólne prawo, które pomoże wolności być naprawdę sobą, a nie ślepą samowolą, i które chroniłoby słabego przed nadużyciami silniejszego. W rodzinie narodów często dochodzi do postępowania arbitralnego, zarówno wewnątrz poszczególnych państw, jak i w relacjach między państwami. Nie brak też licznych sytuacji, w których słaby musi ustąpić nie ze względu na wymogi sprawiedliwości, ale po prostu siłę tego, kto ma do dyspozycji więcej środków niż on. Trzeba powiedzieć jeszcze raz: siła musi być zawsze podporządkowana dyscyplinie prawa i tak musi być również w stosunkach między suwerennymi państwami”[25] - dodaje papież. U podstaw dyscypliny prawa leży jednak uznanie istnienia prawa naturalnego, zakorzenionego w stworzonej naturze świata. Bez uznania istnienia tego prawa nie jest możliwy jakikolwiek, także ekonomiczny rozwój świata.

System na miarę człowieka

Wszystkie te rozważania prowadzą – co doskonale widać w encyklice „Caritas in veritate”, która stanowić może realne lekarstwo na ostatni kryzys – do przedstawienia spójnej wersji rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, która – jeśli mamy przetrwać – musi zastąpić obecnego globalnego Molocha. System ten określić można mianem „republikanizmu na miarę człowieka”. Otwarcie na Boga, przyjęcie Objawienia (lub przynajmniej założenie, że niezależnie od prawdziwości bądź nie Pisma Świętego, jest ono najlepszym wyrazem prawdy o człowieku) sprawia, że życie społeczne staje się nie tyle polem walki (o wpływy, pieniądze, idee), ile przestrzenią realizacji własnego powołania, czyli przestrzenią wzrostu w miłości. Tak ujmowane życie społeczne przestaje się opierać tylko na logice rynku (czy zysku) czy tylko na logice państwowej przemocy (czysta redystrybucja), a otwiera się na wartości etyczne, na moralność, której celem jest nie tylko zbudowanie bezpiecznego domu dla wszystkich, ale również osiągnięcie życia wiecznego przed podmioty działające.

Etyka społeczna (czyli drogi chrześcijańskiego działania w życiu publicznym) Benedykta XVI opiera się na trzech fundamentach: sprawiedliwości, miłości i dobru wspólnym. Sprawiedliwość to oddanie każdemu tego, co mu należne. Pracodawca – i to papież podkreśla bardzo wyraźnie – nie może być dobrym chrześcijaninem, jeśli nie postępuje z pracownikami zgodnie z zasadami sprawiedliwości, czyli nie zachowuje ich godności. A te kryteria są bardzo wyśrubowane. „Co oznacza zastosowane do pracy słowo «godność»? Oznacza pracę, która w każdej społeczności wyraża istotną godność każdego mężczyzny i każdej kobiety: oznacza pracę wybraną w sposób wolny, która zwiąże skutecznie pracowników, mężczyzn i kobiety, z rozwojem ich wspólnoty; oznacza pracę, która w ten sposób pozwala,  by pracownicy byli szanowani i pozostawiani poza zasięgiem wszelkiej dyskryminacji; oznacza pracę pozwalającą zaspokoić potrzeby rodzin i wykształcenie dzieci, by one same nie były zmuszone pracować; oznacza pracę pozwalającą pracownikom na swobodne zorganizowanie się i by słyszany był ich głos; oznacza pracę pozostawiającą wystarczającą przestrzeń do odnalezienia własnych korzeni na poziomie osobistym, rodzinnym i duchowym; oznacza pracę zabezpieczającą godne warunki pracownikom, którzy doczekali się emerytury”[26] – wskazuje Benedykt XVI.

A wszystkie te wymogi dotyczą dopiero pierwszego poziomu odpowiedzialności chrześcijan za społeczeństwo, czyli sprawiedliwości. Dopiero, gdy zostanie zrealizowana ta pierwsza, przychodzi czas na społeczną realizację miłości[27]. To z niej wyrasta świadomość konieczności dzielenia się tym, co nam się zwyczajnie należy z innymi (a postulat ten dotyczy zarówno jednostek żyjących w ramach tego samego państwa, czyli redystrybucji podatkowej, jak i podziału dóbr państw bogatych dla biednych). Obie te wartości pojednanie i wprowadzone w życie pozwalają na zbudowanie przestrzeni godnej człowieka. „Z jednej strony miłość domaga się sprawiedliwości: uznania i poszanowania słusznych praw poszczególnych osób i narodów. Podejmuje się ona budowania miasta człowieka zgodnie z prawem i sprawiedliwością. Z drugiej strony miłość przewyższa sprawiedliwość i uzupełnia ją zgodnie z logiką daru i przebaczenia. Miasto człowieka nie wzrasta tylko dzięki odniesieniom do praw i obowiązków, ale jeszcze bardziej i w pierwszym rzędzie dzięki relacjom i bezinteresowności, miłosierdzia i komunii”[28] – podkreśla Ojciec Święty.

Trzecim fundamentem etyki społecznej Kościoła jest zasada dobra wspólnego, czyli dobra poszukiwanego nie ze względu na bezosobowe struktury, ale osoby, które w  nich trwają, i które dzięki pewnym rozwiązaniom mogą osiągnąć dobra jednostkowe. Ta ostatnia wartość realizowana być może jednak wyłącznie w konkretnym otoczeniu instytucjonalnym. Aby jednostki mogły działać na rzecz dobra wspólnego konieczne jest państwo, i to nie państwo minimum, ale republika, polis, które oferuje narzędzia do ochrony praw jednostek, a także realizacji postulatu sprawiedliwości i miłości. Państwo, mimo postępującej globalizacji, a także coraz bardziej ponadpaństwowego charakteru rynku, zachowuje w kwestii realizacji „dobra wspólnego” znaczenie pierwszorzędne. Tylko w przestrzeni państwa możliwe jest bowiem ograniczenie roszczeń czystego rynku, który w istocie oznacza zazwyczaj czystą przemoc. Władza państwowa, jeśli zachowane mają być kluczowe wartości moralne, musi zostać zatem dostosowana do wymogów zglobalizowanego rynku, ale jednocześnie nie może być ograniczana przez władzę ekonomiczną wielkich, ponadnarodowych koncernów.

Istnienie państwa, a konkretniej republiki, także wymaga konkretnych wartości, bez których przekształca się ona w tyranię. Benedykt XVI całkowicie jednoznacznie wskazuje takie wartości, bez których nie może być mowy o moralnym państwie. Pierwszą z nich jest szacunek dla życia, drugim szacunek dla religii. „Kiedy jakieś społeczeństwo zmierza do negowania i unicestwiania życia, nie znajduje więcej motywacji i energii potrzebnych do zaangażowania się w służbę prawdziwego dobra człowieka”[29] – wskazuje papież. Trudno przy tym nie dostrzec, że z przyznania kobiecie prawa do zabicia dziecka, jeśli przeszkadza jej ono w realizacji jakichś własnych interesów, czy przyznania prawa rodzinie do unieszkodliwienia staruszka (a w takim kierunku idą obecnie zapisy dotyczące eutanazji) oznacza w istocie uznania prawa silniejszego. To silniejszy ma prawo nie tylko decydować, co jest dobre, a co złe, ale nawet mocniej decydować, kto ma a kto nie ma prawa do życia. Każdy, kto jest słabszy, zbędny, uboższy może zostać wyeliminowany. W takim świecie nie ma zatem potrzeby poświęcenia czy miłosierdzia. Doskonale zastępują je bowiem aborcja i eutanazja, które sprawiają, że osoby, którym można by współczuć zostają wyeliminowane z przestrzeni.

Drugim nie mniej istotnym dla państwa elementem pozostaje religia i wolność religijna. „Kiedy państwo promuje, naucza lub wprost narzuca pewne formy ateizmu praktycznego pozbawia swoich obywateli siły moralnej i duchowej, niezbędnej do zaangażowania się w integralny rozwój ludzki i przeszkadza im postępować naprzód z nowym dynamizmem w swoim zaangażowaniu w bardziej wielkoduszną ludzką odpowiedź na miłość Bożą”[30] – wskazuje Benedykt XVI. I znowu myśl ta wpisuje się w horyzont chrześcijańskiego republikanizmu, zakładającego, że celem działania człowieka jest nie tylko (choć również) bardziej bezpieczna, lepsza przestrzeń życia społecznego, ale również zbawienie wieczne jednostek. Te ostatnie są zaś bardziej skłonne do ustępstw czy poświęceń, gdy mają świadomość, że konkretne czyny mogą zostać nagrodzone. Nie sposób też nie dostrzec, że poza kontekstem chrześcijaństwa trudno mówić o idei braterstwa między ludźmi. To ostatnie wyrasta bowiem z uznanie, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga, i braćmi w Jezusie Chrystusie. Odrzucenie tej perspektywy ogranicza braterstwo do bliskości, a logikę daru dla brata zastępuje logiką przymusowego odbierania przez państwa tego, co chce ono przekazać innym.

Jak pokazuje już ta nader krótka charakterystyka w „Caritas in Veritatae” Benedykt XVI wskazuje na potrzebę rzeczpospolitej, republiki, czyli wspólnoty ludzkiej, która spojona pozostaje wspólnymi wartościami, i dla której jej członkowie gotowi są nie tylko poświęcić część swoich dochodów, ale nawet – gdy trzeba – umrzeć. Współczesny świat odszedł daleko od etosu republikańskiego. Ślepe zaufanie do – nieograniczonych normami moralnymi – zasad wolnego (tu akurat można zauważyć, że nie tak znowu ślepego, jak sugeruje papież) rynku, ale też przekonanie, że państwo i urzędnicy państwowi (także nie skrępowani moralnością, a jedynie normami prawnymi) będą mieli pozytywny wpływ na rynek i społeczeństwo doprowadziło do głębokiego kryzysu, z którego skutkami przyjdzie się mierzyć ludzkości przez najbliższe lata. Odpowiedzią na ten kryzys, lekarstwem na niego ma się zaś stać powrót do norm moralnych, których najpełniejszym wyrazem pozostaje chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo zawiera w sobie bowiem wartości, na których budowana może być szeroka republika.

Czekając aż przyjdzie

Ten wielki model odrodzenia rzeczypospolitej, tyle, że w wymiarze globalnym jest jednak – i nie da się tego ukryć – modelem autentycznie rewolucyjnym i kontrkulturowym. U jego podstaw leży bowiem głębokie przekonanie, że kierunek, w jakim od kilkuset lat zmierza Europa jest błędny, że prowadzi on ją (a wraz z nią cała cywilizację zachodnią) ku przepaści. Laicyzacja, odseparowanie rynku i polityki od moralności, a moralności od Boga nie sprawdzają się. A jedynym lekarstwem na nihilizm, krótkowzroczność i wygodnictwo, jakie właściwe są naszym czasom, pozostaje religia. Ona dostarcza ludziom nie tylko kryteriów moralnych, które nawet jeśli nie zawsze są wcielane w życie, to pozostają istotnym drogowskazem; ale także poszerza perspektywę życiową poza doczesne i krótkotrwałe przyjemności. Przesada? Otóż nie. Nie jest przecież przypadkiem, że najwięcej dzieci – poza religijnymi muzułmanami – mają w Europie zaangażowani w ruchy kościelne wierzący katolicy. Powód jest zaś dość oczywisty. Oni mają poczucie, że dzietność jest błogosławieństwem Bożym, a nie tylko sposobem na uratowanie systemu emerytalnego. Istnienie Boga, wiara w życie pozagrobowe, koncepcja grzechu i piekła (jako realnej możliwości) budują jednak nie tylko odpowiedzialność czy rozwijają moralność, ale także sprawiają, że wolny rynek i demokracja mają duszę. To dusza zaś, a nie materialność, według doktryn greckich i chrześcijańskich filozofów, pozostaje nośnikiem życia.

Jeśli zatem Europa chce przetrwać i na trwale przezwyciężyć kryzys ekonomiczny, musi powrócić do religijności. Powrót ten będzie zaś tym łatwiejszy, że na naszych oczach pada państwo opiekuńcze, które było jednym z głównych powodów rozpadu więzi społecznych i religijnych. Tam, gdzie „chleb powszedni” zapewnia (warto dodać na kredyt, które będą musiały spłacać kolejne pokolenia) opiekuńcze państwo religia i Bóg przestają być potrzebni. W państwach, w których opieką nad dziećmi, chorymi i starcami także zajmuje się państwo, i to za pieniądze podatników, przestaje się liczyć i opłacać także rodzina. Krach systemu europejskiego zatem, choć niewątpliwie będzie bolał, może przyczynić się do uzdrowienia sytuacji. I uświadomienia, że religia tu wróci. Pytanie, które możemy sobie zadać, brzmi tylko: jaka to będzie religia – islam czy chrześcijaństwo?

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1305
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1049
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 968
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 735
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 756
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1015
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 552
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 418
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 850
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 397
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1359
12
komentarze: 23 | wyświetlenia: 960
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 616
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 536
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 440
 
Autor
Dodał do zasobów: mojra
Artykuł

Powiązane tematy





Jakie bowiem wartości może reprezentować sobą ateista, prawda? Przecież jest niewierzący, nie ma prawda być więc człowiekiem dobrym, współczującym innym ludziom. Bezbożnik = człowiek zepsuty moralnie.

Ateista spełnia dobre uczynku z własnej woli, dobrego serca, bo czyni jego kręgosłup moralny silniejszym. Prawdą jest, że wiara wyznacza ludziom kierunek, ale nie trzeba ślepo podążać za nią,

...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska