Login lub e-mail Hasło   

Videosnajper: Sucharski kontra Sucharski

Nocą głęboką zasiadłem do seansu. Do ,,Tajemnicy Westerplatte'', od kilku już lat okrzyczanej filmem skandalicznym i antypolskim...
Wyświetlenia: 2.741 Zamieszczono 03/09/2013
Uwaga! Recenzja zawiera szczegóły filmu, w tym jego zakończenia.
 
 
 

Sucharski kontra Sucharski

 
Na film Tajemnica Westerplatte czekałem od kilku lat, przy czym od początku towarzyszyły temu czekaniu niepokojące i irytujące doniesienia. Na przykład takie, że scenariusz zawiera scenę obsikiwania portretu Rydza-Śmigłego przez moralnie podupadłych żołnierzy, biegania nago po pijanemu pod niemieckim ostrzałem i inne takie. Ciekawe nie tylko pod względem patriotycznym (film historyczny jest i zawsze będzie narzędziem generującym patriotyzm odbiorców... lub działającym przeciw niemu) - ale i faktograficznym. Bo wychodzi na to, że nikt takowych incydentów nikt nie potwierdza, ani westerplatczycy (niedawno odszedł ostatni z nich), ani historycy.
Jeszcze przed seansem przeczytałem, że reżyser i scenarzysta Chochlew niektóre sceny wycofał. Dawało mi to jakieś nadzieje, że doczekam filmu bardziej krzepiącego niż wnerwiającego, ale nie powiem, bym się w tych nadziejach pławił. Tak to już jest, jak się przywyka do niskiej jakości technicznej i scenariuszowej polskich filmów po upadku PRL. Nieufność moja niech będzie usprawiedliwiona tym, że pozostawiły we mnie pobrzękujący moskitowo rezonans takie produkcje jak Ogniem i Mieczem czy Bitwa pod Wiedniem. Pierwszy film zdyskredytował księcia Wiśniowieckiego i zdolności unikalnej w historii świata husarii, drugi zaś, jak wszyscy wiemy, zamiast Bitwą pod Wiedniem okazał się Zgnitwą pod Biedniem.
Tak to już jednak mam, że nadzieja nie umiera do końca, a jeszcze pcha mnie do sprawdzenia wizytówki polskiej historii świadomość, że zapozna się z nią widz zagraniczny. I tak też mam, że kiedy oglądam polski film historyczny lub festiwalowy, to z dodatkowym, trzecim okiem - nie tym mistycznym, czakrowym, ale mentalnie wszczepionym ,,okiem widza zachodniego''.
Uzbrojony więc w oczu troje, nieufny, ale nie pozbawiony nadziei, zasiadłem nocą głęboką do seansu z Tajemnicą Westerplatte.
Od razu pochwalę film za czołówkę - rzecz, która zawsze pozyskuje moją uwagę i uznanie, a chodzi tu o graficzno-merytoryczne wprowadzenie w historyczną i geograficzną przestrzeń akcji. Rzecz cenna, acz w rodzimych produkcjach /historycznych/ nieoczywista. Niestety.
Pierwsze, co uderza z miejsca, i naturalnie do końca już nie odchodzi, to atmosfera filmu. Posępna, mroczna, fatalistyczna. W zasadzie wszystko temu sprzyja: scenariusz, sceneria, gra aktorów i sama historia, która wiedzie - wszak musi - do wszystkim nam znanego smętnego finału. Tu jednak klimat mroku i beznadziei stymuluje najmocniej muzyka Kaczmarka. I powiem od razu: jest muzyka moim zdaniem najsilniejszą podporą tego filmu, z pozostałymi kwestiami polotu już nie ma. Muzykę chwalę tym chętniej, że jakoś w naszych produkcjach prawie nigdy mnie nie porywa, często mam wręcz wrażenie, że podkład pasuje do akcji jak pięść do nosa. Amerykanie kapitalnie podkładają muzykę i dźwięk do filmu, nam to cokolwiek kuleje. Tym razem wyrażam chętne uznanie - jeśli muzyka Kaczmarka nie porywa, to powiedzieć, że jest dobra, to za mało.
Sam zaś klimat posępny, dreszczowiec-cień nad placówkami i koszarami naszych obrońców - cóż... Taka konwencja może się podobać, albo nie - rzecz gustu i wstrzelenia w nastrój widza może, jednak wyszło to dobrze.
Przejrzałem sporo opinii w Internecie o Tajemnicy Westerplatte, dominują krytyczne, nie brak kopiących filmu Chochlewa jako antypolskiego, żałosnego czy opłaconego przez kliki skoordynowane z aktualnymi władzami. Jakkolwiek podsycania patriotyzmu i opłacania krzepiących, wspierających poczucie dumy produkcji historycznych w istocie ze strony teraźniejszych władz nie widać, to kopanina wymierzona filmowi wydaje mi się przesadzona. Owszem, film jest - uważam - niedorobiony, koślawy, czy jednak antypolski? To określenie jest najpotężniejszego kalibru i powinny je podpierać ciężkie argumenty. Nie widzę żadnych takich.
Szczerze mówiąc, by pełniej ocenić dzieło Chochlewa, obejrzałem ,,Westerplatte'' Różewicza z 1967 roku. Bez tego impulsu porównawczego pewnie nigdy bym tego nie zrobił, bo choć uważam kino PRL za o niebo lepsze od dzisiejszego, to akurat historyczne filmy sobie odstawiłem. Bo albo cenzura prosowiecka, albo środki nie te, albo historia zbyt świeża. Zbyt świeża, owszem: tak to już jest, że film historyczny chciałbym przede wszystkim obejrzeć dla poznania faktów, a dopiero po tym dla gry aktorów - tymczasem niektóre skrywane wydarzenia, niuanse, potrzebują dziesięcioleci, by się światu, a zatem i filmowcom, objawić.
Na przykład prawda o dowodzeniu na Westerplatte. Dziś już wiemy, że od 2 września dowodził nie major Sucharski, który przeszedł załamanie, lecz kapitan Dąbrowski. Dlatego oba filmy się różnią. W filmie Chochlewa Sucharski pada jak ścięty dąb. W filmie Różewicza przeżywa rozterki, nawet zwątpienie, pozostając jednak zrównoważonym, nie gubiąc twardego, charyzmatycznego tonu (no i władzy) - przyzwoicie oddaje tak narysowaną postać rola Zygmunta Hübnera. Inny jest też nastrój. Miejscami, w przerwach między ostrzałami, zdaje się wręcz pogodny. Dialogi oficerów i żołnierzy pobrzmiewają, rzekłbym, chwacko-kozacko. Gdy tymczasem w ,,Tajemnicy Westerplatte'' jest z tym różnie. Myślę - ze zbytnim mimo wszystko przechyłem w stronę bojaźni. Zawsze obserwuję drugi plan i zawsze przyglądam się twarzom aktorów, choćby stali ,,za siedmioma górami'' dla tła raczej, niż stymulacji. I w nowym filmie uderzyły mnie wystraszone twarze wielu żołnierzy, podających pociski, worki itp., gdy w innych filmach widzimy raczej ten entuzjazm chwata. Przynajmniej na początku. Na początku każdy wierzy w zwycięstwo.
A do służby na Westerplatte skierowano żołnierzy starannie dobranych, nieżonatych, wytrenowanych, mistrzów zawodów sportowych, strzeleckich, o wysokim morale.
Tego film Chochlewa nie pokazuje zupełnie. Dlaczego, panie Chochlew?... Co więcej, w pewnej chwili przypełzło do mnie i nie dało się już odepchnąć nieprzyjemne skojarzenie, że owa elita obronna to nie orły, lecz zbieranina. Nieszczęśliwie sprzyja temu (na podświadomym progu) bardzo zróżnicowane umundurowanie żołnierzy przypisanych Sucharskiemu/ granemu przez Żebrowskiego/.
Ale jeszcze bardziej, ma się rozumieć, stymuluje to podkreślane rozchwianie i chaos - niestety nie tyle bitewny, co produkcyjny.
W starym filmie wypada to wyraźnie lepiej. Powiedziałbym nawet: morowe chłopaki stanęły sztorcem Niemcom.
Co gorsza, nowy film przegrywa ze starym na polu niewybaczalnym. Na polu walki. Otóż sceny batalistyczne są lepsze u Różewicza. Tam jest rzeczywiście nawałnica. Tam jest sporo walki i ostrzału. Są też ciekawsze ujęcia i sceny z walczącymi żołnierzami. Co mnie dziwi. Bo tak to już jest, że co jakiś czas pojawia się w naszym świecie film, który przesuwa granice, wyznacza nowe ''normy minimum''; weźmy Wejście Smoka, Braveheart czy Szeregowca Ryana. Po tym zwyczajnie nie wypada pokazywać pola walki w sposób nieświeży, to jest w niepełnym obrazie.
Owszem: może Chochlew się bronić, że chciał nakręcić film kameralnie, klaustrofobicznie, itp.
Owszem: Westerplatte nie jest plażą w Normandii.
I wreszcie owszem: jak czytałem w kilku opiniach internautów, w filmach wojennych nie chodzi o efekty, to tylko maniery amerykańskie, a przecież chodzi o dramat i obraz psychologiczny walczących.
Nie zgadzam się zupełnie. Otóż wojna jest bardzo efektowna. Są to efekty straszne, frapujące i przygnębiające, jednak, czy nam się to podoba czy nie, są wielkie. I dobrze, jeśli film je oddaje. To tylko pomaga odczuć przeżycia wrzuconych w tygiel jednostek, przy czym, naturalnie, oddanie ich stanu emocjonalnego jest równie konieczne. Równie. Wtedy mówimy o doskonałym filmie wojennym.
Niestety, tak jak u Chochlewa nasi obrońcy są emocjonalnie rozchwiani i skłonni do paniki, tak u Różewicza brak w zasadzie psychologicznie nakreślonych postaci. Wydaje się tylko, że konflikt stanowisk między Sucharskim, a Dąbrowskim mimo wszystko wyszedł lepiej jemu, choć i tu czegoś zabrakło (ze zrozumiałych względów nieujawnionej prawdy o dowodzeniu).
Westerplatte nie jest ,,Omaha'', ale potyczką w lesie lubelskim też nie. Na około 200-osobową załogę wróg skierował dwa tysiące ludzi, w tym tak ciekawe jednostki jak policję gdańską, milicję SS czy oddział szturmowy piechoty morskiej, o okrętach nie wspominając. Można to było pokazać w filmie, dokładnie, przejrzyście, co wniosłoby koloryt, podniosłoby wartość historyczną i wizualną, zresztą nie tylko polskiemu, a i niemieckiemu widzowi. Amerykanie by to zrobili, ale reżyser-scenarzysta Chochlew nie jest Amerykaninem. Szkoda, że nie jest.
A jest jeszcze gorzej. Choć oko wytężałem pilnie, to wciąż widziałem atakujące oddziały niemieckie w sile ośmiu czy dziesięciu chłopa. Taki to był szturm. Niemcy są zatem jacyś tacy widmowo-znikomi. Nie tylko, że nie atakują setkami, tu nawet tuzinami nic nie idzie. Moje ,,oko zachodnie'' ocenia to surowo. Podejrzewam tu brak środków, choć może usłyszelibyśmy argument o klimacie kameralno-klaustrofobicznym. Tyle że nie, do licha, przy braniu się za Westerplatte, bitwę-symbol. Bitwę urodziwą zresztą także ze względów naturalnej scenerii - bo i walki są w zabudowaniach, i przy torowisku (w starym filmie raczej, w nowym licho), i w lesie, i na plaży. Wszystko to słabo wypada, dokuczliwie brak ujęć kamery z wysoka, szczególnie przy natarciach niemieckich. No niestety, przywykłem już do pewnej jakości i takie niedoróbki od razu zauważam. Zarówno trzecim okiem /zachodnim/, jak i polskimi, proszę pana reżysera.
A przecież mówimy o bitwie nieomal legendarnej. Jeśli się za taką brać, to nie ma zmiłuj. Nie ma tłumaczeń, że budżetu nie starczyło. Bo to właśnie podejrzewam, obserwując batalistykę. Brak środków. W ogóle nasuwa się wrażenie, że film jest jakiś chaotyczny, cięty niepewną ręką, skrótowy. W sukurs przybywają filmowi niezłe, sugestywne sceny w chwilach ,,ciszy'' oraz Kaczmarek, lecz, cóż...
 
Odkrywanie prawd jest słuszne i ja to pełną piersią popieram, tyle że i w tym trzeba mieć umiar. Chyba że się prze na skandal, bo jest to dziś modne narzędzie popularyzacji. Chciałbym na przykład wiedzieć, w jakim celu Chochlew umieścił w filmie motyw dezercji trzech żołnierzy - co więcej, ostrzelanie z ich strony kolegów spieszących do elektrowni - a następnie ich egzekucji? Albowiem żaden raport, ani żaden westerplatczyk o czymś podobnym nie wspominają. Owszem, BYĆ MOŻE doszło do takiego incydentu - Niemcy odnaleźli groby czterech żołnierzy - jednak bez potwierdzeń jest to zwyczajne domniemanie. Po co? Przecież rzutuje to na renomę załogi i obrony cyplu. A może mylnie.
Ponieważ widzę filmy historyczne - szczególnie świeżo historyczne - jako rzutujące na zjawisko patriotyzmu, moralności, szacunku do weteranów, starszych, przodków i ojczyzny, uważam za słuszne zachować ostrożność w pisaniu scenariuszy. Tym bardziej, że rodziny polskich żołnierzy też do kina chodzą.
Jeśli już ubarwiać film, to raczej w górę - dodać punktów tym, którzy podjęli walkę. Nawet uszlachetnić. Jeśli już. Bo to ma plusy. Oddaje im podziękę, a młodzież krzepi i napawa dumą. Tożsamość narodowa krzepnie. A czy nie chodzi o to? Hm?
Oczywiście czysta prawda jest najlepsza. Niestety akurat autor Tajemnicy... punktów naszym żołnierzom odejmuje. Chłopaki dezerterują, a jeden z oficerów obsikuje plakat ''Silni, zwarci, gotowi''. Jeśli tak było, uwag nie mam. Ale czy było? Bo jeśli nie, to dlaczego nie pokazać w tym miejscu taśmy oficera całującego polską flagę? Albo wspominającego pożegnalny całus matki? Hm?
Żeby pokazać okropieństwo wojny, jej straszną twarz, nie trzeba upadlać żołnierzy. Wystarczy mi patrzeć, jak giną. Albo jak płaczą, gdy pada rozkaz o kapitulacji. To naprawdę wystarczy. Im starszy jestem, tym ciężej mi oglądać filmy wojenne, wciąż spada mi więc roczna średnia. Ostatni oglądałem w zeszłym roku. Człowiek jest jak pociąg mijający stacje. Na którejś z nich prędzej czy później wsiądzie wysoka świadomość wartości życia. Po tej stacji nie trzeba już oglądać dramatów, bo ustalić, co jest naprawdę ważne.
 
Za co pochwalę reżysera? Za postać Sucharskiego. Bo jakkolwiek dosadnie i bez kokonu pokazane jest jego rozchwianie, upadek psychofizyczny, to jednocześnie podciągany jest dzięki inteligencji, ludzkim odruchom i - mimo wszystko - przebłyskom charakteru. Major zawodzi jako żołnierz, kompromituje się jako oficer, nie mniej daleko mu do nikczemnika. Zaiste los podległych mu żołnierzy widocznie go frasuje i porusza. W sumie bardzo zgrabnie oddana prawda o tym, co stało się w koszarach.
O tym, jak wiele zmienił upływ lat w kwestii ujawniania prawdy, niech świadczy ta różnica między dwoma filmami o Westerplatte przy tej samej scenie - po rozesłaniu przez Sucharskiego gońców na placówki z rozkazem o kapitulacji.
U Różewicza:
- Podporucznik Kręgielski domaga się potwierdzenia rozkazu na piśmie!
U Chochlewa:
- Podporucznik Kręgielski domaga się potwierdzenia rozkazu przez kapitana Dąbrowskiego!
Ano właśnie.
Może tylko wstawka metafizyczna przy okazji kryzysu majora jest niepotrzebna. Jakoś od tego ponuro-realistycznego filmu odstaje jak źle dobrana farba. Kiks.
A gra Żebrowskiego? Hm, nie porywa, nie razi. Ktoś w Internecie skwitował: ''Ta sama marsowa mina''. Może i tak. Nie jestem pewien, czy Żebrowski szczególnie pasował do tej roli, natomiast jej nie skrewił. Fakt, że wolałbym Lindę. Z kolei grę Roberta Żołędziewskiego oceniono w Internecie jako kiepską, albo irytująco złą. Z czym się nie zgadzam, akurat mnie jego kapitan Dąbrowski przypadł do gustu i w sumie odkryłem sobie ciekawego aktora.
Jak z innymi? Ano średnio. Jest kilku znanych aktorów czort wie, po co. Bo niektórzy wypełniają raptem kilka minut taśmy i jest to licha robota z ich strony. Odgrywani przez nich oficerowie są właściwie nijacy, bez nerwu, bez iskry, którą polskie międzywojnie jednak powszechnie wykrzesało.
Kogo pochwalę? Kubę Wesołowskiego. Nazwałem go sobie półżartem-półserio Złotym Chłopcem Sanacji, bo w istocie ma szczęście być obsadzanym w filmach wojennych ,,z epoki'' - w 1920. Wojna i miłość i Jutro idziemy do kina - tam także był żołnierzem i pasuje mu to wybornie. I epoka, i mundur tejże epoki. Kojarzy mi się właśnie Wesołowski z tą dramatycznie zdziesiątkowaną przedwojenną młodzieżą, ,,szlachetnej duszy i urody''. I bardzo go lubię, wyznam. Jeśli gra Wesołowskiego nie paraliżuje członków, to jednak wnosi on adekwatną świeżość i entuzjazm, co sobie cenię.
Co do filmu Jutro idziemy do kina, który to zebrał sporo psich opinii na rozmaitych portalach - jest bardzo dobry. Patriotyczny, barwny, rzetelny, wprost w duszę płynący. Polecam nadrobić, gdy ktoś przeoczył. Moim zdaniem jedna z najlepszych polskich produkcji w ostatnich latach. A jestem bardzo krytyczny, odkąd obserwuję polskie kino po 89-tym.
 
Pochwalę także (za grę u Chochlewa) Mirosława Bakę. Baka to aktor mi dziwny - w zasadzie cenię go od niedawna, od ,,przedchwilki'', jakoś mi tak wykwitł z nagła. A po Tajemnicy... kapelusz z głowy.
No i jeszcze jeden aktor. Jego robotę w tym filmie liczy się właściwie w sekundach. Ale jest to robota należyta, wyborna. Po tym, że można w sekundy wytworzyć magnetyzm, pozna się Englerta. I jeszcze jego mina w ostatnich dosłownie sekundach gry w tym filmie. Mina, która oddaje wszystko. Bezcenne. Kapelusz z głowy, oczywiście.
Niezły jest Piotr Adamczyk. Mam często mieszane uczucia co do niego, ale chyba jednak dam już się przekonać. Daje radę.
Efekty specjalne są OK. Znów trochę pomarudzono w Internecie, na przykład na bombardujące stukasy (i tak samo przy okazji filmu Jutro idziemy do kina zresztą), ale wychodzi mi to na fanaberie młodzieży przepompowanej bodźcami. Efekty są OK. Poza tym być może niektórym przychodzi z wysiłkiem wczuć się w zgrozę, a co najmniej posępność wojenną i potrzebowaliby efektu w rodzaju bomby wypadającej przez ekran telewizora.
Efekty jako takie niczym mnie nie rażą (nieźle oddana rozprawa z gniazdem w latarni morskiej), ale przy okazji pancernika Schleswig-Holstein szczypie nieco ta biedota budżetowa. Do stukasów też nic nie mam. Tylko odczucie mam takie, że piekiełka nalotu i ostrzału przeciw westerplatczykom nie oddano w pełni, jakby skrótem znów.
Kolejny kiks dotyczy sceny z cysterną kolejową. Tu można było zwiększyć efekt /incydentu/, pokazać rzecz z kilku kamer, a scena wydaje się być odbębniona. W dodatku trudno od razu było mi orzec, czy latający wokół pociągu ludzie z miotaczami to nasi czy Niemcy. Bardzo nie lubię niewyraźnych scen. Ale, jak już wspomniałem, Niemcy są tu bardzo niewyraźni. O konsultacjach, naradach sztabu niemieckiego, zbliżeniach na ich oddziały zapomnijmy wszyscy pospołu. To nie Ameryka, żeby stymulować napięcie i zafrapowanie obustronnie. Po co. To tylko koszta.
 
No i w sumie tak to wygląda. Skandaliczny od kilku lat film, film, który miał już nawet nie powstać (i odpadł z niego Linda), pojawił się w końcu w kinach. Nocą głęboką obejrzałem, potem podumałem, poszedłem spać o 5.00 rano, po czym dzielę się z wami moim swobodnie subiektywnym zdaniem.
Czy sceny skandaliczne są? No cóż, na portret Naczelnego Wodza nikt nie sika, raptem na afisz. To jest różnica wielka. Inna sprawa, że gdyby nie potężna wrzawa, scenarzysta nie dokonałby tej i innych korekt. To sprawia, że zastanawiają mnie jego intencje i system wartości.
Podpite nagusy zażywają kąpieli, po czym zmykają, kiedy ostrzeliwuje ich coś jakby kuter (czort wie, co, bo ta cholerna oszczędność. Nieamerykańska taka.). Czy to mnie razi? Nie. Czy mi się to podoba? Niekoniecznie. Ale jeśli tak było naprawdę, to jest OK. A było?
Bo obrona pana Chochlewa, że chciał pokazać dramat wojny i słabość człowieka w kryzysie, przemawia do mnie średnio. Do mnie przemawiają ścisłe fakty, a nie domniemania. Nie domniemania uczą nas życia, tylko fakty.
Dalej: zawsze i wszędzie to powtórzę - do produkcji filmu wojennego NIE przystępuje się bez wysokiego budżetu. Nie i kropka. Takiego nonszalanckiego kroku nic mi nie usprawiedliwi, żadne intencje-wykręty.
I wreszcie: nie uznaję czegoś takiego, jak wolność artystyczna. W ten sposób artyści mogą przeskakiwać małpio przez szlabany etyczne i oddawać stolce na deskach teatru, a reżyserzy bezkarnie zakłamywać historię. Tymczasem problem jest jeden. My, ludzie, potrzebujemy szlabanów i granic. A nie artystycznego rozpasania. Także w filmie. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że mamy czasy, w których większa część młodzieży wyrabia sobie opinię o przodkach i wiedzę o historii kraju (naszego i innych) ZNACZNIE bardziej poprzez filmy obejrzane w kinie i TV niż przeczytane podręczniki.
Trzeba zatem liczyć się z tym, że wszystko, co napiszemy, nakręcimy, pokażemy i opowiemy, będzie miało rezonans.
Będzie wpływało na patriotyzm nowych generacji i ich szacunek do kraju i ludzi starszych.
Co nie znaczy, że Tajemnicę Westerplatte uważam za film skandaliczny. Nie.
Ani antypolski. Zupełnie nie. Jakkolwiek można się zastanowić, czy ilość scen ,,podupadania'' nie ma lekkiej nadwyżki nad ilością scen męstwa i charakteru, to tych ostatnich jednak nie brak i krzepią.
Mój szacunek dla Obrońców Westerplatte nie zmalał, lecz tylko wzrósł.
Ja bym zrobił ten film inaczej, ale nie zgadzam się z zarzutami, że film jest antypolski, sterowany, opłacony przez ,,wrogie siły'' i z innymi podobnej miary.
 
Nie jest to film dramatycznie zły, NATOMIAST jest dokuczliwie niedorobiony. I nie polecam go wam z powodu naprawdę sporej ilości kiksów i wad, przy czym szczególnie z powodu czterech wad największych:
 
1. Widoczne braki budżetowe i wrażenie skrótowości.
 
2. Latająca kamera. Nazywam ją także kamerą drgawkową. Jest to prawdziwe przekleństwo, które psuje mi filmy i seriale, a w naszych produkcjach stało się to przerażająco popularne. Być może na Zachodzie trend ów minął, u nas zdaje się być przyssany niczym ośmiornica do czółna. Dramat dla błędnika i systemu nerwowego.
 
3. Zakończenie przynoszące rozczarowanie. Choć pomysł na paradokumentalne ujęcia oficerów niemieckich, psów majora i polskich jeńców jest ciekawy i ma klimat, to JAK ZWYKLE nie znajdziesz, widzu, (co oceniam okiem trzecim) napisów końcowych na temat losów westerplatczyków po kapitulacji czy danych na temat sił i uzbrojenia obu stron. Moim zdaniem - ołtarz filmu historycznego. Nieodzowne. Co jest moim przekonaniem od roku 1990, gdy obejrzałem O jeden most za daleko). Gdyby Amerykanie... Co mnie zaś szczególnie zdumiało, to brak sceny z wręczeniem szabli Sucharskiemu (przez generała Eberhardta) w OBU filmach o Westerplatte. Czego bym się w życiu nie spodziewał.
 
4. Zmarnowana szansa na przełamanie stereotypu à la ,,ułani na czołgi''. Na Westerplatte skierowano starannie selekcjonowanych chwatów. Do dyspozycji mieli (jak na przypisane zadanie wytrwania 6 godzin) niezłe uzbrojenie i najnowocześniejsze w kraju fortyfikowane koszary, dysponowali znakomicie rozlokowanymi strażnicami, co pozwalało na wzajemne ubezpieczenie i krzyżowe eliminowanie Niemców w ,,martwych polach''. Reżyser miał wyborną okazję pokazać widzom polskim i zagranicznym coś kuriozalnego. Coś absolutnie przeciwnego utartym opiniom: hurra-z ułańska, z junackim zapałem, nieskoordynowanych, bezładnych, nieomal głupio atakujących Niemców, i doskonale zorganizowanych, skomunikowanych, rozlokowanych, zdyscyplinowanych, metodycznie wycinających ich Polaków.
Ale tego nie zrobił.
 
Tajemnica Westerplatte (reż. Paweł Chochlew, 2013)
Obsada: Michał Żebrowski, Robert Żołędziewski, Jan Englert, Piotr Adamczyk, Mirosław Baka, Borys Szyc, Przemysław Cypryański, Mirosław Zbrojewicz, Marcin Janos Krawczyk, Kazimierz Mazur, Jakub Wesołowski, Andrzej Grabowski, Bartosz Obuchowicz, i inni.
 
Mocne strony filmu:
- muzyka
- klimat
- Mirosław Baka, Kuba Wesołowski.
 
Słabe strony filmu:
- batalistyka
- Niemcy-widmo
- zakończenie
- latająca kamera.
 
Westerplatte (reż. Stanisław Różewicz, 1967)
Obsada: Zygmunt Hubner, Arkadiusz Bazak, Tadeusz Schmidt, Józef Nowak, Tadeusz Pluciński, Bogusz Bilewski, Piotr Fronczewski, Witold Dębicki, Marian Opania, Andrzej Zaorski, Roman Wilhelmi, Stefan Friedmann i inni.
 
Mocne strony filmu:
- batalistyka
- dramaturgia
- uporządkowany przekaz zdarzeń
- scenografia, w tym las po ostrzale
- prezencja żołnierzy
- zakończenie.
 
Słabe strony filmu
- muzyka
- brak określonych psychologicznie postaci.
 
To by było na tyle. Dramatu nie ma, euforii tym bardziej nie. Starszy film o Westerplatte może pozostawić niedosyt w kwestii psychologicznych portretów postaci, jestem także zafrapowany muzyką osławionego Kilara. Nijak nie potrafię sobie jej przypomnieć po kilku godzinach od seansu; ani ton w pamięci się nie ostał. Jakby żadnych nie było. Dialogom towarzyszyła cisza, a walkom huk porządnej kanonady. Czy była jakaś muzyka?... A jednak to lepszy film. Oddaje należycie charakterność żołnierza, położenie obrońców, a także, dzięki scenie przy mapie, orientację w rozlokowaniu placówek i w taktyce. Ważne.
Co zaś jest siłą filmu u Chochlewa? Poza świetną muzyką ledwie kilka scen, na przykład kwestia egzekucji (mimo jej niepewnego podłoża historycznego), desperacko-heroiczny zryw Wesołowskiego do bitki na bagnety, moment zrywania flagi przez Dąbrowskiego czy wreszcie reakcje żołnierzy na rozkaz kapitulacji. No i aktorzy - wszak dzisiejsi, znani z TV, więc bliscy jak sąsiedzi nieomal. To przyciąga, zawsze wspiera film.
Ale to za mało. Za mało, jeśli zważyć potencjał tematu. To prawda, że Westerplatte nieomal z marszu zmitologizowano. Straty polskie zawyżono, a Gałczyński, poruszony nekrologiem w prasie (jakoby wszyscy westerplatczycy zginęli) napisał słynną Pieśń o żołnierzach Westerplatte. Tymczasem naszych Strażników Morza padło raptem piętnastu.
Cóż jednak z tego? Major Sucharski żałował każdego z nich, a ja ten żal podzielam. Każdy, który zginął, oddał życie za ojczyznę. Każdy, który przeżył, ryzykował dla niej życie, trwając, gdzie należało. Energia tych żołnierzy od owego września do dziś ma znaczenie wspierające dla nas wszystkich. Żołnierze ci zasługują na wiersz Gałczyńskiego, i zasługują na lepszy film, niż dzieło Chochlewa. Dlatego, gdy ktoś z was zechce we wrześniowe popołudnie zasiąść do patriotycznego seansu z synem lub wnukiem - polecam film Różewicza.
Zaś wiersz Gałczyńskiego przeczytałem sobie po latach. Od dawna zapomniany mi, znów zadziałał, coś z tam z chrobotem w głębinie jestestwa przesunął. I dobrze. Korzystając z okazji przypomnę wam ów piękny utwór. Okazje zawsze mają jakiś cel, wrześniowe także.
 
Pieśń o żołnierzach z Westerplatte

Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westarplatte.

(A lato było piękne tego roku).

I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.

(A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety.)

W Gdańsku staliśmy tak jak mur,
gwiżdżąc na szwabską armatę,
teraz wznosimy się wśród chmur,
żołnierze z Westerplatte.

I śpiew słyszano taki: -- By
słoneczny czas wyzyskać,
będziemy grzać się w ciepłe dni
na rajskich wrzosowiskach.

Lecz gdy wiatr zimny będzie dął
i smutek krążył światem,
w środek Warszawy spłyniemy w dół,
żołnierze z Westerplatte.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1939 r.
 
*
 
Obejrzeliśmy już tyle filmów wojennych, i co my wiemy?
Wiemy, że upaść jest ludzkie, a ustać charakterne.
Cześć Żołnierzom Września.

Podobne artykuły


40
komentarze: 39 | wyświetlenia: 17445
32
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2601
25
komentarze: 9 | wyświetlenia: 25286
23
komentarze: 16 | wyświetlenia: 3336
22
komentarze: 8 | wyświetlenia: 15534
20
komentarze: 28 | wyświetlenia: 2153
19
komentarze: 14 | wyświetlenia: 8173
18
komentarze: 8 | wyświetlenia: 43420
17
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2362
17
komentarze: 3 | wyświetlenia: 16059
15
komentarze: 3 | wyświetlenia: 10338
14
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2045
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  golesz,  03/09/2013

Hm... Porwałeś sie Strzelcze na recenzję filmową, w dodatku oceniającą film polski i, co najlepsze, film historyczny, wojenny, współcześnie zrobiony, z ewidentnie widocznym niedoborem kasowym. Toż to prawie jak bicie się z wodą, a i odwagi pewnej wymaga. Ja tego filmu nie widziałem, i po Twojej relacji o "latającej kamerze", nie zobaczę. Już samo to odrzuca mnie skutecznie. Do tego zapewne milisek ...  wyświetl więcej

  hussair  (www),  03/09/2013

@golesz: ,,...milisekundowe ujęcia, błyskające krótkością ujecia, sceny. Brrr!'' A jak! Dramat.
W żadnym filmie nie ma nawet jednej przypadkowej klatki, czyli każda jest jakimś celem reżysera. Dlatego przyglądam się wszystkiemu z uwagą i zastanawiam nad tymi celami.

@hussair: Abstrahując od meritum, przesłania wielu współczesnych filmów, mam często wrażenie, iż coraz częściej idzie reżyserom o zbudowanie dyskoteki. Dającej widzowi po oczach migotaniem, oszalałą kamerą, wrzaskiem, oszałamiająco skomplikowaną akcją. To chore. A w każdym razie "medyczne", biorąc pod uwagę konieczne, wynikowe konsultacje okulistyczne.

  hussair  (www),  03/09/2013

@golesz: Czy jest koniecznym walenie stroboskopami po goglach i migotanie kamerą, teledyskowa strzelanina, by oddać w filmie nerw, napięcie, zagrożenie, chaos bitwy? Twierdzę, że nie. Może potrzebuje tego przeciętny reżyser czy kamerzysta. Bo mistrz - a i solidny rzemieślnik - obędzie się bez tego cholerstwa tak samo dziś, jak obszedł się dwadzieścia lat temu. Tak czy owak to modne ,,posiłkowanie ...  wyświetl więcej

@hussair: Zgodnie z aktualnym, totalnym, nie wiadomo skąd się biorącym trendem. Modą zasraną. Gdzie tak pędzimy? Przepaść nie ucieknie.

  hussair  (www),  03/09/2013

@golesz: No cóż, wszystko chyba idzie w naturze szeregowo. Jak chaos w człowieku, w jego etosie i rozumie, to i w owocach, które wydaje, lepiej nie będzie. Mimo wszystko oczekuję uzdrawiającej przyszłości. :)

@hussair: Niech się (wreszcie) stanie!

  swistak  (www),  03/09/2013

hussair! Nie oglądnę filmu, bo zdradziłeś, ze skończył się kapitulacją!

  hussair  (www),  03/09/2013

@swistak: Alem się uśmiał! Aż kota mi zwiało ze stołu. :)

@hussair: A ja wtóruję, hihi... Świstaku, poczucie humoru u ciebie działa bez zarzutu :)

@hussair:
Kot wrócił?

  andrzejs,  04/09/2013

@hussair:
Hussairze, żart Świstaka co prawda przedni, ale uważaj na kota, bidny, co on 'winien".
Znakomita analiza, a za Gałczyńskiego dziękuję. Wiesz kiedy zamarzyło mi się pisanie? Kiedy zobaczyłem w "Pieśni..." te nawiasy i ich zawartość. Do dziś jestem zakochany w takich "zaczarowanych" wstawkach. Gdyby nie one, ten wiersz byłby...tak, jakby go nie było. Bo one są istotą tego wiersza. Ten wiersz powstał po to, żeby napisać te nawiasy, a nie odwrotnie.

@andrzejs: Co do wiersza i tego co w nawiasach - pełna zgoda... Pozdrawiam, Andrzeju:)

  hussair  (www),  05/09/2013

@Skalny Kwiat: Zgadza się. Podumałem wczoraj i nad nawiasami. Ech, ech...
Andrzeju, koty mają u mnie wręcz faraońskie życie. :)

Porwałeś mnie tą recenzją. Jest w niej to, czego mi najbardziej brakuje w całej masie różnych sieciowych tekstów(nie tylko o filmach) - indywidualizm.
A Mirosława Bakę zaliczam do naszej aktorskiej elity. Od czasu "Krótkiego filmu o zabijaniu" jest jednym z "moich" aktorów. Jezeli nie widziałeś serialu "Fala zbrodni", gdzie odtwarza jedna z głównych ról, to bardzo Ci polecam. Film mozna zna ...  wyświetl więcej

  hussair  (www),  04/09/2013

@Alicja Minicka: Bardzo dziękuję za tę uwagę. Taki mam właśnie styl - nie ograniczam recenzji do ,,oceny technicznej'', lecz załączam odczucia i refleksjum z tego zrodzone.
Kot wrócił. Kocha mnie. :)

  seta1212,  04/09/2013

no,no świetna recenzja, ciekawa analiza i na temat-))

  hussair  (www),  04/09/2013

@seta1212: Seta, przenikliwy draniu...
;-)

@hussair: Komu podpadłeś? Wymazałam ci te czerwone krechy...

  hussair  (www),  05/09/2013

@Skalny Kwiat: Na pewno nie sanacji. ;)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska