Login lub e-mail Hasło   

Pod wierzbami

Ku zadumaniu.
Wyświetlenia: 5.174 Zamieszczono 08/11/2013
 

Pod wierzbami

 
    Stara kobieta siedziała na ławeczce pod wierzbą. Wierzba była równie stara i też pamiętała sporo. Ale to ona była potrzebna kobiecie, a nie na odwrót. Było to bowiem drzewo dobrych wspomnień, drzewo dające dotyk utraconego świata.
    Wierzba rozrosła się tak bardzo, że otulała płaszczem ciszy i ukojenia nie tylko starą kobietę i jej serce, ale całą starą chatę, obok której ją posadzono.
    Tuż przy chacie stał nowy, duży biały dom, w którym mieszkały dzieci i wnuki kobiety, ale ona sama nigdy nie dała się namówić na przeprowadzkę. Zamarłe w półmroku izby i popękane w wysiłku trwania drzewo były dla niej specjalną przestrzenią.
    Im starsza była, tym częściej wychodziła posiedzieć na ławeczce. Aż w końcu robiła to codziennie.
    Nawet zimą. I dziś oczywiście także – w wietrznym ziąbie listopadowym.
    Rodzina kochała ją i próbowała delikatnie odwieść od tego zdającego się smutnym zwyczaju. W białym domu płonął ogień w kominku, a powietrze kolorowało gaworzenie urodzonego prawnuka.
    Jednak nikt z nich nie znał tajemnicy wierzby. Pod płaszczem jej gałęzi, nawet bezlistnych, spływały z góry ciepłe promyki słońca.
    Tylko dla starej kobiety.
    Nigdy nie marzła pod wierzbą.
    Pod płaszczem gałęzi uśmiechał się do niej odeszły świat. Ten poprzedni.
    Ani gorszy, ani lepszy od obecnego.
    Bolesnym była tylko granica między tymi światami.
    Na tej granicy straciła ojca i zaznała półśmierci w sercu. Matkę straciła dużo wcześniej, lecz stało się to w świecie spokojnym. Męża straciła niedawno, lecz stało się to w kolejnym spokojnym świecie.
    Tymczasem granicę między światami wytyczyła wojna.
    Ta granica odebrała jej ojca i roztłukła kryształ, jeden z tych unikalnych, tych, którymi promieniują serca piętnastoletnich dziewczyn.
    Serce okradzione z kryształu nigdy już nie odzyska pełni blasku.
    Taka była granica między światami.
    Ale tego wierzba nigdy jej nie przypominała. Przepuszczała do niej tylko uśmiech ojca, który drzewo posadził.
    Tak. Ból przemykał często w cichych izbach, przekrzywiał stare zdjęcia i obrazy – ale przez całun drzewa nie przeszedł nigdy.
    Wiał zimny wiatr listopadowy, lecz pod koroną wierzby coś złociło się w tajemnicy przeznaczonej jednej duszy.
    Stara kobieta siedziała pod wierzbą.
 
    Stary człowiek szedł z najwyższym, bolesnym wysiłkiem. Szedł już bardzo długo i każdy krok stanowił zwycięstwo wyszarpnięte surowym prawom natury, tak ludzkiej, jak każdej innej.
    Szedł już bardzo długo, maszerował, a raczej wlókł się metr po metrze, kilometr po kilometrze, opierając się wilgoci, kurzom, wiatrom, ulewom – aż w końcu opierać się przestał, bo przestał te przeszkody odczuwać.
    Znieczulony w wyniku złączenia wycieńczenia z rozpaczliwym zaparciem, maszerował jednak dalej, ponieważ wiódł go specjalny cel. Wizję celu, niczym twierdzę, wznosił w sobie dziesięć lat; teraz pozwalała mu zbliżać się do niego naprawdę, z nieopisanym mozołem.
    Ubrany w zimowy płaszcz i czapkę, choć raczej niestarannie niż z umyślną prewencją, wlókł się tam, gdzie wiodła go mapa. Przede wszystkim jednak wiodły go dwa niezwyczajne narzędzia nawigacji: ciążąca pamięć i dławiący smutek.
    Przez kilka dni szedł szosą, ale zrezygnował z tej wygody. Zaczął obawiać się reakcji ludzi, zatrzymujących przy nim  samochody. Kierowcy, przejęci jego stanem i martwą twarzą, oferowali pomoc: podwiezienie, pieniądze, poczęstunek. Przyjmował tylko to ostatnie.
    W końcu, świadom swego wyglądu, zszedł w boczne, błotne drogi, by uniknąć ryzyka, że ktoś wezwie służby. To nie byłoby dobre. To stanęłoby na przeszkodzie temu, po co wyruszył w drogę.
    Temu, co musiał zrobić.
    Myślał o tym od dziesięciu lat. Gdy zdecydował wyruszyć, rodzina protestowała, nie pozwoliła – był schorowanym, sędziwym człowiekiem. Od chorób wieku zapadło się jego ciało, ale nie tylko ono. Skarlała też jego dusza, lecz ona od widma przeszłości.
    I właśnie to, zamiast do reszty go unieruchomić, wtopić w ostatni cichy kąt życia, wypchnęło go w drogę. Musiał wymknąć się nocą, by nikt go nie powstrzymał.
    Musiał iść. Niewyobrażalną jest perswazja przeszłości.
    Szedł od wielu dni. Nie liczył ich zresztą, przez większość czasu pogrążony w transie.
    Trans pozwalał nie odczuć wielu uderzeń zimna, wody, kamieni i konarów – szczególnie, gdy się przewracał.
    Jednak sił nie miał już wcale. Możliwe, że od tygodnia czy dwóch szedł tylko cień starego człowieka, że ciało odpadło i zaległo.
    Albo też wciąż je miał, lecz niosło je widmo wspomnień, żeby mogło dotrzeć tam, gdzie należało.
    To dobrze. Takie widma są potrzebne.
    Są miejsca, gdzie wrócić trzeba.
    Na początku jadł prowiant, który zabrał. Potem to, czym go poczęstowano. Gdy zszedł w pola, jadł pędy wyrwane ziemi, coś nieokreślonego, aż wreszcie żywił się iluzją.
    Mimo to parł wciąż do celu, bo karmiło go coś jeszcze. Zdeterminowanie.
    Karmił go cel, który należało osiągnąć.
    Parł.
    Ale upadał coraz częściej.
    Jak teraz. Nawet nie pamiętał samego potknięcia i upadania, tak jak tych poprzednich. A może czołgał się już dłuższy czas? Może żałośnie pełzł?
    Jakby oprzytomniał bardziej, z twarzą w błocie tak zimnym, że odrywającym powieki i całą skórę.
    To może już tu wystarczy? Może tak to ma być?
    Już i tak był daleko.
    Z oddalenia nikt nie poznałby ciała w błotnym zapadlisku. Raczej konar, resztki materii nieokreślonej…
    Zimno, daleko, samotnie.
    Coraz dalej od domu, a przecież coraz bliżej do zrozumienia.
    Widmo, które wzeszło w jego zdławionym sercu, nie zawiodło i tym razem. Stary człowiek podniósł się i ruszył dalej.
 
    Stara kobieta siedziała pod wierzbą.
    Jej oczy były przymknięte, bo wtedy najmocniej czuła uśmiech ojca. Jeden po drugim uśmiechy schodziły promieniście ku niej, opadając z listków lub zsuwając się po pniu, i głaskały twarz ciepłem.
    Gdy nagle  poczuła chłód, otworzyła oczy i nieco zdziwiona rozejrzała się.
    W szeroko otwartej bramie stał człowiek starszy jeszcze od niej, starszy od wierzby, którą ojciec posadził na jej urodziny. Człowiek niemiłosiernie zniszczony, umęczony i nieodwracalnie przechylony ku ziemi. Z takiego przechylenia nikt nie wraca. Można jeszcze żyć jakiś czas, lecz niedługi.
    Przyglądała mu się zaskoczona.
    Wiatr kołysał gałęziami wszystkich drzew prócz wierzby, lecz poza jego pracą listopadową wszystko było zamarłe.
    Rodzina starej kobiety szykowała obiad świąteczny, lada chwila ją zawołają... Pożegna ojca całusem, pogłaska drzewo i pójdzie dzielić zebrane promyki z nimi wszystkimi, także z prawnukiem. Jak co dzień. Jeśli nawet tego nie widzieli, to przecież czerpali. I tylko to się liczyło.
    Wycieńczony przybysz też zamarł, jakby odeszły wszystkie moce, które gromadził. Patrzył na nią uporczywie, aż wreszcie oderwał wzrok i potoczył nim dookoła. Mrugał i poruszał ustami, co wydawało się czynione kosztem bolesnego wysiłku.
    Spojrzał na biały dom. Spod jednego z okiem powiewała biało-czerwona flaga, zatem było święto.
    Spojrzał na wierzbę i na podwórze.
    Tak, zmieniło się trochę, lecz przecież poznał to miejsce od razu. Tak strasznie od razu.
    Zacisnąwszy sztywne, zsiniałe wargi, wrócił oczami do kobiety i zaczął kroczyć w jej stronę.
    W tym momencie na ganku białego domu stanęła młoda kobieta. Wyszła, by zawołać swoją babcię na obiad, lecz na widok nieznajomego znieruchomiała w zdumieniu.
    Nieznany starzec, a może cień, który przywlókł za sobą ciało, choć zwykle jest odwrotnie, przystanął przed ławeczką. Stara kobieta wciąż patrzyła, nie rozumiejąc.
    Tak samo, jak młoda.
    Przybysz nie wytrzymał spojrzenia, spuścił oczy, po czym opadł nieporadnie, ciężko na kolana.
    Uklęknął przed starą kobietą i opuścił głowę, ściągnąwszy z niej czapkę. Jego ręce trzęsły się przy guzikach płaszcza, palce dłoni podrygiwały, czy to z przemarznięcia, czy znużenia. A może dlatego, że nie był pewnym, co z nimi uczynić…
    Klęczał zatem z opuszczoną głową i tak trwał długo.
    Wszyscy trwali.
    Wierzba jakby jeszcze bardziej zamarła, wiatr przycichł. Młoda kobieta wytrzeszczyła oczy, oglądając się za siebie w niezdecydowaniu, zaś stara patrzyła na obcego mężczyznę wciąż bez pojmowania.
    Od dawna drzewo odgradzało ją od lęku, lecz teraz poczuła jakiś niepokój. Obcy mężczyzna klęczał przy niej w pozie skruchy i pokory.
    Tak trwali.
    Wreszcie przybysz uniósł brodę w górę, choć wciąż nie patrzył w oczy kobiety. Na to zabrakło mu śmiałości. Próbował jednak coś powiedzieć.
    Próbował wykrztusić to jedno słowo, z którym szedł od wielu dni, i którym od wielu lat przemawiał do swoich wizji. Nie zdołał jednak.
    I nawet nie dlatego, że przemarzł na wskroś, że uszło z niego całe światło życia nieomal.
    Nie wydobył głosu, nie uwolnił jednego słowa, gdyż zwykle za ściśniętym sercem zdławienie dotyka krtań.
    Lecz przygotował się na to. Wiedział, że może i tak się zdarzyć, i przygotował się.
    Żałośnie drżącymi dłońmi, nieudolnie, wzruszająco, rozpiął guziki i rozchylił poły płaszcza.
    Stara kobieta obniżyła oczy i przez jej twarz przeszedł skurcz. Skurcz tak silny i bolesny, że jej wnuczka dojrzała to i zacisnęła zęby w poruszeniu. Znów obejrzała się ku otwartym drzwiom i znów nie zawołała nikogo wbrew pierwszym odruchom. Czuła, że nie trzeba, że wręcz nie powinna.
    W jakiś sposób wiedziała, że jest świadkiem czegoś wyjątkowego, jakiejś specjalnej chwili.
    Złączywszy tylko dłonie wpatrywała się w tych dwoje starych ludzi pod drzewem.
    Jej babcia rozchyliła usta i zmrużyła oczy. Opuściła powieki, lecz nie zatrzymało to łez.
     Przybysz uczynił dwa przejmujące ruchy rękami – zbliżył je do kolan kobiety, jakby chcąc je objąć w pokorze, i dwa razy się z tego wycofał. Nie miał śmiałości.
    Spuścił tylko głowę jeszcze niżej i znieruchomiał zupełnie, jeśli nie liczyć dygoczących ramion.
    Z policzków starej kobiety spływały łzy, a wkrótce potem spłynęły one także z twarzy jej wnuczki.
    Tak trwali.
    Z wnętrza białego domu nie dobiegały głosy, nikt też nie pojawił się, by ponaglić, zawołać, by przeszkodzić. Nie zjawił się nikt, bo specjalne chwile zawsze bronią przed tym, zatrzymując czas.
    Aż w końcu coś się stało. Stara kobieta położyła dłoń na głowie przybysza. Był to ruch spokojny i łagodny. Poczuwszy jej dłoń, przybysz westchnął, po czym nagle rozszlochał się jak nigdy dotąd w całym swoim życiu.
    Tak trwali.
    Po chwili długiej, lecz nieodliczonej, obcy człowiek z wielkim trudem podniósł się i na moment zwrócił się przodem ku białemu domowi. Młoda kobieta głośno nabrała powietrza i położyła dłoń na ustach wskutek wstrząsu.
    Pomiędzy połami płaszcza ujrzała czerwoną gwiazdę na kieszeni sowieckiego munduru.
 
    Stary Rosjanin wlókł się błotną drogą. Zebrał się w sobie i odszedł szybciej, nim ktokolwiek pomyślał o gościnie czy poczęstunku dla niego. Nie mógł przyjąć od polskiej ziemi już nic więcej, nie zasługiwał.
    I nie chciał. Nie po to przyszedł.
    Brnął półprzytomnie. Nie miał już sił i nie miał już celu. Ale też i ta droga miała być znacznie krótsza.
    Gdy wyruszał z domu, wiedział, że będzie to podróż w jedną stronę.
    O to się właśnie  modlił.
    Nie modlił się o uzyskanie przebaczenia, bo wiedział, że nie powinien. Niebiosa, anioły, wiatry i zjawy ze świątyń natury mogły mu pomóc w dotarciu do celu. Jednak nie w uzyskaniu przebaczenia.
    Nie w tym. Przebaczyć mogła mu tylko kobieta, którą skrzywdził.
    Wiele lat temu zastrzelił jej ojca, człowieka, który wystąpił w obronie ciała i duszy jedynego dziecka. Potem skrzywdził i ją, młodą dziewczynę. Skrzywdził ją razem z kolegami z oddziału.
    Wypierał to przez pół życia.
    Nigdy później nie zranił nikogo, kto nie miałby na sobie wrogiego munduru. Mimo to rany zadane dziewczynie rozkrzyczały się w nim bardzo szybko i na zawsze. Najgłośniej pęka kryształ młodości.
    Uciekał od tego krzyku, przez lata wypierał.
    Jednak widmo uczynionych krzywd można odpierać tylko młodymi siłami. Potem wraca kolejny raz i wpełza w znużone serce, obejmując ostateczną władzę.
    Ale przecież dobrze, że tak się stało.
    Bardzo dobrze.
    Ruszając w drogę, nie liczył zresztą na przebaczenie. Nie po to szedł – to byłoby iść dla siebie raczej, niż dla prawdziwej ofiary.
    Szedł, bo wierzył, że zazna rachunku, który zalegał zbyt długo.
    Szedł, bo wierzył, że gdy stanie przed tą kobietą, zabierze jej przynajmniej jeden z cieni, które sprowadziła wojna i jej upiory. On i inni żołnierze.
    Cień niewiary w ludzką wrażliwość, opamiętanie i poczucie winy.
    Modlił się jednak żarliwie, by ten cel zamknął już wszystko. Nie było do czego wracać.
    Do granicy z Polską jechał pociągami, potem już tylko maszerował. Tak postanowił. Tak należało.
    I tak, skonany, zduszony i zarazem spełniony, porzucony nawet przez widmo, stary Rosjanin brnął przez martwe zarośla i błota zupełnie już ślepo, bez narzędzi nawigacji.
    Aż stanął pod jakąś inną, samotną wierzbą.
    Popatrzył na nią i osunął się na pień bokiem, po pniu zaś w ziemię czarną i odessaną ze światła.
    Czy drzewo go przyjmie? Nie miał prawa oczekiwać niczego więcej od polskiej ziemi, ale czy drzewo przyjmie jego ostatni oddech?...
    Takie same drzewa rosną w domu, takie same… Wtedy, na wojnie, nie zauważył tego. Teraz to widział.
    Te same drzewa, te same prawa, te same serca.
    Piękno nie ma adresu, cierpienie również.
    Czy drzewo go przyjmie?...
    Jego ciało zapadło się tak bardzo, że teraz uszedł bezpowrotnie już nawet cień; niczym wąż wśliznął się między korzenie, porzucając go na zawsze.
    Czy drzewo…?
    Ostatnim ruchem podniósł głowę ku koronie wierzby.
    Spomiędzy zielonych liści spłynęły ku niemu złote promyki. Miał już zamknięte oczy, ale właśnie dlatego je ujrzał.
 
    Stara kobieta siedziała pod wierzbą z twarzą wtuloną w pień.
    Jej ojciec uśmiechał się.
    Tak trwali.
    Gdy się tym nasyciła, podniosła się i poszła do białego domu, poprzez objęcia wnuczki.
    Weszły do środka, a pozłocenie weszło tam wraz z nimi.
 
    Stara wierzba pozwoliła wiatrowi kołysać gałęziami. Znikły gdzieś promyki i przepadł całun zielony.
    Był listopad zimny i ciemny. Całun znikł.
    Lecz przecież w głębi pnia złoci się szlachetne serce drzewa.
    Drzewa, które będzie trwać do ostatnich dni starej kobiety.
    Czy dlatego, że złożyło taką obietnicę?
    Czy dlatego, że rozkochało się w starych, głaszczących je dłoniach?
    A może dlatego, że spłynęła w nie miłość z rąk ojca, który je posadził?
    Niech to pozostanie tajemnicą drzewa.
    Stara wierzba będzie trwać…
 

Podobne artykuły


13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 943
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1627
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1412
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 733
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 1213
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 735
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1341
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1338
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 1619
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 410
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 926
11
komentarze: 124 | wyświetlenia: 754
11
komentarze: 81 | wyświetlenia: 1122
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Wzruszyłam się... Dziękuję, Tomku :)

  samanta_85  (www),  08/11/2013

u mnie też wzruszenie :)
historia zaklęta w pięknych słowach..jest bogata symbolika, doskonałe opisy...oraz środki stylistyczne, które spełniają swoją rolę..!Emocje -wywołane!:)
Jest wymowa, refleksja i wewnętrzne bogactwo osoby, która zapozna się z tą treścią..

<oklaski></oklaski>

  seta1212,  08/11/2013

Trudne do zrecenzjowania-przykuwa uwagę, chwyta za gardło. Świetna proza....

@seta1212: Prawda :) Wygenerowane wzruszenie jest tego najlepszym miernikiem :)

Piękne i wzruszajace. Wspaniały Braciszku! Dzięki...

  Remter,  08/11/2013

Potrafisz wzruszać serca ... ;)

  greenway,  08/11/2013

Nie wiem jak to robisz Autorze, ale chce mi się jednocześnie śmiać i płakać. Jednak nie to jest najważniejsze, lecz ten balsamiczny powiew Twych słów, który ożywia przysypane nużącym popiołem codzienności serce. Wzruszona, pobudzona do życia mogę powiedzieć tylko - DZIĘKUJĘ. :-)

  grazaa,  08/11/2013

"Stara wierzba będzie trwać…" i otuli ciepłem serca okradzione z kryształu, serca pozbawione złudzeń... serca, które dotkną drzewa. Pięknie napisane, Twoje słowa to światełko nadziei :)

  Paula,  09/11/2013

Nie wiem czy pisać o łzie która powoli spływa mi po policzku, czy o takim nie nazwanym wcześniej uczuciu w sercu. Gratulacje - nie sądziłam, że ktoś jeszcze może tego dokonać.

Wzruszające, prawdziwe, wspaniałe. Mówię to bez cienia grzecznościowej kurtuazji. Już wiem, że nigdy o tej noweli nie zapomnę. Pięknie, prawdziwie i wzruszająco pokazałeś, Szanowny Autorze, że każde ludzkie życie ma taki swój punkt, w którym najważniejsze dla niego zdarzenia łącząc się i skupiając w pewnej sytuacji, miejscu i czasie, wypalają w widzialnej i niewidzialnej rzeczywistości uniwersalny ...  wyświetl więcej

  Noemi*,  09/11/2013

Piękne przesłanie. Krzywda, mała czy duża, boli. Dotyka sumienia, duszy i ciąży jak kamień zawieszony u szyi, a świadomość złego czynu jak cień kroczy za człowiekiem i nie pozwala zapomnieć. Wybaczenie to wolność zarówno dla „ofiary” jak i „kata”. A drzewa to milczący powiernicy człowieczych słabości, tych "serc okradzionych z kryształu"...

Tak długo Cię znam, a Ty ciągle mnie zaskakujesz. Robisz z emocjami czytelnika, co tylko zechcesz. To wielka sztuka.

  adammm,  09/11/2013

Świetne !!! Moje gratulacje. :-)). Często ludzie starsi chcą pozamykać swoje sprawy przed odejściem z tego świata...ale dlaczego czekają do ostatniej chwili ? A drzewa milczący świadkowie zdarzeń i dziejów. Pozdrawiam :-)

  hussair  (www),  09/11/2013

Serdecznie dziękuję za komentarze, które też przynoszą wzruszenie.

  golesz,  09/11/2013

Też sie wzruszyłem. W tekście jest jednak inna, głębsza prawda, niejako pobrana z samego życia. Taka, iż z jakiegoś powodu te najważniejsze refleksje, czasem tylko skutkujące właściwym działaniem, nachodzą nas dopiero wtedy, gdy przed nami już tylko Nieznane. Jak również ta, iż "pod koniec", jedyne na co możemy tak uparcie i wbrew wszystkiemu czekać, to zdolność dania lub odebrania przebaczenia. Reszta się nie liczy.

Świetny tekst - gratuluję.

  hussair  (www),  09/11/2013

@golesz: Bo może być też i tak, że poczuciem siły fizycznej i dynamizmem życia można maskować wewnętrzną słabość czy dotkliwe przewiny... jakiś czas. Dziękuję, Leszku.

  golesz,  09/11/2013

@hussair: I tak jest. Suma myślenia, samorefleksji jest stała, każdemu dana do "przetrawienia". I jeśli nie mamy na to czasu w pełni witalności, dopada nas intensywniej "pod koniec". Tak sądzę.

@hussair: Ech Tomku, przypisywałeś mi niegdyś serce Amicisa, a ja zdecydowanie twierdzę
że pod tą husarską zbroją znalazło ono wygodną siedzibę :) Art czytałem oczywiście wczoraj,
dziś tylko powtórka. Bratnia duszo, na Twojej rycerskiej kopi tajemnicza ręka zawiązała szarfę
a na niej wyhaftowała wcześniej złotą przędzą właśnie takie serce, walcz pod jego auspicjami,
to Twoja misja :)

  hussair  (www),  09/11/2013

@re-gnostyk: To piękny komentarz, niestety przeceniasz moją szlachetność. Stoję na grani, osuwając się to w mrok, to w światło, a ostateczny wynik chowa się we mgle. Więc i los kopii niepewny.
Serce Amicisa masz Ty, a skoro już o tego rodzaju sercu mowa, to mam i tu w zanadrzu, coś, myślę, istotnego, napisać jeszcze w tym roku. Graba. :)

@hussair: Graba Tomku :) Wiem że nigdy nie rzucasz słów na wiatr, w tej nowej odsłonie
będę robił u Ciebie choćby za giermka i będę zaszczycony :)

  hussair  (www),  09/11/2013

@re-gnostyk: Ech, Kompanie, lepiej napełnij po garncu, ze staropolska. Ogrzejmy serca. :)

@hussair: A więc po staropolsku, precz z okowitą, garniec przedniego miodu na ławę :)

Szanowny Hussairze! (przez duże "H") - zbliża się 11.XI. Trafiłeś rocznicowo. To jest Gdańsk zniszczony w prawie 100% - w czasie wojny nie był taki jak tuż po wojnie. To są inne miasta zniszczone przez Rosjan (tłumaczą się, że to byli Azjaci),to są też kobiety i tego ko sekwencje, to jest życie naszych Rodziców i każdego z nas. Piękny jest teraz Gdańsk, ale wiele w nim brakuje, to miasto zniszczon ...  wyświetl więcej

  hussair  (www),  10/11/2013

@Lucjan Mieczysław Parfianowicz: Dziękuję za komentarz, Panie Lucjanie. Niech flagi powiewają.

  oloraf  (www),  13/11/2013

Świetny tekst, bardzo miło się czytało.

  hussair  (www),  13/11/2013

@oloraf: Dziękuję. :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska