Login lub e-mail Hasło   

Madeira – wyspa wiecznej wiosny

Relacja z wyprawy na wyspę Madeira. Termin: 17–26 grudnia 2012r.
Wyświetlenia: 5.645 Zamieszczono 19/12/2013

Bogu tak spodobało się Jego dzieło, iż po skończonej robocie wziął kulę ziemską w dłonie i ją ucałował. Na wskutek boskiego pocałunku, na ziemi powstał odcisk – to wyspa Madeira.

Powyższe to słowa maderskiej legendy.

W legendy czasami trudno wierzyć, lecz to, czego doświadczyliśmy w trakcie dziewięciu poniżej opisanych dni absolutnie potwierdza powyższe twierdzenie.
Poza tym, z legendy wynikałoby, że Bóg jest jednak wielki: oto same boże usta mają ok. 60km długości, a wargi mierzą sobie po jakieś 10km wysokości każda.

Wyspa została oficjalnie odkryta przez portugalskich żeglarzy przypadkiem, gdy w 1418r. wskutek sztormu zboczyli z kursu i trafili na sąsiadującą z Madeirą (główną wyspę archipelagu) mniejszą wysepkę Porto Santo. Nazwa “Ilha da Madeira” (dosłownie: Wyspa Drzew/Drewna) jest oczywistym nawiązaniem do pierwotnych lasów laurowych gęsto porastających ten zakątek na Atlantyku.

Pierwsi osadnicy przybyli na niezamieszkaną wtedy wyspę od strony południowej, lądując w zacisznej zatoce. By móc się jednak zacząć zadomawiać, musieli wykarczować całe połacie “dziko” rosnącego fenkułu (kopru włoskiego), którym porastał teren wokół zatoki. Fenkuł to po portugalsku “funchal” – stąd też pochodzi nazwa osady, która z czasem przeobraziła się w stolicę wyspy – Funchal. Dziś, miasto liczy sobie 110 tys. mieszkańców, zaś całą wyspę zamieszkuje jedynie 270 tys. Maderczyków, do których zalicza się m.in. piłkarz Cristiano Ronaldo (lecąc na wyspę, siedzieliśmy koło jego sąsiada).

Madeirę rocznie odwiedza ok. miliona turystów. Mamy nadzieję, że po lekturze niniejszego artykułu liczba ta wzrośnie – bo absolutnie warto żeby wzrosła. Zresztą, wielu Maderczyków żyje głównie z turystyki.

Jak dostać się na Madeirę?

Niestety tylko samolotem. My lecieliśmy z podlondyńskiego Gatwick (3,5 godz. lotu). Do niedawna na wyspę kursowały promy pasażerskie, jednak linie te zostały zawieszone. Do Funchal oraz nowego portu Caniçal zawijają jedynie statki zaopatrzeniowe, choć prawdę mówiąc, gdyby nie nowoczesne potrzeby “wielkoświatowe”, na Madeirze można byłoby żyć błogo, gdyż tak w kwestii żywienia jak i różnorodności krajobrazu jest tam dosłownie wszystko czego dusza zapragnie: jest piękny i ciepły ocean, są też góry (najwyższy szczyt: prawie 1900m n.p.m.). Brak jedynie naturalnych piaszczystych plaż, których trzy sztuki powstały pod zapotrzebowanie wygodnych turystów. Piasek na ich “budowę” dostarczono okrętami z Afryki.

Nasze pierwsze wrażenia nie były za specjalne. Nisko wiszące chmury przechodzące w lepką mgłę sprawiały, że Madeira wydawała się ponurym, nieprzystępnym miejscem. Na szczęście, były to tylko pozory i dobrego złe początki.

Dlaczego “wyspa wiecznej wiosny”?

Gdyż świadczy o tym poniższa tabela ze średnimi temperaturami w ciągu roku. Roślinność na Madeirze ma dwa, czasami trzy cykle wegetacyjne w roku.

styczeń

luty

marzec

kwiecień

maj

czerwiec

lipiec

sierpień

wrzesień

październik

listopad

grudzień

18

18

18,5

19,5

20

23

24

25

25

23

21

20

Co do grudnia, prognozy sprawdziły się idealnie: temperatury przy oceanie wynosiły min. 20ºC, tylko w wyższych partiach gór spadając do ok. 10-12ºC. Deszczu przez pierwsze siedem dni nie było ani kropli. Później przyszła 15‑minutowa burza, bardzo znacząca w skutkach dla reszty pobytu (o tym później), a potem do końca znów było piękne słońce. Nie wszyscy jednak mają takie szczęście; słyszeliśmy relacje, że nawet w miesiącach statystycznie suchych potrafiło lać jak z cebra parę dni pod rząd.

Ponadto, że na Madeirze wiosna panuje okrągły rok, potwierdzały “grudniujące” się koty.

Zwiedzanie wyspy

Dzień 1

Po wylądowaniu i odebraniu wozu z wypożyczalni (uwaga: w Portugalii nie można płacić kartą debetową, a tylko kredytową), skierowaliśmy się do położonego niedaleko lotniska miasteczka Santa Cruz, w którym - w/g relacji internautów - miał znajdować się “dobrze zaopatrzony supermarket”. Niestety, sklep należał do sieci Sã, która była w stanie likwidacji (może już padła?) i jego zaopatrzenie było nie lepsze niż za komuny (dosłownie!). Na szczęście, poratował nas umieszczony na piętrze tego samego kompleksu taras handlowy z kilkoma niezłymi jadłodajniami, a także niedaleki minibazar koło przystanku taksówek. Generalnie, Santa Cruz żywo przypomina małomiasteczkową Polskę z najgorszych czasów wczesnego kapitalizmu lat 90‑tych. Tyle że tam rosną bananowce w każdym ogródku, jak u nas ziemniaki czy marchewka:

Curral das Freiras

Po zakwaterowaniu się na przedmieściach Funchal, ruszyliśmy na pierwszy i jedyny punkt programu, tj. mocno reklamowaną (w/g nas przereklamowaną) kotlinę Curral das Freiras. Nazwa oznacza “Kotlina Zakonnic”, czyli sióstr zakonnych sprzed wieków, które w obawie przed morskimi piratami ukryły się w tym trudno odnajdowalnym sercu wyspy. Co ciekawe, z kotliny jest mniej niż 5km (w linii prostej) do dwóch najwyższych szczytów Madeiry.

Na miejscu są dwie atrakcje: miasteczko położone w kotlinie oraz punkt widokowy górujący nad kotliną. Co do miasteczka, nie ma tam nic specjalnego do zwiedzania, chyba że chcemy “zwiedzić” ustawione rzędem sklepiki z turystycznymi różnościami lub ciastkarnie podające przepyszne ciasta i lokalne nalewki. Miejscowość reklamowana jest jako “dom” ciast, ciastek, bułek i nalewek ze zbieranych w tamtym rejonie słodkich kasztanów (por.: castanhas, ang.: chestnut). Spróbowaliśmy – rzeczywiście wyborne, choć, jak się później okazało, takie same kasztanowe wyroby dostępne są na całej Madeirze …za pół ceny. Wiadomo, marka się ceni.

Natomiast sam punkt widokowy to gratka dla amatorów panoram gór i oceanu jednocześnie, jeśli tylko pogoda dopisze, w czym nam się nie poszczęściło. Warto również dodać, że szeroki taras widokowy znajduje się tylko 100m od (darmowego) parkingu.

Reasumując, zdecydowanym minusem Curral das Freiras jest jego położenie na końcu trasy, którą trzeba przejechać tam i z powrotem, bez możliwości przejazdu w dalszą trasę.

Funchal nocą

Portugalia to kraj katolicki, a więc mocno przywiązany do tradycji hucznego obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia. A Maderczycy wiedzą jak to robić. Przedświątecznym zwyczajem jest oplatanie lampkami rosnących wzdłuż ulic drzew (zazwyczaj palm). Każde drzewo mieni się jednym kolorem światełek, każde następne kolorem innym niż poprzednie. Efekt piorunujący, idealnie nadający miastu nastrój przedświątecznego ciepła. Jakby tego było mało, nad ulicami rozpościerane są instalacje (trójwymiarowe!) ze świątecznymi motywami. Każda ulica ma swój odrębny motyw, nie powtarzany na innej ulicy: tu aniołki, tam Mikołaje, jeszcze gdzie indziej 2‑metrowe dzwoneczki, bombki z kokardkami itd. Zastanawialiśmy się jak wygląda instalowanie i zdejmowanie takich ozdóbek oraz jakich rozmiarów musi być magazyn, który to wszystko pomieści. Świąteczne dekoracje na handlowej Oxford Street czy bogatej Regent Street w Londynie to prawdziwy pikuś w porównaniu z “prowincjonalnym” Funchal.

 

Dzień 2

Madeira to wyspa szlaków turystycznych. Tych najważniejszych (“oficjalnych”) są “zaledwie” 24 sztuki, lecz wszystkie szlaki dają łącznie ponad 2000km bardzo różnorodnych tras widokowych. Nawierzchnie są zazwyczaj świetnie przygotowane, tj. prawie zawsze mamy pod nogami w miarę równe płyty kamienne, choć należy też pamiętać o podmokłych i kompletnie ciemnych tunelach wykutych w litej skale, które spotkamy na wielu trasach. A wszystko zaczęło powstawać już pod koniec XVw.

W tamtym czasie zaczęło właśnie kwitnąć niewolnictwo i nie dziwi fakt, że owe trasy budowali niewolnicy oraz skazańcy. Było ich ok. 5.000. By kuć ścieżkę w  praktycznie pionowej skale, budowniczy “bez wyboru” umieszczani byli w specjalnych koszach i podwieszani albo z drzew, albo z klifów. Niejedna lina pękła, niejeden z budowniczych wypadł z kosza…

Pico Areeiro – Pico Ruivo (Szlak PR1)

Dziś, powstałe w ten sposób szlaki spacerowe i widokowe są bezpieczne. Wszędzie, gdzie trzeba, są zamontowane barierki; trasy są oficjalnie ponumerowane i dobrze oznakowane.
Numerem pierwszym oznaczona jest perła Madery, trasa tras.
 Wiedzie z Pico Areeiro (1817m n.p.m., czasami pisane Pico Arieiro) do Pico Ruivo (1862m n.p.m.) i łączy trzy najwyższe szczyty wyspy.

Już sama trasa dojazdowa do punktu startowego obfituje w piękne widoki, a to dopiero zapowiedź tego, co będzie się działo na właściwym szlaku.
W pewnym momencie niespodzianka: podjeżdżamy do szlabanu, który podniesie nam umundurowany pracownik państwowy. Szlaban to znak, że właśnie wjechaliśmy na teren Parku Narodowego. Notabene, parki narodowe zajmują 60% powierzchni wyspy.

Na punkt startowy, szczyt Pico Areeiro, wygodnie wjeżdżamy samochodem. Wyspa jest tak mała, iż z prawie każdego jej miejsca, znad warstwy gór przebija ocean. Linia horyzontu miesza się z linią chmur, tworząc niepowtarzalne widoki.

Niezbędny sprzęt na trasę PR1:

1. buty‑traperki,
2. niezawodna latarka (najlepiej typu LED),
3. kapok.
Traperki, ponieważ musimy przejść sześć tunelów, ze stropów których skapuje woda, tworząc czasami (nie)małe kałuże.
Latarki, ponieważ niektóre tunele mają po 100m długości, są kręte i nie są oświetlone (!), co oznacza grobowe ciemności w środku.
A kapok, gdyż na Madeirze pogoda jest (ponoć) wyjątkowo kapryśna. Słyszeliśmy relacje od spotkanych wędrowców, którzy potrafili podchodzić do tej trasy po trzy razy i za każdym razem musieli z wyprawy rezygnować z powodu deszczu i/lub bardzo niskich chmur (czytaj: złej widoczności, a bez przynajmniej znośnej widoczności na szlak PR1 iść nie ma po co). Zmienność pogody nad Pico Areeiro niech zobrazują te dwa zdjęcia, wykonane w odstępie 5 minut:

Parking pod szczytem nie jest duży, ale w grudniu było tam prawie pusto. W kompleksie znajduje się sklep z pamiątkami oraz darmowe toalety, nad wszystkim zaś góruje charakterystyczna biała kopuła przypominająca gigantyczną piłkę golfową, widoczną z dość odległych punktów wyspy.

Trasa ma długość “tylko” ok. 5,6km (lub 7km jeśli korzystamy z dłuższej, wschodniej odnogi w połowie trasy, zresztą tego dnia zamkniętej). Przewodniki podają średni czas przejścia głównego szlaku 5,6km w jedną stronę na 3godz. (trasa wschodnia – 3,5godz.), jednak absolutnie nie wolno przeznaczyć na wycieczkę na Pico Ruivo tylko 6 godzin (2x3godz.), gdyż:
1. do pokonania mamy trasę o różnicy wysokości aż 320m, w tym największe zejście ma miejsce na początku trasy, co oznacza, że wracając (już nieźle zmęczeni) na koniec czeka nas pokonanie największego wzniesienia terenu.
2. szacunkowe 3 godziny to czysty czas “na zaliczenie”, bez przystanków na podziwianie widoków ani robienie zdjęć, a w takich okolicznościach przyrody jak na szlaku PR1 człowiek dosłownie nie może odkleić się od horyzontu i aparatu.
3. W grudniu można skupić się tylko na panoramie, natomiast na wiosnę wszelka roślinność budzi się do życia, a szlak PR1 obfituje ponoć w wiele unikalnych gatunków, które niestety nie były zbyt widoczne, lecz na wiosnę zapewne mienią się całą feerią kolorów.

Widok spod Pico Areeiro na półwysep São Laurenço.

Aby w pełni wykorzystać pobyt w tak niezwykłym miejscu, na trasę należy musowo wyruszyć min. 9 godzin przed zmrokiem. My wyruszyliśmy dopiero o 13:15, czyli zaledwie 5,5 godziny przed zapadnięciem nocy (w grudniu na Madeirze ściemnia się przed 19). Efekt?
O godzinie 16:55 (czyli ponad pół godziny po czasie przewidzianym na pokonanie całego odcinka), niedaleko za szóstym tunelem okazało się, że z naszym frywolnym marszem pełnym przystanków na ochy, achy i najlepsze ujęcia, zaszliśmy zaledwie 4,5km, czyli do Pico Ruivo pozostał ponad kilometr, i to pod największą górę. Wtedy podjęliśmy najlepszą możliwą decyzję: trzeba zawracać.

Kilka dni później, widoczne w oddali wiatraki okażą się stać w centralnej części wyspy.

Trasy powrotne często bywają nudne, lecz nie na Madeirze. Szlak PR1 pokonywany w odwrotnym kierunku dostarcza zupełnie nowych wrażeń, a te same widoki po kilku godzinach, pod wpływem innego ułożenia słońca wyglądają jak nigdy wcześniej nie widziane.

Madeira to nie tylko wyspa ulew i powodzi, ale także regularnych pożarów lasów. Rozmawialiśmy z lokalnym strażakiem, który utrz`ymywał, że co roku jedzie do palących się całych połaci lasów. Niestety, na szlak PR1 nie zajedzie żaden wóz strażacki. Efekt ostatniego pożaru widoczny poniżej:

Pod parking na Pico Areeiro zaszliśmy o 18:45, a już o 18:50 na dworze panowała kompletna ciemność. Na parkingu nie było już żadnego samochodu. W drodze powrotnej oczywiście “odhaczył” nas pan na szlabanie i z tego co wiemy, gdybyśmy nie pojawili się tam do pewnej godziny, wszczętoby za nami poszukiwania.

Funchal nocą – cz.2

Madeira słynie z lokalnego przysmaku Bolo do Caco, czyli generalnie drożdżowej buły, ale z dodatkiem gotowanych ziemniaków. Białe ciasto pieczone jest na miejscu na suchej, rozgrzanej blasze, a podawane z masłem czosnkowym lub innymi farszami. Ciężkie to to i o wątpliwych wartościach odżywczych, co widać po raczej obłych kształtach i dużych rozmiarach Maderek, ale fakt faktem: dla polskich kubków smakowych Bolo do Caco jest przepyszne, a jego zapach unoszący się wzdłuż promenady zniewalający. Sprzedawane jest w specjalnych budkach, coś jak krakowskie precle.

Fabryka Bolo do Caco.

Dzień 3

Dziś wreszcie jest czas, by zobaczyć Funchal za dnia.

Wszystkie przewodniki po mieście nie pomijają trzech, ponoć obowiązkowych punktów programu:
1. wizyty w ogrodzie botanicznym “Jardins Tropicais” na Monte (wzgórze nad Funchal), do którego - poza tradycyjnym sposobem - można dostać się kolejką linową zawieszoną nad miastem,
2. zwiedzenia (i zakupów) na bazarze owocowo‑warzywno‑rybnym “Mercado dos Lavradores”
oraz
3. zjazdu w dół ulicą w wiklinowych koszo-saniach. Coś jak spływ Dunajcem z dwoma flisakami na pokładzie, tyle że po asfalcie zamiast po wodzie, no i szybciej, bo stromo.

Z oferty kuligu na sucho nie skorzystaliśmy, jako że wydał się nam trochę za bardzo wygórowany cenowo (€35 od pary) oraz zwyczajnie głupowaty. Oto opis czego można się tam spodziewać znaleziony w sieci:
“Z Monte do Funchal można zjechać wiklinowymi saniami kierowanymi przez dwóch mężczyzn – carreiros, którzy stają z tyłu na płozach kosza i odpychając się nogami wprawiają go w ruch. Sanie suną po stromych uliczkach z zawrotną prędkością, na zakrętach stają chwilami bokiem – pasażerowie wrzeszczą wtedy  i piszczą. Mężczyźni w tradycyjnych strojach hamują sanie butami ze specjalnymi podeszwami. Czterokilometrowa trasa biegnie po ulicach miasta, pomiędzy zaparkowanymi samochodami i przecina kolejne skrzyżowania. Sanki mają jednak pierwszeństwo. Zjazd zajmuje kilka minut. Ten szalony środek lokomocji stosowany jest w Funchal od połowy XIX wieku.”

Kolejka linowa na Monte widziana z autostrady.

Z oferty ogrodów na Monte również nie skorzystaliśmy, gdyż miejsce wydawało się być bardzo komercyjne, a podróż kolejką linową zaplanowaliśmy w dużo tańszym oraz dużo bardziej malowniczym miejscu (o czym później). Ponadto, w Funchal jest jeszcze jeden ogród botaniczny (Jardim Botanico), mniej znany, tańszy (€4) i mniejszy od tego na Monte, ale i tak okazał się on wielką lochą, która pochłonęła nam kilka godzin. Mimo to, nie żałujemy ani jednej spędzonej tam minuty.

Ogrody Jardim Botanico

Na terenie ogrodów - poza oczywiście samymi ogrodami, podzielonymi na sekcje - znajduje się małe muzeum (wliczone w cenę biletu), ptasiarnia z papugami oraz stawik z pokaźnych rozmiarów żółwiami. Na tyłach ogrodów znajduje się kompleks z toaletami, sklepem z pamiątkami oraz stacją kolejki linowej, która łączy ogrody z miastem.

Ryba głębinowa w muzeum

Jeden z droższych kwiatów na Madeirze

Kwiat bananowca (nie owocujący)

Dzewko bożonarodzeniowe to na Madeirze nie krzaczek, a prawdziwe drzewo.

Król kwiatów z irokezem, czyli rajski ptak. Na Madeirze ściele się on gęsto.

“Tu byłem/‑am” to nie tylko zwyczaj polski…

 

Całusy były z języczkiem.

Wychodząc z ogrodów, jakby jeszcze mało nam było owoców, owoc anony spada nam z drzewa prosto pod nogi. Wokół owoce awokado zwisają z drzew. Raj na ziemi.

I wreszcie ostatni obowiązkowy punkt programu dnia: bazarek “Mercado dos Lavradores”.

Mercado (market)

Warto tam zajść chociażby dla zapoznania się z różnorodnością oferowanych towarów. Na pewno trafi się coś, czego nazwy jeszcze nie znaliśmy lub czego w ogóle jeszcze nie widzieliśmy. Absolutnym hitem jest ryba “espada”.

Osławiona, unikatowa, przepyszna espada.

Czy to prosię? Nie, to tylko tuńczyk.

Co do marketu owocowo‑warzywnego, wszystkiego można na nim posmakować za darmo, lecz trzeba być twardym wobec nachalnych sprzedawców, bo gdy tylko kiwniesz głową na znak, że smakuje, oni już nakładają towar do torebki. Ceny, co oczywista w takim miejscu, mocno zawyżone, choć głównie na stoiskach parterowych, bo na piętrze można znaleźć naprawdę racjonalne ceny. Niemniej  na solidne zakupy na pierwszy ogień warto iść gdzie indziej niż na słynny market.

Z owoców polecamy szczególnie filodendron, owoc rośliny o palczastych, czasami półmetrowych liściach. Filodendron rośnie nawet w Polsce, nie ma jednak u nas szans, by zakwitnąć, na Madeirze zaś rośnie dziko i owocuje bez problemu. Na targu jest oczywiście przeraźliwie drogi. Mimo to, warto spróbować. Smak owocu filodendrona określany jest zazwyczaj jako miks banana z ananasem, lecz jest to karygodne zubożenie jego prawdziwego smaku. Na pewno jest trochę piekący w język i - jak na owoc - niezbyt zdrowy. Nam nasza próbka filodendrona posmakowała, kupiliśmy więc od miłej Mołdawki jedną laskę. Zaś kilka dni później weszliśmy w posiadanie aż dziesięciu owoców tego bardzo egzotycznego owocu (za darmo!). Jakim sposobem? O tym nieco później.

Awokado jak małe ananasy, ananasy jak małe dynie, dynie jak małe…

Od dołu: marakuja (w dwóch odmianach), filodendron (obok mango), anona oraz na górze madeirskie banany.

Na pierwszym planie: pitanga.

Bardzo smaczna i ożeźwiająco kwaskowata pitanga występuje w kilku odmianach od koloru pomarańczowego do głębokiej czereśni. Kupiliśmy jej trochę wydając całe krocie – a kilka godzin później…

Na pożegnanie widok ogólny dziedzińca marketu.

…a kilka godzin później, jadąc przedmieściami Funchal, zatrzymaliśmy się na przypadkowej drodze, by podziwiać rosnące na klombach rajskie kwiaty, a tuż nad przydrożnym rowem wiszą gałęzie, z których zwisa coś jakby pitanga. Podchodzimy, z głębi ogrodu wyłania się Tutejszy. Nawiązujemy kontakt wzrokowy, on tłumaczy płynnym portugalsko‑mimicznym, że jeśli chcemy, możemy spróbować, a nawet sobie trochę zerwać.

Takie nastawienie do turystów towarzyszyło nam przez cały pobyt na Madeirze. Angielski słabiutki, za to życzliwość mocna.

Na zachód marsz!

Na resztę dnia zaplanowane były dwa małe szlaki: PR19 i PR20. Niestety, “dzięki” ogrodom botanicznym Jardim Botanico nie było już na nie czasu, a trzeba było jeszcze dojechać do hotelu położonego w sercu płaskowyżu Paul da Serra w zachodniej Madeirze. Zdążyliśmy jedynie zahaczyć o rybacką miejscowość Camara de Lobos. Zachęceni porannymi widokami espady oraz opisami jej wspaniałego smaku, skusiliśmy się na obiad w jednej z knajpek miasteczka: smażona espada (nie było zbyt dużo panierki!), frytki, surówka, piwko – wszystko za nie więcej niż €10.

Z Camara de Lobos widać jeden z najwyższych w Europie klifów, Cabo Girão. Na szczycie Cabo Girão znajduje się przeszklony taras widokowy (położony 580m. n.p.m.), na mapach oznaczony jako “miradouro” (punkt widokowy).

Po drodze mijamy piękny ocean z jednej strony oraz plantacje bananów z drugiej, a za nimi wysokie zbocza pocięte licznymi strumykami tak stromymi, że przechodzącymi niekiedy w wodospady.

Co do górskich strumieni, wykorzystywane są one przez miejscowych dwojako: jako punkty zaopatrzenia w wodę pitną oraz jako …myjnie samochodowe.

Wybraliśmy nocleg na płaskowyżu, by być blisko pierwszego, głównego punktu programu dnia następnego: szlaku PR6.

Dzień 4

Rabaçal – Risco & 25 Fontes (Szlak PR6)

Trasa tego szlaku prowadzi z mini‑osady Rabaçal w dwa miejsca: do tarasu widokowego na mniej więcej 3/4 wysokości wodospadu Risco oraz do jeziorka, do którego ów wodospad wpada. Wodospadowi towarzyszą inne mini‑cieki, tworzące fantastyczne kaskady. To miejsce to “25 Fontes” (nazwane zapewne od ilości strużek wody).

Do Rabaçal nie można dojechać własnym samochodem i należy pozostawić go na niewielkim parkingu przy głównej trasie ER110, a samemu zejść piechotą jakieś 2km asfaltową drogą, co zajmie ok. 30 minut. Aby przyspieszyć dzień, można opłacić ustawiony zaraz za szlabanem przy parkingu minibus, który w 3 minuty i za €5 zwiezie nas na dół, a potem zawiezie na górę, co będzie szczególnie cenne.

Będąc już na dole, możemy skorzystać z toalety w starym, opuszczonym budynku, a na pobliskich drewnianych stołach rozłożyć się z posiłkiem lub pokarmić śliczne i przyzwyczajone do turystów ptaszki.

Wyruszamy na trasę!

Lewady

Pierwsi osadnicy, zawitawszy na Madeirę w XVw. zauważyli jak żyżna potrafi być ta wyspa. Mieli jednak jeden wielki problem do pokonania: woda. W jednych częściach wyspy było jej zdecydowanie za dużo, podczas gdy w innych nie było jej w ogóle. Z taką gospodarką wodną nie można uprawiać niczego na poważnie. Stąd wziął się pomysł zirygowania terenu, tj. w jakiś sposób poskromienia dzikich strumyków oraz zasobów wody zwyczajnie skapującej ze zboczy po bujnej roślinności.

Jako rozwiązanie problemu, wymyślono system wąskich rowów budowanych u zboczy stoków, a zbierająca się w ich korytach woda miała być doprowadzana do bardziej deficytowych obszarów. Wzdłuż ręcznie budowanych rowów prowadziła zazwyczaj droga serwisowa. To te drogi, zwane “levadas”, są dziś wykorzystywane jako szlaki turystyczne.

Trasa PR6 w pewnym momencie rozwidla się: jedna odnoga prowadzi do wodospadu Risco na wysokość 1.000m n.p.m., a druga do 25 Fontes ponad 300m niżej. W kotlinie przy jeziorku jest tak ciemno, że bez statywu nie ma co marzyć o dobrym zdjęciu. Cały szlak kryje się przeważnie w cieniu, by tylko okazjonalnie nagle wybić się do słońca. Widoki jak poniżej.

Typowa trasa wzdłuż lewady.

Jeziorko u podstawy 25 fontes.

Madeirskie szlaki to nie tylko piesze wędrówki. Dotarłwszy do 25 Fontes, naszym oczom ukazały się nagle dwie postaci spadające na nas z góry, całe odziane w gumową czerń. Dwa anioły śmierci właśnie kończyły spuszczanie się na linie ze szczytu głównego wodospadu wprost do jeziorka, po czym - całe ociekające lodowatą wodą - zniknęły w mroku trasy. Przez chwilę myśleliśmy, że kręcą nową serię o Fantomasie.

Jednak nawet jeśli tylko wędrujemy, niezbędny sprzęt to:
1. nieprzemakalne buty (nawet przy bezdeszczowej pogodzie od wielu dni, na szlaku potrafi być miejscami naprawdę mokro i ślisko),
2. kapok (na tarasie pod Risco unosi się rozpylona woda z wodospadu, a jeszcze więcej wody skapuje z pobliskiej skarpy oraz klifu).

Trasę z Rabaçal do Risco, a potem z powrotem do rozwidlenia i na dół do 25 Fontes pokonaliśmy w 2,5 godziny (robiąc zdjęcia i podziwiając okolicę). Wejście spod 25 Fontes do Rabaçal to kolejna godzina, plus ponad pół godziny (bo pod górę) do parkingu.

Znów jesteśmy na niedoczasie (ach, ta piękna Madeira), więc pędem zwijamy się i posiłek jemy w drodze do…

Achadas da Cruz (kolejka linowa)

Kolejka w Achadas da Cruz nie ma przeznaczenia komercyjnego. Zbudowana została głównie dla okolicznej ludności, która na dolnym tarasie przy oceanie posiada swoje działki uprawne, mieszka zaś na górze klifu. Nie wiemy ile (czy?) tacy pasażerowie muszą płacić za przejazdy – dla turystów przejazd w obie strony to jedyne €3.

Widok z kabiny przez (brudną) szybę.

Te cztery linki to przez dwie długie minuty Twoje życie. Co tam wykonać ostre zdjęcie – aby dojechać na dół!

Pobyt na dole ukoił jednak cały skok adrenaliny. Ocean był dość spokojny, a bryza cieplutka.
Na wyprawę tą kolejką warto jednak wybrać się wcześniej. My mieliśmy na dole tylko 12 minut, gdyż musieliśmy zdążyć na ostatni kurs z dołu o godz. 18:00 (ponoć bez względu na porę roku). Jeśli na ostatni kurs nie zdążymy, kolejka pojedzie w górę bez nas i wtedy umarł w butach (na dole nie ma żywej duszy, jest tylko pozostawiona w kabinie krótkofalówka do komunikacji z górą; drogi na górę brak, a klif do wspinaczki za stromy).
Niemniej, mimo przysługujących tylko dwunastu minut, wykorzystaliśmy ten czas na maksimum:

Przedostatnim punktem dnia miała być wizyta na Ponta do Pargo, czyli spacer na najbardziej zachodni cypel wyspy ze stojącą tam latarnią morską (“farol”), jednak szybki zmrok pokrzyżował nam plany. Pozostały jedynie zdjęcia kończącego się dnia.

Jadąc na nocleg do Porto Moniz, miejscowości położonej na północno‑zachodnim krańcu Madeiry, nie podejrzewaliśmy, że tego dnia jeszcze może coś się ciekawego zdarzyć. A jednak…

Porto Moniz

Miejscowość ta słynie z tzw. naturalnych basenów kąpielowych. Powulkaniczny czarny bazalt, niestrudzenie molestowany przez ocean poddał się jego działaniu, tworząc kosmiczne formy wystające tu i tam ponad powierzchnię wzburzonych fal. A fale w Porto Moniz to już nie fale, a olbrzymie falory. Na dworzu panowała już totalna ciemność, jednak dzięki kilku mocnym reflektorom oraz światłom miasta można było dojrzeć chyba kilkunastometrowe fale dochodzące do 2/3 wysokości falochronu, na którym siedzieliśmy zauroczeni bite półtora godziny, przy akompaniamencie huczącej kipieli. O zdjęciach nie było jednak już mowy.

Od falorów oderwaliśmy się dobrze po 21:00, czyli już po zamknięciu recepcji naszego hotelu na przeciwko. Podchodzimy, ciemność, nigdzie żywej duszy. Pukamy do szyb – cisza. Pociągamy za klamkę – otwarte… Wchodzimy na górę, piętro z kilkoma drzwiami, na każdych mały numerek pokoju. We wszystkich szparach pod drzwiami ciemno. Pukamy – nic. Nieśmiało naciskamy pierwszą klamkę – otwarte. Pokój jak jak pokój – ważne, że pusty. Druga klamka – też otwarte i też pusto. Ale pokój mniejszy. I tak sprawdzamy pokoi z pół tuzina, zanim wybieramy sobie lokum nr 7 z szerokim łóżkiem oraz wielkim tarasem skierowanym na nasze falory. Spać z otwartym oknem na ocean – niezapomniane uczucie.

Dzień 5

Jeszcze przed śniadaniem, skoro świt, przystąpiliśmy do fotografowania falorów. Niestety, ocean był już dwa razy bardziej spokojny. Mimo to, widoki były jak poniżej:

Znajomi, którzy byli w basenach Porto Moniz przed nami określili je jako “komercyjne”. Owszem, rzekoma “naturalność” basenów polega na tym, że oryginalne występy skalne połączono cementowymi płaskimi półkami tak, by można było przejść teren gołą stopą lub ustawić na nich stoliki dla klientów. Poza tym, basen główny jest płatny (bodajże €1,5/godz.), jednak takie same baseny 200m w prawo, tylko dzikie, są darmowe i według nas równie ciekawe.

Lecz czas jechać dalej, bo droga przed nami wyjątkowo długa, tym bardziej, że znów zmarudziliśmy mnóstwo czasu przy falorach.

Północne wybrzeże

Drogę do São Vicente potraktowaliśmy po macoszemu. Godna uwagi jest na pewno okolica miasteczka Seixal. Zauważyliśmy tam np. kolejne baseny, jeszcze mniej komercyjne.

"Głowica nuklearna", czyli oto jak owocuje bananowiec.

Rozmiary skalnych ścian są niewyobrażalne.

São Vicente

W tej miejscowości znajduje się Muzeum Wulkaniczne, podejrzewając jednak, iż zrobiono z niego komercję pod rodziny z dziećmi, a dodatkowo mając tego dnia w planie zemstę na Pico Ruivo, z wizyty w muzeum zrezygnowaliśmy. Jednak nie zrezygnowaliśmy z okazji, jak się nadarzyła pod opuszczonym domem (na północnym stoku Madeiry jest ich mnóstwo):

Oszabrowane drzewo filodendronu. Po lewej było drugie.  :-)

Młody owoc filodendrona.

Rosario & Encumeada

Z São Vicente skierowaliśmy się doliną strumienia w stronę serca wyspy, na miniszlak PR22. Niestety, na wysokości osady Rosario zrozumieliśmy, że czas to nie guma. Zawracamy.

Posiadana przez nas mapka obiecywała, że pozostały odcinek trasy do Santany i dalej na szlak PR1.2 pokonamy szybciutko, używając nowo wydrążonego tunelu. Notabene, ich budowa na Madeirze jest nie tyle wygodą, co koniecznością z racji systematycznego “zabierania” starych tras przez wodospady doszczętnie niszczące odkryte drogi. Niestety, tunelu nie było; albo nadal w budowie, a może i nawet dopiero w planach. Trasa wiodąca to w górę, to w dół była bardzo malownicza (to jeden z najmniej turystycznych rejonów wyspy), my jednak byliśmy podrażnieni niepowodzeniem sprzed trzech dni z przerwanego podejścia na najwyższy szczyt Madeiry, dlatego musieliśmy wykonać szybkie zdjęcia i uciekać dalej.

Achada do Teixeira – Pico Ruivo (Szlak PR1.2)

Szlak prowadzący na Pico Ruivo od strony wschodniej ze schroniska Achada do Teixeira jest o wiele krótszy, bo liczy sobie “zaledwie” 2,8km. Co ciekawe, od prawie samego początku ze szlaku widać w oddali “piłkę golfową” na Pico Areeiro.
Szlak PR1.2 jest równie malowniczy co PR1, częściej widać z niego ocean i porośnięte lasami północne zbocza wyspy, jednak trasa nie ma tak spektakularnych zakrętów i dramatycznych przejść między skałami jak z Pico Areeiro (PR1). Na górę dotarliśmy w równo 1,5 godziny.

Achada do Texteira widziana ze szlaku PR1.2

Po godzinie marszu (i oczywiście pstrykaniu jak szaleni “na cztery ręce”) dotarliśmy do złączenia obu szlaków, czyli do miejsca, do którego trzy dni wcześniej zabrakło nam jakieś pół kilometra.

Słońce gwarantowane – jesteśmy przecież powyżej linii chmur.

I wreszcie na szczycie. Niewiarygodne, iż aby dojść do piłki na Pico Areeiro potrzeba aż 3 godzin porządnego marszu.

Ślady regularnych pożarów są wszędzie.

Schodzenie z Pico Ruivo rozpoczęliśmy o 17:20. Zejście do Achada do Teixeiro zajęło nam równo godzinę. Na parkingu byliśmy znów ostatni i oczywiście znów prawie po ciemku.

Nocleg zaplanowaliśmy w pobliskiej Santanie po to, by być blisko głównego punktu programu dnia następnego.

Dzień 6

 

Wodospad Caldeirão Verde (Szlak PR9)

By trafić na szlak, należy dostać się do schroniska Queimadas. Nie było łatwo znaleźć odpowiednią drogę dojazdową, musieliśmy pytać o nią kilku tubylców.

Miasteczko Santana oraz jego okolice słyną z tzw. trójkątnych domków. Zanim jednak ujrzeliśmy prawdziwe trójkątne domy dla ludzi, pod schroniskiem zrozumieliśmy jak ten typ architektury jest w tej okolicy popularny:

Domek dla kaczek w tradycyjnym, trójkątnym kształcie.

Trójkątnych psów co prawda nie widzieliśmy , ale kto ich tam wie…

Szlak, z racji swego położenia na północnym stoku jest bardzo cienisty, z rzadka dostępujący słońca. Wzdłuż trasy prawie cały czas widzieliśmy przekwitłe już krzewy hortensji. Ciekawe jak tu musi być gdy to wszystko stoi w kwiatach.

Na trasie są do przejścia trzy tunele o dług. 20‑50m. Trzeci (na zdj. powyżej) jest bardzo mokry i ciemny choć oko wykol. Raz nieźle przyłożyłem głową w niski strop skalny; musiał mieć nie więcej jak 120cm wys. Na szczęście, w najtrudniejszych miejscach tunele mają barierki, niemniej swoje źródło światła to absolutny mus. Nawet w tunelach towarzyszą nam lewady, słysząc więc spokojny szmer strumyka gdzieś pod nogami nie czujemy się kompletnie zapomnieni.

Zdjęcie tego może nie oddaje, jednak z tego miejsca leciałoby się w dół naprawdę długo.

Wreszcie na miejscu.

Dojście do wodospadu zajęło 2godz. 10min. Trasa nie była wyjątkowo porywająca, lecz widoki przy wodospadzie warte były wędrówki.

Tak Caldeirão Verde się zaczyna…

…tak się kończy…

…a tak wygląda jego dolny odcinek; może połowa. Uwaga na różowy punkcik: to bluza na człowieku.

Z hotelu zabraliśmy ze sobą miłą Dunkę Megretę, która wykupiła bilet na Madeirę trzy dni przed wylotem. Nie miała własnego transportu, wszędzie poruszała się albo transportem publicznym, albo przy pomocy innych podróżników. Jak widać, tak też można, choć zapewne takie zwiedzanie często odludnej Madeiry wymaga wielkiej dyscypliny, zorganizowania i determinacji.

Różowy oraz fioletowy punkcik wracają.

Spod Caldeirão Verde nie trzeba zawracać i można iść dalej szlakiem PR9 do tzw. “inferno”. Pewnie dlatego większość przewodników podaje o wiele dłuższy czas przejścia tej trasy. My jednak zrezygnowaliśmy z tej opcji i zawróciliśmy do Queimadas. Powrót zajął nam 1godz. 50min., czyli tylko 15 minut mniej.

W związku z wyjątkową u nas nadwyżką czasu, postanowiliśmy “odrobić” wczorajszy plan i zajechać w okolice szlaku PR22, czyli na Encumeadę. Mapa pokazywała, że krótsza trasa prowadzi przez São Vicente, lecz pamiętni brakującego tunelu na północy, pojechaliśmy aż przez Funchal.

Pobocze głównej (i jedynej) autostrady na wyspie porasta las intrygująco wyglądających słupków kwiatowych rośliny z rodziny kaktusowatych. O tej porze roku słupek jest już goły.


Nazwa oficjalna tego bez mała 2-metrowego cuda nieznana. Nazwa robocza: pompa paliwowa, ewent. fiucik.
Madeirski fiucik - z daleka wyglądający surowo - okazał się bardzo miękki w dotyku i elastyczny, jakby rzeczywiście był rurą paliwową na stacji benzynowej. Ewentualnie fiucikiem (ale w stanie spoczynku).

Encumeada

Będąc mniej więcej na miejscu, czyli gdzieś w okolicach osady Eirinha, zauważyliśmy leżące na przydrożnym stole słodkie kasztany; te same, z których słynie Kotlina Zakonnic. Okazało się, że kasztanowce rosną przy drodze, na stromych zboczach, co potwierdziły dwie napotkane Maderki. Nasze zbiory były jednak znikome, gdyż sezon już się kończył, a miejscowi też muszą z czegoś żyć.

Trzy poziomy dróg w dolinie Encumeady.

Jedzenie po madersku

W drodze powrotnej nieco się zgłodniało, a wtedy przypomniała nam się rozmowa ze spotkaną na jednym ze szlaków parą Polaków, którzy gorąco nam polecali pewną restauracyjkę w Funchal. Postanowiliśmy ją odwiedzić, jako że było nam po drodze do Santany.
Ania z Tomkiem prosili, by się na nich powołać. Tak też uczyniliśmy. Za wszystko zapłaciliśmy może z €20. A co nam podano?

Najpierw podano danie główne. Tomek coś wspominał o dokładkach, ale to zbagatelizowaliśmy. Jednak nie doceniliśmy gospodarzy…

Przedwojenna panorama Funchal.

Będąc gdzieś w połowie dania, kontenci ze swoich rybnych dań, nagle podchodzi do nas tęgi gospodarz z wielkim półmiskiem w dłoni. Stawia go na stolik dając do zrozumienia, że “gratis”. Patrzymy: cała czapka ryżu z delikatną marchewką. Pyszności. Nie zdążamy pochłonąć połowy ryżu, a oto znów pojawia się gospodarz z miseczką fasolki w pietruszce i oliwie, bardzo dobrze przyprawionej. A jednak Tomek nie kłamał…
Skubiemy fasolę, a tu znowu nadciąga gospodarz, tym razem z hitem wieczoru – pieczonymi słodkimi ziemniakami. Gdy pytamy “co to?”, pokazana nam zostaje wystawka świeżych owoców i warzyw na reprezentacyjnym stoliku, wśród których leży kilka bulw w brudno‑pomarańczowej skórce.
Coraz bardziej skonsternowani (czy tu wypada coś zostawić na talerzu, czy trzeba wszystko zjeść?) opychamy się ziemniaczkami, a tu co? A tu na stół płynie czwarta (słownie: czwarta) dokładka. Tym razem będziemy się dopychać gotowaną cieciorką, oczywiście tak samo pyszną jak reszta potraw. Efekt?

Tak było przed posiłkiem:

…a tak po:

Dzień 7

Ten dzień miał być naszym ostatnim pełnym dniem na Madeirze, jak zwykle napakowanym wrażeniami, więc pobudkę zaplanowaliśmy już na 7:00. Niestety nie dane było nam pospać nawet do tej godziny, bo oto 5:30 nad ranem, a tu …dzyn‑dzyn‑dzyn. 6:00 – dzyn‑dzyn‑dzyn. I tak do siódmej.
Na Madeirze mają swoisty sposób świętowania narodzin Jezusa: na dziewięć dni przed datą Zero każdy kościół dzwoni w dzwony od samiutkiego ranka. W naszym przypadku, komuś chciało się wstać i pójść “do pracy” jako dzwonnik na 5 rano.

Santana – kościół, godz.6:30.

Na dziś zaplanowaliśmy wycieczkę na dwa szlaki: króciutki PR11 oraz długi PR8, a na wieczór ostatni rzut okiem na Funchal oraz praktyczny nocleg w hotelu przy lotnisku (wylot był drugiego dnia rano). Jednak przed wyjazdem z Santany chcieliśmy ją trochę zwiedzić, a szczególnie zobaczyć owe słynne trókątne domki.

Santana

W centralnym punkcie miasta odbywał się poprzedniego wieczora festyn z kiermaszem, zaś w tym samym miejscu rano miało miejsce targowisko owocowo‑warzywne, gdzie zakupiliśmy kolejną porcję tanich jak barszcz awokado, madeirskich bananów (dwa razy krótszych i słodszych od bananów tradycyjnych). Poza tym jabłka, papryka, anony i inne cuda natury.
Obok zadaszonego targu znajduje się mały punkt informacyjny oraz kilka sklepów z pamiątkami – a wszystko oczywiście w trójkątnych domkach.

Słynny Santański domek.

Widok od tyłu.

Finezyjna podróbka, wykonana z plastikowych butelek PET.

Drzewo‑szczotka, czyli kuflik w wersji gigantycznej. 

Madeira to wyspa kwiatów. Te widokówki zdradzają co tam się dzieje na wiosnę. Drugim razem koniecznie trzeba tam polecieć na słynny Festiwal Kwiatów.

Wyjeżdżamy z Santany kierując się na południe.

Czy to indory pozostawione do skruszenia? Nie, to tylko suszące się w przydrożnym ogrodzie dynie.

 

Balcões (Szlak PR11)

To chyba najkrótszy szlak na wyspie, wręcz szlaczek. Zaczyna się w osadzie Ribeiro Frio, słynącej z łososi. Stoją tam rzędem restauracje, oczywiście nie tylko rybne. Na wąskiej drodze parkują wycieczkowe autokary. Wszyscy pchają się do Ribeiro Frio na łososia jak do Wąwozu Zakonnic na kasztanowe przysmaki, ale my nie widzieliśmy tam nic więcej jak tylko komercję.

Wejście na szlak znajduje się nad jednym z parkingów. Trasę tam pokonaliśmy w 30 minut, a powrotną w dosłownie 20.

Na miejscu zainstalowany jest wysunięty nad skarpę taras widokowy a la balkon. Stąd chyba nazwa miejsca.

Widok z balkonu na przedwczorajsze Achada do Teixeira.

Widok z punktu widokowego nosi dużo podobieństw do widoku znad Doliny Zakonnic, a poza tym nie trzeba do niego jechać specjalnie. Doszliśmy więc do wniosku, że jeśli jest się ograniczonym czasowo, “Zakonnice” można sobie zostawić na koniec pobytu, a być może nawet w ogóle odpuścić, a w zamian zawitać na Balcões.

Komu w drogę… Na główny szlak dnia jest kawałek drogi.

Pico Areeiro widać z wielu miejsc Madeiry.

W oddali São Laurenço, a na bliższym planie madeirskie lotnisko. Widok południowo-zachodni.

Lotnisko (kod: FNC)

Z jedynym na Madeirze lotniskiem wiąże się ciekawa historia. Zostało otwarte dopiero w 1964r. i oryginalnie pas startowy miał jedynie 1.600m. Do pasa można podejść jedynie od południowej strony, gdyż od północy tor zejścia ograniczony jest wzgórzami na półwyspie São Laurenço. W efekcie, piloci zmuszeni byli do lądowania w obszarze silnych wiatrów bocznych, wzdłuż zbocza gór i na króciutkim odcinku.
W 1977r. rozbił się tam samolot pasażerski portugalskich linii lotniczych, wypadając z końca pasa startowego i zsuwając się po stromej 61‑metrowej skale na ówczesną plażę. Po tym wydarzeniu, władze Portugalii podjęły decyzję o wydłużeniu pasa. Najpierw wydłużono go do 1.800m, a w 2000r. do obecnej długości 2781m. By jednak dokonać tego drugiego przedłużenia, konstrukcja końcówki pasa musiała zostać postawiona nad plażą.


Odcinek madeirskiej autostrady przechodzi pod konstrukcją z betonowych pali. To na nich wspiera się wydłużony pas startowy lotniska.

São Laurenço (Szlak PR8)

Madeirskie szlaki są zazwyczaj bujne w drzewiasto‑krzaczastą roślinność. Ale nie na São Laurenço. Powodem tego są wyjątkowo silne wiatry. Półwysep jest swoistym cyplem wyspy, bardzo wysuniętym w ocean, gdzie wiatr hula bez ograniczeń.

Tak potrafi wiać tylko na wystawionym do wiatru São Laurenço. Silne palmy są niczym wątłe, zawiane ananasy.

Widok z drogi dojazdowej do początku szlaku PR8.

Początek szlaku.

Półwysep to gratka dla geologów.

Do wyboru, do koloru.

My na skale głównej widzimy trzy dorosłe jaszczurki oraz jedno jaszczurzątko. A Wy?

Po lewej samotna wysepka, nieoficjalnie ochrzczona jako “Los Fiutos”.

Zbliżamy się do “Domu Sardynek”, niezamieszkałego schroniska.

SL to prawdziwy koniec świata.

Uwaga na lewy dolny róg – nawet na tym pustkowiu i wygwizdowie coś żyje!

Pod “Domem Sardynek”. Widok do tyłu – za nami już tyle drogi. Wrażenia co krok.

Widok ze szczytu i ostatniego punktu widokowego znajdującego się na najwyższym szczycie półwyspu. Dalej iść nie można. Widoczna latarnia to sam koniuszek SL. Latarnia nie stoi na końcu półwyspu, a na oddzielnej wysepce.

Wycieczkowy statek kierujący się do Porto Santo. W tle kilka pozostałych, niezamieszkałych wysepek archipelagu Madeiry.

Pokonana trasa miała długość ok. 3,5km w jedną stronę. Czas jej pokonania (jak zwykle robiąc zdjęcia i przystawając na podziwianie) to 2godz. 15min., w tym prawie pół godziny zeszło na ostatnie podejście spod Domu Sardynek na wspomniany punkt widokowy.

Machico

W drodze na nocleg w miasteczku Garajau wpadliśmy na kolację do Machico (powtórka niepowtarzalnej espady; €10 za porządną porcję). Miasto Machico (drugie co do wielkości na Madeirze, po Funchal) można krótko opisać tak: jeśli nie wybierasz się na zakupy, omijaj Machico szerokim łukiem.

Garajau

W Garajau zjawiliśmy się już po zmroku. Znajduje się tam kopia pomnika Chrystusa z Rio. Robi zapewne większe wrażenie widziana z morza, gdyż stoi na czubku wysokiego klifu.

Mając trochę wolnego czasu, zdecydowaliśmy pożegnać się z Funchal. Opłaciło się.

Wigilia wigilii w Funchal

Jest 23.grudnia. Co wtedy robi przeciętny Polak? A no stoi w kuchni i kręci dwanaście tradycyjnych potraw, stresując się czy domył okna, wytrzepał dobrze dywany, a goście mają gdzie i na czym spać. W tym samym czasie, Maredczycy i Maderki z całej wyspy (też tradycyjnie) zjeżdżają się do swojej stolicy i razem z Funchalczykami wylegają na dwór, zgodnie bawiąc się w licznych lokalach, lub zwyczajnie spacerując brzegiem oceanu. W głównej muszli estradowej przy deptaku występują zespoły i zespoliki jeden po drugim, wokół stoją budki z Bolo do Caco i innymi łakociami. Czynne są nawet mini‑kwiaciarnie. Taksówkarze mają pełne koła roboty.

Tłoczno było, to fakt. Parkingu szukaliśmy całe pół godziny. Mimo to, przez cały wieczór (prawie do północy) nie widzieliśmy ani jednej zamroczonej alkoholem osoby. Taka oto jest tradycja Madeiry.

W klimat świąteczny wchodzę powoli, acz dogłębnie.

***

I tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy przygodę z Madeirą. Teraz pozostało się tylko spakować, dojechać na lotnisko i wrócić do zimnych krajów.

Hola, nie tak szybko…!

Dzień 8

Przez ostatni tydzień, na pogodę narzekać nie mogliśmy. Lecz pogoda nie sługa. Już podczas opuszczania hotelu zauważyć można było pierwsze oznaki zmiany frontu.

Widok z hotelowego okna. Nadciąga front burzowy.

Godzinę później: widok z okna lotniskowego terminalu – burza nad Madeirą, czyli zgroza każdego latającego w to miejsce pilota.

Wylot dziwnie się przeciąga. Godzina odlotu już minęła, my natomiast nadal nie jesteśmy wzywani do ustawiania się w kolejce przy bramce. Przez okno nie widać też żadnego ruchu w maderskiej przestrzeni powietrznej. Zaczyna padać deszcz. O‑o…!
Z nudów, zaczynam zwiedzać terminal:

Makieta osławionego lotniska stoi w holu głównym. Brazylijski wykonawca projektu dostał za swe dzieło prestiżową nagrodę branżową.

Pada co prawda tylko jakieś 15 minut, po czym niebo szybko się przeciera, dzień przejaśnia – to jednak wystarczy…
Pada komunikat: lot zostaje odwołany.

Poranny lot z Gatwick wyrzuszył w kierunku Madeiry, jednak niedługo po starcie dostał wiadomość o burzy nad miejscem docelowym. A burza w tym odosobnionym zakątku Ziemi oznacza, że lecący z północy samolot - w razie przedłużającej się burzy oraz i tak już trudnego podejścia do madeirskiego lotniska - nie będzie miał możliwości dolecieć do najbliższego lotniska na "sąsiednich" Kanarach (odległość 450km) po ewentualnej nieudanej próbie posadzenia maszyny na Madeirze. W związku z tym, lot z Gatwick został zawrócony do portu wylotu, a my zostaliśmy na lodzie.

Regulamin przewoźnika mówi, iż w takim wypadku pasażer ma do wyboru albo przyjąć warunki przewoźnika, tj. zaakceptować lot alternatywny w najbliższym możliwym terminie, będąc do tego czasu zakwaterowanym w pobliżu lotniska na koszt przewoźnika, bądź szukać połączeń na własną rękę, bez możliwości roszczeń finansowych za niewykorzystany lot.

W terminalu rozpętało się prawdziwe piekło. Tak tłumowi brytyjskich turystów powracających do domu na wymarzone Boże Narodzenie, jak i tłumowi Maderczyków lecących na Święta do swoich bliskich na Wyspach na niczym innym nie zależało bardziej jak dotarciu do UK bez względu na koszta. Wszak to była Wigilia! Ludzie parli na stoiska czarterowych przewoźników; pod stoiskiem Thompsona utworzyło się grube jak podwędzana krakowska pęto klientów, drących szaty, gdy dowiadywali się ile zakosztuje ich luksus spędzenia świąt tak jak je sobie zaplanowali. Oczywiście nie wszystkim udało się wydostać z Madeiry, bo choć już w pół godziny po początku burzy warunki do latania były nad Madeirą z powrotem idealne, to zamieszanie wśród innych lecących na Madeirę samolotów było nie do odwrócenia. Tylko my, nieuzależnieni od świątecznej jatki pasażerowie chętnie przyjęliśmy ofertę przewoźnika: dziś żadnego lotu już nie będzie, jutro Boże Narodzenie, więc żadnych lotów tego dnia też nie będzie, tak więc do domu wracacie Państwo 26.grudnia. Do tego czasu, zakwaterowani zostaniecie w hotelu (czterogwiazdkowym) niedaleko lotniska, oczywiście z pełnym wyżywieniem. Czy to Państwu odpowiada?
Ależ owszem, czemu nie!  :-)

Tak więc…

Pobytu ciąg dalszy

Jedynym minusem dwóch ekstra dni w raju było zdanie wozu do wypożyczalni, a do czasu wyjaśnienia wszystkich formalności z przełożeniem lotu, hotelem, dojazdem do niego oraz zakwaterowaniem, wszystkie wypożyczalnie zamknęły już swe podwoje na okres świąt.

Przydzielony nam pokój w wyznaczonym hotelu posiadał okno na nieszczęsne lotnisko. Do czasu zameldowania się, ruch na nim powrócił do normy, co było widać oraz ledwo co słychać.

Funchal replay

Cóż było wtedy robić? A no powrócić do pobliskiego, pożegnanego już Funchal.

Jezusiki leżące, Jezusik w kielichu… "Zbawców Ci u nas dostatek" – zdaje się mówić Madeira.

Novum: stanowisko do samodzielnego pakowania prezentów. Markety w Wigilię czynne normalnie.

Dzień 9

Tego dnia, tj. w samo Boże Narodzenie, na Madeirze nie kursuje żaden transport publiczny. Jednak to nie dotyczy specjalnych busów dla klientów hotelu.  :-)  Korzystając z tego serwisu, wybraliśmy się po raz kolejny do Funchal. Tym razem za cel obraliśmy osławione Monte.

Monte

25.grudnia to jedyny dzień kiedy ogród wewnętrzny jest zamknięty dla zwiedzających, jednak wiele atrakcji wzgórza jest nadal dostępnych, a dodatkowo zupełnie wolnych od tłumu turystów.

Pod Parkiem Monte.

Sitko-bambuła, znaleziona pod dziwnym drzewem nieznanego pochodzenia. Oczywiście załączona do kolekcji madeirskich trofeów.

Bardzo ciekawe warzywo, pimpinela. Duszone na parze lub gotowane, ma bardzo delikatny miąższ, zaś skórę dość twardą i kolcowatą.

Bogactwo madeirskiej flory wydaje się nieograniczone…

Ujęcie kościoła na wzgórzu Monte widziane na każdej pocztówce.

W opuszczonym (i otwartym) pomieszczeniu kościelnym spotykam rodaka! Trzeba przyznać, iż z dość nietypowym profilem…

Tajemna baza wiklinowych koszo-sań została odkryta! Tylko kto miał zrobić nam zdjęcie w saniach?
Ależ od czego są życzliwi Madeirczycy!? Wystarczyło machnąć na zjeżdżający akurat wóz, a kierowca zatrzymał się. Poproszony o pstryknięcie fotki, uśmiechnął się, wysiadł z wozu i pstryknął dwa ujęcia.

Czekając na powrotny kurs busa, odkryliśmy nowe oblicze Funchal, tego za dnia:

Nazwy tego sukulenta nie znamy do dziś, mimo posiadania specjalistycznej książki poświęconej wyłącznie roślinności madeirskiej.

Po pobraniu tylko jednej gałązki‑odnóżki, “pazurek” (tak został nazwany) zahodował się pięknie:

Niewiadomego pochodzenia intrygujące bambuły, przeistaczające się w bawełniane kokony, zwisające z nie mniej intrygująco wyglądającego drzewa.

Jedna z ciekawszych roślin Madeiry (choć widziana również w połudn. Francji). W związku z również nieznaną nazwą, roślinka otrzymała imię robocze: “młotek maderski”.

Młotek przyjął się doskonale na ziemi brytyjskiej. Co ciekawe, trzymany na parapecie, kwitnie regularnie co 4-5 dni. Zawsze jednym lub dwoma kwiatkami:

To niestety tylko kwiaciarnia.

Tych "gałązek" niestety nie dało rady spakować do samolotu…

Jaszczurki przyglądały się nam niepewnie, wygrzewając się w cieplutkim, grudniowym słoneczku.

Wycieczka wynajętym katamaranem to jedna z licznych atrakcji.

Stan oryginalny zestawu roślin zabranych na rozsady bądź zielnik.

Dzień 10

Świt. Tym razem naprawdę ostatni.

Podświadomie nie chcąc opuszczać tego zakątka Ziemi, po śniadaniu wypuszczamy się na szybki mini‑spacer wokół hotelu. jak zwykle opłaca się:

Widok z krańca pasa startowego na nasz hotel.
Czas odlecieć do zimnych krajów. Buu…

Ostatnie widoki na São Laurenço.

Dopiero z tego ujęcia widać jak wąsko momentami tam było!

 

Adios, Los Fiutos! Adios, Madeira!

I to by było na tyle, kochani podróżnicy.
Nie wiem jak Wy, lecz my już planujemy co będziemy robić na Madeirze za drugim razem… Czego i Wam serdecznie życzymy.  :-)

***

Relacja z innej wyprawy autora:
"Zielonna krainna pizzy, akacji i skuterków"

Podobne artykuły


17
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1544
25
komentarze: 18 | wyświetlenia: 4089
23
komentarze: 15 | wyświetlenia: 2387
23
komentarze: 42 | wyświetlenia: 3316
22
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1284
20
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1693
19
komentarze: 11 | wyświetlenia: 1892
18
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1824
17
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2124
18
komentarze: 30 | wyświetlenia: 62055
17
komentarze: 4 | wyświetlenia: 8950
17
komentarze: 19 | wyświetlenia: 4123
16
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1684
16
komentarze: 27 | wyświetlenia: 1527
 
Autor
Artykuł



Bajeczne foty :)

  hussair  (www),  19/12/2013

To się nazywa oddać wrażenia. Kawał roboty!

  greenway,  19/12/2013

Odchudzony szczęśliwiec na Maderze szczodrze podzielił się swoimi wrażeniami. :)

Dzięki za wspaniałą relację.

Andrzeju, tylko tydzień pobytu, a na jego porządne opisanie rok zszedł... :-)

  barkarz  (www),  20/12/2013

Dzięki. Oszołamiająca fotorelacja. Pewnie już tęsknisz za tą wysepką.

@barkarz:
potwierdzam! :-))

Byłam, widziałam. Jest jeszcze piękniej niż na fotach.

@Ewa Łokuciejewska:
również potwierdzam. :-)

Fantastyczny artykuł! To jeden z takich, do których chętnie się powraca :)

@Alicja Minicka:
Dziękuję za uznanie, lecz ono należy się głównie Obiektowi westchnień. :-)

Zdjęcia robią ogromne wrażenie.

@Marcin Wieczorek: Dziękuję Panu i potwierdzam. :-)

A wie ktos cos o Lanzarotte?



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska