Login lub e-mail Hasło   

Z cyklu PeKaeS - Robiłem ścianę

Nieskazitelność nie leży w ludzkiej naturze - Leszek Kołakowski
Wyświetlenia: 1.849 Zamieszczono 26/06/2014

dedykuję Maćkowi Strzyżewskiemu

Moje wyczyny wspinaczkowe są stosunkowo skromne i myślę, że w annałach wypraw wysokogórskich niekoniecznie przejdą do historii.

Niemniej miały swój przebieg przyczynowo skutkowy i były źródłem ogromnej satysfakcji i przeżyciem z górnej półki (oczywiście skalnej)

U podnóża Kordyliery Kantabryjskiej, dokąd wystartowaliśmy z miasta Gijon (Asturia) z żoną i synem mieszkającym w Hiszpanii, znalazłem się w gronie wysportowanych, młodych wspinaczy, dla których pionowe ściany skalistych gór były, jak się wkrótce okazało, dziecinną zabawą.

Kiedy wdrapaliśmy się na półkę startową - oniemiałem. Pode mną pionowa, kilkuset metrowa skała, nad nami druga. W tle kilkanaście, może kilkadziesiąt kilometrów na horyzoncie burzliwa Zatoka Biskajska, na niej punkciki statków - widokowy obłęd..

Gdzieś tam z prawej czy lewej widok na Pico de Europa..

Nic tylko się wspinać. Ściana ma tam około 300 metrów. Dla mnie Himalaje.

-        No to co Jasiu zaryzykujesz? zapytał Wojtek

Będąc bywalcem redyków i starszawym skautem zdobywającym onegdaj górki i skaliste urwiska karpackich szlaków, poczułem jak mi krew zagrała w pęcinie.

-  seguro, que si ! - powiedziałem po hiszpańsku (choć tego języka nie znałem)

Przysięgam na Hillarego i Tensinga, że ściana była pionowa. Włożyłem uprząż i ruszyłem w górę, z nadzieją, na solidną asekurację lotną.

Wprawdzie mój instynkt samozachowawczy wysłał mi już pierwszy sygnał ostrzegawczy ale junacka pokusa podkarpackiego górala pociągnęła mnie w górę.

-        Kilkadziesiąt metrów i złażę - pomyślałem

Wydawało mi się że szło całkiem nieźle, tym bardziej, że z dołu dochodziły mnie zachęcające okrzyki, coś w stylu – ole! ole!

Na wysokości około 30 metrów, kiedy sięgnąłem ręką po następny występ skalny, poczułem jedynie gładką ścianę – z prawej i lewej i tylko gdzieś daleko nad głową widniała wąska przewieszka, dla mnie nieosiągalna..

Powtórzyłem więc męską decyzję zejścia w dół.

Ale – hola, hola - nie było to takie proste.

Dolna półka była niewidoczna a ja, sierota polska, wisiałem na ścianie o wysokości łącznej około 500 metrów, obwiązany jedynie cienką linką reasekuracyjną.

fot. własne

Czyli przepaść pode mną a niebo wysokie nade mną, jak trawestując, powiedział poeta.

Moja sprawność a właściwie jej brak spowodowała, że dostałem typowego sruja (określenie nieco knajackie niemniej właściwe). Poczułem chłód w piersi, łaskotanie w biodrach, watę w kolanach, mięśnie się zbutowałyx) i przylepiłem się do ściany jak rzep do psiego ogona..

Przypomniała mi się pierwsza Komunia, koleżanka z trzeciej klasy szkoły podstawowej, którą to koleżankę pocałowałem za latryną, korzystając z przywileju, że byłem ogniwowym..

Na dodatek przypomniałem sobie, że nie sporządziłem testamentu a na środkowej półce czeka na mnie biedna żona.

-        Co mam robić ? krzyknąłem.

-        Złaź - jesteś na linie !

Łatwo powiedzieć. Trząsłem się jak tatrzańska szarotka podczas halnego. Choć pogoda tu była idealna a w dalekiej perspektywie leniwie błyskał błękitem ocean

-        Dupa od ściany i odbij się, spuścimy cię - doszło z oddali (to przez ten szum w uszach)

Tak, to było jedyne wyjście i ostatnia deska ratunku, żeby wrócić do żywych. Choć w zaistniałej sytuacji jedyną wierną przyjaciółką i kołem ratunkowym była zbawcza ściana skalna podjąłem rozpaczliwą decyzję pożegnania się z nią - krew nie woda, majtki nie pokrzywy i …odbiłem się od skały…

Teoretycznie znalazłem rozwiązanie, ale tylko pozornie. Mój kierunek wspinania niestety po trawersie w stosunku do pionowej liny, spowodował największe wahadło jakie przeżyłem. Przeleciałem wzdłuż mojej przyjaciółki już tylko w pierwszym wahnięciu kilkadziesiąt metrów. Złośliwość losu sprawiła, że wielokrotna z nią styczność dotyczyła  kolan, lewego i prawego barku i pleców…

Po kilkunastu wahnięciach zawisłem z pianą na ustach nad zbawczą półką, poobijany jak kubeł na rusztowaniu.

Poczułem, że w tym momencie Pan Bóg wybaczył mi wszystkie grzechy popełnione i nie popełnione, czyli byłem na bieżąco.

W tej opowiastce (niestety autentycznej) jedna rzecz zapadła mi w pamięć. Mianowicie nie mogłem zrozumieć, dlaczego wszyscy - czyli grupa młodych Hiszpanów Wojtek i nawet moja Grasia ryczeli ze śmiechu. Ale widzę to teraz, oglądając na fotkach moje żabie wyczyny !

Apages satananas !

Skoro jednak opowiadam czasem tę historię, na wszelki wypadek dodaję zawsze – kiedy robiłem ścianę….

 PS. Wtedy wracałem potłuczony. Piękne góry oddalały się coraz bardziej, ocean był coraz bliżej. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu,  że gdybym tak sobie bujał bezpiecznie na fali w hamaku rozpiętym między rejami… i dziwnie wtedy nie mogłem się opędzić od słów i melodii starej pirackiej ballady:

Wielkim i dumnym okrętem był Słoń
Na wszystkich morzach słynął
Kanału prując siną toń
Do Indii wschodnich płynął….

Heej ahoj do Indii wschodnich płynął…

Raz młodszy bosman Dicki Lamb
Podmówił żeglarską czeladź
Do kroćset dobrą rzecz radzę wam
Krwi trochę warto przelać !

Heej ahoj krwi trochę warto przelać

Nas jest czterdziestu trzech, każdy zuch
Kupców dziesięciu a z nimi
szyper, kucharz, bosmanów dwóch
I mały półgłówek Shimmy

Heej ahoj i mały półgłówek Shimmy

Noc była ciemna, wicher wiał
Noc była pełna zgrozy
Gdy murzyn Jack i Dicki Lamb
Związali szypra w powrozy

Heej ahoj związali szypra w powrozy

Bosmana w morze Sendy Grant zmiótł
Trzasnąwszy go mocno po kufie
A drugi bosman w łóżku był skłut
I kupcy, co spali na rufie !

Heej ahoj i kupcy, co spali na rufie

Kucharza zduszono wśród solonych miąs
Ale Shimmego nie znajdzie
Bo od pogróżek mózg się mu wstrząsł
Biednemu niedorajdzie

Heej ahoj biednemu niedorajdzie

Zaszył się Shimmy w ciemny kąt
z nożem, siekierą i piłą,
I śmiał się w kułak gdy morze swój prąd
Przez otwór werżnięty wtoczyło

Heej ahoj przez otwór werżnięty wtoczyło

Tak to wielki i dumny Słoń
Na wodach biskajskich zginął
Już nigdy nie będzie pruł siną toń
Do Indii wschodnich płynąc !

Heej ahoj do Indii wschodnich płynąc…

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

x) zmęczyć mięśnie do tego stopnia, że twardnieją i nie można utrzymać uchwytu

@Janusz D.

Podobne artykuły


14
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1266
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 945
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1064
12
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1190
11
komentarze: 8 | wyświetlenia: 766
10
komentarze: 14 | wyświetlenia: 918
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 809
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 843
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 680
10
komentarze: 40 | wyświetlenia: 758
9
komentarze: 24 | wyświetlenia: 822
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 774
9
komentarze: 4 | wyświetlenia: 693
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 384
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Świetna przygoda :)

  greenway,  26/06/2014

No gdzieś te swoje grzechy trzeba w końcu odpokutować. ;)

Robiłeś ścianę? Ja raczej na-ROBIŁBYM w pory!
Ufff... Nie mam słów... Za to mam lęk wysokości!!! Choć po górach łaziłem... :)

Czegoś takiego nie zrobiłbym za żadne skarby. Przeżyłeś swoje tam w powietrzu. Takie odczucia śnią się w koszmarach nocnych. Dziękuję, że to spisałeś. Bardzo ciekawa relacja.

  Rengar  (www),  08/07/2014

Marzy mi się taka przygoda

  Maja Kot  (www),  11/07/2014

Podejrzewam, że ja w takiej sytuacji zupełnie nie potrafiłabym się ruszyć nawet na centymetr. Podziwiam, że strach Cię zupełnie nie sparaliżował.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska