Login lub e-mail Hasło   

Dzień, w którym spłonął Waszyngton

Nie jest to opowiadanie z dziedziny SF, nie jest to również historia alternatywna. Stolica najpotężniejszego dziś mocarstwa dwieście lat temu rzeczywiście uległa zniszczeniu.
Wyświetlenia: 642 Zamieszczono 15/03/2015

   Tyle tytułem wstępu, teraz zacznijmy naszą opowieść od początku.

   W 1812 roku Stany Zjednoczone Ameryki obchodziły właśnie swoje trzydzieste szóste urodziny. Choć z trudem wywalczona ponad trzy dekady wcześniej niepodległość wydawała się niezagrożona, kraj co rusz nawiedzały problemy natury politycznej i gospodarczej. Amerykański handel cierpiał z powodu blokady europejskich rynków zbytu, spowodowanej wojną Napoleona z kolejnymi koalicjami przeciwników. Pomimo zakupienia od Francuzów rozległych połaci Luizjany, osadnictwo na tych terenach postępowało opornie, ze względu konieczność walki z rdzennymi mieszkańcami pogranicza, Indianami.

   Wraz z kryzysem gospodarczym przyszedł kryzys polityczny. Ówczesny prezydent, James Madison, miał nie lada orzech do zgryzienia. W kongresie narastał konflikt pomiędzy zwolennikami silnej władzy centralnej, zwanymi Federalistami, a frakcją polityczną preferującą większy nacisk na prawa poszczególnych stanów – Demokratycznymi Republikanami. Utknąwszy w bolesnym rozkroku pomiędzy owymi stronnictwami, Madison główkował nad rozwiązaniem, które umożliwiłoby mu zjednoczenie Amerykanów we wspólnym celu.

   Tam, gdzie zawiodła logika, do głosu doszedł najgorszy z możliwych doradców – duma. Władze USA, niczym wyrostek niepewny swojej pozycji w nowej szkole, postanowiły poszukać przeciwnika, którym będzie można potrząsnąć, aby nakarmić głód poczucia własnej wartości. Takiego adwersarza znaleziono szybko, bowiem nasuwał się praktycznie sam – był nim dawny ciemiężca Ameryki, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii.

   Waszyngton miał za złe Brytyjczykom to, że ci przechwytywali amerykańskie statki płynące do Europy, a także nierzadko wcielali siłą w swoje szeregi ich bogu ducha winnych marynarzy. Ponadto jankesów drażniło wsparcie jakiego udzielał niegdyś Albion Indianom z doliny Ohio, bezlitośnie łupiącym amerykańskie pogranicze. Wreszcie głównym grzechem Wielkiej Brytanii było uciskanie graniczącej od północy ze stanami Nowej Anglii Kanady.

   Tę ostatnią doradcy Jamesa Madisona planowali nawet podbić... przepraszam, wyzwolić, a okazja wydawała się ku temu wyśmienita. Wielka Brytania zaangażowała prawie całą swoją armię w wojnę przeciwko Francji na Półwyspie Iberyjskim, również flota zajęta była blokowaniem portów Starego Kontynentu, a także zwalczaniem napoleońskich korsarzy. Biorąc te wszystkie fakty pod uwagę, amerykański Kongres przegłosował 18 czerwca 1812 roku deklarację wypowiedzenia wojny Zjednoczonemu Królestwu Wielkiej Brytanii.

   To co, miało być łatwym zwycięstwem, rychło okazało się zupełną katastrofą. Ameryka nie była przygotowana do wojny. Posiadała małą armię, na którą zresztą skąpiono pieniędzy jak tylko się dało (skądinąd jest to chyba bolączka wszystkich dorastających republik). Już pierwsze bitwy z kanadyjską milicją unaoczniły zupełny dyletantyzm dowódców jankeskich formacji. Amerykanie przegrali bitwy pod Detroit i Queenston Heights, zaś szykowana z wielką pompą wyprawa na Montreal zakończyła się zupełnym fiaskiem. Niebawem w dolinie Ohio wybuchło wspierane przez Brytyjczyków powstanie Indian pod wodzą Tecumseha. Bardziej szczęściło się Amerykanom na oceanach. Ich okręty kaperskie, choć skromne w liczbach, zadały przeciwnikowi kilka dotkliwych klęsk, jednak nie zmieniło to ogólnie niekorzystnego dla Waszyngtonu stosunku sił.

   Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Wraz z abdykacją Napoleona Bonaparte w kwietniu 1814 roku, Brytyjczykom ubyło jednego potężnego wroga. Teraz mogli skupić całą potęgę swojej marynarki na zgnieceniu natrętnego przeciwnika zza oceanu.

   Niebawem potężna eskadra, złożona z ponad setki okrętów brytyjskich dowodzonych przez wiceadmirała Sir Alexandra Cochrane zablokowała zatokę Chesapeake, stanowiącą główne kotwicowisko USA, a co za tym idzie najważniejszą arterię handlową tego kraju. Główny port Amerykanów, Baltimore, znalazł się w zasięgu brytyjskich dział, całe zaś wybrzeże niebawem doznało niszczących rajdów przeprowadzanych cyklicznie przez żądną krwi piechotę morską Albionu. W niebezpieczeństwie znalazła się nawet stolica USA, którą od zatoki dzieliło zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Scena została przygotowana pod nadchodzącą tragedię...

   Waszyngton pełnił rolę miasta stołecznego od niedawna. Pierwsze posiedzenie Kongresu odbyło się tutaj w 1800 roku i czternaście lat później wciąż było to miasto stosunkowo niewielkie, liczące około dwudziestu tysięcy mieszkańców. Dominowała niska zabudowa, wysoko ponad pozostałe budynki wznosiły się natomiast dwa potężne gmachy – siedziba prezydenta w Białym Domu oraz Kapitol, gdzie swoje obrady odbywał Kongres Stanów Zjednoczonych.

   Dwudziestego czwartego sierpnia 1814 roku wszystkich mieszkańców miasta zelektryzowała wieść o tym, że wojsko w czerwonych kurtkach zmierza w kierunku Waszyngtonu. Nadchodzący żołnierze należeli do regimentów generała Roberta Rossa. Byli to doskonale wyćwiczeni i doświadczeni w walkach z Francuzami weterani, którzy dosłownie roznieśli wysłaną przeciw nim milicję w bitwie pod Bladensburgiem (batalia ta do dziś znana jest jako dzień hańby amerykańskiego oręża).

   James Madison wraz ze swoim otoczeniem w ostatniej chwili opuścili zagrożone miasto. Jeszcze tego samego dnia Ross wkroczył do Waszyngtonu jako zdobywca. Jego cel był prosty – zniszczenie wszystkich obiektów użyteczności publicznej i wojskowej. Dewastacja stolicy miała z jednej strony zniechęcić Amerykanów do kontynuowania wojny, z drugiej zaś stanowiła odwet za podobne uczynki jankesów w Kanadzie, gdzie zniszczeniu uległo na przykład York (dzisiejsze Toronto).

   Najpierw żołnierze Rossa podłożyli ogień pod budynek Kapitolu. Płomienie strawiły większość pomieszczeń, zniszczeniu uległa również posiadająca bezcenne zbiory dokumentów biblioteka. Następnie Brytyjczycy skierowali swoje kroki w stronę Białego Domu, gdzie pierwsza dama, Dolley Madison, zajęta była ewakuacją kosztowności wraz z grupką swoich niewolników. Dosłownie w ostatniej chwili udało się uratować wielki portret prezydenta Waszyngtona autorstwa Gilberta Stuarta. Pożar Białego Domu trwał przez cały dzień, a gdy ogień zaczął przygasać, brytyjscy żołnierze rozniecili go na nowo. Kolejnym celem niszczycielskiego rajdu stały się port waszyngtoński oraz budynki ministerstw (w tym ministerstwo skarbu, gdzie spodziewano się znaleźć pieniądze, lecz odkryto jedynie papiery dłużne). Choć płacz kobiet i dzieci, a także nawoływania duchownych Waszyngtonu odwiodły generała Rossa od podpalenia obiektów mieszkalnych, łuny pozostałych pożarów przecięły niebo swym szkarłatem, w nocy zaś uderzył w miasto potężny huragan, który dopełnił dzieła zniszczenia.

   Następnego dnia żołnierze brytyjscy odeszli, pozostawiając za sobą zgliszcza stolicy USA. Ross nie cieszył się swoim zwycięstwem długo. Niebawem zginął podczas nieudanej próby zdobycia Baltimore, bitwy która dała początek narodzinom amerykańskiego hymnu.

   Tymczasem wojna miała się już powoli ku końcowi. Amerykanie gonili resztką sił, Brytyjczycy zaś nie posiadali wystarczających sił, aby doprowadzić do walnego rozstrzygnięcia. 24 grudnia obydwie strony podpisały traktat pokojowy w neutralnej Gandawie. Porozumienie zakładało powrót granic do stanu sprzed początku wojny, a więc stanowiło remis. W historiografii utarło się stwierdzenie, że przegranymi wojny 1812-14 byli Indianie, o których prawa brytyjscy sojusznicy nie walczyli zbyt uparcie. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę cele, które przyświecały przeciwnikom u zarania konfliktu, rychło okaże się, że prawdziwa gorycz porażki przypadła w udziale Amerykanom. Spalona stolica, praktycznie sparaliżowany handel, a także Kanada wciąż pozostająca w brytyjskich rękach były na to jaskrawym dowodem.

   Jankesom pozostało na otarcie łez zwycięstwo odniesione nad wojskami brytyjskimi pod Nowym Orleanem 8 stycznia 1815 roku, a więc już po podpisaniu traktatu pokojowego. Dowodzący w tej bitwie armią amerykańską generał Andrew Jackson czternaście lat później zasiadł w odbudowanym Białym Domu, jako siódmy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Podobne artykuły


11
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1488
10
komentarze: 8 | wyświetlenia: 588
10
komentarze: 5 | wyświetlenia: 795
9
komentarze: 10 | wyświetlenia: 480
9
komentarze: 18 | wyświetlenia: 274
9
komentarze: 4 | wyświetlenia: 419
9
komentarze: 7 | wyświetlenia: 476
9
komentarze: 7 | wyświetlenia: 469
9
komentarze: 12 | wyświetlenia: 361
8
komentarze: 3 | wyświetlenia: 434
8
komentarze: 12 | wyświetlenia: 372
8
komentarze: 0 | wyświetlenia: 739
8
komentarze: 22 | wyświetlenia: 273
8
komentarze: 2 | wyświetlenia: 323
7
komentarze: 2 | wyświetlenia: 651
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska