Login lub e-mail Hasło   

Szczurołap

Drobny tekścik remanentowy o niezwykle utalentowanym zawodniku.
Wyświetlenia: 1.263 Zamieszczono 12/07/2016

Szczurołap

Zlecający stali w zacisznej alejce rozglądając się dyskretnie ― jeden w jasnym płaszczu i ciemnym kapeluszu, drugi odwrotnie ― w ciemnym płaszczu i kapeluszu jasnym. Jak ustalono.

Było jeszcze kilka minut do jedenastej, więc przechadzając się niby nic żwirowymi ścieżkami rozległego, majowego parku, pełnego spragnionych słońca i świeżutkiej zieleni ludzi, zlustrował okolicę jeszcze raz, po czym pewnym krokiem podszedł do lekko spłoszonych mężczyzn. Przedstawił się.

― Jestem Sz. Witam panów.

― Witamy ― odpowiedział starszy i szybko otaksował przybysza. ― Jestem e… Naczelnik, a to… nasz, mój hm… Sekretarz. Ma pan jakieś uwagi?

― Nnie… ― rzucił okiem na okoliczne krzaki. ― Ale może przycupniemy gdzieś?

― Jasne.

Po chwili trzej panowie siedzieli na drewnianej ławce ― z powodu zdumiewającego założenia konstrukcyjnego pozbawionej oparcia, wystawiając blade oblicza ku oślepiającemu słońcu. Zupełnie nic nienaturalnego w ten świeżutki poranek. Wokół młode matki popychające spokojnie swoje wózki z na ogół śpiącymi dziećmi, kilku gimnazjalnych wagarowiczów ukradkiem pociągających z zielonkawych butelek siarczane wino, barwione na czerwono farbą olejną, no i tabuny rozpolitykowanych coś nadto emerytów. Zwykły, popularny park miejski. Banał.

― A więc? ― zagadnął Sekretarz. Młodszy, mniej cierpliwy.

― A więc do rzeczy ― stwierdził Sz. ― Jak mnie znaleźliście?

― Cóż… ― rozpoczął Naczelnik czegoś tam. ― Mamy różnych znajomych w różnych miejscowościach, firmach, posiadłościach, nawet odległych od naszego… grajdoła, byłych pańskich klientów. A pan jest sławny, zrobił pan tyle dobrego… Jak pan zapewne wie, jesteśmy patriotami i zależy nam…

― Wiem ― przerwał Sz. ― Proszę o parametry.

Naczelnik otworzył małą kartonową teczkę, chwilę przebierał miedzy kartkami, wreszcie wyciągnął właściwą. Sz przeglądał zapis punkt po punkcie, jednak wyraźnie z dezaprobatą kręcił głową.

― To zmienia nasze ustalenia. Radykalnie utrudnia mi zadanie, powoduje konieczność podwójnego e… występu ― wstępnego, przygotowawczego, i właściwego. Mówię o punktach piątym, szóstym, siódmym, dziewiątym. Te… dowody, autocharakterystyki, wszelaka dokumentacja… Nie twierdzę, że to niemożliwe, ale bardzo, bardzo trudne. I pracochłonne w przygotowaniu. Nie robiłem tego jeszcze. Wnoszę też, że rezygnujecie państwo z klasycznego dołu z wapnem? Gdzież więc moje gwarancje, gdzież ostateczne odcięcie możliwości późniejszego przekazania… genów?

― No… tu mieliśmy nadzieję, że pan jakoś…

― Owszem, mogę zgromadzonym, oszołomionym padlinożercom trwale zablokować możliwość rozmnażania, ale… sami panowie rozumiecie ― koszta! I czemu nie lubicie wapna? To prosta i tania metoda. Także gorąca smoła i piasek.

― Nie… chcemy rozwiązań ostatecznych ― tłumaczy Sekretarz skromnie spuszczając wzrok. ― Gdyby, nie daj Boże… inne wiatry, zmiany… Wie pan.

― Wiem ― przyznał Sz. ponuro, obniżając ton stosownie do natężenia konformizmu z jakim właśnie się zderzył.

Do pijanych już całkiem gimnazjalistów dołączyło skądś stado bezpańskich psów, i harmider parkowy przybierał powoli natężenie apokaliptyczne, wzmacniane dodatkowo niewybrednymi wiązankami, posyłanymi gęsto przez rozeźlonych emerytów, tęskniących przecież za spokojem. Nie, żeby zaraz wiecznym, ale i to przecież niewykluczone.

― Podwójnie! ― Sz. przerwał wreszcie milczenie. ― I tak działam ostatnio wyłącznie po kosztach. Polubiłem bowiem ład i porządek, choć robię to zapewne… ostatni raz ― dodał enigmatycznie.

― Dobrze ― bezzwłocznie zgodził się Naczelnik, patrząc z krzywym uśmiechem na zaskoczonego tak błyskawiczną decyzją Sekretarza. ― Zgoda.

― W takim razie jeszcze dzisiaj wyślę państwu wszystkie zalecenia. Adres ten sam?

― Tak.

Sz. wstał energicznie, uścisnął zlecającym dłonie, po czym zniknął w parkowej gęstwinie. Z drugiego końca alejki zbliżał się powoli, godnie, mieszany, pieszy patrol straży miejskiej. W sile Ona i On. Wezwany pewnie przez któregoś emeryta, zdesperowanego, czy może nawet zbeszczeszczonego haniebnie w gimnazjalno pijacki sposób, czyli wyłącznie werbalnie.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Sz, Szczurołap, prywatnie Szekla Jacek, tak naprawdę jest genialnym muzykiem. Słuch absolutny, bezbłędne wyczucie frazy, zacięcie i osobowość twórcza. Umysł przy tym analityczny, dociekliwy. Skończył z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w klasach klarnetu i fagotu, choć niewątpliwie świetnie gra na wszystkim. Jego egzaminacyjne, konkursowe glissando Błękitnej Rapsodii Gershwina, zagranej w całości po mistrzowsku na uczelnianym klarnecie, nie miało sobie równych w historii Akademii i wywołało entuzjastyczny zachwyt przesłuchujących. Dyrektor długo, ukradkiem, ocierał łzy wzruszenia, w końcu zamknął się w swoim gabinecie, napił ruskiego koniaku, i cały szczęśliwy, usnął jak dziecko na służbowej leżance.

Szekla nie przyjął atrakcyjnej propozycji etatowej w filharmonii tylko dlatego, iż postanowił doktoryzować się jako muzykolog w dziedzinie selektywnego wpływu sekwencji melodyczno rytmicznych na ssaczy układ podkorowy. W istocie to właśnie Szekla, jako innowator w skali światowej, wykreował ten dziwny, acz obiecujący ze wszech miar kierunek badań. Oczywiście udzielał się też estradowo po całym kraju i sporadycznie za granicą, szlifując do perfekcji technikę, nieustająco będąc tematem prasy fachowej, głównie jednak, czego nie ukrywał, dorabiał do skromnego stypendium. Obronił się brawurowo dwa lata później, po czym zniknął z oczu wszystkim zainteresowanym, zwłaszcza nagabującym go od jakiegoś czasu przedstawicielom tajnych służb państwowych, mających nadzieję pozyskać Szeklę do własnych, niecnych przecież celów.

Podobno zakochał się szczęśliwie i osiedlił gdzieś w głuszy bieszczadzkiej. Dawni przyjaciele, muzycy, próbowali utrzymywać z nim jakieś kontakty, ale było to coraz trudniejsze. Dzięki pewnemu pianiście o niezwykłym zacięciu badawczym, udało się ustalić, że Szekla może być powiązany genealogicznie z innym genialnym muzykiem, średniowiecznym szczurołapem, flecistą z Hameln, który w 1284 roku, po „muzycznym” wyprowadzeniu z miasta szczurów i standardowym utopieniu ich w pobliskiej Wezerze, nie otrzymał obiecanej zapłaty. Zemścił się więc straszliwie na mieszkańcach, robiąc z ich dziećmi to samo, co ze szczurami. Ale czyż nie znamy legend jeszcze dziwniejszych?

Tak, czy siak, Szekla ukrył się skutecznie na czas dłuższy. Może w domowym zaciszu, w leśnej głuszy, kontynuował swoje badania, pomysły, mające umożliwić muzyczne sterowanie zwierzętami, ssakami? Może rozszerzał doświadczalnie te tajemne oddziaływania na światło, kolory, czy prąd elektryczny lub fale radiowe? A ponieważ jest człowiekiem mądrym, musi zdawać sobie sprawę z potencjału, jaki niosą takie możliwości. Zwłaszcza, jeśli rzeczywiście ma owe upiorne powiązania rodzinne, i niewykluczone, iż dysponuje w tej sprawie starymi zapiskami ― groźną wiedzą przedwieczną, skumulowaną zapewne w jakimś zbiorczym inkunabule oprawnym w niemowlęcą, delikatną w dotyku skórę?

W każdym razie ponownie wypłynął na świat ledwie kilka lat temu, jako niezwykle skuteczny szczurołap, używający w swoim fachu jedynie fletu prostego bocznego. Drewnianego, co jest w tym przypadku tak rzadkością, jak koniecznością. Przyjmował formalne zlecenia od młynów, rzeźni, wszelkich przetwórni, firm spożywczych, spichlerzy, magazynów. Dla skutecznego, masowego unieszkodliwiania szczurowatych czy myszowatych, używał umyślnie wykopanych przez zleceniodawców dołów, wypełnionych nie gaszonym wapnem, w które biedne, otumanione przedziwną muzyką szkodniki, wskakiwały same. Po takiej akcji firmy miały spokój na kilka ładnych lat.

Mimo wszystko trafić do Szekli, zlecić mu cokolwiek, nie jest łatwo. Zapewne z tego powodu, że na zlecenia specjalne przygrywa ostatnio i innym pasożytom ― ssakom wyższym powiedzmy. Również w zrozumiałej obawie przed namolnymi, na razie dość wyrozumiałymi służbami, dba o swoja prywatność ― zmienia często fryzurę, zapuszcza to znów goli wąsy, brodę, ubiera się różnorodnie, udaje garbatego, paralityka, czy beznogiego karła, przemieszczającego się na desce z kółkami. Jednym słowem ukrywa się we własnym kraju.

Nowy klient może do niego trafić wyłącznie z pomocą klienta byłego, a i to po dziwnych kombinacjach telefonicznych, skrytkach kontaktowych, niezwykłych miejscach spotkań. Udaje mu się jak dotąd służby okpiwać, ale przecież służby, to służby. Aż przebierają nogami, widząc w Szekli, jego pomysłach, broń absolutną do zastosowań powiedzmy… politycznych. Mówią też, co prawda, o medycynie, leczeniu muzyką, lecz to przecież tylko takie gadanie, wykręty. Ostatnio wdrożono pewne, ma się rozumieć tajne, prace badawcze, ale idzie im coś jak po grudzie. Czegoś cholerka istotnego brakuje.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Nie jest z siebie dumny, nie popada w samozachwyt, ale pewną satysfakcję jednak odczuwa. Sprecyzował i zweryfikował wielokrotnie podstawowe sekwencje melodyczne, udokumentowane przez przodków już w XIII wieku, poznał istotę i mechanizm ich oddziaływania, przetestował i zapisał kilkanaście swoich kompozycji. Już dawno temu odkrył ze zdumieniem, że to działa jak komputerowe skróty klawiaturowe, uruchamiając pewne niedostępne zazwyczaj funkcje mózgowe, czy bardziej skomplikowane podprogramy behawioralne. W dodatku selektywnie ― odrębnie dla każdego gatunku.

Wystarczy je poznać, by szybką melodyjką, króciutką frazą, uruchomić w ewolucyjnie najstarszej części mózgu kilka „właściwych linijek kodu”, który najzwyczajniej w świecie MUSI być zrealizowany. To… automatyczne, bezwiedne i nie do opanowania. Daje szczurołapowi absolutną władzę nad każdym boskim stworzeniem, które jest w stanie usłyszeć jego muzykę. Pozwala też twórczo modyfikować kod pod nowe potrzeby, komplikować i precyzować zachowania, uruchamiać je w ściśle ustalonym czasie.

Są oczywiście pewne ograniczenia ― na przykład musiał nauczyć się autoblokowania na te muzycznie podawane komendy, poza tym zjawisko nie zachodzi przy odtwarzaniu „kompozycji” z żadnego urządzenia audio. Tu musi istnieć autentyczne uczestnictwo grającego w czasie rzeczywistym. No i sam instrument, flet, musi być drewniany. Nie rozgryzł jeszcze tych dziwnych uwarunkowań, ale poszlaki pewne ma, pracuje. Niezmiennie obawia się, że wszedł na fascynującą, lecz skrajnie niebezpieczną ścieżkę. Dla siebie samego, ale zwłaszcza dla ludzkości. Choć to jego zdaniem nazbyt górnolotne określenie tej skołowaciałej, nieustająco durnej masy.

Zgodnie z ostatnim zleceniem stoi teraz na szczycie łagodnego, porośniętego gęstą trawą wzgórza. Poniżej śpiące spokojnie, zasnute mgłą miasteczko. Dochodzi piąta rano ― na wschodzie niebo już mocno różowe, jeszcze kilkanaście minut a zza widnokręgu wychyli się pierwszy skrawek słońca. Wspaniała cisza, powietrze wilgotne, dźwięk dotrze wszędzie tam, gdzie powinien. Otwiera więc futerał, składa flet, ślini ustnik. Nie potrzebuje nut ― pamięta wszystko, ćwiczył dwukrotnie.

I oto poranną ciszę, wszystkie uśpione zakamarki uroczej dolinki, wypełnia łagodny, delikatny, przejmujący jednak w swej dziwnej harmonii Utwór. Te wszystkie niespodziewane, zaskakujące a jednak niezmiennie logiczne, przejmujące frazy, atonalne załamania przenikających się wzajemnie konsekwencji, dopełniające niespodziewanie zazębienia konstrukcyjne. Całość idealnie pełna, doskonale wyważona stylistycznie, rytmicznie ― ogólnie andante, chociaż chwilami, gdy trzeba, allegro. A wszystko w mistrzowskim wykonaniu, z zastosowaniem szeregu łagodzących, wirtuozowskich ozdobników i modulacji. Perfekcja.

Zdumiona muzyką dolinka nie śpi już, ale chłonie w zachwyceniu wspaniałe dźwięki, zapamiętuje poszczególne przewroty, przyswaja całość jak gąbka.

Skończył wreszcie. Utwór, część pierwsza przygotowawcza, trwała niecałe pięć minut. Nie musi powtarzać ― ma pewność całkowitego, jak zawsze, wchłonięcia, skutecznej absorpcji, zostawiającej u słuchacza głęboki żal, że to już koniec.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

― A… zwykłe szczury? ― chciał wiedzieć Sekretarz.

― Trafią gdzie trzeba ― zapewnia Sz. ― One już same wiedzą jak znaleźć ten dół z wapnem.

― He, he ― niespodziewanie zaśmiał się Naczelnik. ― Kiedyś, w ramach reakcji na czerwone piekło, miał to być najlepszy, najsłuszniejszy ustrój świata. Remedium. Docelowo znaczy.

― Tak? ― zdziwił się Sekretarz. ― Jaki ustrój?

― Komunizm Warstwowy ― wyjaśnił Sz. ― Warstwa komunistów, warstwa wapna, warstwa komunistów…

― Dobre! ― przyznał Sekretarz. ― Nie znałem.

― Jest pan jeszcze młody, kolego ― westchnął Naczelnik, jakby to miała być okropna, niewybaczalna wada. ― Ale patrzmy…

Obrazek bowiem niesamowity. Tuż pod lasem, na gminnych, zarośniętych niską trawą nieużytkach, ustawiono w amfiladzie kilka ławek pożyczonych od proboszcza. Po prawej rzeczony, niewielki dół z wapnem, po lewej dwa, przykryte zielonym suknem stoliki do gromadzenia sukcesywnie dostarczanej dokumentacji. Ochrona przedsięwzięcia, tych kilkunastu w sumie ochotników, rozmieszczona strategicznie wokół. Sz. co kilka minut „przypominająco” wygrywa przedziwną, przejmującą melodyjkę, bacząc na wszystko, nadzorując.

Od strony miasteczka, żwirową drogą, co i rusz nadchodzi kolejny, otumaniony szkodnik. A to wystrojony w swój najlepszy garnitur burmistrz łapownik, dźwigający ciężką teczkę pogrążających go papierów, a to lokalna sędzia sądu rejonowego ― wyfiokowana, podstarzała blondyna obwieszona biżuterią, ferująca masowo bezsensowne, niesprawiedliwe wyroki, to znów przewodniczący rady miejskiej, zawołany despota, z fachowo posortowanym stosem faktur za prywatne prace budowlane przy swoim bungalowie, regulowane bez skrępowania z pieniędzy podatników.

Dominują jednak pomniejsi oszuści, drobni przekręciarze, byli ormowcy, tajni współpracownicy, interesowni pismacy, donosiciele, kłamcy, zatwardziałe komuchy. Każdy, zgodnie z przyswojonymi tydzień temu komendami muzycznymi, niesie ze sobą starannie przygotowane, pieczołowicie powyciągane z zakamarków, przeznaczone onegdaj do zniszczenia materiały ― wszelką, autoobciążającą dokumentację. Składają to wszystko równiutko, porządnie, na zielonych stolikach, po czym tępo patrząc po sobie, siadają w ławkach. Z rzadka trafiające się, wypasione szczury prawdziwe, skręcają samoistnie w stronę dołu z wapnem, gdzie też i efektownym skokiem w żrącą toń kończą swój szkodniczy żywot bez jednego piśnięcia.

Naczelnik dostrzega nagle wśród ostatnich z nadchodzących swojego przyjaciela. Drobny, zasuszony staruszek kładzie swoje dossier na stoliku, po czym jak wszyscy, siada na ławce.

― Muszę zobaczyć, co ten biedaczek przeskrobał ― rzuca do Sz. krótkie wyjaśnienia, i już po chwili studiuje papiery.

― Mój Boże! ― zdumiony Naczelnik wymachuje po chwili papierami. ― Henio, stary przyjaciel, zasłużony nauczyciel geografii, jest… zupełnie kimś innym, niż… niż tym, za kogo się od zawsze podaje. Mój Boże!

― Kim? ― Sz. też jest zainteresowany.

― To… Helmut Von Hakhenkroitz, ostatni z zubożałej szlachty pruskiej, rodowity Niemiec, „uśpiony”, niewykorzystany w trakcie działań wojennych członek V―tej kolumny, ulokowany na tym terenie tuż przed… wrześniem. Mój Boże! Teraz zakwalifikowany do VI―tej kolumny, choć… jak sam tu pisze, nie do końca w gotowości… Z powodu wieku i zdrowia.

― Cholera jasna! ― zgadza się Sekretarz. ― Sz, jest pan genialny. Ponownie szczerze gratuluję.

― Tak, tak ― Naczelnik, również dla którego Prawda jest najważniejsza, przyłącza się do gratulacji. ― Niebo nam pana zsyła.

Czekają piętnaście minut, Sz. odgrywa jeszcze swój utwór dwa razy, ale szkodników nie przybywa ― to zdaje się wszyscy. Już więc mają przejść do dalszych czynności, gdy zza lasu, na sygnale, wyjeżdża granatowy bus. Błyskający wesolutko niebieski kogut, więc pewnie nie byle co. Zatrzymuje się gwałtownie. Wychodzi czterech cywilów. Jeden wyciąga z wnętrza pozłacany helikon, tubę basową, zręcznie przekłada instrument przez bark, sprawdza ustnik, przedmuchuje, i… ni stąd, ni zowąd, gra rytmicznie, jakby wtórując basowo, podkładowo, domyślnej, brzmiącej tylko w jego umyśle melodii.

Naczelnik i Sekretarz wybałuszają oczy, po czym jednocześnie spoglądają pytająco na Sz. Ten spokojnie strzepuje z kurtki jakiś pyłek.

― Co to?

― To idioci! ― krzywi się Sz. ― Służby tajne. Ktoś musiał wyklepać o naszej… akcji. Nieważne. Chcą mi pokazać, że też coś potrafią, że badają, czuwają, że… czekają z otwartymi ramionami. Tyle, że to tuba o stroju B ― w ogóle nie mająca żadnego wpływu na szkodniki. Muzyk… niezły, ale melodia, harmonia… bez sensu. Basy owszem ― mają większy zasięg, lecz… bez sensu. He, he, zaraz im pokażę.

Gdy mosiężny instrument milknie, gdy resortowy człowiek tuba nie uzyskawszy żadnego efektu, wycofuje się do auta jak niepyszny, Sz. niespodziewanie improwizuje króciutki temacik. Kilkanaście zaledwie nutek, cztery takty. Piękna, prawdziwa muzyka, choć okolicznościowa. Siedzący dotąd nieruchomo na ławkach urzędowi kanciarze, szkodnicy i cały ten odpad społeczny, wstają nagle, wyprostowują się, po czym jak karni żołnierze, czy raczej pajacyki sterowane wspólnym sznurkiem, skłaniają głęboko w stronę Sz. By ponownie, spokojnie usiąść.

Wszyscy obecni ― ochrona, archiwiści i pomocnicy, Naczelnik, Sekretarz, a nawet dopiero co przybyli na sygnale, spontanicznie biją brawo. Pognębiony w tym przedziwnym pojedynku, resortowy muzyk, też się chyli w ukłonie, oddając Sz. należny honor. Następnie szybko chowa nieporęczny instrument i zamyka drzwi. Samochód skromnie, już bez sygnału, odjeżdża.

Akcja w zasadzie zakończona. Teraz trzeba ulokować gdzieś otępiałych pasożytów, zgłębić dokładnie ich papiery, postawić formalne zarzuty. Sz. też się zbiera ― demontuje cenny flet, pakuje do futerału, rozgląda po okolicy. Po rozliczeniu wszystkich zobowiązań, należności, prosi Naczelnika na stronę.

― Chciałem panu powiedzieć, że właśnie kończę z tą… robotą.

― Jak to? ― Naczelnik jest zdumiony. ― A… kraj, ojczyzna? Tyle jeszcze robactwa, tyle miast do wyczyszczenia? Dlaczego?

― Wie pan… to zajęcie na… tysiąclecia i dla wielu, wielu szczurołapów. Natura ludzka niestety ciągle ta sama, niezmiennie okropna. Wyczyścimy w jednym miejscu, wyprowadzimy, osądzimy paskudztwo, a ono pojawi się znów ― nowe, młodsze, cwańsze. Bez sensu. Więc pozostało mi albo pozostać przy zwykłych szczurach i robalach, co całkiem mnie już nie interesuje, albo…

― Albo?

― Albo, a raczej na pewno, poświęcę się normalnej, prawdziwej muzyce. Estradowo, czynnie. Uznanie wie pan, sława, pieniądze, młode kobiety. Oficjalnie, bez ukrywania po lasach, lepiankach. Tego mi jednak brakuje.

― Cholerka… szkoda ― Naczelnik czegoś tam, zdaje się autentycznie żałuje. Jego patriotyzm, troska o kraj, są pierwszej próby. ― Tyle do zrobienia, tyle do zrobienia…

― Mam kilku zdolnych uczniów ― uspokaja Sz. ― Zostawię namiary.

― Dobrze. Bardzo, bardzo proszę ― Naczelnik oddycha z ulgą. ― W takim razie e… my jesteśmy rozliczeni. Życzę powodzenia.

Panowie ściskają sobie dłonie, Sz. oddala się, by poprzez pobliski, przyjazny z natury las (z lasu wyszedłeś, do lasu wrócisz), zdążyć akurat na południowy autobus.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

W światku muzycznym gruchnęła wieść: Jacek Szekla odnalazł się, montuje grupę! I rzeczywiście. Na krajowych estradach koncertowych, w studiach nagraniowych, zaczął brylować, a następnie dominować „Szekla Jazz Band”. Silny, rozbudowany instrumentalnie i wokalnie zespół, niezwykle uniwersalny, grupujący uznanych profesjonalistów, sprawdzonych estradowo muzyków. Posypały się zlecenia, krótkie i dłuższe kontrakty, na rynku pojawiły się płyty.

Grupa preferowała utwory własne ― dziwne, oryginalne, niezmiennie wzruszające i jakoś tak głęboko urzekające kompozycje leadera, choć nie tylko. Grani też byli klasycy: Mozart, Debussy, Gounod, Borodin, Musorkski, Mahler. Zawsze transkryptowani i aranżowani w specyficzny, atrakcyjny, jazzujący sposób.

Na koncertach każdorazowo komplet, aplauz, zbiorowa euforia. Rozbudowane zaplecze techniczne, sprzętowe, szczególnie fascynujące kolorystycznie oświetlenie, niespotykane gdzie indziej świetlne efekty synchroniczne, różnobarwne lasery, oferowały zachwyconej, szalejącej publiczności niezapomniane przeżycia.

Leader grupy niechętnie udzielał wywiadów i raczej starał się nie afiszować. Skromny, pracowity, tym bardziej był ośrodkiem zainteresowania mediów. Z wielkimi oporami zgodził się wreszcie publicznie, przed kamerami, na takie oto, precyzujące image tej wspaniałej grupy, oryginalne credo: „Prawda Cię wyzwoli, a gdy nadejdzie Ta chwila, muzyka będzie jedyną ścieżką prawości”. No cóż ― artysta! Mówił też coś o zasiewie, czasie żniw, plonach, ale te akurat fragmenty wycięto, jako właściwsze dla audycji rolniczej. Masowo zaczęły napływać propozycje koncertowe i nagraniowe z zagranicy.

Resortowy człowiek tuba zmienił fach ― został młotkowym w fabryce szyb okiennych.

Koniec ― 1402

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1330
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1060
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 989
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 752
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 785
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 433
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 573
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1033
12
komentarze: 23 | wyświetlenia: 975
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 626
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1392
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 863
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 486
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 411
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 560
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Jak zawsze - dobrze się czyta :)

  golesz,  12/07/2016

@Skalny Kwiat: Jak zawsze - dzięki serdeczne.

@golesz: Ach, publikuj częściej :)

  golesz,  12/07/2016

@Skalny Kwiat: Dzięki tym bardziej. Zwłaszcza za to "Ach".

  M44,  12/07/2016

Podoba mi się. Nieosiągalna dla mnie płynność. Ja to tak bardziej dysonans... :) Pozdrawiam

@maldoror44: E tam ...
Twoje teksty też są fajne. Bardziej mroczne, agresywniejsze. Co zresztą widać i w Twoim charakterze :-)))
Ale Twoje i golesza teksty są świetne :-))))

  M44,  12/07/2016

@koriolan: Lubie pisać. Kiedyś pisałem, za małolata...zupełnie inaczej, miałem tą płynność... pisałem poezje i psychodeliczne teksty ...teraz ledwo startuje z bloków i zadyszka haha ...teksty tego Pana są niewymuszone ...moim brakuje polotu...obiektywnie wiele pracy bym wrócił do poprzedniej kondycji :) Pozdrawiam i postaram się napisać coś na dniach, ale od piątku z Pei więc może być kłopot...może jutro :)

  vivi91,  12/07/2016

@maldoror44: znam Twoje teksty. miałam przyjemność kilka z nich poznać poza portalem. Jesteś kokieteryjnie skromny, mając doskonałą świadomość swojej siły :). miłych chwil z Pei:)

  Koriolan,  12/07/2016

@maldoror44: He he ...
Osiągnięcie stanu w którym tekst spływa skądś przez Ciebie na papier jest dość trudne. Dlatego ja się nie łapie za pisanie.
Ale gdy będziesz w pełni nasycony tą rzeczywistością to może wpłynie do Ciebie inna rzeczywistość ?
...

  M44,  12/07/2016

@Izabella: Ehh ...nie zdradzajmy za wiele... nie wszyscy muszą wiedzieć,że moje książki są wydawane w tysiącach egzemplarzy ;) tu jestem maldororem, bungiem, oskarem i piszę dla moich ośmiu wielbicieli, to czego nie napiszę dla tysiąca innych

  vivi91,  12/07/2016

@maldoror44: dla mnie zawsze będziesz wyjątkowy i oby nasza współpraca nie miała końca. a ty pisz pisz pisz

  M44,  12/07/2016

@koriolan: I to błąd Drogi Panie...Łap się za pióro i pisz i czerp z tego przyjemność...ważne jest cieszyć się małymi rzeczami ... Kołakowski, to ładnie mi uświadomił... więc czekam na twój pierwszy tekst...jutro ..i nie ma wymówek ;)

  M44,  12/07/2016

@Izabella: Nie zaśmiecajmy autorowi ... fajnie napisane i to powinniśmy komentować... czytałem inne teksty tego Pana i większość z nich rewelacyjnie napisana i poparta ogromem wiedzy ... wielki szacunek.

  vivi91,  12/07/2016

@maldoror44: racja.

@maldoror44: He he ...
Tak mi się właśnie wydawało, że ten tekst z zabojstwem prostytutki to jest z jakiejś książki. Nie chciałem się wychylać bo nie czytam takich książek. Tym niemniej, tekst tutaj jest fajny. Zresztą pewnie wszystkie Twoje są takie. Muszę popatrzeć.
Z drugiej strony Twoje teksty nie sprawiają wrażenia amatorskich.
Jak by nie było, ja cenię w książkach pewien ...  wyświetl więcej

  M44,  13/07/2016

@koriolan: Nie wymigasz się Mój Drogi ...jutro czytam twój pierwszy tekst ;)

Też mi się podoba.
Nastrój jest świetny. Mało ostatnio czytam, ale tu teksty są Super :-)))
.
Treść fajna optymistyczna. Pomysł na uzdrowienie ludzi bezbolesny, nieagresywny - fajnie.

Dziękuję Wszystkim za krzepiące słowa. Wybaczcie, proszę, że nie odpowiadam indywidualnie, ale jeszcze przebywam na obczyźnie, gdzie mam nieregularny dostęp do komputera i sieci.
Jeszcze raz dzięki.

Tak wysublimowanej groteski Gombrowicz by się nie powstydził.Jesteś Lechu nieoszlifowanym diamentem polskiej prozy obyczajowej obecnie na emigracji.
Obśmiałem się jak norka. Wracaj stary druhu...)))

Umknął mi ten tekst, ale już nadrobiłam. Wspaniale poprowadzona narracja!



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska