Login lub e-mail Hasło   

Czekając

Remanent kolejny.
Wyświetlenia: 765 Zamieszczono 15/07/2016

Czekając

― Garde! ― triumfalnie zakrzyknął Mecenas, twardo stawiając swoją wieżę na nowym polu. Odchylił się nonszalancko w krześle i patrzył teraz wyzywająco na Spawacza, siedzącego po drugiej stronie szachownicy.

― Co to znaczy? ― Spawacz nie rozumiał, chociaż czuł, że nie jest to specjalnie przyjemna dla niego wiadomość. Jako szachisty, ma się rozumieć.

― To z francowatego ― pośpieszyła z pomocą wszystkowiedząca i wszystko potrafiąca Guwernantka, przerywając na chwilę robótkę, patrząc na graczy poprzez zsunięte lekko okulary. ― Oznacza dżentelmeńskie ostrzeżenie dla królowej. Jesteś królowo zagrożona, broń się!

― Właśnie ― przytaknął Mecenas. ― Broń się pan, chroń królową!

Spawacz był marnym szachistą ― prawdę mówiąc to Mecenas, ledwie jakiś czas temu, nauczył go jako tako tej szlachetnej gry, ale jakoś nadal szachów nie trawił. Za dużo tu kombinacji, konieczności antycypowania ruchów przeciwnika, kombinowania. A on lubił jasne sytuacje. Grał więc tylko z nudów, czy raczej dla towarzystwa.

― No proszę ― stwierdził jednak zgryźliwie. ― Jak kulturalnie, z francuska...

― A pan woli kopaninę? ― Mecenas miał zapędy dydaktyczne i wszystkich chciał urabiać na własny obraz i podobieństwo. ― Piwko, wrzeszczące tłumy, mordobicie?

― Pewnie ― przyznał bez skrępowania Spawacz. ― Wiem wtedy, że żyję.

― Ale pan przecież nie żyje. I gdzie tu ma pan tłumy?

― Dobra, dobra ― skrzywił się Spawacz, powłócząc smętnie po otoczeniu małymi, wiecznie zmrużonymi oczkami. ― Sam widzę zagrożenie i... zasłaniam się gońcem.

W nie dość jasno zdefiniowanym, zamglonym dziwnie niby pomieszczeniu, znajdowało się w sumie pięć osób. On sam, przemądrzały Mecenas ― lokalny arcymistrz szachowy, nieustająco szydełkująca Guwernantka, młoda, brzydka jednak Kuchta, która siedząc ze spuszczoną smętnie głową, praktycznie nie odzywała się nigdy, i zarośnięty Strzelec, pilnie, z należytą uwagą, czyszczący swój wielki karabin. Czasem wpadał sowiecki Komisarz, wykrzykując komunistyczne, idiotyczne frazesy, po czym ponownie znikał w gęstej mgle. Wszyscy od dawna martwi, pochowani w przeróżnych okolicznościach i różnych czasach na tym małym cmentarzu. Nie wykluczone, iż w tym samym grobie. Lub, jak to się fachowo nazywa, kwaterze.

― Mój świętej pamięci mąż też grywał ― Guwernantka rozmarzyła się jakby. ― Na pieniądze.

― W szachy? ― Mecenas nie słyszał, by ktokolwiek grał w szachy na pieniądze. Jako skrajny racjonalista, nie wyobrażał sobie, by można było w tej koncepcyjnej przecież, chłodnej grze, doznawać tych wszystkich, tak podniecających burz i zawirowań, gwałtownych zwrotów akcji, kumulacji emocjonalnych. Co innego poker. Przy stoliku kilku wyfraczonych graczy, centralnie silna lampa, dym z markowych cygar...

― Nie... ― uśmiechnęła się znad robótki. ― W kanastę.

― A co to jest? ― Spawacz znów popisywał się niewiedzą.

― Mój... panicyk tyz w to grali ― wtrąciła znienacka Kuchta. Nie patrzyła jednak na nikogo ― rzuciła to krótkie zdanie ot tak, w zamgloną, nieokreśloną przestrzeń. ― Ino zawdy psegrywali.

― Ciekawe ― Guwernantka znów przerwała robótkę. ― Proszę mówić...

― E tam ― Kuchta machnęła ręką. ― Co bede gadać po próznicy. Juści... przegrał mnie w karty i tyle.

Odwróciła się bokiem, by znów, w smutku swym znieruchomiałym milczeć, rozpalając na chwilkę zainteresowanie pozostałych swą ponurą tajemnicą.

― Ciekawe ― podchwycił Mecenas, bacząc jednak ukosem na szachownicę, a zwłaszcza na Spawacza, który czasem, gdy zdawało się, iż nikt nie patrzy, przestawiał figury, zmieniał sytuację na własną korzyść. Oswoił się z grą na tyle, że próbował, prostak jeden, bezczelnie oszukiwać. Ale to szachy przecież, tu się nie da.

Szachownica była wytworzoną przez Mecenasa precyzyjną i trwałą wizualizacja, ale pionki, figury, trzeba przyznać stylowe, gustowne, wycyzelowane pracowicie, już nie. To sprawka Guwernantki, która dziergając drutami kolejną narzutkę czy sweter, w międzyczasie skonkretyzowała je niejako od niechcenia. Zdolna kobieta. I mądra. Choć nie lubił jej specjalnie, to podziwiał niezmiennie te wszystkie kłębki wełen przeróżnych, kolorowych, biorących się znikąd. Podejrzewał ją też o bliższe związki z tym, co... poza mgłą. Dziwne to wszystko.

― Ja też cały majątek przegrałem w karty. W pokerka, he, he. Ale nie żałuję.

― Tfu! ― zagadnął Strzelec splunąwszy znacząco, przerywając glansowanie karabinu. Równie znacząco. ― I nie wstyd panu?

― Wstyd? ― żachnął się Mecenas i aż wstał od stolika. ― Moje było, zarobione ciężką pracą. Po nocach, wśród szpargałów, kodeksów, zarządzeń i paragrafów!

― Moje, moje... ― Strzelec wkurzył się nie na żarty. Wymachiwał przy tym wielkim karabinem, jednak wszyscy wiedzieli, że amunicji żadnej nie miał. ― A Ojczyzna biedna, osamotniona, wśród wilków kona. I tylko my... brać żołnierska patriotyczna.

― Ojczyzna... ― Spawacz zaakcentował dość, jak się wszystkim wydało, pogardliwie. Ale nie pluł. ― Gdy ja spawałem dla was tanki, łodzie desantowe, hangary, gdy dopadła mnie wreszcie jaskra zawodowa, to ojczyzna kopnęła mnie w ...

― No, no... ― ostrzegł Mecenas. ― Tu są kobiety...

― ... tyłek ― dokończył oględniej niż zamierzał, co rzecz jasna pomniejszyło znacząco dramaturgię oświadczenia, po czym również wstał, by skłonić się paniom szarmancko, choć niezdarnie dość. ― I zostałem na lodzie ślepy prawie, na nędznej rencie!

W tym momencie, przerywając tę interesującą konwersację, z najgęstszej, najdalszej mgły wychynął ostrożnie Komisarz, ubrany stosownie w szarawy, przyciasny mundurek, zwieńczony charakterystyczną, miękką czapką z daszkiem i jakże widoczną, krwistoczerwoną gwiazdą pięcioramienną. Zza paska wystawał mu nagan. Enkawudzista jak się patrzy, komuszek. Rozejrzał się ostrożnie, i ni stąd, ni zowąd, strasznie, co naturalne przecież, fałszując, zaintonował: „Wyklęty powstań ludu ziemi”, popatrując z nadzieją na obecnych, wymachując do taktu dłonią.

Nikt jednak pieśni nie podjął ― reakcja była zwykła, zgoła odmienną niżby sobie życzył ― automatyczna, synchroniczna, i sprowadzała się do wspólnego, jak zawsze, pełnego odrazy okrzyku:

― Paszoł won bydlaku!

I tylko Spawacz, najmłodszy z grupy, który widział Komisarza zaledwie drugi raz, dodał od siebie:

― Panie kochany, towarzyszu! Idźcie sobie w cholerę i nie zawracajcie nam już dupy! Nie chcemy was tu, mamy dość na wieki wieków. My do was nie łazimy ― byliśmy tylko raz i wyszliśmy z własnej woli. Więc i wy nie przyłaźcie do nas. Paniał?

Komisarz przestał wyć, spojrzał ponuro na Spawacza i Strzelca, który właśnie mierzył do niego z karabinu. Obrócił się na pięcie, po czym przepadł we mgle, rzuciwszy krótko na odchodnym: ― Swołocz, psia jego mać, państwo zasrane!

― Nawet dzień dobry nie powiedział, cham jeden ― podsumowała Guwernantka, a jej druty zaczęły śmigać jak oszalałe. ― A pan Spawacz zachował się... godnie. Choć też przecież... proletariusz...

― Ja również ― wtrąciła Kuchta dla porządku, po czym oklapła całkowicie. Ta okropna, zżerająca ją tajemnica, jak dotąd nie została wyjaśniona choćby odrobinę. Pewnie straszny, tragiczny w skutkach zawód miłosny. Może kiedyś, gdy otrząśnie się wreszcie? Ostatecznie?

― Musimy zastawić jakąś pułapkę na to bydlę ― zastanawiał się Mecenas. ― Co pan, Strzelcze, o tym myśli?

― Pułapkę? ― Strzelec nie był przekonany. ― Ja bym wolał, żeby pani Guwernantka zrobiła mi kilka nabojów. Z pięć... może? Utłukę sukinsyna!

Guwernantka złożyła fachowo druty i przeniosła wzrok na Strzelca.

― Nie zrobię panu amunicji ― westchnęła. ― Byłbyś pan wtedy górą, mógłbyś pan nas szantażować, rozkazywać nam. Zapanowałaby dyktatura. Poza tym nie znam składu chemicznego.

― No to musimy jakoś znosić te hm... niespodziewane, irytujące zawsze wizyty ― podsumował zgryźliwie Mecenas. ― Mimo, iż sobie nie życzymy. Aż któregoś dnia zostanie na dłużej, każe nam... intonować, będzie pani musiała zrobić onuce, stosowne hasła na czerwonym tle...

Guwernantka nie reagowała. Zapadło milczenie.

I wtedy, równocześnie jak na komendę, wstali Strzelec oraz Spawacz. Wyprostowali się godnie ― potężne, postawne chłopy, i jednocześnie zakrzyknęli:

― Nie pozwolimy!

Kuchta zaklaskała nieśmiało, ale zaraz spuściła głowę. Jeszcze niżej.

― E tam... ― skrzywił się Mecenas, również sceptyk z natury. Usiadł ponownie do szachownicy. ― Trzeba będzie się z nim pewnie jakoś dogadać... ― dodał pod nosem. Jak klasyczny intelektualista polski, co to jedno myśli, drugie mówi, a czyni trzecie.

Mgła zgęstniała, powiało chłodem.

― Dzisiaj Święto Zmarłych ― Guwernantka po chwili zmieniła temat. ― Ciekawe, kto nas odwiedzi.

― Do mnie przyjdzie syn ― uśmiechnął się Spawacz. ― Jest księgowym w porządnej firmie ― pochwalił się.

― To wredny zawód ― stwierdził Mecenas. ― Cyferki, liczby, kolumny procentowe, przychód, rozchód. Okropne. A propos cyferek... jak długo my tu już w tej... poczekalni?

― Straciłam rachubę ― przyznała Guwernantka. ― Ale rzeczywiście długo. Zapomnieli o nas, czy co? Chociaż... czas tu inaczej płynie.

― Mój chłopak nie zapomniał ― zapewnił Spawacz.

― Jeśli się już nie zestarzał ― Mecenas nie potrafił się przymknąć. ― Albo nawet...

― No co pan... ― Spawacz był mimo wszystko optymistą.

― A kiedy był ostatni raz, hę?

― No... nie pamiętam jakoś.

― A widzisz pan. U mnie nikt... od wieków... chyba.

― U mnie też nie ― włączył się Strzelec. ― Nigdy.

― Bo pan jesteś pewnie żołnierz nieznany ― domyślił się Mecenas. ― Pochowany jak ten pies, zapomniany w dole zbiorowym pod walącym się płotem.

― Dostałem medal ― pochwalił się Strzelec. ― Pośmiertnie.

― No widzi pan. Symbolicznie zaledwie i bez sensu.

― Ale dostał ― Guwernantka starała się być sprawiedliwa. I obiektywna. Co często wychodzi na jedno. ― A gdzie pochowany... nie mogę jakoś ustalić. Może w tym samym miejscu, gdzie my?

― Już są ― przerwał Spawacz. ― Słyszycie?

Rzeczywiście. Spoza gęstej mgły, z wszystkich stron, dochodziły stłumione, nie do końca rozpoznawalne odgłosy. Jakieś ściszone rozmowy, nieśpieszne kroki, pocieranie zapałek o draski, dalekie klaksony samochodowe. Zrobiło się cieplej, otoczenie rozświetliło się łagodnie tysiącami zapalonych świeczek i zniczy. Święto, tradycja.

― Lubię to ― przyznał Mecenas ocierając dyskretnie łzę. ― Choć uważam za mocno... bezsensowne.

― Dlaczego? ― Guwernantka była zdziwiona. ― To... pamięć.

― Pamięć. Tak. Ale pamiętać można i bez świeczek. Nawet lepiej, bardziej... wprost. Bez tej stadnej otoczki, bez konkretnego terminu w kalendarzu.

― Jednak to... wiąże ludzi, scala społecznie, kulturowo.

― Nie na długo jednak ― Mecenas skrzywił się z powątpiewaniem. ― Święto minie, znów otumani ich bezlitosne, gorączkowe życie. Tutaj, teraz, możemy sobie chociaż rozmawiać do woli, oczekując na... właściwe.

― Jakie właściwe? ― Guwernatka znów przestała śmigać drutami. ― Co pan ma na myśli?

― Madame. Nie sądzi pani chyba, że to wokół... ― Mecenas wstał znów od szachownicy i zatoczył prawicą szerokie koło, mało nie zawadzając o Strzelcowy karabin. ― ... to wszystko, na co stać... Niebiosa?

― A skąd pan wie, iż to nie koniec naszej drogi? Że to nie stan... zasłużony, a może i docelowy? ― Guwernantka uśmiechnęła się łagodnie.

― Coż... ― zbiła lekko Mecenasa z tropu. ― Jednak przyzna pani, że tlą się w każdym z nas, nawet, z całym szacunkiem, w Kuchcie, jakieś wznioślejsze wyobrażenia, oczekiwania.

― Tak ― przyznała Kuchta. ― Tak.

― Widzi pani. A jeśli tak, to prędzej, czy później, będą zaspokojone. Wierzę w to, choć... nie rozumiem.

― Ja też wierzę ― stwierdził Strzelec. ― I też nie rozumiem.

Spawacz nic nie powiedział. Wyraźnie coś kombinował. Pocierał ręką czoło, mruczał pod nosem i wiercił się na krześle. Wreszcie nie wytrzymał.

― Wiecie co? ― zakrzyknął. ― A mnie się zdaje, że my wszyscy jesteśmy... rodziną. Bliższą, dalszą, ale rodziną.

― Jak to? ― Mecenas oczekiwał wyjaśnień.

― No bo... ― Spawacz chodził w kółko i pocierał czoło. ― Wygląda na to, iż to... pomieszczenie, ten... lokal, to jakby... ten sam dół. Grób, mogiła.

― To jak się pan nazywa? ― zagadnął Strzelec.

― No właśnie cholerka nie pamiętam. Nikt z nas nie pamięta.

― Wielu rzeczy nie pamiętamy ― Guwernantka też posmutniała. ― Wiele zapomnimy...

― Defetyzm ― żachnął się Mecenas. ― Ja pamiętam wszystkie przepisy, paragrafy, zasady. Choćby tę... e... chcącemu, nie dzieje się... jakoś tak...

― Krzywda ― niespodziewanie dokończyła Kuchta. ― Krzywda! ― podkreśliła płaczliwie. Jej ponura tajemnica stała się przez to jeszcze bardziej ponura. I tajemnicza.

― A pani, słodka Kuchto, skąd to wie?

Lecz Kuchta znów opuściła głowę.

Stłumiony gwar świąteczny ustał wreszcie, świeczki i znicze powypalały się całkowicie, wilgotna mgła zgęstniała. Niedookreślone pomieszczenie skurczyło się jakby jeszcze bardziej, zgromadzeni w nim zbliżyli wzajemnie. Coś narastało, dojrzewało. Odczuwali to jasno, wyraźnie, każde na swój sposób. Choć może to tylko ostatnie, listopadowe liście, źle traktowane przez mroźne już o tej porze roku wiatry?

― Wiem! ― znów Spawacz, wieczny racjonalizator, zakłócił nastrój. ― Weźmy się za ręce i... rozglądnijmy po okolicy.

― Dobry pomysł ― przyznała Guwernantka. ― Tylko... ostrożnie może, powolutku.

― Panienka pozwoli ― Mecenas, zawołany salonowiec, ujął Kuchtę za spracowaną dłoń i ucałował z należytą powagą. Wszyscy powstali, i trzymając się jeden drugiego, krok po kroczku, poczęli wchodzić w mgłę. Na czele Strzelec, z wyciągniętym do przodu karabinem bez amunicji.

― Stop! ― powstrzymał ich po chwili stanowczo. ― Widzę przepaść!

Faktycznie. Pod drugiej stronie zróżnicowanej jednak jak się okazało mgły, mającej swoją podobną do potężnych jakby korzeni, wijących się pnączy fakturę, zobaczyli bezdenną, czarną przepaść, ciągnącą się aż po widoczny mimo wszystko horyzont. W górze, na sklepieniu, ciężkie, sinoczarne chmury, całkowicie zakrywające rozgwieżdżone zapewne niebo.

Trzymając się więc jak najbliżej tych zewnętrznych niby ścian, obszaru, do którego już przecież przywykli, bojąc się upaść w głębinę, posuwali się ostrożnie wokół, aż znów trafili do miejsca, z którego wyruszyli. Wszędzie dookoła stroma, bezdenna, mroczna przepaść.

― Co to jest? ― głos Mecenasa wydawał się drżeć nieco.

― Jesteśmy na... wyspie ― stwierdziła Guwernantka. ― Izolowani od... wszystkiego. Robinsonowie.

― A czekista to nasz Piętaszek? ― próbował zażartować Spawacz, ale spodziewanego rezonu nie było.

― No właśnie ― zgodził się Strzelec po chwili. ― Dziwne.

― Ale... zauważyliście te... wielkie jakby pnącza? ― Guwernantka rozmyślała na głos. ― One nas... otaczają. Istniejemy wewnątrz czegoś... roślinnego?

― Wróćmy do środka ― zaproponował Mecenas. ― Zastanowimy się.

Rozsiedli się więc ponownie ― każdy na swoim krześle, tak onegdaj umiejętnie wyobrażonym, stworzonym przez Guwernantkę. Zagaił Mecenas, zaprawiony zawodowo w kalamburach myślowych, paragrafowych kombinacjach.

― Sytuacja jest... dziwna ― rozpoczął. ― Nie pamiętamy swojej przeszłości, nie wiemy kim byliśmy zanim... poumieraliśmy. Istniejemy, Bóg jeden wie jak długo w czymś, najwyraźniej... roślinnym. Wewnątrz... drzewa? Nawet sufitu żadnego nie widać.

Wszyscy popatrzyli w zamgloną górę, która istotnie była tylko zgęstniałą chmurką. Szarym niczym.

― Jednak coś nas łączy, jakaś wspólna... zależność, los. Nie wiemy na razie. Ale musimy to jakoś racjonalnie i spokojnie, ostrożnie, wyjaśnić, prawda?

― Gówno prawda! ― zakrzyknął Spawacz. ― Odrzućmy ostrożność, co nam zależy?. Rozpalmy na zewnątrz ognisko, może Ktoś wreszcie zauważy, podąży z pomocą ku światełku?

― Dobry pomysł ― przyklasnął Strzelec. ― Rozpalmy.

― Świetnie ― Mecenas też się zgodził. ― Ale pani Guwernantka musiałaby nam zrobić siekiery i zapałki. Co pani na to madame?

― Zgoda ― Guwernantka też była za. ― Ile tych siekier?

― Dla mnie jedna ― podniósł rękę Strzelec.

― I dla mnie ― zgłosił się Spawacz. ― A... Mecenas? Nie odrąbie sobie paluszków? ― dodał ironicznie.

― Spróbuję ― skrzywił się Mecenas, ale w końcu też był mężczyzną.

Guwernantka sprężyła się więc, zamknęła oczy, a po chwili leżały obok trzy wyostrzone siekiery i dwa pudełka zapałek Sianowskich ― innych nie mogła sobie wyobrazić. Nominalnie po około 48 sztuk, realnie 12, gdyż standardowo zapalała się co czwarta. Jednak pudełka wysuwały się, karbowane draski nie wytarte.

― Świetnie ― Spawacz porozdzielał narzędzia. ― Idziemy panowie narąbać drew. Panie zostają i... obserwują.

Nareszcie powiało normalnością, to znaczy coś zaczęło się dziać, zmieniać. Jak w życiu. Panowie, z siekierami w dłoniach, zanurzyli się ostrożnie w mgłę, Strzelec nawet odłożył karabin.

― A dyć wrócą? ― Ciche, drżące smutkiem pytanie Kuchty padło zgrzytem w chwilową, pełną nadziei ciszę. Coś się jej biednej kojarzyło, coś zaiskrzyło w niezbornej jakby, poszatkowanej dotąd nieskładnie pamięci.

― Wrócą, wrócą ― Guwernantka starała się rozwiać wątpliwości biednej dziewczyny. ― To porządne chłopy, nasze. I charakterne.

― Bo mój panic nie wrócił. Zostawił mnie na zatracenie.

Guwernantka aż wstała od swojej robótki. Podeszła do zapłakanej Kuchty i spontanicznie utuliła ją po matczynemu. Tajemnica musiała być jeszcze straszniejszą, niż mogłoby się wydawać.

― Nie płacz biedna, nie płacz. Tak to już bywa z chłopami. A my musimy to znosić, trzymać się razem.

Trwały tak przez chwilę przytulone, kiwając się lekko na boki, gładząc wzajemnie włosy, empatycznie pochlipując, gdy niespodziewanie, jak zazwyczaj, z mgły wychynął ostrożnie Komisarz. Świńskimi, rozbieganymi oczkami szybko zlustrował sytuację, po czym mordka mu się wykrzywiła w obleśnym uśmieszku, dłonie automatycznie, odruchowo, poczęły pocierać o siebie. Miał zresztą do radości powody. Nigdy bowiem, jak dotąd, nie zdarzyło się, by zastał tu jedynie kobiety. Marzenia jednak spełniają się czasem.

Nikt mu, zdaje się, nie mógł przeszkodzić, więc śliniąc się jak pies Pawłowa, począł manipulować przy opornych czemuś spodniach, wlepiając jednocześnie oczka w przytulone, chlipiące kobiety. Wyraźnie szykował się do tradycyjnego, ruskiego gwałtu zbiorowego.

I wtedy właśnie Strzelec wrócił po swój zapomniany karabin. Błyskawicznie ocenił zagrożenie, podbiegł do trzęsącego się z chuci Komisarza i wyrwał mu z niechlujnie zapiętej kabury nagana. Fachowo odwiódł kurek, wycelował w durny łeb i... strzelił.

Straszliwy huk nie był tak straszliwy, jak mógłby być w jakimś małym pomieszczeniu z twardymi w miarę, solidnymi ścianami. Owszem ― potężny, lecz stłumiony znacznie przez nadal gęstą mgłę. Tak, czy owak, Komisarz padł bezwładnie na podłogę, krwawiąc obficie z przedziurawionego celnie, bolszewickiego łba. Nie żył, zmarł, odszedł, wybył, błyskawicznie przestał istnieć. W każdym razie, zważywszy na ogólne tu, pośmiertne jakby relacje wzajemne uczestników tych hm... wydarzeń, definitywnie zszedł ze sceny. Tej sceny.

Strzał zwabił też powrotnie Mecenasa i Spawacza, którzy narąbali już drew, a nawet podpalili ognisko, które z uwagi na ogólną wilgoć i zamglenie rozpalało się bardzo, bardzo niechętnie. Stali teraz w trzech ― Strzelec, Mecenas i Spawacz ― nad trupem Komisarza, nie wierząc własnym oczom. Panie, nie na żarty wystraszone sytuacją, powolutku dochodziły do siebie.

― A jednak... żył cholernik! ― zdziwił się Mecenas. ― A teraz... nie.

― Ale już truchło zimne, przebrzydłe ― Strzelec dumnie wymachiwał rewolwerem, ale w końcu zabezpieczył nieszczęsną broń i opróżnił bębenek. Bo broń, to zawsze broń...

― To może i my... żyjemy... jakoś? ― zastanawiał się Spawacz.

― Jak to? ― odezwała się wreszcie Guwernantka, całkowicie już prawie uspokojona. ― Przecież... nie spożywany, nie pijemy...

― Nie je, nie pije, a chodzi i bije... ― rzucił Mecenas w przestrzeń, patrząc jednak znacząco na Strzelca. ― A propos... ― dodał ― Może by nasza pani Guwernantka... z tej okazjii... ― wskazał głową na trupa.

― Co? ― Spawacz nie rozumiał.

― Toast? ― Guwernantka była również osóbką domyślną. Ogólnie mądra, inteligentna kobieta. Obyta, bywała. ― Z koniakiem mogę mieć problem. Ale zwykła wódka... Spróbuję.

Po chwili wszyscy trzymali kształtne kieliszki, wypełnione odrobiną zółtawego płynu. Prócz Kuchty, która znów zamknęła się w sobie. Siedziała na swoim krześle i podpierając skołowaną głowę ponuro patrzyła w ziemię.

― Niezłe ― stwierdził Mecenas, koneser przecież trunków wszelakich sądowo―salonowych. ― Gratulacje madame.

Tymczasem mgła zaczęła dziwnie rzednąć, rozpraszać się ku górze. Zrobiło się cieplej, i nie było to wcale ożywcze, kaloryczne działanie tej odrobiny alkoholu.

― Coś się dzieje... ― stwierdził Spawacz.

― Psia mać! Ognisko! ― wykrzyknął Mecenas.

― Pali się, pali się...!

To zaskakujący zupełnie, narastający w intensywności okrzyk Kuchty, która wyprostowana jak struna, z nabiegłą krwią i wysiłkiem twarzą, obracając głową to w lewo, to w prawo, wyła przy tym ostrzegawczo symulując udatnie syrenę strażacką. Wszyscy, z wyjątkiem martwego przecież na amen Komisarza, wybiegli na zewnątrz.

Ognisko, tak niechętnie się rodzące, rozgorzało nareszcie w pełni, zajmując niebezpiecznie coraz większą przestrzeń, buzujac basowo, oświetlając przestrzeń dookólnie i sypiąc milionami iskier.

I właśnie wtedy, cicho, spokojnie, zaskakująco, pojawił się nareszcie On ― potężny, dumny anioł z ostrym, ognistym mieczem u boku. Rzecz w końcu całkiem w tej sytuacji naturalna.

― Co się tu dzieje? ― rzucił surowe pytanie. ― Skąd to ognisko? Jeszcze się co zajmie...

― My tu czekamy... ― próbowała nieśmiało zagadać Guwernantka.

― Długo czekamy ― podjął Adwokat, nastawiając się na obszerną tyradę, wertując w myśli wszystkie stosowne paragrafy, precedensy. ― Już i rachubę straciliśmy, co...

― Dobrze, dobrze, mecenasie. ― Anioł podniósł rękę. ― Istotnie, przegapiłem. Ale te korzenie rozrosłe ponad miarę, maskujący skutecznie buk...

― Bóg? ― zdziwił się Spawacz. ― Ponad miarę?

― Nie Bóg, tylko buk. Drzewo, roślina taka. Jesteście, byliście uwięzieni, niewidoczni. Ale ognisko i... jestem Anioł Przewodnik. Pójdźcie za mną.

Anioł obrócił się na pięcie.

― A ty, dziewko kuchenna wstań z kolan ― zwrócił się do klęczącej nabożnie kuchty. ― Jam tylko przewodnik, zwykły, szary pracownik. Też fizyczny, jak ty...

Już ustawili się gęsiego, już mieli ruszać, gdy anioł spostrzegł leżące w kałuży krwi truchło czekisty.

― A to co? Mord?

― Ależ skąd! ― zaprzeczył żywo Strzelec. ― Próba gwałtu zbiorowego i skuteczna samoobrona. Poza tym stosowna wreszcie odpłata za... ciągłe nękanie, najścia.

― Rozumiem. ― Anioł nie przejął się zupełnie, i poniekąd słusznie. Skrzywił się nawet jakby z niechęcią. ― Wrócę po niego później. A teraz... idziemy.

Od niechcenia wywinął ognistym mieczem w stronę buzującego stosu drewna, wykrawając w powietrzu stosownej wielkości sześcian próżni, co skutecznie ugasiło pozbawione w ten sposób tlenu ognisko. Dla pewności machnął ponownie, powodując opad precyzyjnie wycelowanego strumienia dziwnie stęchłej wody. Sprawa była załatwiona definitywnie.

Pełni więc nadziei, prowadzeni przez złotowłosego, ruszyli powoli w Nieznane.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Cmentarny starszy mężczyzna w szarym drelichu, wędrował nieśpiesznie alejkami, zbierając śmieci do popychanej, drewnianej skrzynki na kołkach; porzucone papierki, torebki plastikowe, gazety, potłuczone słoiki, niedopałki papierosów, puszki po piwie i nierzadko butelki po wódce. Przechodząc obok wielkiego, dorodnego buka, największego w okolicy drzewa, zauważył wydobywającą się z rozrosłych korzeni smużkę dymu.

― Ogień od spodu? ― zdziwił się i schylił, badając zjawisko z bliska. ― I ta maleńka, blaszana gwiazdka pięcioramienna. Jak... ruska. Podniósł gwiazdkę, niechlujnie pomalowaną z wypukłej strony na czerwono, potrząsnął w garści, po czym odruchowo, z obrzydzeniem, odrzucił daleko w krzaki.

Następnie porwał z najbliższego grobu ustawioną tu przez kogoś metalową puszkę po szynce konserwowej, wypełnioną zwiędłym już kwieciem, wyrzucił badyle i stęchłą, znajdującą się jeszcze wewnątrz wodą zalał korzenne zarzewie.

Wspaniałe drzewo zostało uratowane, niebezpieczeństwo minęło. Może na zawsze?

― Dziwne, dziwne ― cmentarny kręcił głową, jednak rychło, przymuszony obowiązkiem, wrócił do swej nieskomplikowanej roboty porządkowej, której przecież nigdy mu nie braknie.

Koniec ― 1410

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1287
12
komentarze: 93 | wyświetlenia: 791
12
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1618
12
komentarze: 68 | wyświetlenia: 1019
12
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2046
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1422
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 453
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 881
11
komentarze: 72 | wyświetlenia: 796
11
komentarze: 9 | wyświetlenia: 507
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1527
11
komentarze: 31 | wyświetlenia: 2130
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1027
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Najprościej mówiąc - bez pudła.

Jako stary fan Twego talentu -cmokam z zachwytem-))



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska