Login lub e-mail Hasło   

Rewanż

Dawne zobowiązania nie tracą ważności.
Wyświetlenia: 997 Zamieszczono 16/07/2016

Rewanż

Już miałem ruszyć ku otwierającej się powoli bramie, gdy tuż przed maskę wszedł jakiś człowiek. Prawidłowo zresztą idąc chodnikiem. Zatrzymał się jednak i skręcił ku mnie.

― Dzień dobry panu ― usłyszałem przytłumione powitanie. Opuściłem więc szybę na tyle, by słyszeć lepiej.

― O co chodzi? ― spytałem dość zdaje się obcesowo, choć przecież z natury nie jestem opryskliwy. Ale to był dziwny moment ― jak coś pomiędzy. Jeszcze nie zjechałem z ulicy, z jezdni, a jak dotąd nie wjechałem za bramę. Stan przejściowy tylko, nieokreślony, który nie powinien trwać zbyt długo.

― Pan mnie nie poznaje? ― był nie tyle zdziwiony, co rozczarowany.

Około trzydziestoletni facet bez widocznych, w świetle kończącego się właśnie dnia, cech szczególnych. Ot ― nikt. Jakaś popielata kurtka z kapturem, spodnie dżinsowe, gęba bez wyrazu, lekko zmierzwione blond kudły, kilkudniowy zarost. Tylko ta dziwna walizka w lewym ręku...

― Nie bardzo... ― przyznałem. ― Ale może...

― Uratowałem panu życie! ― prawie zakrzyknął radośnie i uśmiechnął się szeroko, demonstrując przynajmniej dwa poważne braki w uzębieniu. ― Cztery lata temu!

― To... pan? ― skojarzyłem nagle, jasno. ― Mój Boże... to pan?

― Tak! ― uśmiechnął się jeszcze szerzej, nareszcie chyba usatysfakcjonowany. ― To ja! I pańska torba...

Torbę też sobie przypomniałem, lecz to akurat stanowczo zmniejszyło mój entuzjazm. Otrzeźwiałem momentalnie.

― Proszę zaczekać na chodniku ― rzuciłem sucho. ― Skończę wjazd...

Cztery lata temu, pędząc w nocy boczną, choć niezłą drogą, złapałem przedniego kapcia i na zakręcie wyrzuciło mnie wprost na drzewo. Walnąłem piersią w kierownicę, po czym straciłem przytomność. Szczęśliwie, z naprzeciwka, ktoś jechał, widział wypadek. Zatrzymał się, po czym wyciągnął mnie z rozbitego auta, zadzwonił po pomoc i fachowo przeprowadził reanimację. Z masażem klatki piersiowej, oddychaniem usta―usta, we właściwej pozycji ratowniczej. Ocknąłem się na moment i w świetle reflektorów jego samochodu, zapamiętałem chyba niejasno twarz wybawcy, po czym na dobre obudziłem się dopiero w szpitalu. Dwa dni po.

Jak się okazało, przywracając mi pracowicie, nadto może intensywnie pracę serca, złamał dwa żebra, ale to nic wielkiego ― to się przecież zdarza. Gdyby nie on ― tak mi powiedziano ― już bym nie żył. Najważniejsze, że całą tę robotę ratowniczą wykonywał wystarczająco daleko od pokiereszowanego auta, które, też nic dziwnego, zapaliło się. I gdy wreszcie przyjechała karetka, ekipa zastała płonący żywym ogniem, oświetlający teren, rozpłaszczony na solidnym drzewie wrak, oraz spontanicznego, fachowego ratownika, uwijającego się na jezdni nad poszkodowanym. Przejęli natychmiast obowiązki od wyczerpanego już samarytanina, wezwali radiowo policję i straż. W ferworze akcji spontaniczny ratownik przepadł, odjeżdżając swoim autem do zapewne nie cierpiących zwłoki spraw.

W ten sposób nigdy nie dowiedziałem się kim był mój wybawca. Spędziłem w szpitalu trzy tygodnie, wywinąłem się jakoś śmierci. Dług wdzięczności nie spłacony, ale co mogłem zrobić, jeśli nawet policja nie była w stanie niczego ustalić? Gnębi mnie to do dzisiaj, chociaż, muszę przyznać ze wstydem, owa zapamiętana w tym krótkim momencie twarz, zatarła mi się ostatnio w pamięci. Czas robi swoje. Tym bardziej, zdaje się, iż w spalonym samochodzie nie znaleziono ani śladu mojej torby, skórzanej, dziwnej i niepowtarzalnej w formie walizki, w której miałem osiemset tysięcy złotych. Uzbieranych na rozwój kancelarii, w tym na zakup specjalistycznego oprogramowania prawniczego.

Przepadło i już, choć przez to policja sądziła, tak przypuszczam, że z jakiegoś powodu zmyślam. W każdym razie patrzyli na mnie dziwnie, potakiwali, że tak, tak, że szukają, ale śladów, choćby odrobinki popiołu po spalonej torbie, żadnych. W końcu śledztwo umorzono ― sprawy nie ma.

Cóż... W natłoku spraw firmowych, rodzinnych, zapomniałem powoli o wydarzeniu, od początku nie łącząc specjalnie tych dwóch faktów ― uratowania mnie przez nieznanego wybawcę i zniknięcia walizki z pieniędzmi. Jedno do drugiego nie pasowało mi jakoś ― choć walizka, czy raczej jej brak, rzuca na całość jakiś smętny cień. Pewnie faktycznie spłonęła w tym piekle bez śladu ― teoretycznie wszystko jest możliwe... Firmę szybko odbudowałem, rozwinąłem, o stracie zapomniałem. W końcu cztery lata ― wydarzenia biegną na łeb, na szyję.

I nagle ten nijaki facet...

Wjechałem więc za bramę, wróciłem na chodnik i zamknąłem ją. Facet stał na zewnątrz, grzecznie czekał.

Popatrzyłem dokładnie. Faktycznie, to mógł być On.

― Wejdzie pan do mnie? ― zaproponowałem ostrożnie. ― Porozmawiamy?

― Chętnie ― zgodził się od razu. ― Właśnie po to tu przyjechałem.

― Tak? ― jakoś nie zdziwiłem się, mimo formalnego użycia tonu pytającego.

Puściłem go przodem, weszliśmy do domu.

― Szukałem pana długo, poznawałem... ― wyjaśniał w drodze do gabinetu. ― Nie chcę robić kłopotu mecenasie, ale...

― Ależ jaki kłopot ― to weszła żona, prowadząc za rękę Krzysia. ― Gość w dom...

― Moja żona, syn... trzy latka zaledwie... Uroczy, prawda? ― przedstawiłem rodzinę. ― A to pan, który... uratował mnie cztery lata temu.

― Tak? ― żona zrobiła wielkie oczy. ― Cudownie! Szukaliśmy pana, zatrudniliśmy detektywów... bez skutku. Cudownie!

― Małecki. Jacek. ― przedstawił się niezgrabnie, onieśmielony zapewne, czy raczej zaskoczony wejściem pięknej, znakomicie ułożonej, olśniewającej o każdej porze dnia, inteligentnej kobiety. Udała mi się połowica, nie ma co...

― Ja tu z panem... porozmawiamy sobie chwilę ― rzuciłem niezobowiązująco, jednak rozumieliśmy się z żoną bez słów. Zwłaszcza w tak dziwnej sytuacji. ― A ty Basiu spróbuj uśpić Krzycha. Już chyba pora.

― Tak, istotnie ― przyznała. ― Przepraszam pana. Wrócę później ― musi mi pan opowiedzieć o sobie, panie Jacku.

Żona, podobnie jak i ja, bezbłędnie wyczuwaliśmy sztuczność, nienaturalność. Także wszelkiego rodzaju zagrożenia. Zazwyczaj, gdy musiałem wyjeżdżać służbowo na kilka dni, kontrolowała aplikantów, dogadywała się z klientami, dbała o firmę. A ponieważ zawsze uprzedzałem ją o wizytach, choćby najbardziej niespodziewanych czy najdziwniejszych gości, ta sytuacja musiała ją zaalarmować. Zwłaszcza widok skórzanej torby, którą przecież bezbłędnie rozpoznała. Nie mówiąc o stroju, czy niezbyt powiedzmy odpowiednim na wieczorną wizytę wyglądzie i... zapachu gościa.

Wyszła więc uśmiechnięta, prowadząc syna do jego sypialni. I byłem absolutnie pewien, że dyskretnie zainicjuje pełną, elektroniczną ochronę domu.

Zostaliśmy w gabinecie sami. Otworzyłem barek, nalałem dwa kieliszki Martela.

― A więc proszę mi teraz wszystko opowiedzieć ― zaproponowałem, i raczej nie była to propozycja do odrzucenia. Tak to zabrzmiało, bo tak zabrzmieć miało. ― I skąd ta... walizka?

― Walizka... jest na razie pusta ― spojrzenie Małeckiego dziwnie stwardniało. Był ode mnie kilka, lub nawet kilkanaście lat młodszy, więc może w tej sytuacji pewien jakiejś nade mną przewagi? Fizycznej choćby. Tym bardziej, iż nie musiałem po całym, męczącym dniu pracy, wyglądać zbyt... świeżo. ― Ale po kolei...

― Właśnie.

― No więc, tamtej nocy, jechaliśmy... no, do pracy.

― Jechaliśmy? ― naprawdę zdziwiłem się.

― Tak. W aucie było nas dwóch. Ja, i mój starszy brat.

― Rozumiem. I co dalej?

― Zobaczyliśmy, jak wpadł pan na to cholerne drzewo. Zatrzymaliśmy się i obaj wyskoczyliśmy by... ratować. W każdym razie ja.

― A brat?

― Brat początkowo też, ale gdy zobaczył, że daję sobie z panem radę sam, gdy już pana wyciągnąłem z rozbitego samochodu i zacząłem ratować, zainteresował się wnętrzem wraku.

― Może szukał innych ofiar?

― Może. Ale znalazł... walizkę.

― Czy to brat... dzwonił o pomoc?

― Nnie... To ja, w przerwach między... oddechami.

― I co dalej?

― Dalej? Brat wrócił z walizką do naszego auta, a gdy przyjechała karetka, gdy chłopaki przejęli reanimację, ja też tam wróciłem i...

― Odjechaliście?

― Tak.

Okropne braki w uzębieniu Małeckiego nie przeszkadzały mu mówić nadzwyczaj wyraźnie. Nie chciałem o nie pytać, gdyż byłaby to gruba z mojej strony niestosowność, poza tym domyślałem się ich pochodzenia. Jakieś bójki zapewne, być może z bratem. Strój, tak typowy, swobodny, jak i sposób mówienia ― intonacja, dobór słów, sugerowały, iż mam do czynienia z człowiekiem, który z niejednego paragrafu chleb jadł. To mnie rzecz jasna uspokoiło ― znałem takich ludzi na wylot. No i mowa ciała! Ten facet czegoś się straszliwie bał. Byłem górą, choć to niewątpliwie mój Wybawca i nie powinienem tu stosować kryteriów pola walki, jednak muszę, możliwie szybko, ustalić o co chodzi. Zanim się stosownie odwdzięczę.

― A... pusta teraz walizka? ― zagadnąłem wprost.

― Cóż... ― spuścił na chwilę wzrok, jednak szybko odzyskał tę dziwną, połączoną ze strachem pewność siebie. ― Znam mojego brata jak... brata, więc początkowo nic nie zrobiłem. Później jednak przekonałem go... stopniowo, że należy te pieniądze oddać.

― I?

― I zgodził się, pomijając te kilka... przepitych tysięcy. A wziąłem ją teraz, walizkę, by uwiarygodnić się jako ten prawdziwy, rzeczywisty... ratownik.

― No... darujmy sobie te kilka tysiączków ― machnąłem lekceważąco ręką. ― To, przyjmijmy, na poczet mojej hm... wdzięczności dla pana. Za życie. A uwiarygodnił się pan aż nadto. To niewątpliwie pan, i sprawę... pieniędzy wyjaśnimy, mam nadzieję, za chwilę. Prawda?

Nalałem ponownie. Małecki, wydawał się bardziej odprężony niż na początku, zapewne i z tego powodu, iż dość gładko wygłosił wyuczoną wcześniej historyjkę. Byłem tego pewien. Również tego, że dalej już musiał improwizować.

Wstałem swobodnie. Chodząc po gabinecie z kieliszkiem w ręku ― od biurka, do drzwi i z powrotem, kątem oka obserwowałem go dyskretnie. Wodził za mną czujnymi oczkami, aż w końcu nie wytrzymał:

― Tak, tak, jasne... ale... czy można tu gdzieś... na stronę?

Przyparło go wreszcie. Otworzyłem więc drzwi i wskazałem kierunek. Sam wróciłem, by sprawdzić alarmy, ochronę całości. Żona zapewne włączyła wszystko z centralki bliźniaczej, ale pewność to zawsze przecież niezła rzecz.

I to był mój cholerny błąd! Nie powinienem wszak spuszczać Małeckiego z oka nawet na sekundę!

Żona krzyczała ― o ile mogłem rozpoznać, z sypialni syna.

A więc nadszedł czas działania!

Od trzech lat, dwa razy w tygodniu, wpajano we mnie skutecznie, muszę przyznać, sposób radzenia sobie ze stresem. Kursy strzeleckie, w końcu częste zawody na sytuacyjną celność i skuteczność obronną, dały trwały efekt. Odruchowo potrafiłem opanować największy nawet stres ― w jednej sekundzie stać się chodzącym, zimnym komputerem, maszyną! Pomagało to bardzo w pracy, ale i w życiu codziennym, tej nieustającej dżungli, gdzie każdy czyha na każdego. Przynajmniej w zakresie finansowym, prawnym. Oszukać, orżnąć, ograbić ― oto współczesne kompasy.

Okazałem się pojętnym uczniem ― niezmiennie wygrywałem wszystkie krajowe zawody w strzelaniu z pistoletu, a i kilka międzynarodowych zaliczyłem na czołowych pozycjach. Byłem w stanie trafić z pięćdziesięciu metrów w maleńką pinezkę. Raz, za razem, bezbłędnie. I jak to się mówi, z biodra. W tym elitarnym światku byłem kimś.

Błyskawicznie wyjąłem z szuflady broń, załadowałem i odbezpieczyłem. Następnie, w jednej chwili, dobiegłem do sypialni Krzysia, otworzyłem drzwi, i jak na zwolnionym filmie, ujrzałem przerażającą scenę.

Syn leżał na swoim łóżku na wznak, przy nim siedział Małecki, trzymając nachwytem za rękojeść długiego, wąskiego niby bagnetu, którym napierał na okrytą cienkim kocem szyję syna. Odrobinę silniejszy nacisk i bagnet wejdzie w ciało jak w masło. Musiał go mieć schowanego cały czas pod śmierdzącą kurtką. Żona stała obok, krzycząc wniebogłosy.

Błyskawicznie znieruchomiałem, przeanalizowałem sytuację. Już wiedziałem co mam zrobić, jednak miałem jeszcze nadzieję na wyjaśnienia bandyty. I nie pomyliłem się.

― Tylko nie rób gnoju głupot! ― ostrzegł cicho, choć wiedziałem, że wewnątrz trawi go przerażenie i chętnie by pokrzyczał. ― Jeden ruch i synalek udusi się własną krwią!

― Mów! ― szepnąłem zimno.

― Za chwilę zadzwoni do furtki mój brat. Wyłączysz mecenasie alarmy, wpuścisz go, a następnie wydasz całą zawartość schowka pancernego, który znajduje się w twoim zasranym gabineciku. Potem, gdy brat odkrzyknie, że wszystko w porządku, puszczę synalka i... pożegnamy się w przyjaźni. Kapujesz?

Wszystko rozumiałem, z wyjątkiem tego, jak to możliwe, iż w sytuacjach stresowych, choćby w trakcie mojego wypadku sprzed czterech lat, czas tak bardzo zwalnia. Wtedy, wydawało mi się, że cały ten niby film z mojego życia, puszczony mi od chwili, gdy zaczęła na dobre działać dziecięca pamięć, do momentu zderzenia z drzewem, trwa co najmniej kilka godzin. A to przecież tylko ułamek sekundy. Podobnie teraz. Czasu więc miałem aż nadto.

Zdecydowałem więc, że nie strzelę bandziorowi w brzuch, choć wywołałoby to okropne i przede wszystkim zasłużenie długo trwające męczarnie. Nie strzelę też w tchawicę, tuż pod jabłkiem Adama, co pozwoliłoby mnie, i żonie, dłużej delektować się charczeniem, widowiskowym, powolnym dławieniem bandyty litrami własnej krwi, śmiertelną wymiociną. W końcu jestem jego dłużnikiem ― jakby nie było, uratował mi onegdaj życie, i mam w stosunku do niego jakieś tam zobowiązanie honorowe. Uśmiercę go więc ― rewanżując się, niech mu będzie ― błyskawicznie.

Dla porządku dodam, że wszystkie te filmowe sceny, gdy łobuzy grożą zakładnikowi nożem czy bronią palną, a próbujący coś z tym zrobić policjanci rezygnują z konkretnego działania w obawie o życie biednej ofiary, można wrzucić między bajki. Każdy bowiem zawodowiec wie, iż bandzior, postrzelony choćby w nogę, odruchowo rzuca broń, próbując rękoma ochronić miejsce urazu. To odruch fizjologiczny, automatyzm, i nie ma na to silnych. Więc i o syna nie martwiłem się zupełnie.

Strzeliłem tylko raz, niespecjalnie nawet celując. Te niecałe trzy metry odległości to przecież pestka.

Kulka trafiła Małeckiego w sam środek niskiego czółka, tuż nad pokrzywionym nosem. Między świńskie oczka. Symetrycznie, estetycznie, dziurka maleńka. Natychmiast też, bez jednego jęku, zwalił się obok łóżka, i był już odtąd tylko psującą się coraz bardziej bryłą mięsa.

Uniosłem wystraszonego, ogłuszonego wystrzałem Krzysia, utuliłem, i oddałem równie przerażonej matce. Wychodziliśmy z pokoju, gdy zadzwonił domofon. Sygnałem z furtki.

― Spokojnie Basiu ― przytuliłem żonę. ― Jeszcze tylko jedna sprawa i... już.

Podniosłem po chwili słuchawkę:

― Słucham?

― E... jestem bratem Jacka... ― głos w słuchawce był ochrypły od przepicia.

― Zapraszam ― zachęciłem. ― Brat czeka.

Koniec ― 1411

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1284
12
komentarze: 93 | wyświetlenia: 789
12
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1615
12
komentarze: 68 | wyświetlenia: 1012
12
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2041
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1418
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 450
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 818
11
komentarze: 72 | wyświetlenia: 789
11
komentarze: 9 | wyświetlenia: 504
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1523
11
komentarze: 31 | wyświetlenia: 2125
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1023
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





E no ...
Świetne. I jakie sprawiedliwe :-))))

@koriolan: Że sprawiedliwe, do pewnego stopnia, ma się rozumieć - zgadzam się.

Toż to thriller psychologiczny marnujesz się Lechu i to w sytuacji kiedy telewizja cierpi na brak dobrych scenariuszy...))

@seta1212: Oj Jasiu - proponujesz mi wredną robotę na usługach propagandy masowej (takiej, czy innej, gdzie wszystko da się podstępnie wykorzystać), w centrum, w jądrze obłudy i zaprzaństwa? A fe...! Stukrotnie bardziej wolę jakiś skromny kabarecik, gdzie kilka artystek, zdolny reżyser, salki kameralne, publika określona...
I nie kombinujmy ponad to skromne optimum, co by nam się (mnie) tu i ówdzie nie poprzewracało. Ahoj!

Inteligentne....



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska