Login lub e-mail Hasło   

„Szaleniec Boży”

Nazywano go „szalonym Maksiem” czy po prostu wariatem. Nawet jego przełożeni, gdy przedstawiał swoje pomysły, wzruszali ramionami i mówili: to są mrzonki. I r...
Wyświetlenia: 461 Zamieszczono 15/08/2016

 Nazywano go „szalonym Maksiem” czy po prostu wariatem. Nawet jego przełożeni, gdy przedstawiał swoje pomysły, wzruszali ramionami i mówili: to są mrzonki. I rzeczywiście z ludzkiego punktu widzenia podobna aktywność u człowieka, który od dzieciństwa ciężko chorował na płuca i któremu po każdym krwotoku lekarze dawali parę tygodni życia, mogła budzić wątpliwości.
O Maksymilianie Kolbem krążyła taka opowieść: gdy jako dwunastolatek modlił się gorliwie w kościele, objawiła się mu Matka Boża, pokazując dwie korony. Biała symbolizowała świętość, czerwona – męczeństwo. Gdy padło pytanie, którą wybiera, nie wahał się ani chwili. – Obie – odpowiedział.

 

Maksymilian-Kolbe

Drogą św. Franciszka
Ojciec Maksymilian, franciszkanin, a przedtem ksiądz diecezjalny, był wiernym naśladowcą innego szaleńca Bożego – św. Franciszka. „Szaleństwa o. Maksymiliana – pisze jego biograf ks. Jan Pałyga – były jednak przede wszystkim produktem jego wiary, osobowości i zdolności. Późniejszy święty był człowiekiem niezwykle zdolnym, o ściśle analitycznym umyśle […]. Był świetnym obserwatorem tego, co się działo w świecie, tak w dziedzinie myśli, jak i techniki. Niepokoiły go agresywne poczynania ludzi niewierzących względem Kościoła, a także ogromna rzesza tych, którzy nie znali jeszcze Chrystusa. Te dwie sprawy spędzały mu sen z powiek. Na ich właśnie tle przemyśliwał nad tym, jak zdobyć świat dla Chrystusa”.
I tak rodziły się jego marzenia, których źródłem była wiara. W niej należy dopatrywać się genezy jego „szaleństw”. – Jeżeli są to sprawy Boże, jeżeli w nich będzie mi chodziło o Boga – rozumował – to nie ma trudności, których Pan Bóg by nie pokonał. Słabe zdrowie – to tak niewiele. Brak pieniędzy? – to tylko sprawa ufności i cierpliwości. I tych dwóch nigdy mu nie brakowało.
Gdy wybuchła I wojna światowa, a dzieci podzielonego narodu strzelały do siebie na różnych jej frontach, gdy doznał osobistej tragedii, bo jego ojciec został powieszony jako oficer legionowego wywiadu, duchowny modlił się o światło i natchnienie. Otrzymuje je. Razem z sześcioma kolegami założył Rycerstwo Maryi, którego myślą przewodnią było zdobycie świata dla Chrystusa. Członków rycerstwa wciąż przybywało. Dziś na całym świecie jest ich kilkaset tysięcy. Wkrótce powstała drukarnia, która zaczęła drukować wydawanego do dziś „Rycerza Niepokalanej”.

Figurka w szczerym polu
Centrum rycerstwa mieściło, a właściwie nie mieściło się, w skromnej siedzibie oo. franciszkanów w Grodnie, ale o. Maksymilian miał kolejny pomysł. Udał się do księcia Jana Druckiego-Lubeckiego, właściciela pokaźnych dóbr w okolicach Warszawy. Po wysłuchaniu próśb książę zgodził się odstąpić nieodpłatnie o. Maksymilianowi pięć mórg w majątku Teresin. Po obejrzeniu działki o. Maksymilian w szczerym polu postawił figurkę Niepokalanej. Za swoją dobroczynność arystokrata pragnął jedynie – by w jego intencji odprawiano msze wieczyste. Niestety rada prowincjonalna zakonu nie zaakceptowała tego warunku. Książę, się o tym gdy dowiedział, zapytał, co zrobić z figurką postawioną na jego polu. – Niech zostanie na miejscu. Jej przekazaliśmy dar księcia – odpowiedział o. Maksymilian. Wtedy Lubecki zdecydował się oddać parcele bez żadnych zobowiązań.
17 listopada 1927 r. o. Maksymilian odprawił pierwszą mszę św. w prowizorycznej kaplicy. Nie było jeszcze podłogi, jedzenie było bardziej niż skromne, a bracia między sobą szeptali, że takiego ubóstwa nie powstydziłby się nawet sam Biedaczyna z Asyżu.
20 listopada wysiadło na stacji w Szymanowie kilkunastu braci, niosąc na plecach ogromne toboły, a w serach ogromny zapał. Trzy nędzne baraki bez podłóg, szpary w oknach i ścianach. To był początek, ale Niepokalanów rósł. Warunki życia braci były przeraźliwie skromne, ale nie przeszkadzało to rozwojowi nowoczesnej poligrafii także w Niepokalanowie. Wkrótce drukowano tam siedemset tysięcy egzemplarzy „Rycerza Niepokalanej”.

Niepokalana zaradzi
Polska stawała się dla o. Maksymiliana za ciasna. Marzył o misjach w Indiach, Japonii i Chinach. Po aprobatę udał się do siedziby ojca prowincjała. Spytał on: pieniądze ojciec ma? – Nie mam. – Zna ojciec japoński język? – Nie, ale się nauczę. – Czy ma ojciec jakieś oparcie w Japonii? – Nie, ale Niepokalana zaradzi.
24 kwietnia 1930 r. o. Maksymilian wylądował w Nagasaki, a miesiąc po jego przyjeździe ukazał się pierwszy numer „Rycerza Niepokalanej” w języku japońskim. Gdy późniejszy święty przybył do Japonii, do wiary katolickiej przyznawało się tam dwieście osób, gdy po sześciu latach odwołano go do Polski, liczba ta wzrosła do dwóch tysięcy.

Nr 16670
W trzecim roku okupacji niemieckiej dopełnił się jego los. Trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam, mimo że groziło to śmiercią, dzielił się z innymi głodowymi racjami, spowiadał, komunikował.
Pewnego razu z bloku czternastego, w którym zakwaterowany był o. Maksymilian, zbiegł więzień. Według decyzji komendanta obozu dziesięciu więźniów z tego bloku musiało pójść na śmierć głodową. Dziesiątkę odliczono. Wystąpili z szeregów ci, którzy mieli iść do bunkra głodowego. Rozległ się płacz jednego z nich. Był to Franciszek Gajowniczek, sierżant 36. Pułku Piechoty, ojciec trojga dzieci. – Już nigdy nie zobaczę swoich dzieci i żony – zapłakał. I wtedy odezwał się numer 16670 – ja pójdę za niego. – Ktoś ty? – zapytał zastępca komendanta obozu Fritsch. – Ksiądz katolicki – padła odpowiedź.
O. Maksymilian konał długo, ale z modlitwą różańcową na ustach. Na zewnątrz więźniowie słyszeli tę modlitwę, odmawianą nadzwyczaj mocnym głosem. A co najdziwniejsze – zmaltretowany, wyczerpany gruźlicą duchowny żył najdłużej spośród innych skazanych na śmierć głodową.
– Umrzeć z honorem potrafi wielu. Umrzeć za kogoś obcego zdarza się także, chociaż rzadziej – komentuje ksiądz Jan Pałyga. – Zdecydować się na śmierć głodową za innego mógł tylko człowiek, który przerósł samego siebie – człowiek wielkiej wiary i wielkiej miłości, a także żelaznej konsekwencji. Ludzie nie bali się śmierci, tylko strasznych cierpień w głodowym bunkrze – dodaje. Taką decyzję podjął 16670, czyli ojciec Maksymilian Kolbe, „szalony” syn nie mniej „szalonego” ojca św. Franciszka z Asyżu.
10 października 1982 r. Kościół wyniósł Maksymiliana Kolbego na ołtarze.

Podobne artykuły


17
komentarze: 50 | wyświetlenia: 1514
16
komentarze: 71 | wyświetlenia: 1011
16
komentarze: 15 | wyświetlenia: 950
14
komentarze: 32 | wyświetlenia: 890
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 794
13
komentarze: 16 | wyświetlenia: 836
13
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1019
13
komentarze: 75 | wyświetlenia: 1222
13
komentarze: 4 | wyświetlenia: 881
13
komentarze: 4 | wyświetlenia: 674
12
komentarze: 0 | wyświetlenia: 830
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 731
 
Autor
Dodał do zasobów: milord36
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska