Login lub e-mail Hasło   

Haker

Cóż my wiemy o Świecie?
Wyświetlenia: 921 Zamieszczono 24/11/2016

Haker

― Przywieziono pana tutaj w nocy wprost z jeziora?

― Owszem.

― Bez śladu zamoczenia?

― Zgadza się. Policja wodna była na tyle uprzejma, iż pozwolili mi samemu wejść do ich motorówki.

― Ale oni twierdzą, że pan... chodził po wodzie... jak, jak... Na samym środku akwenu, tam, gdzie najgłębiej. Bali się o pana.

― Cóż... Niepotrzebnie.

― Jakim więc... cudem?

― Ech, doktorku! Jeśli pan rzeczywiście chce, mogę wszystko wyjaśnić. Zgrubnie.

― Niech będzie. Mamy czas.

W maleńkim, oświetlonym jedynie małą lampką biurkową gabineciku lekarskim, siedział młody, eufemistycznie mówiąc średnio doświadczony psychiatra, doktor Kania, który załatwił sobie z przychylnym ordynatorem i równie przychylnymi kolegami medykami, te nieustające, nocne dyżury. Jedynie z tego powodu, iż były płatne wyraźnie lepiej, niż dyżury dzienne. A on wziął kredyt mieszkaniowy, który, niestety, niestety, trzeba wraz z żoną spłacać.

Udało mu się przestawić swój zegar biologiczny na tyle skutecznie, by nie odczuwać potrzeby snu do końca zmiany. A ordynator, choć przychylny, był zatwardziałym wrogiem podsypiania na dyżurach, mimo, iż w nocy kompletnie nic się na oddziale nie działo. Pacjenci, napasieni pigułami, spali jak małe dzieci, pielęgniarze, w swoim pokoju, dyskretnie, cichutko, grali w pokera. I tak co noc.

Korzystał więc Kania z kilkunastu w sumie godzin spokoju i dokształcał się intensywnie, wertując z uwagą te wszystkie, znoszone do gabinetu tomiska specjalistycznej literatury, pozyskiwanej ze szpitalnej, trzeba przyznać, dobrze zaopatrzonej biblioteki. Czasem też, w ramach zainteresowań medycznych, prowadził z wybranymi pacjentami dłuższe rozmowy, próbując wyłuskać przypadki niestandardowe, bardziej interesujące. Może nawet nadające się do opisu w przygotowywanej od pół roku dysertacji?

I oto z drugiej strony maleńkiego biurka siedzi taki jeden. Mówi, że nazywa się Stev Kolejny (zapisany w papierach jako Stefan, zamieszkały czasowo, przejazdem, w lokalnym hoteliku), na oko trzydziestka, wzrost średni, szczupły, długie, kruczoczarne włosy, nieogolony. Przywiozła go policja wodna, zgarnąwszy uprzednio ze środka jeziora, po którym przechadzał się swobodnie, popatrując w jaskrawe gwiazdy.

Spokojny i cichy ― nie stawiał oporu, ale bez żadnych dokumentów, dziwnie ubrany w podziurawione jeansy i jakąś płócienną koszulę do kolan... Nie wiedzieli co z nim zrobić, bo trzeźwy i łagodny jak baranek, więc przywieźli do szpitala. Wszak nikt normalny, zdrowy na umyśle, nie chodzi po wodzie? Bo i jak? No... poza jednym takim, ale to dwa tysiące lat temu.

― A więc chodził pan po wodzie ― zachęcił Kania. ― I... jak mam do pana mówić, panie e... Kolejny?

― Może być Kolejny ― wyjaśnił obojętnie Kolejny.

Na szczupłej, nie golonej zapewne od co najmniej tygodnia twarzy pacjenta, pojawiło się coś w rodzaju smutnego uśmiechu. W jego niebieskich oczach niezmiennie grały iskierki, znamionujące inteligencję, połączoną z badawczą uwagą, całkowicie nakierowaną na interlokutora. Mówił ― tak się przynajmniej wydawało ― chętnie, ale i konkretnie zarazem. Bez zbędnych dygresji czy odskoczni.

― Trenowałem, doskonaliłem się ― wyjaśnił.

― W chodzeniu po wodzie? ― doktor Kania nie mógł opanować mimiki, i czuł, iż twarz wykrzywia mu się w bezbrzeżnym, pełnym dramatycznego wyrazu zdumieniu.

― Tak doktorku ― potwierdził Kolejny. ― Lewitację opanowałem już jakiś czas temu.

― A wodę z kranu, panie Kolejny, zamienia pan w dobre wino bez żadnych problemów? ― Kania opanował jakoś mięśnie twarzy, ale wrodzonego sarkazmu nie zamierzał się pozbywać.

― Owszem. To... proste ― przytaknął Kolejny. ― Jednak widzę, że mi pan nie wierzy?

― Nie, nie... to nie tak. ― sumitował się nieprzekonująco Kania. ― To raczej skrzywienie zawodowe... tylu pacjentów muszę wysłuchiwać, tyle przedziwnych, nieprawdopodobnych opowieści.

― Dobrze doktorku. W takim razie zacznę od początku.

― O to właśnie idzie. Bardzo proszę ― Kania usiadł wygodniej.

― A więc ― rozpoczął długowłosy swobodnie, na luzie ― dzięki zamożnej rodzinie w Stanach, ale głównie własnej pracy, mam dwa doktoraty: z fizyki po MIT oraz z informatyki na Harwardzie. Te dziedziny zawsze mnie interesowały, zwłaszcza po pojawieniu się kilku silnie podpartych matematycznie, poważnych teorii, o holograficznej czy raczej informatycznej naturze świata. Jestem też współautorem jednej z nich, kompilacyjnie łączącej dowodnie kilka innych.

― Że... niby żyjemy w czymś w rodzaju oprogramowania komputerowego, sami będąc dość autonomicznymi podprogramami? ― wtrącił Kania skromnie, przygnieciony nieco informacją o statusie naukowym pacjenta. ― Czytałem gdzieś, widziałem...

― Mniej więcej. Tak więc, każdy z nas, zna z dzieciństwa przeróżne bajki i legendy, w których aż roi się od magów, czarnoksiężników, używających przedziwnych zaklęć typu "abrakadabra", potrafiących z ich pomocą wyczarować, zaczarować, odczarować. Tu i ówdzie rzucić klątwę, czynić wręcz cuda.

― No tak ― przyznał Kania.

― Ci czarownicy, magowie, to w istocie zalogowani w Systemie Użytkownicy, znający skądś hasła dostępowe do przeróżnych opcji, funkcji i fragmentów Programu. Im który zna ich więcej, im który bardziej orientuje się w Całości, tym lepszy i więcej może.

― I co? ― Kania powoli tracił zainteresowanie tym, o czym mówił Kolejny, ponoć utytułowany pacjent. Brzmiało to bowiem skrajnie niewiarygodnie i podpadało pod jedną z setek przedziwnych opowieści, których nasłuchał się już tyle od pacjentów.

― Jestem jednym z aktualnie dwóch żyjących Użytkowników ― pochwalił się Kolejny. ― A ponieważ mam teoretyczne podstawy i praktykę informatyczną, mogę wejść w system znacznie głębiej niż inni.

― Inaczej mówiąc, panie Kolejny, jesteś pan... hakerem? I magiem nad magami? ― stwierdził sucho doktor Kania, ledwie opanowując ziewanie, choć spać mu się nie chciało.

― Tak ― zwięźle i beznamiętnie przytaknął Kolejny.

― I jest to magia biała? A może czarna?

― Magia. Po prostu ― skrzywił się Kolejny, dotknięty zdaje się do żywego sarkazmem doktora. ― Jeżeli nudzę pana, mogę nic nie mówić.

― Nie nudzi mnie pan, ale... ― Kania nie lubił niedomówień i zdecydował się wyłuszczyć delikwentowi jego sytuację. ― Jeżeli nie przekona mnie pan do swojej hm... historyjki, to... to jako lekarz opiniujący, mam pełne prawo uziemić pana w tym zakładzie na przynajmniej... miesiąc. W celu pogłębionej obserwacji psychiatrycznej. Takie przepisy. Pojmuje pan?

Kolejny pokiwał głową z politowaniem; czy to nad przepisami, czy raczej nad ich literalnym stosowaniem przez nadgorliwego, urzędującego tu beznamiętnie medyka.

― Cóż... pojmuję niestety. Proszę pytać.

― A... nie! ― uśmiechnął się szeroko Kania. ― To pan ma wykazać maksimum dobrej woli i mówić sam z siebie. Możliwie jednak zwięźle, logicznie, zgodnie z prawdą. To żelazne zasady hm... psychiatryczne.

Zapadła wymowna cisza. Stojący w rogu pokoju starodawny zegar wahadłowy z ogromnym cyferblatem, teraz zaksięgowany inwentarzowo majątek szpitalny, pozostałość po zmarłym dawno dyrektorze, wybił dźwięcznie pierwszą. W nocy.

― No dobrze ― stwierdził Kolejny, jawnie już przymuszony obowiązującą tu procedurą. ― Co cesarskie, cesarzowi...

― Znam, znam ― Kania rzeczywiście znał ten biblijny cytat. Jak zresztą wszyscy chyba. ― A więc?

― No cóż... ― zaczął widocznie pogodzony z koniecznością Kolejny. ― Jako już czteroletni chłopak nauczyłem się czytać, i do upojenia, aż do dorosłości, lubowałem się w przeróżnych bajkach, legendach, klechdach, podaniach. Specjalnie fascynowali mnie egzystujący tam magowie, czarnoksiężnicy, czarodzieje, a zwłaszcza ich tajemne zaklęcia. Dzięki znajomości sztuki magicznej, tej ogromnej, nieogarnionej wiedzy, mogli wszystko. Stwarzać dowolne byty, posługiwać się nimi, niszczyć, burzyć, przemieniać. Nie obowiązywały ich żadne prawa fizyki – mogli latać wbrew grawitacji, znikać, pojawiać się niespodziewanie, przechodzić przez mury, widzieć zdalnie, znać przyszłość. Rzecz jasna, po użyciu stosownego zaklęcia. Hasła!

― Jak to w bajkach ― filozoficznie stwierdził Kania.

― Owszem, lecz połączywszy te pojawiające się od tysiącleci przecież przekazy z coraz bardziej naukowo, fizycznie dziś widoczną naturą rzeczywistości, polegającą na jej... plastyczności i podatności dostosowawczej do naszych potrzeb, oczywistej choćby w zasadzie antropicznej, warunkującej wręcz nasze istnienie...

― Znam te przedziwne teorie – przerwał Kania niegrzecznie. ― To przecież czyste spekulacje, wymysły!

Kolejny pokręcił obrośniętą głową z dezaprobatą:

― Czy ja deprecjonuję pańską wiedzę medyczną, praktykę psychiatryczną? Nie znam się na tym zupełnie, więc...

― No... tego by jeszcze brakowało.

― Więc czemu pan lekceważy to, o czym mówię tu jako znany i cytowany fizyk, fachowiec, badacz wreszcie?

Kania przymknął się na chwilę, uznając w duchu, iż dziwny pacjent faktycznie może mieć rację. Przynajmniej z logicznego punktu widzenia.

― Przepraszam. Proszę kontynuować.

Tym skromnym słówkiem rozbroił Kolejnego całkowicie. Większość bowiem, zwłaszcza ludzi odrobinę lepiej wykształconych niż pozostali, pełniących przy tym jakąś funkcję mającą wpływ na życie innych, nie jest skłonna przyznawać się tak wprost do własnych błędów, potknięć, nawet tych ewidentnych. I paradoksalnie, będąc w powiedzmy interlokutorskim kontakcie z kimś wyżej postawionym w hierarchii zawodowej, dajmy na to typowa relacja: ordynator ― dyżurny lekarz, ten drugi zawsze będzie przytakiwał szefowi, lekceważąc, gwałcąc często swoją wiedzę, święte, jak najsłuszniejsze zasady, obiektywną rację. Nawet wobec oczywistych bzdur, wygadywanych przez owego przełożonego. I nie jest to tylko zwykły, zachowawczy konformizm, wyuczony ewolucyjnie odruch. To coś znacznie głębszego, gorszego przy tym. Działanie na zasadzie: wet, za wet. Wobec szefa jestem nikim, więc i mój podległy mi jakoś rozmówca, też takim musi być wobec mnie. Rodzaj rekompensaty.

A tu proszę: szeregowy lekarz w relacji z ubezwłasnowolnionym praktycznie pacjentem, i takie ekspiacyjne, delikatne „przepraszam”. Rzadkość nad rzadkości.

― Nie szkodzi ― uśmiechnął się więc Kolejny szczerze.

― Tak proszę pana ― ciągnął dalej swoją opowieść ― połączyłem te dwie rzeczy: plastyczność świata, przynajmniej na poziomie kwantowym, czyli, jakby nie było, podstawowym, oraz czarnoksięskie mity, czy przekazy bajkowe.

Już tylko to zestawienie, daje obraz skłaniający do myślenia, lecz łącząc to jeszcze z ostatnimi, teoretycznymi ciągle ustaleniami na temat natury rzeczywistości, oraz dogłębną wiedzą informatyczno ― lingwistyczną, otrzymujemy spójny, logiczny i... zaskakujący szkielet, konstrukt Całości. Jako... Wszechogarniającego Systemu Informatycznego, działającego w ustalonych szkicowo ramach ogólnych, jednak w oparciu o tryliony wzajemnych, lokalnych sprzężeń porządkujących, wiążących w Całość ten nieogarniony i niewątpliwie Skonstruowany, czy raczej będący w trakcie konstruowania i samokonstruowania, samouzgadniania, Świat Danych. Na bazie niematerialnych zresztą pól i falowań, gdyż materia „twarda” nie istnieje.

― Fascynujące! ― trochę wbrew zasadom, szczerze tym razem wtrącił Kania.

― Otóż to! A ponieważ poszczególne, proste dość podprogramy, czyli niektórzy ludzie powiedzmy, zdolne są do przekraczania, łamania osobniczych barier i zapór informatycznych ― mogą, korzystając z zazwyczaj nieuświadamianych zasobów systemowych, przyswajać i zmieniać przez to coraz to większe obszary ― w konsekwencji możliwy jest rozwój i wnikanie w coraz głębsze pokłady Systemu. By nagle ktoś, jak ja znający zasady funkcjonowania wszystkich, jakie by nie były, systemów, sztucznych, czy naturalnych, mógł z opisanych przez tysiąclecia „zaklęć ― haseł”, wyodrębnić pewne prawidłowości i zasady semantyczne, lingwistyczne, sprawdzić je w praktyce, rozwinąć i rozbudować, by stopniowo począć badać głębiej „zaszyte” fragmenty Kodu oraz jego języka. I to jest mój przypadek. Pozostali, wcześniejsi, nie znający zasad cybernetyki, mogli posiąść część tej wiedzy przypadkowo, empirycznie. Lub w inny, bardziej tajemniczy sposób. Niemniej zdolne umysły. Niewątpliwie.

Lekarz dyżurny Kania orientował się w informatyce nie bardziej, niż większość szarych użytkowników komputerów ― na tyle jedynie, by w miarę efektywnie używać ich do codziennej pracy. Jednak dzięki pewnemu oczytaniu „poza zawodowemu”, był w stanie ocenić to, co właśnie usłyszał. I oceniał to wysoko, w tym sensie, iż mógł łatwo wyobrazić sobie konsekwencje takiego funkcjonowania Świata. O ile, oczywiście, byłaby to tzw. „prawdziwa Prawda”.

― Chryste! ― zakrzyknął cicho, dziwiąc się po trosze swojej reakcji. ― Może pan robić... cuda?

Kolejny uśmiechnął się.

― Nie ma czegoś takiego, jak cud. To ewentualnie tylko fachowa, precyzyjna ingerencja w jedno, wybrane miejsce działającego właśnie Kodu. Z konieczności i dla ostrożności chwilowa tylko.

― Może w takim razie... jakaś maleńka... demonstracja? Z pańskiej strony?

Niesamowity pacjent skrzywił się lekko:

― Wie pan... niechętnie, ale... no cóż... Ilu aktualnie ma pan pacjentów na oddziale?

― Jedenastu mężczyzn. Wszyscy śpią.

― Dobrze. Proszę słuchać. To tylko niewinny żarcik.

Kolejny przymknął na chwilę oczy i cichutko, powoli, wymamrotał jakieś zdanie w niepojętym języku. Jakby zmagał się z wylatującą właśnie sztuczną szczęką. Po sekundzie, spoza drzwi i ścian, dzielących ich od sal szpitalnych, dał się słyszeć gromki, radosny śpiew:

― „Sto lat, sto lat, niech żyje doktor nam!...”

Równo, rytmicznie i całkiem poprawnie muzycznie. Jak dobrze naoliwiony chórek męski.

I znów, jakby nic, nastała nocna cisza. W pokoju obok, w dyżurce sanitariuszy, podniósł się rumor, a sądząc z odgłosów, trzech czuwających pielęgniarzy pobiegło do sal sprawdzić, co się dzieje. Po minucie ktoś zapukał do drzwi.

― Proszę! ― odezwał się Kania.

Wszedł ubrany na zielono pielęgniarz.

― Panie Darku, słyszał pan?

― Tak. Co to było?

― No właśnie nie wiem. Sprawdziliśmy ich... śpią cholery.

― Wszyscy?

― Tak.

― Dobrze. Może nam się zdawało...

― Nie sądzę...

― Dobrze, dobrze. Idźcie do siebie.

Pielęgniarz wyszedł.

Lekarz dyżurny Kania zdębiał. Zatkało go formalnie na dłuższą chwilę. Nie wiedział co powiedzieć, i tylko kręcił głową, wpatrując się w uśmiechającego się łagodnie Kolejnego.

― Jak pan to zrobił? ― wyksztusił wreszcie.

― Mówiłem już doktorku. Wystarczy dokładnie poznać semantykę, składnię języka Kodu, znaleźć właściwe miejsce i umiejętnie, precyzyjnie zaingerować ― tłumaczył spokojnie Kolejny. ― System jest na tyle elastyczny, iż przyjmuje nowe „wpisy”, czy „polecenia”, o ile są formalnie poprawne, w zasadzie w każdej formie. Tekst mówiony, pisany, czy nawet tylko pomyślany. W końcu wszelkie działania, nawet tylko wyobrażone, w nim się odbywają. Kilka zaledwie osób w historii ludzkości poznało wystarczająco biegle tę tajemnicę ― stąd ci wszyscy znani prorocy, cudotwórcy, czy kilku innych, mniej wprawionych, acz także potrafiących to i owo. To jednak potężna wiedza i bez teoretycznych, fizyczno ― informatycznych podstaw, niemożliwa do znaczącego opanowania.

― Jestem zaskoczony i zdumiony ― przyznał Kania. ― W głowie kłębią mi się tysiące pytań... tyle można by zrobić dobrego...

― Owszem. Pracuję nad tym, gdyż na razie, mogę wpłynąć jedynie na jednostki czy małą grupę. Jeżeli chcę uczynić coś... dziwnego, to tylko w małej skali. Daleko mi powiedzmy do... Jezusa. I to też jest dla mnie niejasne ― skąd takie ograniczenia?

― Może trzeba być... Bogiem?

― Zapewne. Lub choćby tylko Współtwórcą Systemu.

― Żyjemy, istniejemy w tajemniczym, komplikującym się z każdą chwilą świecie ― skonstatował nieoczekiwanie zachwycony Kania. ― Aż dreszcze przechodzą.

― Owszem. I to jest piękne doktorku. Są jednak hm... inteligentne siły, istnienia czy osoby, którym nie bardzo się to wszystko podoba, które również posiadając pewną w tym względzie wiedzę, próbują rujnować, co i rusz wkładać kij w szprychy. To jak... gra! O wysokie stawki!

― Też mi się tak wydaje ― przyznał Kania. ― A ponieważ ja stoję, zawsze stałem, po... pańskiej stronie, nie będę już wypytywał. To nie na moją, skołataną głowę, tu trzeba całego życia zaangażowania, nauki, ogromnej pracy. I przede wszystkim nie mam już zamiaru pana tu przetrzymywać, panie Kolejny. A nazwisko pańskie... czyżby...

― Ależ nie. Nie jestem i nie zamierzam być żadnym... następnym prorokiem ― uśmiechnął się skromnie Kolejny. ― To... przypadek. Dziękuję za rozmowę. Wracam do hotelu i życzę szczęścia.

― To ja dziękuję. W każdym razie proszę uważać z tym chodzeniem po wodzie. Policja czasem nadgorliwa.

 

  • ●●●●●●●●●●●●●●●●●

 

Rano, w trakcie obchodu, okazało się, iż wszyscy pacjenci mają zdrowe, lśniące zęby, jednoręki obie ręce, niewidomy od urodzenia sokoli wzrok. Są też intelektualnie sprawni, bez śladów przypadłości psychiatrycznych. Wieczorem, wiecznie dyżurny lekarz Kania, otrzymał z banku formalne zawiadomienie, iż w wyniku przeprowadzanego corocznie losowania, ma całkowicie spłacony kredyt i nie zalega już z żadnymi opłatami.

Znakomity doktor kwantowy, finezyjny informatyk Kolejny, opuścił maleńki hotelik i udał się w nieznane. Uczyć się czynić dobro na skalę masową.

 Koniec.

1611

Podobne artykuły


25
komentarze: 65 | wyświetlenia: 1696
24
komentarze: 18 | wyświetlenia: 1509
21
komentarze: 32 | wyświetlenia: 552
21
komentarze: 43 | wyświetlenia: 1445
19
komentarze: 23 | wyświetlenia: 966
19
komentarze: 71 | wyświetlenia: 1804
18
komentarze: 38 | wyświetlenia: 1164
18
komentarze: 18 | wyświetlenia: 522
18
komentarze: 2 | wyświetlenia: 656
18
komentarze: 22 | wyświetlenia: 1501
17
komentarze: 23 | wyświetlenia: 498
17
komentarze: 47 | wyświetlenia: 1079
17
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1173
16
komentarze: 9 | wyświetlenia: 923
16
komentarze: 18 | wyświetlenia: 1167
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  Henear,  24/11/2016

Cholera, prześwietne.

  golesz,  24/11/2016

@Henear:
I dlatego "cholera". Rozumieć, podziękować.

  liwa,  24/11/2016

Zaje*biste!

  greenway,  24/11/2016

Znakomite. Jakże by mi się przydał kontakt do tego cudotwórcy. ;-))

  golesz,  24/11/2016

@greenway, @liwa:
Dzięki.
Jeszcze kilkadziesiąt lat, i takich "cudotwórców" będzie na pęczki. Dyplomowanych, po doktoratach. O ile "inteligentne siły" nie będą szybsze, a Konstruktor zaspany.

@golesz: Tylko że, wtedy system zacznie się wieszać podobnie jak windows, pod naporem koncertów życzeń :)))))

  golesz,  25/11/2016

@Mariusz Kajstura:
Windows to nie System. To katastrofa! Zwłaszcza powyżej WIN7.

@golesz: Jak ma działać system ( uporządkowany zbiór programów ) pisanych w wysokowydajnych językach programowania, pod zachcianki klienta ( królika doświadczalnego Microsoftu ) ??
Windows właściwie nigdy nie miał stabilnego jądra :)

  golesz,  25/11/2016

@Mariusz Kajstura:
Nie jestem informatykiem, ale dobry system powinien być stabilny jak beton, a przy tym elastyczny, jak najszerzej modyfikowalny i przyjazny dla wszystkich dających się pomyśleć Użytkowników. Bo to On, Użytkownik, jest tu najważniejszy, to On stawia i realizuje poprzez System swoje indywidualne, często skrajnie dziwne Cele. Tak sądzę. Dlatego Twórca(y) Systemu musi być co najmniej Geniuszem.

@golesz: Z tą wielozadaniowością i wielowątkowością są największe problemy. :( Niestety zasoby przeznaczone do obsługi przerwań są ograniczone i trzeba z nich korzystać umiejętnie z pełnym szacunkiem dla osi czasu ;)
Informatyk nie ma pojęcia o naturze przerwań, a co dopiero użytkownik :) Za to analizując rejestry, można wiele się dowiedzieć o naturze użytkownika ;)
Ps. Też nie jeste ...  wyświetl więcej

@Mariusz Kajstura:
Dlatego też hipotetyczny (ja sądzę, że jak najbardziej realny) Konstruktor Systemu(ów), swobodnie panuje nad Czasem jako takim. I Przestrzenią. Czymkolwiek są. Einsteinowska Czasoprzestrzeń to tylko opisanie powierzchni, którą jesteśmy w stanie jako tako zrozumieć, obserwować, mierzyć. Pod nią (wg np: Bohm-a), całe oceany Ukrytego i Zasadniczego. Jądro, Istota!
A S ...  wyświetl więcej

@golesz: Użytkownik w systemie staje się jednym z jego programów, jeśli nie mieści się w przydzielonych ramach, wtedy spada jego priorytet w systemie :) Przydzielanie coraz większych kompetencji temu co je marnuje lub z nich korzysta w sposób szkodliwy, jest drogą do katastrofy ...
Umiejętność korzystania z czasoprzestrzeni, to taka umiejętność korzystania z posiadanych pomieszczeń ;)

@golesz: Dobry system nie może marnować zasobów energetycznych :)

  katha,  25/11/2016

@golesz: Polecam Linux.

http://www.linux.pl/

  golesz,  25/11/2016

@katha: Linux-y jeszcze gorsze!

  katha,  25/11/2016

@golesz: wcale tak nie uważam, mam go zainstalowanego w moim komputerze i świetnie się sprawdza. Windows przy nim to pikuś.

@katha:
Tak? W takim razie dlaczego w żadnej dystrybucji Linuxa które ćwiczyłem, nie mogę wywalić tych brzydkich ikon po lewej stronie ekranu (komputer, kosz, programy, itd.) i pozostawić tylko napisów? A w XP mogę (prawie)? To drobny szczegół, ale Linuxy są dla mnie słabo "ustawialne", gdy idzie o interfejs. A w ogóle wolę czytać niż kontemplować setkami te same ikonki przy różnych plikach ...  wyświetl więcej

@golesz: Ja przeszedłem z Protela na KiCada https://pl.wikipedia.org/wiki/KiCad ... kwestia przełamania nawyków :) , zawsze można przejść na Maca i kupić Macintosha :))) W Debianie robię z ikonkami co chce, kwestia zapoznania się z obsługą Linuksa :) Oczywiście to spory dyskomfort zmieniać system do którego się przywykło, sam tego nie lubię i dlate ...  wyświetl więcej

  katha,  25/11/2016

@golesz: skoro miałeś styczność z Linuksem i nie jesteś zadowolony po prostu mamy inne oczekiwania i wymagania co do swoich komputerów. Mój służy dla mnie w moim domu, chociaż nie spędzam przed nim dużo czasu to cały czas się uczę nowych rzeczy. Informatyki uczyłam się niewiele ale po instalacji tego programu sama mogę naprawiać mniejsze i poważniejsze błędy. I najważniejsze, nie zawiesza się.

@Mariusz Kajstura:
?Umiejętność korzystania z czasoprzestrzeni, to taka umiejętność korzystania z posiadanych pomieszczeń ;) " hahaahahahahhaha może pokusisz się o rozłożenie na czynniki pierwsze teorii Alberta ?

  zzosia,  25/11/2016

Niezmiernie intrygujące, ciekawe, pomysłowe :)) Z wielką przyjemnością przeczytane....:))

  golesz,  25/11/2016

@zzosia:
Z równą przyjemnością dzięki.

  kolo,  25/11/2016

Deser intelektualny, pyszny.

@kolo:
Dzięki. Zastanawiam się co w przyszłości zaserwować jako danie główne.

Urokliwe. Co myślisz o działalności gospodarczej wróżbita Leszek- Porady w zakresie czyli nie ma spraw niemożliwych...))

@seta1212:
Gospodarczo to ja już się nadziałałem. Z fatalnymi dla mnie skutkami. Za cholerę nie mam zmysłu do interesów, podatków, formularzy, przepisów, itp.. Bezsens i okropieństwo!

  swistak  (www),  26/11/2016

@golesz: Bóg ma nieskończone poczucie humoru, by jak w "dniu świstaka" każdemu indywidualnie serwować wirtualny hologram jak komputerową grę, w której modlitwą trzeba ocalić wszystkie dusze, włącznie z Luckiem jako wisienką na torcie chwały. Bóg dziś na koniec czasu objawia, że nasza dusza to wszechświat Miłości mogący pomieścić Jego Stworzenie. Pozdrowienia!

zazwyczaj autor podpisuje się pod tekstem... i co tu sądzić 1611 ? r ? kogo ocenić ?

@Dyl Sowizdrzał: ... czegoś się nawcinał że tak długo trzyma ?
https://www.youtube.com/watch?(...)DLKjeUU

@Mariusz Kajstura:
.............
Był niegdyś mości Kajstura na uczcie...
uczcie... zakrapianej suto
wśród znamienitych takich osóbek,
zabrakło tylko Miki i Pluto

Wino się lało morzem strumieni,
każdemu nochal już się czerwieni
Lecz Marian znany jako maruda,
czepnął się dziewki chudego uda

Sądził, że z brodą to oberżysta

...  wyświetl więcej

@Dyl Sowizdrzał: https://www.youtube.com/watch?(...)uzF_ezM
... strasznie pierdzisz, nie jedz tyle fasoli bo cie jelito rozboli.
Wybacz ale nie bywam na imprezach opisywanych w twych alkoholowych wypocinach nadających się na papier toaletowy :) Kiepskie te twoje projekcje :(

papierem do tyłka zwiesz Eiobę ? ... przecież widzisz pajacu ,że czytasz z ekranu ...
a nagrania z twojego rodzinnego gniazdka domowego ,które tu wciskasz, jak tobie matka kasze z podłogi w dzieciństwie, ... zaprezentuj najpierw najbliższym z familii uposledzonym znajomkom. klajst-rura, bedzie mi podsyłał linki jak matka go uczyła wode w sraczu spuszczać , stośkogłowy turkuć, teraz jak jego ...  wyświetl więcej

@Dyl Sowizdrzał:
Po pierwsze, człowiek inteligentny z reguły wie gdzie się chodzi z rozwolnieniem.
Po drugie, wie że po opróżnieniu należy spłukać smród jaki zostawił po swojej popisówce, w której prócz smrodu treści nie uświadczy :(
Po za tym "Kurwa, a mialem jalowych polemik z debilami nie prowadzić, tylko szydzić z głupoty... "
Ktoś kto próbuje obrażać innych swoimi ...  wyświetl więcej

rób pogięta istoto, podać ci najbliższy adres psiej juchy w stolnicy, koło ciebie? ojciec też w ub, czy w ormo robił ? czy chcesz coś wyłapać z rozmowy... jaki mój "rozmówca" taka i jej treść , a raczej jej brak. Jesteś takim debilem z demencją , że już nie pamiętasz, że sam mnie zaczepiłeś ? czy ja prosiłem sie na siłę, żebyś przesyłal w moim kierunku swoje prywatno publiczne filmiki po tym jak s ...  wyświetl więcej

@Dyl Sowizdrzał:
http://eiba.pl/2
http://www.eioba.pl/paula
http://eiba.pl/wcgq9
Dowodów chamstwa jakie reprezentujesz nazbiera się więcej, hejterku :)
Teraz pożyjemy to zobaczymy :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2016 grupa EIOBA. Wrocław, Polska