Login lub e-mail Hasło   

Wywiad z długoletnim emigrantem do Niemiec Zbigniewem

Zbigniew, po 23 latach pobytu w Niemczech zjechałeś z Dortmundu do Polski. Chciałbym abyś opowiedział mi o pobycie w Niemczech w formie wywiadu rzeki
Wyświetlenia: 564 Zamieszczono 25/02/2017

Zbigniew, jeżeli się zgadzasz, to zaczynamy: Miałeś dobrą, satysfakcjonującą pracę, samodzielne mieszkanie, rodzinę, dzieci, dlaczego to ci nie wystarczało, dlaczego chciałeś uciec z Polski?  - Na pewno nie ze względu na pieniądze. Nigdy nie byłem typem fightera. Przeciwko całej obłudzie komuny, zagłosowałem po prostu nogami, bo słowo „wolność”, nigdy nie było dla mnie pustym frazesem. W ciągu całego życia dużo dla niej poświęciłem i nadal to robię.

Jak to się stało, że i dlaczego uciekłeś właśnie do Niemiec Zachodnich, a nie np.: do Szwecji, czy Wielkiej Brytanii?  - We wrześniu 1986 r pojechałem na dwudniową wycieczkę do Szwecji, z zamiarem pozostania na Zachodzie. Na miejscu w Malmo, dowiedziałem się, że nie ma żadnej możliwości zostania w Szwecji na dłużej. Jedyną szansę pozostania na zachodzie stwarzała Republika Federalna Niemiec, ale nie miałem wizy, ani pieniędzy na kolejną wycieczkę, tym razem do Niemiec. W podobnej do mnie sytuacji, znalazło się jeszcze dwóch przygodnych znajomych z wycieczki. Nawiązaliśmy kontakt z mieszkańcem Szwecji, który akurat wybierał się samochodem do Niemiec. Problem był tylko z nielegalnym przekroczeniem granicy RFN w Travemunde, ponieważ granica była silnie strzeżona, z uwagi na zamachy terrorystyczne dokonywane przez RAF. Jednak, udało nam się znaleźć przysłowiową „dziurę w płocie” w porcie w Travemunde. Przekraczając granicę w ten sposób wiele ryzykowaliśmy, bo niemieccy pogranicznicy, byli w tym czasie bardzo zdeterminowani.               

Jak cię przyjęto na ziemi niemieckiej, jakie były twoje pierwsze wrażenia? - Pierwszy kontakt z ziemią niemiecką, nawiązaliśmy, leżąc „dosłownie” na polu kapusty, nasłuchując czy nie padają ewentualne strzały z broni palnej, czy pozostaliśmy niezauważeni. Odczekaliśmy, leżąc pół godziny, po czym dotarliśmy do autostrady. Autostopem dojechaliśmy do Braunschweigu, gdzie zgłosiliśmy się do ratusza. Tam załatwiono nam nocleg. Następnego dnia mieliśmy załatwiać wszystkie formalności pobytowe. Sposób, w jaki nas przyjmowano, wzbudził jednak nasze obiekcje. Ponieważ naszym pierwotnym celem była Kolonia, więc podziękowaliśmy i wsiedliśmy do pociągu do Kolonii. Na zakup biletów, pieniędzy nam już niestety nie wystarczyło, więc cichaczem przemieszczaliśmy się miedzy wagonami. Jednak konduktor okazał się profesjonalistą i w końcu nas namierzył i dopadł. Musieliśmy wydawać mu się mocno podejrzani, bo na następnej stacji czekała już na nas, nawet nie policja, ale grenzschuetz. Ponieważ zatrzymanie było już daleko od granicy, wewnątrz terytorium Niemiec, nie odesłano nas do Szwecji, tylko pozwolono nam rozpocząć procedurę azylową. Wiązało się to z krótkimi pobytami w różnych ośrodkach dla uchodźców, po czym w końcu wylądowaliśmy w Dortmundzie w ośrodku, który przypominał budynek mieszkalny, wielorodzinny,

Jak wyglądały pierwsze miesiące twojego pobytu w Niemczech, gdzie mieszkałeś, jak się utrzymywałeś? - Budynek, w którym mieszkaliśmy, znajdował się na skraju dużego, nowego osiedla mieszkaniowego, mieszkaliśmy w dwuosobowych, wygodnych pokojach ze wspólną kuchnią. Otrzymywaliśmy regularny, standardowy zasiłek pieniężny, który w zupełności wystarczał na utrzymanie. Posiłki przygotowaliśmy samodzielnie. Oprócz tęsknoty, mocno doskwierał nam, zarówno kategoryczny zakaz pracy, jak i opuszczania granic skądinąd dużego miasta. Poza tym, perspektywy naszego stałego pobytu, były znikome. Jedynym realnym rozwiązaniem, była dalsza emigracja. Powrót do kraju, w moim przypadku, nie wchodził w rachubę, lecz w naszej małej społeczności stosunkowo szybko, nastąpiła polaryzacja na tych, co przyjechali „za chlebem” i po dorobieniu się „za wszelką cenę” chcieli wrócić i na tych, którzy chcieli żyć w normalnym świecie. Jakie były twoje szanse na pozostanie w Niemczech.

Czy miałeś szansę na pracę? – W tym miejscu trzeba rozróżnić dwie grupy imigrantów na terenie Niemiec Zachodnich. Pierwszą, była grupa Polaków, tzw. „spóźnionych przesiedleńców”, korzystająca z całej gamy przywilejów takich jak niemieckie obywatelstwo, odszkodowania za mienie pozostawione w Polsce, automatyczne uznawanie zawodu, pierwszeństwo przyjęcia do pracy, kursy językowe. Druga to, my „szaraki”, obcokrajowcy, z których część udała się na dalszą emigrację, reszta zostawała zmuszana do powrotu w taki, czy inny sposób. Niektórzy sami się do tego przyczynili, nie wytrzymując presji pokus „wielkiego świata”, inni padli ofiarą szerokiej gamy sztuczek administracyjnych. Żeby zostać, trzeba było uzyskać indywidualne pozwolenie na pracę, którego uzyskanie przy 20 procentowej skali bezrobocia i zerowej uznawalności zawodów „szaraków”, graniczyło z cudem. I w moim przypadku cud się zdarzył, co prawda kosztowało mnie to dużo zachodu. Pracowałem dorywczo, nielegalnie i suma summarum, mój dochód był praktycznie wyższy od dochodu współpracowników. Podkreślałem przy tym, że nie jestem winien tej sytuacji (brak pozwolenia na pracę) i pryncypał, człowiek rzetelny, mocno osadzony w środowisku, nie wytrzymał psychicznie tej „niesprawiedliwości”, i korzystając ze swoich możliwości załatwił mi upragnione pozwolenie na pracę, które dawało mi praktycznie prawo pobytu.

Jak w tym czasie znosiłeś rozłąkę z rodziną? - W 1987 r., weszły w życie ułatwienia odnośnie wyjazdów zagranicznych (w ramach łączenia rodzin) i zdarzył się kolejny cud, żona z moimi małymi synkami przyjechała do mnie. Wcześniej, mając zapewnioną pracę i prawo pobytu wynająłem samodzielne mieszkanie, gdyż skutkiem restrukturyzacji kopalń i hut, w Dortmundzie, było dużo wolnych mieszkań i mogłem otrzymać skromne, samodzielne mieszkanie. Wigilię w 1987 r., spędziliśmy już wspólnie.

Jak wam się wiodło w Niemczech, po przyjeździe rodziny? - Pomimo przyjazdu żony z dziećmi, nasza sytuacja pobytowa, była dalej niepewna, prawo pobytu, mieliśmy przedłużane warunkowo, co pół roku. W tej niepewności żyliśmy jeszcze przez wiele lat. Dlatego mając poszukiwane zawody, zdecydowaliśmy się na złożenie aplikacji na dalszą emigrację do Kanady, pomimo wyraźnego sprzeciwu żony. W międzyczasie odwiedziła nas moja mama, która niechętnie zgodziła się na przyjazd do Dortmundu, do Niemiec. Mama musiała stoczyć ze sobą wewnętrzną walkę, żeby przezwyciężyć wojenną traumę. Jej rodzina z uwagi na działalność konspiracyjną była prześladowana, zaś ona sama przeszła gehennę Powstania Warszawskiego w sierpniu i wrześniu 1944 r. i późniejszych przymusowych obozów pracy. Zdecydowała się, dlatego, że spotkała w czasie wojny też dobrych Niemców, którzy dwukrotnie pomogli jej w ucieczce. Mama, podobnie jak żona, była przeciwna naszej dalszej emigracji, z uwagi na wyczuwalną odwilż polityczną w Polsce.

Czy po wyjeździe do Niemiec, interesowałeś się tym, co dzieje się w ojczyźnie? - Co za pytanie,   to że mieszkaliśmy w Niemczech nie znaczy, że nie byliśmy Polakami. Jednym z pierwszych moich zakupów (wówczas bardzo kosztownych, była antena satelitarna, która umożliwiała dostęp do bieżących informacji z Polski. Brałem też udział w pracach polskich organizacji w Dortmundzie, w manifestacjach anty PRL-owskich przed konsulatem w Koloni i ambasadą w Bonn. Zwieńczeniem naszej działalności był spontaniczny udział około 100 osób w 10-cio dniowym protestacyjnym strajku głodowym, na terenie Polskiego Domu Katolickiego na Evingu w Dortmundzie w 1988 r. Schudłem wtedy ponad 10 kg. Przeżycia związane ze strajkiem głodowym, i te pamiętne pół godziny na polu kapusty (po nielegalnym przekroczeniu granicy), spowodowały że w imię szczytnych wartości, nauczyłem się panować nad instynktem samozachowawczym.

Co zadecydowało, że nie wyjechaliście dalej, jak większość polskich rodzin? - Taki dalszy wyjazd, wiązał się z ponownym zaczynaniem wszystkiego od nowa, nowy język, nowa kultura, niepewny byt. Póki nikt, nas jeszcze bezpośrednio do tego nie zmuszał, woleliśmy tego uniknąć, zwłaszcza, że żona w końcu znalazła dobrą pracę w swoim wyuczonym zawodzie. Tym razem podejrzewając, że nasz limit cudów już się wyczerpał, nie pozostawiłem nic przypadkowi. Przełamałem perfekcjonistyczne opory żony i strach przed nieznanymi i nowymi wyzwaniami. Wziąłem ją za „frak” i zaprowadziłem do działu personalnego kliniki w Dortmundzie.

Jak odnosili się do was niemieccy sąsiedzi, współpracownicy? – Z początku sąsiedzi odnosili się z dużą rezerwą, lub poprawną uprzejmością, która w miarę naszych postępów językowych, a co za tym idzie poprawą naszych zdolności komunikacyjnych i nie omijaniu trudnych tematów, powoli topniała. Przez następne kilka lat wynajmowaliśmy mieszkanie w nowym budynku, gdzie wszyscy sąsiedzi żyli jak jedna duża rodzina. Nigdy przedtem, ani później nie spotkałem się z taką sąsiedzką komitywą i życzliwością. W późniejszych miejscach zamieszkania, spotykaliśmy się też niestety z nieukrywaną wrogością, głównie u starszego pokolenia. W pracy musieliśmy świecić oczami, za stereotyp Polaka złodzieja, oszusta i lenia. Niemcy byli niesamowicie dumni, wręcz obnosili się ze swoją „tolerancją” w stosunku do nas. Na nawiązanie szczerych, przyjacielskich stosunków z współpracownikami, nie można było liczyć. Jeżeli chodzi o dzieci, to były pozbawione tego całego bagażu doświadczeń. Nawiązali dziecięce przyjaźnie, które trwają do dzisiaj. Mieli też szczęście trafić na doskonałego pedagoga, który wywarł na nich pozytywny wpływ na całe życie.

Jak odebraliście, zmiany ustrojowe w Polsce? - Z początku z niedowierzaniem. Szukaliśmy podwójnego dna (Magdalenka, układy około Okrągłego stołu), zastanawiałem się, jaka będzie cena tej ugody i kto za nią zapłaci. W altruizm dotychczasowych władz zbytnio nie wierzyłem. Z drugiej strony, zdawałem sobie sprawę, że to jest początek bardzo długiej drogi, genetycznej operacji na „Homo Sovietikusie”. Jednak cieszyłem się też ze wszystkimi, szczególnie, gdy upadł berliński mur, który zwiastował upadek komunizmu. No i wreszcie miałem szansę odwiedzić ojczyznę.

W 1990 r. po raz pierwszy od wyjazdu z Polski, przyjechałeś do ojczyzny z dziećmi na urlop. Jakie odniosłeś pierwsze wrażenia? - Przyjechaliśmy do Szczecina pociągiem. Po czterech latach nieobecności w Polsce, dopiero zrozumiałem, dlaczego nasz papież wysiadając z samolotu całował ojczystą ziemię. Kraj znajdował się w administracyjnym chaosie, który potęgowali nowi przypadkowi urzędnicy. Wyrabiając nowy dowód osobisty, zażądano ode mnie, potwierdzenia autentyczności mojego zdjęcia, które osobiście oddawałem (sic!). Szczecin sprawiał wrażenie, miasta tętniącego życiem, zamiast milicji była policja, a polski orzeł odzyskał szlachetne nakrycie głowy, czyli koronę. Wszystkie szczecińskie zakłady przemysłowe, wzdłuż Odry produkowały pełną parą, nabrzeża portowe były zapełnione cumującymi statkami. Czuło się radość z odzyskanej wolności i nadzieję na przyszłość. Po wyjściu z kantoru wymiany walut, zostałem od razu złotówkowym multimilionerem, na zakupy trzeba było chodzić z kalkulatorem, bo ceny były astronomiczne. I chociaż nie było wielkiego wyboru towaru, nie obowiązywały już kartki, za to kwitł handel kartonowy. Międzynarodowym centralnym punktem handlu o charakterze imprezy masowej, był stadion Pogoni, gdzie regularnie spotykali się mieszkańcy Szczecina i okolic z najbardziej egzotycznymi handlarzami z Azji. To było dla mieszkańców Szczecina coś nowego. Po zmianach ustrojowych w Polsce, przyczyna waszej emigracji właściwie przestała istnieć. Jak wpłynęło to na wasze dalsze plany? - Stało się to dosyć nagle, nikt się tego nie spodziewał. W tym czasie synowie kontynuowali naukę, oboje z żoną pracowaliśmy. Pomału zaczęliśmy przygotowywać się do powrotu do kraju. Często odwiedzaliśmy Szczecin, kupiliśmy mieszkanie. Jednak w łonie rodziny, wraz z dorastaniem dzieci rosła silna opozycja, na czele z żoną, która nie wyobrażała sobie powrotu do Polski. Tymczasowym kompromisem była rezygnacja z dalszej emigracji, za wielką wodę i urlopy w Polsce. Pokazywałem dzieciom wszystkie najpiękniejsze zakątki kraju, od Mazur po Tatry i próbowałem zaszczepić w nich bakcyla turystyki wodnej. Miałem cichą nadzieję, że pomoże mi to w przełamaniu opozycji na powrót z emigracji.

Jak wyglądały Niemcy, po upadku muru berlińskiego? - W Niemczech Wschodnich po zdjęciu ”komunistycznego kagańca”, odsłoniły się tendencje nacjonalistyczne, które praktycznie zniweczyły niebotyczne szanse inwestycyjne kapitału światowego i innych państw Unii Europejskiej. Tym samym doprowadziło to, po zjednoczeniu, do niesamowitego obciążenia budżetu Niemiec na wiele lat i odpływu najlepszych pracowników z Niemiec Wschodnich do Niemiec Zachodnich. Natomiast ci mieszkańcy Niemiec Zachodnich, którzy nie chcieli się pogodzić ze znacznym spadkiem standardu życia, spowodowanym wysokimi kosztami zjednoczenia, nierzadko decydowali się na emigrację.

Czy potwierdzała się w Niemczech, opinia o słabej wydajności pracy Polaków? - Nie potwierdziła się. Okazuje się, że polski pracownik przy dobrze zorganizowanej pracy, potrafi być bardzo kreatywny, mocno zmotywowany i wydajny, z czego niemieccy pracodawcy doskonale sobie zdają sprawę. Czasami są problemy z podporządkowaniem się (narodowa cecha Polaków), dyscypliną (np.: wykonywaniem syzyfowej pracy), jednak Polacy do pracy są chętnie przyjmowani, bo suma summarum, są dobrymi pracownikami.

Więc, nie miałeś problemów ze stałą pracą? - Nie miałem, mimo fatalnej miejscowej koniektury, wynikającej z likwidacji dużych gałęzi przemysłu ciężkiego i nie najlepszych zarobków. Chociaż, w niektórych okresach, lepiej mi się opłacało pobierać zasiłek dla bezrobotnych.

Czy niemieccy pracodawcy traktują równo pod względem wynagrodzeń Polaków i Niemców?  - Jeżeli chodzi o sektor państwowy, to tak, natomiast sektor prywatnym rządzi się swoimi prawami. W dużych zakładach jest jeszcze podobnie jak w sektorze państwowym, natomiast w mniejszych zakładach, w których pracę znajdowała większość Polaków, Polacy praktycznie zarabiali dużo mniej od Niemców, z reguły przy większej wydajności pracy. Być może, dlatego, że w Niemczech panuje opinia, że Polska, tak jak przed laty, jest nadal tanim krajem i nie przyjmują argumentów o porównywalnych cenach i kosztach utrzymania.

Czy korzystaliście z dóbr kulturalnych i turystycznych Niemiec i Zachodniej Europy? - Chociaż panowała wtedy opinia o Polaku dusigroszu , nie oszczędzaliśmy na wyprawach turystycznych i krajoznawczych, dużo podróżowaliśmy, dużo zwiedzaliśmy, nie omijaliśmy muzeów, sal koncertowych. Jednocześnie przez kilka lat dzierżawiliśmy parcelę w marinie w Nunspeet (Holandia), nad zalewem, gdzie uprawialiśmy sporty wodne.

A co z zakupami dóbr materialnych? - Z Polski wynieśliśmy traumę głodu mieszkaniowego (20-letnie okresy oczekiwania na samodzielne mieszkanie), stąd decyzja pracy w Polsce w zakładzie i na stanowisku, który zabezpieczał mieszkanie służbowe w miarę przewidywalnym okresie. Z tego względu nawet wbrew rachunkowi ekonomicznemu inwestowaliśmy w mieszkania i w Polsce i w Niemczech. Niemcy prowadziły politykę pro mieszkaniową. W naszym wypadku spłatę oprocentowania kredytu mieszkaniowego praktycznie przejął urząd skarbowy.

Po ilu latach od zamieszkania w Niemczech otrzymaliście obywatelstwo Niemieckie? - Nie występowaliśmy o obywatelstwo niemieckie, dopóki Polska nie wstąpiła do Unii Europejskiej, gdyż w naszym wypadku wiązałoby się to z koniecznością rezygnacji z obywatelstwa polskiego. Po wstąpieniu Polski do Unii dokładnie przestudiowałem prawo niemieckie, dotyczące podwójnego obywatelstwa i wyjątki stosowane wobec obywateli Unii Europejskiej i natychmiast jako człowiek pogranicza z nich skorzystałem. Po uzyskaniu obywatelstwa (po 19-tu latach), problemy egzystencjalne zeszły na dalszy plan, a życie stało się o wiele łatwiejsze.

Czy dla uzyskania obywatelstwa musieliście się wykazać jakimiś umiejętnościami, np.: językiem, znajomością historii Niemiec itp.? - Po prostu urzędnik przepytał nas ze znajomości języka niemieckiego, w formie urzędowej rozmowy, musieliśmy się też wykazać kilkuletnim pobytem w Niemczech.

Do jakich szkół posłaliście dzieci? - W każdej dzielnicy Dortmundu, były w szkołach klasy tzw. niemiecko-śląskie, gdzie dzieci uczyły się także po polsku. Jednak my mieszkaliśmy niedaleko niemieckiej szkoły, dlatego poszedłem do dyrektora i poprosiłem go aby przyjęli starszego syna do tej szkoły. Dyrektor szkoły najpierw się opierał (słaba znajomość niemieckiego przez syna), jednak po przeprowadzeniu synowi testu z matematyki, zgodził się go przyjąć do szkoły, otwierając tym samym drogę młodszemu synowi.

Czy w Polsce, też zakupiliście jakąś bazę mieszkaniową? - Ponieważ w tamtych latach nieźle się nam powodziło w Dortmundzie, pomyśleliśmy też o zakupie bazy mieszkalnej w Szczecinie, najpierw kupiliśmy mieszkanie własnościowe na Osiedlu Bukowym, następnie ćwiartkę domu na ul. Cedrowej, później jeszcze parcelę do zabudowy rekreacyjnej nad Ińskiem. Nasi synowie wyrobili sobie w Polsce patenty żeglarskie i nurków.

Jaki jest twój zawód, twoje hobby?, czy mogłeś w Niemczech je uprawiać? - Jestem elektrykiem, a właściwie automatykiem, moje hobby to historia i sporty wodne. W Niemczech nie miałem możliwości uprawiać swoich hobby, tylko na urlopach w Holandii oddawaliśmy się sportom wodnym.

Dlaczego, pomimo ponad 20-letniego pobytu w Niemczech, nie zaprosiłeś swojej siostry do odwiedzenia was w Dortmundzie? - Bo po czasie okazało się, że nie miałem nic do powiedzenia w naszym domu, w którym rządziła niepodzielnie żona. Ona miała stałą pracę, ja pracowałem dorywczo, więc nawet dzieci uznawały jej autorytet, a wszystkie większe wydatki żona blokowała. Gdy ja zaproponowałem, aby kupić w jej rodzinnych okolicach 200 hektarów ziemi, która wtedy kosztowała 120 marek za hektar, żona nie wyraziła zgody. Dzisiaj ta ziemia ma 200 procentową przebitkę w cenie. Gdy chciałem kupić okazyjnie w USA jacht pełnomorski, żona zablokowała tę transakcję.

A jednak wiem, że w końcu kupiłeś jacht pełnomorski? - W kwietniu 2006 r. kupiłem bez wiedzy rodziny (zaciągając 3000 euro pożyczki) jacht pełnomorski, a właściwie kadłub jachtu, bez silnika, masztu, żagli, steru, wyposażenia wewnętrznego i zewnętrznego z dziurą w wewnętrznym kadłubie po zerwaniu kila (kil naprawił poprzedni właściciel), bez dokumentacji i dokumentów. Jacht przewiozłem do Polski, do Szczecina Zdrojów i postawiłem w ogródku przydomowym, aby czekał aż znajdę czas i pieniądze na jego remont.

Co zdecydowało o twoim powrocie do Polski: śmierć rodziców, czy chęć wyzwolenia się i remontu stojącego w ogródku od lat jachtu? - W moich założeniach, zawsze był planowany powrót do Polski z rodziną. Jednak żona zwodziła mnie, i dzieci nie chciały już wracać. Czułem się w rodzinie i w Niemczech coraz bardziej wyobcowany. Emigracja, to jest właściwie banicja na własne życzenie. Cześć ludzi potrafi z tym żyć, część, tak jak ja nie potrafi. Po kolejnej kłótni z żoną i dziećmi, wróciłem do Polski, tylko z tym co zapakowałem do samochodu. Wróciłem do Polski bez pieniędzy (bo w Niemczech żyliśmy właściwie na bieżąco, nic nie odkładaliśmy), skłócony z żoną i dorosłymi już dziećmi.

Jak radziłeś sobie po powrocie do Polski, czy znalazłeś w Polsce pracę? - W Polsce, musiałem praktycznie zaczynać wszystko od nowa. Na szczęście byłem zapobiegliwy i już wcześniej złożyłem papiery na licencję taxi. Otrzymanie licencji złożyło się jakoś w czasie z moim powrotem. To pozwoliło mi przetrwać najtrudniejszy okres (kolega przez dwa lata po wydaleniu z Niemiec pił), chociaż zarobki na taxi na moim wyeksploatowanym samochodzie (nowy zabrała żona), wystarczyły tylko na skromne przeżycie i ponowną powolną asymilację w Polsce.

Czy dochody z pracy w Polsce wystarczały ci na życie i kontynuowanie twojego hobby?  - Niestety dochody z pracy taksówkarza, nie wystarczały na bieżącą eksploatacje wysłużonego samochodu, normalne, nawet skromniejsze życie, dlatego poszedłem na etat w przemyśle. 8 godzinny dzień pracy w porównaniu z wielogodzinną jazdą na taxi, wydawał mi się urlopem, mogłem wreszcie zrobić dokumentację naprawy jachtu pełnomorskiego (na remont już nie wystarczyło). Tym bardziej, że w międzyczasie zadłużyłem się (wziąłem pożyczki) na procesy z małżonką. Dlatego musiałem pomyśleć o pracy za granicą. Mając poszukiwany zawód, i dysponując dobrą znajomością języka, bez problemu znalazłem pracę za zachodnią granicą i szybko uzdrowiłem swoją sytuacją finansową.

Jak unormowałeś swoje życie, czy dogadałeś się z rodziną w sprawie podziału majątku? - Doprowadziłem do rozwodu, bez orzekania o winie (dorosłe dzieci), ale spraw majątkowych nie uregulowaliśmy do dzisiaj. Składniki naszego majątku, według byłej małżonki są niepodzielne, chociaż 10 lat wcześniej mieliśmy podpisany podział majątku, który został przez żonę zgłoszony jako dowód w sprawie rozwodowej i w ten sposób nabrał mocy prawnej.

Czy utrzymujesz kontakt z dziećmi w Niemczech, po rozwodzie z żoną, a oni z Tobą? - Po wyjeździe z Niemiec i rozwodzie z żoną, stosunki z dziećmi mocno się skomplikowały, ale w międzyczasie zaczęli funkcjonować samodzielnie w Niemczech. Przez to stali się bardziej obiektywni i szczególnie po urodzinach wnuka, mój status dziadka jest uznawany.

Jak radzą sobie twoje dorosłe dzieci w Niemczech, czy synowie przyjeżdżają jeszcze do Polski?  - Dzieci radzą sobie w Niemczech świetnie, mają intratne posady, nie muszą pracować fizycznie. Do Polski przyjechali dopiero niedawno, po kilku latach, aby wnuk poznał „dziadka”. I chociaż synowie urodzili się w Polsce, ich ojczyzną są już Niemcy i do Polski na stałe, już na pewno nie wrócą.

Kim jesteś, kim się czujesz, dlaczego pracujesz w Niemczech a mieszkasz w Polsce? - Jestem Polakiem, chociaż pracuję w Niemczech, bo tam lepiej mi płacą i mam lepsze warunki pracy. Pozwala mi to, na tzw. rotacyjną pracę, tzn. po intensywnej pracy na przykład przez dwa lata, mogę sobie zrobić rok „urlopu”, aby remontować mój jacht i wreszcie nim wypłynąć.

Czas na moje tytułowe pytanie: dlaczego wróciłeś? - Tak już jest, że pierwsze pokolenie na emigracji, to pokolenie stracone, wykonujące najcięższe, niechciane prace, nie potrafiące się pozbyć obcego akcentu, traktowane nieufnie przez tubylców. Dopiero ich dzieci uczone w tamtejszych szkołach, mają język bez akcentu, nie mają kompleksu obcości, nawiązują dziecięce i młodzieńcze przyjaźnie, czują się jak u siebie. Moja rodzina ma nową ojczyznę, tylko ja czuję się najswobodniej w Polsce. Moim miejscem na ziemi jest Szczecin i Polska.

Podobne artykuły


19
komentarze: 44 | wyświetlenia: 1677
15
komentarze: 14 | wyświetlenia: 1884
15
komentarze: 16 | wyświetlenia: 989
15
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1949
14
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1064
14
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1750
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1139
14
komentarze: 16 | wyświetlenia: 889
13
komentarze: 23 | wyświetlenia: 1142
13
komentarze: 0 | wyświetlenia: 853
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Piszesz autorze: "Dotychczas pisałem w MM Moje Miasto: 350 artykułów - 500 tys. odsłon, interia360.pl i Interia.pl: 280 art/galerii - 700 tys. odsłon, wiadomościach24.pl: 696 artykułów - 1500 tys. odsłon, co daje średnią ok. 2 tys. odsłon na art/galerię."

Jeszcze Polska nie zginęła . Jak dobrze mieć świadomość, że mamy tak urodziwą, uzdolnioną i skromną młodzież. A swoją drogą czekamy na te bombowe arty. Te dotychczasowe 36 arty i 2350 odsłon w sumie to chyba tylko rozgrzewka.

Ten artykuł uzyskał 7188 odsłon w wiadomościach24.pl i 5696 odsłon w interia360.pl. Razem 12884 odsłony!.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska