Login lub e-mail Hasło   

Gdańsk - Miasto, które zmieniło bieg historii (2)

Byliśmy dziećmi z jednej klasy, albo z jednego podwórka, a poza tym właściwie sami nie wiedzieliśmy, skąd jesteśmy.
Wyświetlenia: 427 Zamieszczono 26/05/2017

.

Gdańsk - Miasto, które zmieniło bieg historii (2)

.

Część pierwsza: >>> Miasto, które zmieniło bieg historii

...

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ukrywano przed nami, dziećmi, bardzo wiele spraw z niedawnej przeszłości. Nie tylko oficjalnie w szkole i w mass mediach (nie używano wtedy tego słowa), ale także w rodzinach, głównie „dla naszego dobra”.

Prawie każdy miał coś do ukrycia. W mojej rodzinie ukrywano przeszłość AKowską. Dziadek był oficerem AK. Zginął w Powstaniu Warszawskim. O tym się mówiło. Zresztą informacje o nim ukazywały się w literaturze. Akowcy, którzy zginęli podczas okupacji niemieckiej, nie byli groźni dla reżimu lat sześćdziesiątych. Mój ojciec też był w AK, ale na ten temat prawie nigdy nie wspominał. Inni też mieli co ukrywać. Swoje żydowskie pochodzenie, albo służbę w Wehrmachcie. Obywatele Wolnego Miasta byli powoływani do Wehrmachtu. Ktoś mógł walczyć pod Lenino, ale po przeciwnej stronie frontu. Pochodzeniem arystokratycznym, a nawet szlacheckim, też bezpieczniej było się nie chwalić. Tak przynajmniej powszechnie uważano. O tym, co robili rodzice w okresie stalinizmu „lepiej było dzieciom nie mówić”.

My byliśmy dziećmi z jednej klasy, albo z jednego podwórka, a poza tym właściwie sami nie wiedzieliśmy, skąd jesteśmy. Jeżeli, to co nieco o sobie, a bardzo mało o kolegach.

Tymczasem, nie byliśmy znikąd.

Nie tylko spalone domy utworzyły pustynię gruzów. Zniknęli także ludzie, którzy tu zamieszkiwali do 1945 roku. Nie wszyscy, bo część została. Na ich miejsce przybyli przesiedleńcy z terenów, które Polska utraciła po wojnie.

Do Gdańska przybywali głównie przesiedleńcy z Wileńszczyzny, ale nie tylko. Poza przesiedleńcami przeprowadzali się do Gdańska ludzie z centralnej Polski, w poszukiwaniu pracy, albo na studia. Tak właśnie z centralnej Polski, niezależnie od siebie, przybyli do Gdańska moi rodzice i tu się poznali.

Były to grupy, które bardzo od siebie się różniły. O każdej z nich trzeba napisać osobno.

Między grupą obywateli Wolnego Miasta, którzy zostali w Gdańsku po wojnie, a przesiedleńcami z Kresów Wschodnich występuje pewna symetria. Obu grup dotyczą pytania: - Kto wyjechał, a kto został, i dlaczego?

Zacznijmy od tych, którzy zostali w Gdańsku.

Nawet hitlerowskie statystyki pokazywały, że około 10% ludności Gdańska to Polacy. Podczas wojny wielu było prześladowanych. Działacze Polonii zostali wymordowani.

Większość tych, którzy czuli się Polakami, po wojnie została. Mimo tragicznej sytuacji miasta, mogli mieć powody do radości. Zostali wyzwoleni od strachu przed hitlerowskim terrorem. Liczyli na to, że teraz, to oni będą sprawować władzę w swoim mieście. Wkrótce bardzo się rozczarowali. Byli słabo wykształceni, słabo mówili po polsku. Znowu byli mniejszością. Miasto wkrótce zostało zdominowane przez ludność napływową. Wielu ze starych Gdańszczan ponownie poczuło się obywatelami drugiej kategorii.

Zostali w Gdańsku także niektórzy Niemcy i ludzie niepewni swojej przynależności narodowej. Dlaczego? I w jaki sposób? Wielu Niemców było dwujęzycznych. Wielu mogło się wykazać posiadaniem polskich przodków. Tu zawsze było pogranicze. Jeżeli nie byli hitlerowskimi aktywistami i chcieli zostać, mogli postarać się o polskie obywatelstwo. Były także mieszane polsko- niemieckie małżeństwa.

Wyjazd do Niemiec nie był tym, czym stał się 30 lat później. Niemcy były zniszczone i rozbite, panował głód i nędza. Tutaj było gdzie mieszkać (nie wszystkie dzielnice zostały zniszczone jak Starówka). Nie było głodu. Względy ekonomiczne skłaniały do tego, aby zostać.

Gdy wprowadziliśmy się do mieszkania na nowej Starówce, to nad nami mieszkali Niemcy, mama tak o nich mówiła. Wyjechali do Niemiec na stałe, chyba w 1956 roku. Nazywali się Majewscy – takie typowo niemieckie nazwisko.

Być może wśród Niemców, co zostali, byli także tacy, którzy liczyli na nową wojnę. Mogła ona znowu zmienić sytuację. Wśród przesiedleńców z Kresów, których nazywano, repatriantami z pewnością tacy byli. Sam się z nimi spotykałem.

Przesiedleńcy, repatrianci, może trafniejszym jest określenie, uciekinierzy z Kresów Wschodnich, stanowili podstawową grupę nowych mieszkańców.

Część Polaków została na Kresach. Tam miał już być Związek Radziecki. Polacy wiedzieli, czym to grozi. Poznali sowiecką okupację w 1939, 40, 41 roku. Inteligencja nie miała czego szukać w ZSRR, podobnie burżuazja większa i mniejsza. Nawet chłopi i robotnicy mieli powody do obawy przed wywózkami, terrorem i nędzą. Względy ekonomiczne przemawiały za wyjazdem. Istniała szansa, że Polska będzie różniła się od radzieckich republik.

Po wojnie nastał okres szabru, czyli rozkradania poniemieckiego mienia i wojna domowa, zwana później „walką o umacnianie socjalizmu”. Potem okres stalinowskiego terroru.

Moja rodzina nie szabrowała, nie brała udziału w wojnie domowej i nie była represjonowana.

Za Gomułki, informacje na temat pierwszego powojennego okresu, nie były całkowicie tajne. Później były wyciszane. Poza tym informacje cenzurowane przez komunistów, dla ogromnej części społeczeństwa były niewiarygodne. Nawet dla dzieci ze szkoły podstawowej.

Przewrotu październikowego nie pamiętam. Miałem 5 lat. Nic do mnie nie dotarło.

Pewne polityczne informacje zaczęły do mnie dochodzić w roku 1958. Zostałem wtedy uczniem pierwszej klasy szkoły podstawowej.

W elementarzu, z którego się uczyliśmy (był to popularny przez dziesięciolecia elementarz Falskiego), na końcu znajdowała się dodatkowa strona, poświęcona pogrzebowi Bieruta.

Przeczytałem elementarz z wyprzedzeniem. Zapytałem się starszych, i usłyszałem kilka niepochlebnych zdań na temat komunistycznego dyktatora. W szkole oczywiście tej strony nie przerabialiśmy, była już bardzo zdezaktualizowana, a z następnych wydań elementarza usunięta.

Innym ważnym wydarzeniem (w sumie także politycznym), które pamiętam z wczesnego dzieciństwa, był start pierwszego sputnika. Początek ery kosmicznej.

W USA wywołało to wielkie zaniepokojenie, ponieważ był to dowód na to, że Związek Radziecki jest w posiadaniu rakiet, które mogą przenosić głowice nuklearne na terytorium Stanów Zjednoczonych.

U nas start pierwszego sputnika, a potem kolejnych radzieckich i amerykańskich, odbierany był wyłącznie w kategoriach osiągnięcia naukowo- technicznego. O militarnym znaczeniu kosmosu zaczęto mówić kilka lat później.

Panował niesłychany optymizm odnośnie możliwości rozwoju techniki. W pierwszej klasie szkoły podstawowej pani wychowawczyni dała nam zadanie - narysować, jak świat będzie wyglądał w roku 2000. Podpowiadała, że należy namalować niezwykłe pojazdy latające, ruchome chodniki, wakacje na innych planetach itp. A myśmy rysowali to, co pani kazała.

Super optymistyczne poglądy pojawiały się wszędzie, w prasie, w literaturze, w telewizji. Sygnowane były przez pisarzy, polityków, naukowców, (także najwybitniejszych ). W latach 80-tych miały być kolonizowane planety Układu Słonecznego. Wkrótce po tym rakiety fotonowe polecieć do gwiazd z prędkością światła.

Miała nastąpić nowa era termojądrowa, niektórzy nie wykluczali nawet podróży w czasie. To wszystko ze śmiertelną powagą.

Na razie, przez całe lata sześćdziesiąte, trwał amerykańsko – radziecki wyścig w kosmosie. Celem, jak się wkrótce okazało, było lądowanie ludzi na Księżycu.

Początkowo Związek Radziecki prowadził w tym wyścigu. Pierwszym kosmonautą był Rosjanin Gagarin.

W końcu na Księżycu pierwsi wylądowali Amerykanie. Rosjanie nie wylądowali tam do dzisiaj.

Transmisję z lądowania na Księżycu oglądałem przez całą noc w telewizorze, na którym praktycznie prawie nic nie było widać. To było wielkie wydarzenie, które poruszyło cały świat.

Już wtedy zadawałem sobie pytanie: czy to koniec? Czy początek? Byłem zdania, że raczej koniec, ale nie spodziewałem się, że po kilku lotach Apollo, do końca XX wieku nikt na Księżycu nie wyląduje.

Niedługo przed lądowaniem na Księżycu, powstała piosenka kabaretowa śpiewana przez Jana Pietrzaka pt. „Za trzydzieści parę lat, jak dobrze pójdzie”. Treść była taka, że w 2000 roku nic specjalnie się nie zmieni, tylko my będziemy starsi i będziemy wspominać cudowne lata sześćdziesiąte.

Pod wpływem tej piosenki doszedłem do wniosku, że propaganda naukowo – techniczna, to jeszcze jeden sposób robienia ludziom wody z mózgu.

Zmieniłem swoje poglądy. Poprzednio wierzyłem w tę propagandę. Stałem się sceptykiem i stąd pytanie: - czy lądowanie na Księżycu to koniec czy początek?

.

Adam Jezierski

.

Podobne artykuły


27
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1994
21
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1566
20
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1463
18
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1740
17
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1415
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1376
7
komentarze: 0 | wyświetlenia: 569
23
komentarze: 16 | wyświetlenia: 32520
22
komentarze: 16 | wyświetlenia: 7546
21
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1737
13
komentarze: 14 | wyświetlenia: 7631
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1198
 
Autor
Artykuł



Litości... Historia, to przeszłość! Nikt i nic nie może zmienić przeszłości!
11 lat mieszkałem w Gdańsku i lubię tam wracać, ale bez jaj... Każda "teraźniejszość" staje się w mgnieniu oka "historią" i nic tego nie zmieni, bo wszechświat nie ma "kopii zapasowej", ale "logi" ma... i to jest Historia ;D

@lewin44w2k14:
1) Historia to historia a przeszłość to przeszłość.
2) Przeszłości zmienić nie można.
3) Historię można zmieniać jak najbardziej.
I zmienia się historię "na okrągło".



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska