Login lub e-mail Hasło   

Reset selektywny

Zaległy, stareńki remanent, jednak mimo obszerności może komuś przypadnie do gustu?
Wyświetlenia: 170 Zamieszczono 30/06/2017

Nierozwiązywalny w swej naturze dylemat nieskutecznego (?) samobójcy; czy następująca „po” rzeczywistość jest prawdziwą, czy tylko jego prywatnym, wymarzonym i nareszcie, choć tylko „wirtualnie” zrealizowanym „po tamtej” stronie, cudownym światem? Całość, po ukończeniu, bogata w akcję, wydarzenia ― wymusza refleksje nad kondycją tej naszej pokręconej, paranoidalnej rzeczywistości.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

 

Reset selektywny

 

Po pół godzinie uważnego wędrowania w głąb rzadkiego lasu znalazł wreszcie odpowiednią sosnę. Nie było to łatwe, zwłaszcza w okolicach Kowala, gdzie od lat wschodnie wiatry znosiły znad Płocka tony jakiegoś białego świństwa chemicznego. Skutkiem tego, większość drzew to szare, rachityczne i mizerne patyczki o cieniutkich, poskręcanych kończynach. Mnożące się bezkarnie szkodniki też robią swoje.

To wyjątkowe drzewo było pewnie jednym z ostatnich, jak on, mohikaninów, genetycznych samotników leśnych. Solidny, prosty pień, trzy grube, długie gałęzie wyrosłe na właściwej, sporej wysokości i zdrowe, zieloniutkie igły bujnej korony. Wokół tego względnego giganta panoszyło się gęste mrowie mizernego, wrażego plebsu, z zarastającymi wszystko wokół drobnymi krzaczkami nieokreślonego gatunku.

Rozejrzał się czujnie i wstrzymując oddech, przystanął. Nasłuchiwał. Gdzieś, daleko, słychać było szum samochodów, pędzących asfaltową, ważną kiedyś, w dalszym ciągu popularną jednak drogą. Poza tym cisza i przedpołudniowy, upalny w ten sierpniowy poniedziałek spokój. Jedna część narodu dogorywała w pracy, druga odsypiała pewnie niedzielne, ostro zakrapiane balangi urlopowe, a trzecia kręciła się bezradnie po kraju w poszukiwaniu jakiegoś możliwie łatwego i rzecz jasna obfitego zarobku. Był to chyba jeden z niewielu momentów, gdy las, mimo straszliwego upału, mógł odetchnąć jako tako w ciszy od tej ludzkiej, skłóconej i beznadziejnej szarańczy.

Zdjął ostrożnie pocerowany, rozsypujący się prawie plecak i usiadł przy drzewie. Ściółka była tak wyschła, że zatrzeszczała głośno pod jego ciężarem. Odpiął guziki i wyjął barwiony na zielono, dziesięciometrowy sznur, zwinięty teraz porządnie i opakowany w torbę foliową. Miał z nim ostatnio trochę problemów. Marta, znalazłszy go przypadkowo w oborze, koniecznie chciała wiedzieć do czego ma służyć. Nie żeby coś podejrzewała, ale uparła się, by go zarekwirować do suszenia bielizny. Chłopcy owszem, brudzili się mocno, szczególnie Jacek, który, mimo, że trochę mniej pracował w polu ze względu na książkowe zainteresowania, wracał wieczorem do domu uświniony jak nieboskie stworzenie. Nie było tego prania dużo, w końcu latem nie nosi się tylu rzeczy, co w innych porach roku, jednak żona już zaplanowała sobie nowe miejsce na strychu. Cóż ― kupi sobie inny za odszkodowanie. Miał taką nadzieję.

Rozwinął sznur i przywiązał do niego znaleziony kawałek grubej, uschłej gałęzi. Rozbujał ten prostujący linkę ciężar i próbował go przerzucić ponad wybranym konarem sosny, jednak suchy patyk był za lekki, więc po kilku próbach dał temu spokój. Rozglądnął się wokół po brudnożółtym poszyciu, lecz nie znalazł żadnego kamienia. Trudno ― i tak trzeba będzie wejść. Zwinął ponownie sznur i przełożył go przez bark tak, jak to robi doświadczony alpinista, taszcząc na swoich przemarzniętych plecach dziesiątki zwojów mocnej liny. Objął pień drzewa i spojrzał w górę. No... nie będzie łatwo. Przymierzył się prawą nogą i podciągnąwszy resztę ciała przywarł do wyschłej kory. Wisiał tak przez kilka sekund, po czym dość zgrabnie dotarł w pobliże właściwej gałęzi. Jednak pewnych umiejętności z dzieciństwa nie zapomina się.

Usiadł okrakiem na gałęzi, po czym podnosząc się ostrożnie na rękach, przesunął całe swoje marne ciało o jakieś dwa metry od pnia. Zdjął z siebie linkę i okręcił ją dwukrotnie wokół konara. Zawiązał supeł, a następnie spuścił wolny jej koniec w dół, tak, że ten, spadłszy swobodnie na ziemię, ułożył się zgrabnie wokół sosny. Nie było źle. Znając długość sznura ocenił wysokość gałęzi na jakieś osiem metrów. To w zupełności wystarczy żeby zabezpieczyć się przed głodnymi lisami czy rysiami. Pomacał się jeszcze dla pewności po kieszeni koszuli i zaklął. Cholera jasna, zostawił list w plecaku na dole. Rad nie rad, musiał zejść, co jak się okazało było trudniejsze niż wejście. Odbił się od pnia gdzieś na wysokości trzech metrów i zeskoczył wprost na wyszarzały plecak. O mało nie skręcił nogi i ponownie zaklął. Cały czas funkcjonował bez zarzutu jego niezmierzony pech, jego skrajna nieporadność życiowa, która w końcu zaprowadziła go pod tę dorodną sosnę. Trudno ― nie ma już o czym mówić.

Wyjął z przygniecionego plecaka niebieską, tandetną kopertę złożoną na pół i włożył ją do kieszonki koszuli. Zobaczył, że podczas wspinaczki oberwał dwa dolne guziki, ale oczywiście machnął na to ręką. Ponownie wszedł na gałąź. Odpoczął chwilę i przesunął się na rękach do miejsca gdzie zwisała linka. Podciągnął metrowy mniej więcej odcinek, okręcił ciasno wokół szyi i zawiązał solidny, podwójny węzeł. Niespodziewanie zrobiło mu się przeraźliwie zimno, więc rozejrzał się wokół zaskoczony. Nie, nic się nie zmieniło. Słońce stało już wysoko na bezchmurnym niebie a w lesie panowała bezwietrzna, upalna cisza. Spojrzał w dół i zobaczył pod drzewem swój lewy, dziurawy trampek, który widocznie spadł mu z nogi przed chwilą.

Westchnął cicho i odruchowo nabrawszy powietrza, jakby miał się za chwilę zanurzyć w nieznaną głębię wodną, niezgrabnie skoczył z gałęzi. Poczuł straszliwe szarpnięcie i wtedy cały ten pokręcony, nieprzyjazny świat, eksplodował w oślepiającym, czerwonym błysku. Usłyszał straszliwy huk, po czym nagle, w jednym bezczasowym momencie, zobaczył swoje żałosne, zasrane życie.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Urodził się pamiętnego marca sześćdziesiątego ósmego i rzecz jasna niczego z tamtych wydarzeń nie pamięta. Pierwsze, świadomie przeżywane fakty polityczne to dopiero masowy fenomen siedemdziesiątego, ale to później, w podobno szczytowym momencie fizycznych możliwości dwunastoletniego, dojrzewającego szybko i wbrew okolicznościom, organizmu.

Był ledwie odratowanym, mizernym wcześniakiem. Owocem zatuszowanego przez wszechmocne władze brutalnego gwałtu, popełnionego na jego matce przez dwóch pijanych bydlaków, żołnierzy bratniej, krasnej armii. Matka, drobna kobieta borykająca się samotnie z życiem wdowa, gospodarowała resztkami sił w obrębie dwuhektarowego, zabiedzonego gospodarstwa, wychowując jak umiała jego starszego o cztery lata brata. Weseli, koszmarnie pijani ruscy, uczestniczyli w jakichś bzdurnych manewrach w okolicy i gotowi byli na wszystko, zwłaszcza w obliczu trzyletniej, przymusowej abstynencji, którą musieli znosić na nieprzychylnej im ziemi, z dala od swoich rodzinnych stron gdzieś pod Krasnojarskiem.

Tak więc był Romek napiętnowany, przekreślony, już na samym starcie. Dodatkowo, jako siedmiomiesięczny wcześniak z dużą niedowagą, źle rokował pod względem zdrowotnym, co sprawdziło się w stu procentach. Jednak matka, mimo, że totalnie zastraszona przez ponurych chamów z UB, nie traktowała go wcale jako niepożądany dopust Boży. Wręcz przeciwnie. I czasami aż demonstracyjnie, na przekór wasalskim władzom. Czerwoni sołdaci nawet nie zostali przeniesieni do innej jednostki.

Dożył jakoś szczęśliwie do chwili, gdy w wieku sześciu lat, o cały rok wcześniej niż inni, rozpoczął naukę w pobliskiej, obskurnej szkole podstawowej. Z miejsca spotkał się z wrogością wszystkich rówieśników a i nauczyciele patrzyli na niego jakoś tak krzywo. Był bowiem Romek dzieckiem nadzwyczaj rezolutnym i po dziecięcemu jeszcze zasadniczym. Z powodu upiornej biedy, całym jego dotychczasowym światem była skromna zagroda rodzinna. Nie miał żadnych bliższych kolegów, a starszy brat też nie bardzo go lubił i obijał ostro przy byle sposobności. Zagoniona matka nie bardzo miała czas na wychowywanie synów, więc obaj chodzili własnymi ścieżkami.

Jakimś cudem Romek zainteresował się czytaniem już w wieku czterech lat i podpatrując trochę brata, trenując uporczywie patykiem na piaszczystym podwórku, nauczył się tej sztuki praktycznie samodzielnie. Do tego stopnia, że czytał matce sporadycznie kupowane, bądź trafiające do domu przy okazji większych zakupów gazety. Tak więc, w pierwszych dniach szkolnych błysnął jako w pełni czytający i jako tako piszący, mały, milczący dziwaczek. Jednak główny problem polegał na tym, że czytując owe drętwe „organy prasowe”, przyswoił sobie głęboko ich paranoiczny, sztywny język partyjny a i zdaje się sposób myślenia; ów charakterystyczny, gazetowo ubecki bełkot, ogląd świata. Jakoś podświadomie ostrożny i czujny, dopiero piątego dnia szkoły podniósł przepisowo palec do góry, zgłaszając chęć zapytania.

― O co chodzi? ―  mruknęła pod nosem podstarzała, zmęczona latami użerania się z bachorami polonistka, spoglądając na niego nieprzyjaźnie.

― Towazysko naucycielko ―  Romek stał w ławce wyprężony na baczność jak struna fortepianowa. ― Plosę mnie wpisać na listę kandydatów paltyjnych do olganizacji skolnej.

Starsza kobieta wytrzeszczyła oczy na małego, sepleniącego jeszcze człowieczka, i znieruchomiała na moment. Następnie oparła się odruchowo prawą ręką o najbliższą ławkę i nie panując nad sobą, usiadła ciężko na brudnej podłodze. W małej, umalowanej białą kiedyś, emulsyjną farbą salce, wypełnionej do cna odrapanymi ławkami, zajmowanymi przez regulaminowo ubranych, poważnych pierwszoklasistów, rozległ się najpierw piskliwy chichot, który po chwili przerodził się w niepowstrzymany, przeraźliwy jazgot. Kobieta wiła się na podłodze i przewalała z jednego boku na drugi. W końcu uspokoiła się jako tako, wstała jakoś i przecierając załzawione oczy, wyksztusiła do Romka niewyraźnie;

― Zaczekaj chwilę.

Wybiegła z klasy, zostawiając niczego nie rozumiejące dzieci same. Romek w dalszym ciągu stał wyprężony w ławce. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie i do sali wszedł dyrektor, a za nim reszta ciała pedagogicznego, czyli polonistka, nauczyciel od wszystkiego pan Zbyszek, oraz nauczycielka rosyjskiego. Stanęli na środku pod tablicą, a dyrektor poważnym głosem przemówił do stojącego chłopca;

― Powtórz dziecko, co powiedziałeś pani Zosi.

Romek, skonfundowany nieco całym wydarzeniem zaczerwienił się potężnie, jednak powtórnie, stanowczym głosem oznajmił;  

― Towazysu dylektoze, ploszę mnie wpisać na listę kandydatów paltyjnych olganizacji skolnej.

I znowu salka wypełniła się nieskrępowanym, zespołowym śmiechem. Tym razem dołączyły się dzieci, które w końcu zrozumiały, że odbywa się tu jakieś dziwaczne przedstawienie, z ich pokręconym kolegą, tym małym głupkiem, w roli głównej.

Po dobrej chwili, gdy wszyscy poocierali już łzy z zaczerwienionych oczu, dyrektor zwrócił się do Romka;

― Dobrze mały sekretarzu, rozpatrzymy twoją prośbę. Tymczasem po lekcjach zgłosisz się do mnie, zgoda?

― Tak jest, towazysu dylektoze ―  Romek odmeldował się regulaminowo i energicznie usiadł w ławce.

Tego już było za wiele. Całe dorosłe towarzystwo zaczęło podskakiwać w ataku śmiechu, poklepując się wzajemnie i ocierając rękawami łzy. Mała szkółka aż się trzęsła. W końcu wypadli z klasy i tylko na korytarzu słychać było ich oddalający się, niepowstrzymany rechot.

Tak oto został już na cały okres nauki w tej szkole Sekretarzem, tym, który bez mrugnięcia okiem, rozciągnął nie lubianą nauczycielkę na podłodze. I mimo, że bardzo prędko zmienił się jego sposób widzenia świata, mimo, że jego zachowanie, słownictwo, odruchy, stały się zupełnie stereotypowe, normalne, to jednak na zawsze już został w pamięci rówieśników kimś podejrzanym ― w gruncie rzeczy niezwyczajnym głupkiem. Niegroźnym co prawda, nawet życzliwym i niespotykanie uczynnym, jednak głupkiem. Na szczęście nigdy nie wstąpił w szeregi Przewodniej Siły.

Świadomie przeanalizował ten incydent dopiero kilka lat później, gdy już swobodnie poruszał się w tej zabagnionej rzeczywistości. W Polsce zawsze bowiem obowiązywały cztery poziomy ekspresji, zachowania.

Pierwszy, to oficjalno ― oficjalny, stosowany zawsze, gdy chodziło o akademie, wystąpienia na forum, wywiady, przemówienia, dyskusje publiczne. Większość ludzi nie nadawała się do takich rzeczy ― i nie z tępoty czy niemożności sklecenia kilku zdań. Tu trzeba było mieć pewne szczególne predyspozycje, porównywalne raczej z mentalnością oślizłego, uślinionego ratlerka, liżącego do utraty tchu wdzięcznie wypiętą dupę swojego pana. Pana, który w swej boskiej nieobliczalności mógł w każdej chwili obruszyć się na te hektolitry cieknących mu po nader wyrośniętych pośladkach płynów ustrojowych biednej psinki i wykopać ją do wszystkich diabłów.

O dziwo ― osobnik taki wcale nie dążył do osiągnięcia szczytów władzy. On chciał tylko całym sobą służyć. Jeśli początkowo rzeczywiście piął się intensywnie po pierwszych szczeblach tej nieogarnionej drabiny, to niebawem zatrzymywał się gdzieś pośrodku, gdzie wygodnie usadowiony lizał i lizał. Bez umiaru. Pełno było takich facecików, usadowionych nie wyżej niż zastępca redaktora naczelnego, kierownik artystyczny, szef produkcji, naczelnik wydziału, kierownik pracowni, docent. Bardzo rzadko przewodniczący, sekretarz generalny, profesor, prezes, wiceminister. Z tymi czasem można było się dogadać ― co prawda głownie za pomocą grubej koperty, ale zawsze. Natomiast lizydupa traktował petenta jak najgorszego kundla, niegodnego nawet rozwalcowania służbową Wołgą.

Poziom następny; oficjalno ― towarzyski. Funkcjonujący na rautach, zakrapianych przyjęciach, nieoficjalnych naradach, bardziej luźnych imprezach ku czci. W dalszym ciągu nie można było kwestionować pryncypiów ustrojowych, czy jedynie słusznych sojuszy międzynarodowych, jednak pozwalano sobie na mniej lub bardziej lekceważący osąd cech osobistych i postępowania dygnitarzy partyjnych ― dobrotliwie krytykowano sztandarowe artykuły prasowe, mrużono delikatnie oczka w stosunku do niektórych pociągnięć wadzy. Wszystko rzecz jasna cichutko, konfidencjonalnie, delikatnie. Właściwe słówka dla właściwych uszek.

Poziom rodzinno ―  prywatny. Tutaj, w gronie ściśle rodzinnym, można już było sobie nieco pofolgować. Niektórzy ośmielali się do tego stopnia, że zaczynali psioczyć nawet na ustrój, lub, o zgrozo, na Wielkiego Brata. Gdzieniegdzie, w czterech ścianach domostwa, nucono cichutko zapomniane dawno pieśni patriotyczne, kościelne. Delikwent, głowa rodziny, ojciec dzieciom, wyrastał na cichego bohatera, walczącego skrycie z wszechpotężną, czerwoną zarazą, tylko dla niepoznaki zatrudnionego od lat na wiadomym, francowatym wszak stanowisku. Lały się łzy bezsilnego upodlenia. Góra do pierwszej w nocy ― bo przecież rano znowu trzeba było iść do roboty, na pierwszą linię czerwonego frontu.

I poziom ostatni, prywatny, osobisty. Czasem, choć rzadko, prawdziwe piekło poszatkowanej jaźni. Resztki sumienia, koszmarne sny, nieraz odraza podczas golenia. Często nieskładna, bezsensowna modlitwa, tak na wszelki wypadek. Bezkresna, nieogarniona ziemia nieznana, a ściślej, nieurodzajny, jałowy ugór, przeorywany co i rusz przez wysokowydajne pługi natrętnej, chamskiej w swej beznadziejnej prostocie propagandy masowej.

Ponad tym wszystkim unosiła się w niedostępnych niebiosach centralna, nieobliczalna władza, ten tysiącgłowy, upierdliwy demiurg, wszechpotężny, nieusuwalny strup.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Przebrnął więc jakoś przez szkołę podstawową i po czerwcowej naradzie rodzinnej, a również gnany jakąś irracjonalną, lokalną modą, zapisał się do pobliskiego Technikum Mechanicznego w nadziei zdobycia popłatnego zawodu mechanika samochodowego. Znającego się rzecz jasna głównie na Jaguarach, Rolls―Roysach i Mercedesach. Szło mu nawet nieźle, tyle tylko, że bezpośrednio przed maturą, w kwietniu, musiał się stawić konkretnego dnia w jakiejś zapomnianej jednostce wojskowej pod wschodnią granicą.

Nic nie pomogły wędrówki matki po różnych ważnych urzędach. Pamiętano jej tam ciągle bierną niesubordynację w stosunku do tuszujących sprawę niezbyt legalnego urodzenia Romka ubeków. Urzędy, jak jakieś ponure bóstwo ― nierychliwe, ale za to pamiętliwe. Prawdę mówiąc matka pogorszyła jeszcze sytuację swoim brakiem pokory i zdawałoby się logiczną argumentacją ― że syn właśnie będzie robił maturę, że zaraz potem idzie do pracy by utrzymać jakoś upadający dom i zarobić na więzienne paczki dla starszego brata. Gdzież tam. Zdrowy, wicie, zdolny, rozumicie, a ojczyzna takich w armii potrzebuje. Nie ma dyskusji.

Zostawił więc starą kobietę samą na mizernym gospodarstwie i wsiadał do darmowego pociągu ze łzami w oczach. Zupełnie nie wiedział co robić. Starszy brat miał jeszcze dwa lata do odsiadki za drukowanie nielegalnej, antyrządowej prasy i Romek zamartwiał się teraz o chorowitą staruszkę. Cóż jednak mógł na to wszystko poradzić? Stał więc w korytarzu rozklekotanego, przepełnionego wagonu; patrząc przez brudną szybę w zaokienny mrok. Jechał w przymusowe nieznane.

Wbrew oczekiwaniom nie trafił źle. Jednostka okazała się małą, rodzinną prawie, placówką graniczną, dowódcą której był rozsądny, ludzki i zwłaszcza wesoły major Kukła. Dbał o swoich ludzi, w miarę możliwości ma się rozumieć, i nie pozwalał nikomu na tradycyjne już gdzie indziej fanaberie, rozgrywające się zazwyczaj pomiędzy rocznikiem starszym a młodszym. Miał tylko jedną, drobną wadę. Był starym kawalerem i nie lubił kobiet. Nie, żeby podobali mu się młodzi chłopaczkowie, poborowi na przykład, ale nie znosił kobiet w sposób szczególny, jakoś do pewnego stopnia uzasadniony i nawet po żołnierskiemu logiczny. Regularnie organizował nocne, męsko ―  damskie turnieje, z udziałem zaufanych podwładnych i miejscowych, nieustająco chętnych kurewek. Ba! Jakimś cudem wszedł w rozrywkowe układy z bratnią, radziecką obsługą drugiej strony umownej granicy pokoju i ogólnej szczęśliwości, co wydatnie zwiększyło skończony wszak lokalnie asortyment hm... markietanek.

I zawsze rano, po takiej nocnej, wyczerpującej sesji, wypuszczał wyeksploatowane już do cna bladzie w samych tylko maskach przeciwgazowych, po czym kazał im trafiać z kałasznikowa do ustawionych w lesie, opróżnionych dopiero co butelek. Trafiła ― odjeżdża do domu wojskowym gazikiem ― nie trafiła, zasuwa psia ją mać piechotą przez rozległy las. Kukła nazywał to ćwiczeniami obrony cywilnej i oczywiście miał rację. Wyniki w damskim strzelaniu były coraz lepsze.

Romek nie brał w tym wszystkim udziału, a mimo to otrzymał lipcowy, ekstra urlop z okazji żniw. Zastał matkę przygnębioną do reszty i poważniej już chorą. Zebrał wszystko sam z pola, wymłócił własnoręcznie, a następnie sprzedał za grosze żałosne nadwyżki cwanemu sąsiadowi. Musiał wracać do jednostki, więc obiecał matce, że postara się niedługo przyjechać znowu, po czym ponownie musieli się żegnać. Pod koniec września okazało się, iż widzieli się już ostatni raz. Matka zmarła w domu, podobno we śnie i w sumie nie bardzo wiadomo na co. Tak przynajmniej twierdził miejscowy mistrz plastra i stetoskopu. Wrócił więc Roman spod granicy by pochować udręczoną kobietę i został już na dobre. Tym razem były pełne, formalne podstawy do odłożenia jego wojskowych, zaszczytnych powinności na czas bliżej nieokreślony.

Został na gospodarstwie sam jak palec. Więzienny brat nie liczył się zupełnie ― nigdy nie było między nimi żadnych uczuć, a Filip miał w głowie wszystko, tylko nie rolnictwo. Zgodził się zresztą chętnie i trzeba przyznać, całkowicie bezinteresownie, na rezygnację z wszelkich roszczeń majątkowych. Po kilkumiesięcznych, bezsensownych korowodach urzędowych, notarialnych, stał się więc Roman jedynym właścicielem mizernego, upadającego gospodarstwa. Właścicielem ponurym i małomównym jak jego zmarła matka. Tęsknił za nią i w przeciwieństwie do zapijaczonego konowała, znał przyczyny jej śmierci. Zabiło ją to zasrane, pszennoburaczane życie, te ciągłe upokorzenia, ta nieustająca, codzienna, beznadzieja.

Jakimś cudem dogadał się Romek z kolegą szkolnym i ten, bywalec warszawskich klubów, naraił mu dwie studentki prawa jako potrzebujące taniego lokum sublokatorki na okres uniwersyteckiej mitręgi. Zamieszkali więc we trójkę, po czym jedna z nich szybko zrezygnowała z tej nietypowej, niewesołej stancji, głównie z powodu trudności z dojazdem na zajęcia. Druga została i to właśnie była Marta.

Cóż... Jak było do przewidzenia, z obopólną przecież winą, dziewczyna bardzo szybko stała się brzemienną. Być może był to przede wszystkim skutek absolutnego braku doświadczenia Romka w tych sprawach, jego tak dziwacznego nie uczestniczenia w nocnych zajęciach majora Kukły? Może były też inne przyczyny ― kto wie ― leżące po stronie skromnej dziewczyny? W każdym razie trzeba było coś z tym fantem zrobić. Marta, studentka pierwszego roku, szybko zorientowała się, że wkuwanie prawa rzymskiego nie jest jej pasją życiową, że raczej woli ciężką pracę pośród sypiących się tynków i pochyłych, trzeszczących ścian Romkowej zagrody. Taki wybór. Dała więc sobie spokój z uciążliwymi dojazdami warszawskimi i zakotwiczyła tutaj na stałe.

Niebawem pojawili się w ich domu zatroskani wypadkami rodzice Marty; bogaci, podłódzcy producenci jakichś pantofli czy pasków. Odbyła się więc szczegółowa inspekcja ekonomiczna upadającego majątku i następnie burzliwa narada rodzinna. A że młoda para twardo obstawała przy wspólnym życiu na dobre i złe, szybko ustalono termin ślubu i skromnego wesela, już na młodej panny rodzinnym, znacznie mniej przygnębiającym wizualnie terenie. Romek, jedyny przedstawiciel swojej nacji na tej uroczystości, czuł się fatalnie, więc zaraz po wystawnym przyjęciu wrócili z młodą żoną na skromniutkie, zrujnowane swoje.

Pierwszy urodził się Jacek i od tego momentu zaczęły się ich poważne kłopoty. Dziecko było nad wyraz odporne i zdrowe, jednak właśnie głównie z tego powodu, niespotykanej siły małych płucek, wielkiej ruchliwości i apetytu, wymagało ciągłej opieki. Marta musiała się kompletnie wyłączyć z prac gospodarskich. Roman harował więc od świtu do nocy, jednak mimo to ciągle brakowało na wszystko. Nie mieli nawet najprostszego radia, nie mówiąc już o fanaberiach typu pralka, telewizor czy odkurzacz. Wokół powstawały podejrzane fortuny, po drogach jeździło coraz więcej super samochodów zdobywanych w super prosty, super nieuczciwy sposób, a oni wegetowali jak jacyś abnegaci, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze. Po roku dołączył do młodej rodziny malutki Adam i zrobiło się jeszcze gorzej.

Roman, jako mężczyzna, jako podpora i fundament wspólnej egzystencji, nie sprawdzał się zupełnie. Przede wszystkim z powodu swojej skrajnej, aż do głupoty posuniętej, uczciwości i wrażliwości. Nigdy niczego nie ukradł, kompletnie wbrew powszechnej, wydaje się odwiecznej modzie, temu narodowemu sportowi. Nigdy też nikogo nie okłamał, nawet w najbłahszej sprawie. I to najgorsze ― absolutnie niewybaczalnie ― nie pił. Nie mógł więc niczego porządnie załatwić. Minęło pierwsze uczucie, będące wyjściową podstawą ich związku i teraz Marta coraz częściej, coraz gwałtowniej, dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Wszystkie swoje uczucia ulokowała w synach, a nieudacznego męża zaczynała powoli traktować jako przykre obciążenie. Na szczęście nie zwracała się jeszcze o żadną pomoc do rodziców, którzy przecież czekali tylko na jedno jej słowo. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że natychmiast usłyszy zgryźliwe, pełne jadowitej satysfakcji; ― A nie mówiliśmy?

Na domiar złego, po czternastu latach małżeństwa, po czternastu latach tej mordęgi, wycieńczony ciężką pracą, niedożywiony ciągle Roman, nabawił się niedokrwistości i ciężkiej anemii. Wylądował na trzy miesiące w teoretycznie bezpłatnym, państwowym szpitalu, dobrze chociaż, że późną jesienią, już po wykopkach. Tam dopiero się działo, tam dopiero się napatrzył i nasłuchał. Leżał na wietrznym, zawsze niezwykle ruchliwym i hałaśliwym korytarzu, wśród cierpiących, umierających staruszków, traktowanych przez personel szpitalny jak ostatnie bydlęta. Dziwił się początkowo, jakim cudem dwudziestoletnia, śliczna panienka, nazywana tu eufemistycznie pielęgniarką, może mieć tak wredny, taki trepowaty stosunek do wycieńczonych chorobą pacjentów? Mimo ich cichutkich, rozpaczliwych i pełnych samoupokorzenia próśb ― a to o łyk wody, a to o basen, czy wreszcie o kilka sekund normalnej, ludzkiej rozmowy, być może ostatniej w ich zasranym, nędznym życiu. A przecież medycy, lekarze, szczególnie ci z wieloletnią praktyką, byli jeszcze gorsi. Koszmar.

Zrozumiał to dopiero, gdy uświadomił sobie, że żyje przecież w kraju gdzie od lat, ostatnio całkiem przecież jawnie, funkcjonuje kult radosnego cwaniactwa, pazernej zaradności, kult młodego, bezwzględnego byka, nie liczącego się zupełnie z nikim osiłka. Kraju masowych, prostackich w swoim zamyśle imprez sportowych, służących jedynie do kontrolowanego kanalizowania masowych frustracji, na których można bezkarnie powyrywać ławki i przyłożyć sąsiadowi dechą, kraju błyskawicznych interesów, łatwych panienek spod znaku techno i białych skarpetek na niemytych miesiącami, spoconych, byczych stopach. Kraju, gdzie najwyższą cnotą, honorowaną gremialnie w politycznych, absolutnie nie merytorycznych i oszukańczych wyborach, jest uśmiechnięta, upudrowana i wyszczekana gęba, udrapowana błyszczącym krawatem w grochy. To zupełnie nic, że bezczelnie kłamliwa i cynicznie, w oczywisty sposób, niewiarygodna.

Romek ani w ząb nie mógł zrozumieć, jak można powtórnie stawiać na przedstawicieli zimnej, cynicznej bandy, która mordowała i wsadzała do więzień kogo tylko chciała, która nie cofała się przed najbardziej jawnym oszustwem, która w końcu od dziesięcioleci łupiła bez opamiętania i z rozpasaną pazernością ten biedny kraj, wysługując się żałosnymi przydupasami z propagandy masowej. Wyjaśnienie mogło być tylko jedno ― trwały, kliniczny wręcz, masowy i totalny uwiąd intelektualny, abnegacja rozumowa do kwadratu, rozkład. Krótko mówiąc bezbrzeżna, wszechogarniająca, zwykła tępota. Co się daje zresztą łatwo obserwować i gdzie indziej, w innych, tzw. krajach cywilizowanych. A nawet na całym Bożym świecie.

I to właśnie w tej obskurnej wykańczalni, w tej zapuszczonej, prowincjonalnej fabryce śmierci człowieczego gnoju, stracił resztki zainteresowania ludźmi i jakby to nie brzmiało wzniośle i głupio, ludzkością jako taką.

Ledwie podleczony fizycznie, ale już do reszty prawie załamany, wrócił bez specjalnego entuzjazmu do rodziny. Sądził, że jego trzymiesięczna nieobecność dała się Marcie jakoś we znaki, że powita go cieplej. Niestety. Całe Boże Narodzenie spędzili nie odzywając się prawie do siebie. Chłopcy biegali po okolicy bawiąc się głównie z zaprzyjaźnionymi psami, a oni siedzieli we dwoje w chłodnym, oszronionym miejscami wnętrzu domu jak napuszone sowy.

Właśnie wtedy postanowił odejść. Wytrzyma jeszcze tylko do lata, wykona wiosenne prace rolne, obsadzi skromne pole ziemniakami i zakończy sierpniowe żniwa. Postara się zapewnić jakiś byt rodzinie, przynajmniej na najbliższą zimę, przynajmniej do czasu, gdy, w co nie wątpił, zainteresują się Martą i wnuczkami jej przygnębiająco bogaci rodzice. A potem uwolni ich wszystkich od siebie raz na zawsze.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Marta zbierała się do gotowania obiadu, choć od rana znowu bolała ją głowa. Chłopcy biegali po podwórku, ale jakoś tak niemrawo, ospale ― pewnie z powodu gorąca. Ich nieokreślonej rasy pies, rozciągnął się w cieniu pod poważnie ciężarną jabłonią i dyszał ciężko z przegrzania. Kolejny, upalny dzień. Było kilkanaście minut po jedenastej i patrząc teraz na synów, zastanawiała się, co też im zrobić na obiad ― codzienny, gaszący wszelkie jaśniejsze myśli dylemat. Z Romkiem nie było problemu, gdyż nie był wybredny, ale chłopcy? Tak, chyba upitrasi im wszystkim zwykłej, taniej pomidorówki. Zaraz, zaraz, przecież nie ma soli.

― Jacek! ―  zawołała starszego.

― Tak? ―  podszedł do niej kręcąc jakimś patykiem.

― Masz tu pieniądze i idźcie z Adasiem do sklepu po kilogram soli.

Gdy synowie zniknęli za zakrętem zabrała się do robienia makaronu. W pewnym momencie wydało się jej, że wokół zrobiło się przeraźliwie zimno. Do tego stopnia, że wilgotna szmatka, której używała do ścierania stołu, jakby zatrzeszczała w jej ręku. Woda zamarzła? Bzdura. Wybiegła z domu i rozejrzała się po okolicy. Nie, nic się nie zmieniło. Słońce piekło niemiłosiernie a przydomowe kury spokojnie grzebały w piachu. Tylko Łysy stał na czterech łapach i podkuliwszy ogon, skomlał cichutko. Pokręciła głową i wróciła do przerwanej pracy, martwiąc się trochę o Romana, który wyszedł z domu dwie godziny temu, nic jak zwykle nie mówiąc. Prawdę powiedziawszy, współczuła mężowi jego kłopotów, całej tej beznadziejnej sytuacji, z którą nie umiał sobie jak dotąd poradzić.

Rozumiała jego przygnębienie i to, że jest mu, jako mężowi i ojcu, głowie rodziny, coraz trudniej znosić te ciągłe porażki, ciągły stan nie spełniania, niemożność zwykłego utrzymania rodziny. Coraz bardziej cwany, hałaśliwy, bazarowy świat wokół, schamiał nie do wytrzymania i prawdę mówiąc wszystko stało się jakieś takie bzdurne, złe, obce i przerażające. Też czuła się zagubiona w tej natrętnej, ruchliwej jak w nieustającym ataku epilepsji pstrokaciźnie. No, ale cóż mogła na to poradzić? Sama także niczego nie była w stanie wymyślić.

Łysy zaszczekał w charakterystyczny sposób. To wracali chłopcy. Wytarła ręce i wyszła przed dom. Po chwili zza zakrętu wybiegł Jacek, a po kilku sekundach goniący go bez powodzenia Adam.

― Mamo! Tam nikogo nie ma! ― mimo intensywnego biegu chłopiec mówił swobodnie, bez śladu zadyszki.

― Gdzie?

― No, w sklepie.

― Nie kupiliście soli?

― Nie, to znaczy tak... ale... ― wyciągnął rękę z napęczniałą torebką foliową ― wzięliśmy... sami.

― Jak to? Ukradliście? ―  załamała ręce. ― Ojciec wam da jak wróci.

― Nie ―  zaczął wyjaśniać Adam. ― Myśmy zostawili pieniądze na ladzie.

― Tak? Nie było pani Krysi? A jak weszliście do sklepu?

― Był otwarty ―  powiedział cicho Jacek.

― I nie było tam nikogo dorosłego?

― Nie.

Musiało się coś stać. Zawistowska nie zostawiłaby przecież całego dobytku sklepowego na pastwę modnie nieogolonych i równie modnie cuchnących gorzałą okolicznych cwaniaczków. Może zachorowała nagle? A może to... napad? Coraz częściej słyszy się przecież o takich rzeczach. Aż się zatrzęsła, gdy pomyślała na co synowie byli narażeni.

― Dobrze już. Idźcie się bawić na podwórko. Albo nie! Zostańcie tutaj i mówcie kogo widzieliście.

― Nikogo ―  stanowczo stwierdził Adam.

― Nikogo?

― Tak ―  potwierdził Jacek. ― Nawet tych panów od budowania płotu u Krzyśka.

― Przestali budować płot? ― wypytywała Marta, mieszając jednocześnie ciasto na makaron. Stary Niedziałek, dziadek Krzyśka, nie pozwalał nigdy wynajętym murarzom na obijanie się, zwłaszcza przy ostatecznym wykańczaniu nowego, luksusowego domu.

― Chyba... nie, bo były tam wszystkie narzędzia i włączona betoniarka.

― Betoniarka jest fajna, no nie? ― zapalił się Adam.

― Jasne ―  przytwierdziła Marta.  ― Jacek, przynieś wody.

Starszy wziął puste wiaderko i poszedł do studni po wodę. Tymczasem Adam opowiadał dalej.

― A przed pocztą stał ekstra samochód.

― No i?

― Nic. Nikogo nie było a silnik pracował.

― Jak to?

― Nie wiem. Wszystkie drzwi były otwarte.

Martę uderzyło coś nieprzyjemnie w tych nieskładnych relacjach. Zaczekała aż wróci Jacek z wodą, po czym usiadła i próbowała ustalić z chłopcami jakieś wyjaśnienie.

― Powiedz mi Jacek, czy widzieliście KOGOKOLWIEK?

― No właśnie mówię, że nie.

― Nawet pana Jagielskiego w swoim kiosku?

― Nie.

― Co nie? Mów pełnym zdaniem.

― Nie było go tam.

― Nawet jego bezczelnych dzieci?

― Nie.

― A... jego pies?

― Pies był i... biegał wokół kiosku jak głupi.

Martę ogarnął jakiś niezrozumiały, irracjonalny strach. Jeszcze nie wiedziała o co tu chodzi, ale poczuła w gardle podchodzącą z dołu gulę utrudniającą oddech. Wyczuwała kobiecym instynktem coś strasznego, coś ogromnego i nieodwracalnego. Gdzie ten niedojda Romek? Spojrzała bezwiednie w okno i stwierdziła, że zbiera się na burzę. Nareszcie trochę ochłody.

― Chłopcy. Jazda na podwórko, zbierać bieliznę ze sznurków ―  zarządziła stanowczo.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Ocknął się z powodu ostrego bólu w lewej kostce. Otworzył ostrożnie oczy i wystraszony, rozejrzał się powoli dookoła. Gdzieś, wewnątrz, miał cichą nadzieję, że stwierdzi, iż szybuje łagodnie w bezcielesnej postaci ponad swoim dyndającym na gałęzi, niepotrzebnym już truchłem, że przeżyje błyskawiczny przelot przez czarny tunel, że spotka wreszcie swoją zmarłą matkę pośród zielonych, oświetlonych złotym światłem łąk. Naczytał się kiedyś takich sympatycznych, niestworzonych bredni, które poruszyły go wtedy do głębi. Nic z tego. Leżał na jak najbardziej realnej, wyschłej ściółce leśnej, pod ową wybraną, wspaniałą sosną, z której teraz smętnie zwisał kawałek zerwanego w połowie, zielonego sznurka. Niech to szlag. Linka najwyraźniej nie była najlepszej jakości, i poddana gwałtownemu szarpnięciu po prostu pękła. Najwyraźniej nie potrafił się nawet zabić.

Zaklął ponownie i ściągnął z szyi uwierającą go pętlę. Usiłował wstać, ale natychmiast usiadł znowu, przymuszony bólem w lewej stopie. Skręcił cholera nogę przy upadku. I co teraz? Nie wejdzie ponownie na drzewo, zresztą po co, jeśli nie ma zapasowego, wystarczająco mocnego sznura? Jednak wyprostował się powtórnie i ostrożnie postawił nogę. Boli psiakrew, ale można jakoś iść. Wyrzucił resztki linki która tak go sromotnie zawiodła, zebrał swój żałosny plecak, rozejrzał się jeszcze raz dookoła i kuśtykając, ruszył z powrotem ku asfaltowej drodze. Sierpniowe słońce było już w zenicie, a sucha, bezwietrzna duchota coraz bardziej dawała się we znaki.

Zdeterminowany ciągle Roman powziął ad hoc nowy, chyba tym razem realny plan skończenia z sobą. Wróci do szosy, w okolice niedalekiego, dość stromego zjazdu, gdzie większość kierowców folguje sobie i rozpędza własne maszyny do granic wytrzymałości mechanicznej, zaczeka na wystarczająco potężny pojazd, najlepiej jakiś TIR z naczepą, po czym wyskoczy nagle zza drzew wprost pod maskę kolosa. Oczywiście nie ma żadnych szans w starciu z tak potężną, pędzącą bezwładnie masą. A i odszkodowanie dla rodziny będzie bardziej prawdopodobne. Że też nie pomyślał o tym wcześniej.

W miarę mozolnego zbliżania się do drogi coś go podświadomie zaniepokoiło. Chyba ta skręcona stopa. Zdał sobie sprawę, że z jej powodu nie będzie w stanie wyskoczyć wystarczająco szybko, ale momentalnie odrzucił tę obawę, gdyż przecież droga była bardzo wąska, dwupasmowa zaledwie i pewnie nie będzie z tym wielkiego problemu. Nagle zrozumiał ― i aż przystanął. Był już bardzo blisko drogi i od pewnego czasu powinien był słyszeć szum pędzących maszyn. Na chwilę wstrzymał oddech. Nic, kompletna, leśna cisza, zakłócana tylko codzienną paplaniną wiecznie „zalatanych” ptaków. ― Coś tu nie tak ― pomyślał, i szybciej ruszył w stronę szosy. Po chwili znalazł się na skraju drogi, na łagodnym wzniesieniu, przez które przebiegała asfaltowa, rozgrzana wstęga.

Tak popularna przecież droga, była teraz absolutnie martwa, bez śladu ruchu. Jak okiem sięgnąć, na parującym asfalcie stały przeróżne pojazdy, nawet TIR―y, ale właśnie… stały. Dzięki słonecznej pogodzie widoczność była znakomita i tylko gdzieś tam, w odległości mniej więcej dwóch kilometrów, niczego już nie można było zobaczyć z powodu falującego, nagrzanego powietrza. Ciekawe. Może jakaś blokada policyjna? Pewnie znowu poszukują bandziorów.

Zmęczony wydarzeniami oraz mozolną wędrówką przez nagrzany las, usiadł na południowym skraju asfaltu, w cieniu, i postanowił czekać. Pochylił głowę na podciągnięte kolana, przymknął oczy, po czym natychmiast usnął.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Obudził go daleki, głuchy grzmot. Spojrzał w tym kierunku i zobaczył ciężkie chmury burzowe, nadciągające od zachodu. Na drodze nic się w dalszym ciągu nie zmieniło. Ponieważ nie miał zegarka, ocenił po słońcu, iż drzemał jakieś pół godziny. Zerwał się na równe nogi i stwierdził, że lewa stopa już jest chyba całkiem zdrowa gdyż nie poczuł żadnego bólu. Ruszył energicznie w kierunku najbliższego, stojącego ciągle samochodu.

To było eleganckie, nowiutkie Audi. Bez kierowcy i bez pasażerów. Jeśli nie liczyć małej, drucianej klatki na tylnym siedzeniu, z ruchliwym wewnątrz chomikiem o świdrujących, czerwonych oczkach. Jakiś prezent dla dzieci. Audi z włączonym, cicho pracującym silnikiem i kompletem kluczyków w stacyjce. Rozejrzał się wokół uważnie. Nic, tylko rzadko stojące sosny.

― Hop, hop! ― krzyknął w las, lecz przestał natychmiast i ostrożnie nacisnął klakson samochodu. W spokojną ciszę lasu wtargnął przeraźliwy sygnał luksusowego auta, a z okolicznych drzew zerwało się całe mnóstwo wystraszonych ptaków. I jeszcze raz. I jeszcze.

Nic. Nikogo.

To przecież niemożliwe. Otwarty samochód, jak zresztą dziesiątki innych, stoi przynajmniej od pół godziny z włączonym silnikiem. Coś się jednak musiało stać. Pomyślał, że może zorientuje się w sytuacji przy drugim, stojącym o jakieś sto metrów dalej, pojeździe. Puścił się biegiem środkiem asfaltowej jezdni i po kilku sekundach stał już obok zakurzonego, bagażowego Nissana. Tutaj również drzwi były otwarte a dieslowski silnik klekotał spokojnie na jałowym biegu. Wewnątrz także nikogo. Samochód stał już poza granicą lasu, w szczerym, płaskim polu, pokrytym, jak okiem sięgnąć, suchym ścierniskiem po zżętym tydzień temu zbożu. I jak już był o tym podświadomie przekonany, wokół absolutne bezludzie. Co to wszystko znaczy, gdzie oni wszyscy poszli? Powoli narastał w nim jakiś nieokreślony niepokój o rodzinę.

Tymczasem gęste chmury burzowe zakryły słońce i o gorący asfalt zaczęły uderzać pierwsze, ciężkie krople ciepłej wody. Gwałtownie rósł wokół szum setek, następnie tysięcy kropel deszczówki, by przerodzić się momentalnie w prawdziwy, zalewający całą okolicę wodospad. Nie było nad czym się zastanawiać. Wbrew sobie wsiadł do Nissana i pozamykał drzwi. Rozejrzał się.

Cała prawie przestrzeń bagażowa pojazdu, wypełniona była równiutko, porządnie, szarymi, prostopadłościennymi kartonami ―  każdy z czerwonym napisem; „Szynka konserwowa w puszkach ―  2,5 kg. ―  Masart ―  Hurt ―  Detal ―  Eksport ―  Import”. Widocznie jakiś transport dostawczy, pomyślał. Wewnątrz samochodu było straszliwie gorąco ― stał przecież od dłuższego czasu na palącym słońcu i dopiero teraz, bębniące o blaszany dach krople deszczu przynosiły stopniowe ochłodzenie. Wrzucił bieg i lawirując pomiędzy dziesiątkami nieruchomych, pozbawionych kierowców i pasażerów pojazdów, ruszył ostro w kierunku osady. Zamierzał dojechać na posterunek policji i zgłosić im dziwne wydarzenia na drodze. Poza tym, z jakiegoś nieznanego powodu, czuł potężniejący, nieopanowany strach o Martę i chłopców. Mniejsza już o jego zamiary sprzed kilkudziesięciu minut ― zapomniał o tym.

Bagażówka nie była w dobrej formie i rzęziła nieco gdy wyciskał z niej wszystko czym dysponowała. Wycieraczki działały fatalnie, więc strugi wody zalewały raz po raz przednią szybę. Do posterunku nie było daleko ― jakieś pięć kilometrów, a mimo to aż spocił się z niecierpliwości i waląc dłońmi w kierownicę, przynaglał zużyty pojazd do jeszcze większego wysiłku. Co kilkanaście sekund mijał stojące na drodze, opuszczone auta i już niczemu się nie dziwił.

Zatrzymał się z piskiem łysawych opon przed wejściem na komisariat i wyskoczył z bagażówki o mało się nie przewracając. Wpadł do małego pokoiku, gdzie zawsze siedział za swoim biurkiem ospowaty Dusza i zdębiał. Nikogo tu nie było. W pokoju obok również. Łazienka? Nie... także pusta. Co to wszystko znaczy? Czuł, że włosy stają mu dęba na ogłupiałej głowie. Zajrzał jeszcze do miniaturowego aresztu, ale i ten był pozbawiony jakiegokolwiek lokatora. Zaraz, zaraz, może poczta?

Wypadł na skromną uliczkę i przebiegł na drugą stronę, gdzie na parterze jednopiętrowego budyneczku zarządu skupu mieściła się kątem placówka pocztowa. Minął stojącego przed wejściem, otwartego na oścież, bezbronnego Forda, otworzył skrzypiące drzwi wejściowe... i już wiedział. W całej osadzie, w całej wiosce nie ma nikogo. Żadnego człowieka. Przerażony wrócił do bagażówki i nie zważając na prawostronność ruchu drogowego, środkiem drogi, gnał tym pojazdem do domu.

Po pięciu minutach szaleńczej jazdy, błotnistymi teraz, zalewanymi potężnym deszczem drogami, wypadł zza ostatniego zakrętu i zahaczając prawym bokiem pędzącego auta o deskę w płocie, mało nie uderzył z rozpędu we własną stodołę. Wyłączył silnik i wtedy nagle opuściła go odwaga. Bał się wyjść z kabiny i stwierdzić to, po co tak tu pędził. A jeśli...

― Tato! Gdzie byłeś? ― usłyszał poprzez szum deszczu, pełen wyrzutu głos Jacka.

Nie wytrzymał napięcia i po prostu... zapłakał jak dziecko. Dzięki Bogu, wszystko w porządku. Opanował się szybko, otarł rękawem brudnej koszuli łzy i wyszedł z bagażówki w strugi deszczu. Przez podwórze biegł do niego starszy syn, przeskakując co większe kałuże. Wpadli sobie w ramiona i przez chwilę stali objęci, w ciągle intensywnym, ciepłym deszczu.

― Gdzie reszta... tej... bandy? ―  spytał syna.

― Siedzą w domu i płaczą.

― Płaczą? Dlaczego?

― Bo... bo... wróciłeś.

Uścisnął Jacka jeszcze mocniej i obaj, nie zważając już na kałuże weszli do domu. Marta siedziała przy oknie trzymając na kolanach Adama. Oboje mieli zaczerwienione oczy.

― Wszystko w porządku? ―  zapytał od progu.

― No właśnie... nie wiem ―  odpowiedziała cicho ― A u ciebie?

― Podobnie.

Usiadł przy stole. Uradowany Adaś zeskoczył z kolan matki i podbiegł do ojca.

― Skąd masz taki samochód?

― Ach, to długa historia.

― A wiesz, że u nas nikogo nie ma? ―  pochwalił się malec.

― Wiem. Ale musicie mi wszystko po kolei opowiedzieć.

― Ty też opowiesz?

― Jasne.

Marta obserwowała spod okna tę wymianę zdań i nagle zaczęła szlochać. Roman zerwał się z krzesła i ostrożnie przytulił żonę.

― Co ci jest?

― Nie wiem. Chyba... coś się stało.

― Tak. Ale wyjaśnimy to razem. Mów.

Usiedli wszyscy wokół prostokątnego stołu. Ponieważ po niebie ciągle przesuwały się chmury burzowe, więc w pokoju było ciemno i Jacek włączył światło. W każdym razie wcisnął wyłącznik, jednak bez widocznego skutku. Żarówki żyrandola rozjarzyły się tylko do ciemnej czerwieni, zupełnie nie rozpraszając mroku.

― Napięcie też zdechło ―  stwierdził Roman ― Ale na razie słyszymy się jeszcze jakoś ― spróbował zlekceważyć wydarzenia.

Po piętnastu minutach wymiany informacji ustalili najważniejsze fakty. Tuż przed południem, przynajmniej w promieniu kilku kilometrów od ich domu, spadła na okolicę nagła i krótkotrwała fala niezwykle intensywnego, arktycznego zimna. W środku upalnego lata, w środku gorącego, bezchmurnego dnia. Przypuszczalnie w tej samej chwili, lub też zaraz potem, w niewyjaśniony sposób zniknęli gdzieś wszyscy ludzie, niezależnie od wieku. Wszystko inne ― rośliny, zwierzęta, domy, cały materialny dobytek, pozostało bez zmian.

― A dlaczego my zostaliśmy? ―  spytał Jacek.

― Nie wiem chłopie ―  Roman pokręcił głową. ― To jest tym dziwniejsze, że przecież w tej szczególnej chwili znajdowaliśmy się w różnych miejscach.

― Dzieje się coś strasznego ―  pochlipywała Marta.

― Szkoda, że nie mamy radia ―  stwierdził żałośnie Adam.

― Mamy! ―  wykrzyknął Roman. ― W tej bagażówce jest radio.

Zerwali się wszyscy na równe nogi i wybiegli na podwórko. Ulewa już się kończyła i teraz ciężkie niebo powoli się przejaśniało. Na podwórzu stały ogromne kałuże wody, które jednak szybko wsiąkały w wyschnięty grunt. Powietrze było rześkie, przesycone tlenem, jak to po długo oczekiwanej burzy. Roman otworzył kabinę Nissana i włączył małe, zachodnie radio samochodowe z odtwarzaczem kasetowym, wmontowane w pulpit kierowcy. We wciśniętym pod osłonę głośniku, usłyszeli delikatny stukot uruchamianego urządzenia, następnie syczący szum zakresu FM. Pokręcił gałką strojenia, jednak nie dostroił się do żadnej stacji.

― E..., zepsute ―  powiedział Jacek

― Chwileczkę ―  Roman przełączał zakresy i manipulował gałkami chcąc znaleźć jakikolwiek, choćby zagraniczny nadajnik. Nic.

― Chyba rzeczywiście zepsute ―  powiedział głośno, ale poczuł na plecach mrowienie. Spojrzał na milczącą Martę i zrozumiał, że ona też się boi. Dla pewności wyjął ze schowka obok jakąś kasetę i uruchomił odtwarzacz. Radio ryknęło rockowym jazgotem, więc wyłączył je całkowicie.

― Dobre ―  ucieszył się Adam.

― Nie. Dobry jest tylko magnetofon ―  Roman postanowił działać ― Wsiadajcie do auta. Pojedziemy do wsi.

Już chcieli wskakiwać do środka, ale okazało się, że w pojeździe są tylko dwa fotele, a część bagażowa zajęta przez owe kartony z szynką.

― Co to? ―  zapytała Marta.

― Szynka konserwowa. Ktoś to wiózł do klienta ― Roman zastanawiał się co zrobić. ― Wyładujemy to na razie do stodoły. A jeśli sytuacja się zmieni, znajdziemy właściciela.

― Wątpię ― mruknęła ponuro Marta, lecz pomagała swoim mężczyznom przy wyładunku.

Po opróżnieniu Nissana stwierdzili, że wzdłuż boków części bagażowej umieszczone są dwie wygodne ławki, na których usiedli chłopcy. Rodzice zajęli miejsca na przedzie i nieobciążony już jak poprzednio pojazd ruszył do wsi.

Jednak zanim dojechali do największego skupiska domów, zwanego tutaj ironicznie centrum, zatrzymywali się kilkakrotnie, sprawdzając mijane zabudowania, gospodarstwa. Niestety, żadnych ludzi. Wywoływali tylko wściekłe, hałaśliwe reakcje pilnujących obejścia psów, przeważnie uwiązanych na łańcuchu. Dochodziła szesnasta, chmury znikły i znowu sierpniowe słońce grzało niemiłosiernie. Wokół idealna cisza.

Dojechali wreszcie do centrum i Roman ponownie zajrzał na posterunek policji. Nic się tu nie zmieniło ― ciemnobrązowe biurko Duszy nadal czekało na swojego urzędowego użytkownika. Spostrzegł na nim aparat telefoniczny i na chwilę zaświtała mu nadzieja, jednak w słuchawce była zupełna cisza. Brak nawet sygnału i trzasków przełączania.

― Chłopcy… jazda na pocztę sprawdzić wszystkie telefony. Wracajcie szybko.

Gdy zostali sami z Martą, Roman przytulił zgnębioną żonę.

― Kiedyś być może powiem ci po co chodziłem dzisiaj do lasu. Teraz jednak, w tej koszmarnej sytuacji musimy trzymać się razem i wyjaśnić o co tu chodzi. Dobrze?

Marta pocałowała go w policzek i chyba się uśmiechnęła. Mąż jakby się zmienił. Świat wokół stał się nagle całkowicie niezrozumiały, podwójnie obcy i kto wie, może są to ich ostatnie chwile? Była pełna złych przeczuć, jednak Roman niespodziewanie okazuje się energicznym, stanowczym mężczyzną, dbającym o ich wspólny los, przynajmniej w tej jednoznacznie krytycznej sytuacji.

― Dobrze. Co mam robić?

Oddał jej pocałunek i zastanowił się chwilę. Tak ― trzeba postępować spokojnie, systematycznie.

― Przejrzyj te papiery na biurku, a ja będę szukał obok.

Po chwili wrócili chłopcy ze złymi wiadomościami. Żadne telefony nie działają, a pocztowa kasa jest otwarta. Znajduje się w niej kupa forsy oraz jakieś listy i papiery. To samo na piętrze, w zarządzie skupu. I oczywiście nikogo nie ma. Znaleźli też dwa działające radia bateryjne. Próbowali złapać jakąś muzykę, jakąś audycję. Nic. Cisza w eterze. Na wszystkich zakresach.

Pokiwał tylko głową i nic nie powiedział. Dostrzegł właśnie jakąś szafkę, a w niej trzy policyjne radiotelefony. No, może teraz. Miał jakie takie pojęcie o podobnym sprzęcie jeszcze z wojska. Major Kukła, jego nieobliczalny dowódca, poza wszystkim dbał przecież o właściwe wyszkolenie swoich ludzi.

Sprawdził akumulatorki. Dwa były naładowane, trzeci niestety nie. Włączył jedno urządzenie i zlikwidował blokadę szumów. Nic ― na wszystkich kanałach tylko intensywny syk przemiany. Wyszedł przed budynek i na kolejnych kanałach zaczął nadawać krótkie; ― Halo, halo! Czy ktoś mnie słyszy? Odbiór.

Cisza. Nikt się nie zgłaszał. Nagle, gdy już chciał dać spokój, usłyszał bardzo wyraźne; ― Halo, słyszę!

Zdrętwiał cały i trzęsącą się ręką wcisnął przycisk nadawania.

― Kto mówi?

― No... ja.

― Jaki ja?

― Ja... Jacek... Wolski!

Aż usiadł z wrażenia na ulicy i ogarnął go niepowstrzymany śmiech. Wstał szybko i wrócił na posterunek, gdzie starszy syn, trzymając w ręku drugi radiotelefon, krzyczał do niego; ― Halo, halo.

― Dobrze, wyłącz to ― Roman nawet się nie zdenerwował. ― Mamy już jakiś obraz sytuacji i musimy się wstępnie przystosować. Słuchajcie co powiem.

Cała trójka patrzyła na niego jak na oczywistego, bezdyskusyjnego przywódcę. Zwłaszcza mile zdziwiona Marta, bo przecież chłopcy zawsze tak go traktowali. Mimo, że prawdę mówiąc, całkowicie niezasłużenie. Ale to przecież chyba już przeszłość. Uśmiechnął się do nich smutno.

― Wygląda na to, że przynajmniej w najbliższej okolicy, no, w promieniu dajmy na to dziesięciu kilometrów, jesteśmy sami. Nie wiem zupełnie z jakiego powodu, nie wiem też na jak długo. W kraju stało się coś strasznego ― może to wojna i może ktoś użył jakiejś nieznanej broni, niszczącej wyłącznie ludzi. Nie wiem, choć z czasem pewnie co nieco wyjaśnimy. Teraz musimy sobie jakoś radzić sami. Wracamy do domu, jednak powinniśmy się przygotować na najgorsze. A wiecie co będzie najgorsze jeśli ta sytuacja przedłuży się do kilku dni?

― Nie ―  odpowiedzieli zgodnym chórem.

― Psy. Głodne, bezpańskie, opuszczone psy, a raczej groźne watahy, wałęsające się wszędzie w poszukiwaniu żarcia. Może już od dzisiejszego wieczoru.

Spojrzeli po sobie ponuro i przytaknęli. To jest oczywiste. Z psami łańcuchowymi problemu nie będzie, ale inne, biegające luzem? Pojedyncze zwierzę może być pomocnikiem, nawet przyjacielem człowieka, lecz dziesięć, sto, głodnych, zdesperowanych kundli?

― I jeszcze jedno. Jak się czujecie... fizycznie? Marta?

Może mu się zdawało, ale chyba zaczerwieniła się jak młoda panienka, jak wtedy, gdy pierwszy raz zostali sami na oddalonej od Warszawy, wiejskiej, obskurnej stancji, która teraz była ich domem.

― No..., bardzo dobrze. O bólu głowy zapomniałam jakieś dwie godziny temu.

― Jacek?

― Może być. Jestem bardzo głodny.

― Musicie jeszcze wytrzymać jakąś godzinkę. Adaś?

― A co to znaczy fi... zycznie?

― No, czy nic cię nie boli, czy jesteś zdrowy.

― Tak. Rano poharatałem sobie kolano, ale już nie ma śladu.

No właśnie, pomyślał. Jeszcze jedna zagadka. Jego skręcona w lesie stopa też wydobrzała podejrzanie prędko. I ten szaleńczy bieg na szosie, bez śladu zmęczenia.

― W porządku. Idźcie teraz do sklepu Zawistowskiej i załadujcie bagażówkę czym się da ― konserwami, cukrem, solą, spirytusem, zresztą mama będzie wiedziała co jest potrzebne. Ja tu się jeszcze rozejrzę za... bronią i amunicją. Aha, nie zapomnijcie o kilku odbiornikach radiowych i świeżych bateriach. Przydadzą się też świece i zapałki. No ― do roboty.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Wtorek ponownie zapowiadał się jako kolejny, upalny dzień, chociaż poranne, dopiero wychylające się nieuchronnie zza lasu słońce, nie grzało jeszcze tak, jak obiecywało. Powietrze było rześkie, przesycone parującą z ziemi, wczorajszą wilgocią. Marta obudziła się pełna energii. Wstała cichutko, ubrała się w połatany fartuch i poszła do obory wydoić Beksę, jedyną ich krowę. Nie chciała budzić chłopców, a zwłaszcza Romka, który siedział do późna i pastwił się nad kilkoma, przywiezionymi wczoraj odbiornikami. Nie doczekała się wyników tych prób, gdyż zmęczona wydarzeniami usnęła w chwilę po tym jak zasnęły dzieci. Przez sen wydawało jej się, że wychodził z domu, ale nie miała siły ani chęci by otworzyć oczy.

Wróciła cichutko z ciepłym mlekiem, jednak Roman też już wstał i mył się teraz w miednicy, opryskując jak zwykle bez umiaru podłogę wokół stolika.

― Obudziłam cię?

― Nie, nie... w porządku.

Patrzyła teraz na niego jak kończy mycie i golenie. Jej mąż, wybrany przed laty, niepozorny, szczupły facet, z dawno nie strzyżoną czupryną. Ojciec jej synów. Niedorajda życiowy, pewnie jeszcze nikogo w życiu nie okłamał, ba, jest pewna, że nawet gdyby jakimś cudem pomyślał o czymś takim, to i tak by nie potrafił. Zupełny odmieniec na tle wszelkiego rodzaju obrotnych cwaniaczków, drobnych oszuścików, żwawych złodziejaszków i pazernych handlarzy bzdurnymi błyskotkami, którzy rozpanoszyli się w tym przedziwnym kraju ponad wszelką miarę. Zwłaszcza we władzach wszelkiego poziomu. A przy tym ponurak i milczek. Jednak mimo coraz większych ostatnio kłopotów finansowych, mimo nawet związanych z tym kłótni, to właśnie jest jej mężczyzna, jej problematyczna, ale zawsze jakaś podpora, druga połówka. Nareszcie skończył i usiadł na swoim miejscu przy kuchennym stole.

― Wyspałaś się?

― Jak nigdy ―  ponownie, biorąc pod uwagę wypadek wczorajszy, nie wiedzieć czemu, zarumieniła się jak licealistka. Szybko zajęła się przygotowywaniem śniadania. Chłopcy pewnie obudzą się głodni niczym wilki mimo, że na kolację zjedli razem prawie całą puszkę tak nieoczekiwanie dostępnej, znakomitej szynki. Trudno ― zaryzykowali czyjąś własnością. Jeżeli nic się nie zmieni, będą na nią wszyscy skazani jeszcze przez wiele, wiele dni. Na razie jednak muszą porozmawiać.

― Ustaliłeś coś wczoraj?

― Tak ―  potwierdził z ociąganiem. Miał nadzieję możliwie długo nie martwić żony, ale najwyraźniej nic z tego ― Sytuacja jest chyba jeszcze gorsza niż sądziliśmy.

― To znaczy?

― Cóż... To znaczy, że nie udało mi się znaleźć żadnej czynnej stacji radiowej.

― A stacje zagraniczne?

― ŻADNEJ STACJI. Nawet na falach krótkich, gdzie zazwyczaj jest mrowie dalekich rozgłośni, szczególnie wieczorem, w nocy.

― Nic? ― spytała cicho, opanowując jakoś drżenie ciała.

― Kompletnie nic. Absolutna cisza. Żadnych trzasków, zakłóceń, nic.

Popatrzyli na siebie w milczeniu. Wręcz bała się pytać dalej i analizować tę niesamowitą sytuację, jednak zwyciężyła kobieca ciekawość.

― Co to znaczy?

― Żebym to ja wiedział ―  wbił wzrok w podłogę. ― Są w zasadzie dwie możliwości.

― Jakie?

― Pierwsza to taka, że... wybuchła wojna i na skutek zastosowania jakiejś nieznanej broni, przynajmniej w najbliższej okolicy... zniknęli wszyscy ludzie oraz, że spowodowano jakieś tajemnicze zmiany w... no, w jonosferze, przez co uniemożliwiono rozchodzenie się fal radiowych na większe odległości. Nie wiemy na jak długo. Wychodziłem w nocy i szukałem na niebie jakichś śladów, zmian. Nic. Normalne gwiazdy, normalna noc.

― No a my? My przecież żyjemy?

― No właśnie, to jest najdziwniejsze. Do tego jeszcze ta poprawa zdrowia. Wiesz, że od wczoraj czuję się jak..., jak... młody tygrys?

― Ja też ―  przyznała się wreszcie i odwróciła głowę.

Wstał i objął ją mocno, niechcący wytrącając z ręki dużą, drewnianą łyżkę służącą do mieszania mleka. Łyżka upadła na podłogę i wtedy usłyszeli, że któryś ze śpiących obok w pokoju chłopców poruszył się przez sen, pewnie reagując na drewniany stukot. Odskoczyli od siebie z bezgłośnym śmiechem.

― A druga możliwość? ―  uspokoiła się już Marta.

― Jest druga możliwość, ale... tak niesamowita, że aż sam w nią nie wierzę. Powiem ci o niej dopiero wtedy, gdy się lepiej zorientujemy w sytuacji. Również dlatego, że jesteś kobietą... wierzącą. Na razie rób śniadanie i... budzimy tych cholernych śpiochów. Musimy wyruszać na zwiady.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Po obfitym, smacznym śniadaniu, z głównym udziałem szynki konserwowej, nieznanego im dotąd rarytasu, cała rodzina wyszła przed dom. Wokół panowała poranna, letnia cisza, zakłócana tylko dalekim wyciem zdezorientowanych psów i bezsilnym ryczeniem głodnego, pozamykanego po oborach bydła. To był problem. Roman już widział oczyma wyobraźni te tysiące biednych, głodnych krów, wołających bezskutecznie swoich opiekunów, stada oszalałych, pozamykanych w swoich kojcach świń, chmary ptactwa domowego. Jedyne, co mogli zrobić to w miarę możności powypuszczać okoliczne zwierzęta na wolność ― niech sobie radzą same. Jednocześnie musieli przecież dokładniej zorientować się w sytuacji oraz pomyśleć o własnym przetrwaniu. Góra pilnych problemów. Nie ma co, trzeba brać się do roboty.

― Jacek, przynieście z domu wiaderko, kilka naczyń i ... jakiś sznurek ―  przypomniał sobie wczorajszą, leśną wyprawę. ― Ty Marta, oczyść wewnątrz tę bagażówkę i załaduj koce, noże, widelce. Być może będziemy musieli nocować poza domem.

― Co ty kombinujesz? ―  żona nie sprzeciwiała się, ale chciała wiedzieć.

― Czeka nas mnóstwo pracy w okolicy. Wybierzemy się także do Warszawy i niewykluczone, że będziemy musieli spać w tym blaszanym pudle. Załaduj też trochę prowiantu.

Po pół godzinie, cała rodzina jechała powoli boczną drogą w kierunku Gostynina, zbaczając co chwila, zatrzymując się przy zabudowaniach, pracowicie uwalniając z pozamykanych zagród hałaśliwe zwierzęta. Na szczęście był to okres bezpośrednio przed czwartym pokosem i wszystkie łąki w okolicy zieleniły się dorodną, z lekka tylko podpaloną sierpniowymi upałami trawą. Przynajmniej krowy będą miały co jeść. Gorzej z dojeniem, no ale cóż mogli na to poradzić?

Około południa dojechali wreszcie umęczeni do miasteczka. Tutaj Roman zorientował się, że za chwilę braknie w Nissanie paliwa, więc odszukali jakąś stację benzynową. Bezpańskie dystrybutory oczywiście nie działały z powodu braku elektryczności, dlatego był zmuszony otworzyć pokrywę jednego z podziemnych zbiorników i zaczerpnąć paliwa wiaderkiem umocowanym na sznurku.

Zatankowali bagażówkę za pomocą znalezionego na stacji, metalowego lejka. Wokół stało mnóstwo pootwieranych samochodów różnych marek i Roman zastanawiał się nad wykorzystaniem lepszego pojazdu niż ten zdezelowany Nissan, ale przecież mógł to zrobić w każdej chwili. Poza tym było mu jakoś głupio tak zupełnie na spokojnie przebierać wśród czyjejś własności. Ponownie ruszyli w stronę Warszawy, już bez zatrzymywania się przy przydrożnych gospodarstwach.

Jechali bocznymi drogami do Sochaczewa, a następnie przez Błonie dotarli do miasta od strony zachodniej. Wszędzie stało mrowie pootwieranych pojazdów ― nawet autobusy i tramwaje były dostępne na oścież i drzemały teraz martwe między przystankami. Nigdzie śladu człowieka. Dojechali do tak zawsze zatłoczonego centrum, które teraz wydawało się czymś w rodzaju gigantycznego parkingu wokół stadionu, na którym odbywa się jakaś nadzwyczaj interesująca, masowa impreza. Widok był fascynujący, jak podczas jakiejś ogólnonarodowej żałoby, gdy o określonej godzinie, na dwie minuty, zamiera wszelki ruch uliczny, a okoliczne syreny dają zawodzący, przygnębiający wyraz solidarnej rozpaczy. Tyle tylko, że teraz wokół panowała idealna, popołudniowa i upalna cisza. Żadnego ruchu.

Nic nie mówili. Obserwowali martwe miasto zza zakurzonych szyb bagażówki. Nawet chłopcy rozumieli powagę tego co widzą. Roman prowadził samochód powoli, lawirując ostrożnie pomiędzy bezpańskimi, porzuconymi w niewiadomy sposób autami. Zatrzymali się wreszcie na Kruczej i wysiedli powoli z Nissana.

― To straszne! ―  powiedziała Marta. ― Co się tutaj na Boga stało?

― Nie wiem ― Roman popatrzył bezradnie dokoła. ― Chodźcie, wejdziemy do jakiegoś budynku.

Odruchowo, nieświadomie, zatrzasnął drzwi bagażówki i natychmiast uświadomił sobie bezsens tej czynności, tej odruchowej przezorności. Drzwi zamknęły się z głuchym, blaszanym trzaskiem, zupełnie niestosownym w tej ciszy. Stwierdził nagle, że od momentu wyjazdu z domu, rozmawiają szeptem, zwłaszcza tutaj, w tym martwym, kamiennym labiryncie.

― Tato! Posłuchaj! ―  Adam szarpnął ojca za spodnie.

Cisza nie była idealną. Gdzieś z daleka, jak zza grobu, dochodziło stłumione wycie setek psów, pozamykanych pewnie przez swoich nieistniejących już, lub tylko tajemniczo nieobecnych właścicieli w mieszkalnych fragmentach budynków. Tutaj, na Kruczej, w większości znajdowały się urzędy, biura i sklepy, wszelkiej konduity podejrzane spółki i firmy, jednak także mieszkania i jak się okazuje, przeróżnej maści psy. Roman aż się cały zatrząsł, gdy wyobraził sobie co się teraz dzieje w dzielnicach typowo mieszkalnych, tych beznadziejnych, betonowych klatkach ―  kurnikach masowego chowu.

Machnął na to ręką i poprowadził rodzinę do pobliskiego, otwartego oczywiście na oścież sklepu spożywczego. Już miał wejść do środka, gdy zaskoczył go jakiś nieokreślony ruch wewnątrz pomieszczenia. Stanął jak wryty i powstrzymał gestem ręki podążającą za nim Martę. Na posadzce eleganckiego lokalu, a zwłaszcza na ladach chłodniczych i przepełnionych rozmaitą żywnością półkach, kłębiło się istne mrowie... szczurów, usiłujących uszczknąć cokolwiek z niedostępnych dotąd zapasów. Nawet go nie zauważyły, zaabsorbowane bez reszty łatwymi zdobyczami. W środku panował duszny odór ― swoiste połączenie szczurzego smrodku i zaczynających się psuć, nie paczkowanych produktów.

Wycofali się ostrożnie na środek ulicy. Marta dopiero teraz zdała sobie sprawę ze słuszności wczorajszego, mężowskiego ostrzeżenia przed psimi watahami.

― Roman, musimy znaleźć dużo broni.

― Masz rację. Wracamy do samochodu.

Ponownie znaleźli się w bagażówce i jechali teraz wolno ponurymi, martwymi ulicami, rozglądając się za jakimś sklepem z bronią. Co i rusz mijali eleganckie, bezbronne, pstrokate salony mięsne, okupowane przez sfory wygłodniałych psów, na razie do woli raczących się leżącymi na ladach wędlinami i kawałami surowych, krwawych ochłapów. Wokół skamlących ratlerków, pudli, całego tego rasowego czy też mniej określonego, psiego plebsu miejskiego, kłębiły się ruchliwe wróble i zdezorientowane, głupie jak zwykle, gołębie, korzystając z zachłannego bałaganiarstwa łagodnych jeszcze, obżerających się zwierząt. Wszystko to zaledwie w dwadzieścia cztery godziny po..., no właśnie po czym? Po jakimś zupełnie niezrozumiałym, tajemniczym, jednoczesnym i koszmarnym zniknięciu wszystkich ludzi. Roman nie chciał powiedzieć bezsensownym zniknięciu, ale tylko dlatego, że jeszcze wczoraj pomyślał sobie, nie całkiem jasno, o pewnej zupełnie irracjonalnej możliwości. No, ale w końcu czemu nie? Zwłaszcza, że on i jego rodzina przetrwali z jakiegoś niezrozumiałego powodu. I nawet mają się zupełnie dobrze. Na razie.

― Jeszcze są łagodne, jeszcze przywiązane do ludzi i... dzięki tym zapasom, syte ―  odezwał się do chłopców ―  Ale za dwa, trzy dni?

― Co zrobimy? ―  Jacek nie odrywał wzroku od mijanych bram.

― Cóż ― wątpię byśmy znaleźli tu odpowiednią broń. Jak też inne, niezbędne w tej sytuacji rzeczy ―  Roman głośno myślał. ― Wracamy. Pod Płockiem jest jakaś lotnicza, a raczej śmigłowcowa jednostka wojskowa. Tam się rozejrzymy.

Z trudem wydostali się z bezludnego centrum i lawirując bez skrępowania po ulicach, raz po prawej stronie, raz po lewej, a nawet chodnikami, dotarli z powrotem do trasy wylotowej. Tak naprawdę to całkiem chętnie opuszczali to rozległe miasto. Stolica nigdy nie cieszyła się ich szczególnym uznaniem ― uważali ją zawsze za samo jądro wszystkiego złego co ich dotąd spotykało. Zwłaszcza teraz, niezależnie od szczególnej pustki, martwoty jaką tchnęła z każdej bramy, wydawała się być miejscem wyjątkowo przygnębiającym. Nawet w pełni słonecznego, upalnego lata.

W równie martwym Sochaczewie, skręcili tym razem na Wyszogród i pojechali dalej, do Płocka. Tam przecisnęli się jakoś przez rozpięty nad Wisłą, zastawiony samochodami most, by po kilku minutach jazdy ujrzeć ciągnące się wzdłuż drogi druciane ogrodzenie jednostki wojskowej. Za siatką stały cztery rzędy równiutko ustawionych, pomalowanych w burozielone plamy maskujące, nieruchomych śmigłowców. Zjechali w boczną drogę i dotarli wreszcie do bramy głównej z bezludną wartownią.

Żadnego żołnierza, żadnego wartownika. Najwidoczniej armia też już nie istnieje. Przynajmniej tutaj. Ale przecież jest to najwyraźniej dość specjalna jednostka, jedna z niewielu w kraju, a więc jedna z ważniejszych. A co za tym idzie wyposażona we wszelkie niezbędne środki ochrony i zwłaszcza pewnie łączności. Zatem, tak dziwne wydarzenia na jej terenie nie mogły przecież pozostać bez natychmiastowej reakcji ze strony pozostałej części systemu obronnego. Jeżeli naturalnie istnieje w tym schizofrenicznym kraju jakiś rozsądny system obronny. I jeżeli coś jeszcze z niego zostało.

Ponownie opuścili Nissana i weszli ostrożnie na wartownię. Nikogo. W jednym z obszernych pomieszczeń, w sześciu drewnianych stojakach stało, jak na zapomnianej wystawie, ze czterdzieści czyściutkich kałasznikowów. Pod każdym z nich, w specjalnej przegródce, cztery, pełne magazynki z ostrą amunicją. Obok stojaki metalowe z półeczkami na radiotelefony, ładujące się z indywidualnych przyłączy. Też około czterdziestu sztuk.

Pod ścianą, równiutko ułożone plecaki z pełnym wyposażeniem osobistym żołnierza ―  wartownika. W pokoju dowódcy warty wielka, otwarta szafa pancerna ze skrzynkami amunicji, pistoletami typu Rak, rakietnicami i kilkoma pękami kluczy. Na wielkim biurku trzy aparaty telefoniczne, komputer i... włączona, szumiąca delikatnie, radiostacja. Roman zdrętwiał momentalnie, lecz po chwili zobaczył obok zestaw akumulatorów zasilających ten sprzęt. Zdziwił się swoją reakcją, ale stwierdziwszy, że jednak nie ma tutaj nikogo, odetchnął z ulgą. Jakby właśnie na tym mu zależało.

― Wojska też nie ma ―  powiedział do chłopców.

― Czy na pewno? ―  Marta miała jeszcze jakieś nadzieje, chociaż nie wyczuł w jej pytaniu żadnego oczekiwania.

― Jestem o tym przekonany ―  stwierdził krótko. ―  A teraz musimy działać. Jacek i mama otworzą bramę i podprowadzą bagażówkę pod drzwi wartowni. Spokojnie, ostrożnie, załadujecie do środka osiem, dziesięć sztuk broni, tej ze stojaków, jakieś trzydzieści pełnych magazynków i kilka skrzynek amunicji. Adaś zostanie ze mną. Jeszcze raz spróbujemy nawiązać kontakt z... kimkolwiek.

Usiadł przy biurku i próbował zorientować się w działaniu radiostacji. Był to sprzęt pokrywający chyba cały krótkofalowy zakres. Po kilku minutach rozeznał się mniej więcej w przeznaczeniu kilku ważniejszych pokręteł i przełączników. Stacja znajdowała się w stanie nasłuchu. Pokręcił gałką potencjometru poziomu maksymalnie w prawo i szum odbiornika mało nie rozsadził małego głośniczka. Przestrajał się powoli od minimum, po całym paśmie. Nic, żadnych śladów jakiejkolwiek emisji. Obok stacji leżał wykaz jakichś kryptonimów z przypisanymi im częstotliwościami. Nastroił sprzęt na pierwszy z nich i uruchomił nadawanie.

― Halo Jaga, halo Jaga, odbiór ―  rzucił w eter pierwsze z listy wywołanie i przeszedł ponownie na odbiór.

Cisza, żadnej reakcji. Powtórzył rzecz kilkakrotnie, także zmieniając kryptonimy oraz częstotliwości, po czym w końcu zrezygnował. Spojrzał na młodszego syna, który przyglądał mu się z poważną miną.

― Widzisz Adasiu, jesteśmy jednak sami.

― Na całym świecie?

― Tego nie wiem, ale... być może tak właśnie jest.

― To co z nami będzie? ―  chłopcu zbierało się na płacz.

― Nic. Musimy jakoś żyć ― przytulił mocno smutnego człowieczka i wytarł mu nos. ― Chodź, pomożemy mamie.

Bagażówka była już załadowana do cna, aż zrobiło się w niej ciasno. Na podłodze leżała broń i amunicja, kilka wojskowych, grubych koców, jakieś liny, oraz góra bandaży, środków opatrunkowych i leków.

― Po co to wszystko? ―  zdziwił się.

― Przyda się ―  Marta uśmiechnęła się do męża ― Teraz przecież jesteśmy zdani tylko na siebie, prawda?

― A przedtem? ―  spytał przekornie, jednak dość smutno.

― No, niby też. Ale przecież wiesz, o co chodzi.

― Wiem. Założę się, że Jacek miał w tym załadunku swój potężny udział, co? ―  spojrzał niby to surowo na starszego syna.

― Zgadza się ―  przyznał się chłopak.

― W porządku. Zjemy teraz trochę i wracamy do domu nakarmić Beksę, Łysego i kury. Jutro przyjedziemy tutaj ponownie.

Z zabranych z domu zapasów, Marta przygotowała na wartowni górę kanapek, którą pochłonęli w oka mgnieniu, popijając zimnym mlekiem Beksy z dwóch termosów. Po krótkim odpoczynku ponownie ulokowali się w zakurzonej, obładowanej bagażówce. Zanim wyjechali na drogę Roman chciał się jeszcze zorientować wstępnie w topografii jednostki lotniczej, rozmieszczeniu budynków, magazynów i składów. Sądził, że tylko dzięki takiej placówce uda im się zaopatrzyć we wszelkie niezbędne do bezpiecznego życia przedmioty i urządzenia. No i powinno się tu także znajdować mnóstwo, właściwie przechowywanej, opakowanej, żywności.

Objazdowa, prowizoryczna inspekcja ogromnego terenu zajęła im prawie dwie godziny, po czym wyjechali wreszcie na drogę prowadzącą do Gostynina. Tam ponownie zatankowali Nissana przy pomocy wiaderka i przed dwudziestą byli w domu. Na kilka minut przed kolejną już, potężną ulewą.

Gdy już wszystko było zrobione, gdy chłopcy spali zmęczeni, Roman i Marta niemal jednocześnie, bez wcześniejszego porozumienia, przeszli ostrożnie do skromnej sypialni małżeńskiej, w której nie przebywali razem już od dobrych kilku lat. Głównie z obopólnej obawy przed powiększeniem się i tak już wystarczająco ubogiej rodziny. Teraz albo uznali podświadomie, że sytuacja zmieniła się diametralnie na korzyść, albo był to przejaw czegoś w rodzaju strachu czy szczególnej formy rezygnacji w obliczu nieznanego. Nie bez znaczenia był tu także ten nagły, tajemniczy i przemożny przypływ witalności jaki odczuwali oboje od wczoraj. W każdym razie, mimo dziwnego zażenowania sobą, podobnego w swym rodzaju i natężeniu do ich pierwszych, narzeczeńskich jeszcze zbliżeń, znaleźli się razem w chłodnym, małżeńskim łożu. A raczej stareńkiej wersalce, na której zazwyczaj sypiała Marta.

Leżeli teraz zmęczeni obok siebie, wsłuchując się w nieznaną im dotąd ciszę za oknami. Była druga w nocy, bezchmurna, czarna, sierpniowa noc z milionami jaskrawych jak nigdy dotąd, gwiazd.

― Wyjdźmy przed dom, dobrze? ― zaproponował Roman. Po chwili, jako tako ubrani, stali oboje na ciemnym podwórku z zadartymi wysoko głowami, wpatrując się w krystalicznie czyste niebo. Trzymali się za ręce jak niegdyś, jak para zakochanych małolatów.

― Czujesz jakie powietrze? ―  spytała Marta.

― Tak. To przez te nieruchome już samochody oraz martwy przemysł ―  Roman wyjaśniał żonie przyczynę tych zmian. ― Mimo tego, że przecież mieszkamy na wsi, dość daleko od zatłoczonych dotąd dróg i miast. Sądzę też, że najdalej w ciągu miesiąca, powietrze stanie się tak rześkie i czyste jak przed, no... tysiącami lat.

― Tak. To możliwe ―  przytaknęła wolno.

― Myślę, że za jakieś... piętnaście lat, wszędzie wokół będzie się pleniła wspaniała, bujna zieleń. Wielki, zdrowy las z krystalicznie czystymi rzekami i jeziorami, pełnymi żwawych ryb. Jeżeli oczywiście doczekamy tego ―  zastrzegł się natychmiast.

― Coś mi się wydaje, że... doczekamy ―  powiedziała cicho i przytuliła się mocniej do męża.

― Tak? Ja... chyba... też tak sądzę. Nie wiem tylko... dlaczego i... czy z tego samego powodu co ty.

― Oj, chyba tak ―  roześmiała się cicho.

― Myślisz?

― Wiem.

Jakimś cudem Marta przestała zamartwiać się sytuacją. Wręcz przeciwnie ―  od kilku godzin jakby odmłodniała, jakby dopiero co zdała celująco maturę i pełna energii, sposobiła się do nowego, wspaniałego życia.

― Jest jednak pewien problem ―  zamyśliła się na chwilę.

― Jaki?

― Chłopcy. Za kilka lat, gdy... dorosną.

― Rzeczywiście ―  przyznał od razu. ― Myślę jednak, że te... wydarzenia nie objęły... całego świata. Że w końcu zostaniemy... dziadkami, co?

― Ach ty świntuchu ―  uszczypnęła go w rękę.

Stali tak jeszcze jakiś czas w milczeniu i oglądali czarne niebo z tymi milionami jaskrawych, dalekich gwiazd, tych odległych, nieznanych światów, wśród których być może ―  któż to wie ―  leżała przyczyna ostatnich, niezrozumiałych i radykalnych zmian. Tak naprawdę obiecujących, przynajmniej na razie i przynajmniej dla nich. Pozostawał jednak straszliwie ciążący problem. Co się stało z innymi ludźmi, gdzie są teraz i czy są gdziekolwiek? Mimo, że ani Marta, ani tym bardziej Roman, nie przepadali za rodakami, mimo, że w zasadzie z wyboru, pędzili od lat pustelniczy prawie żywot, to jednak żadnemu z nich nie przyszło do głowy takie spełnienie własnej mizantropii. W tym więc względzie byli absolutnie bez winy. Niemniej ciężar był ciężarem.

Przytuleni, wrócili do domu i po dziesięciu minutach cała rodzina spała spokojnie, wypoczywając przed kolejną porcją pracy, zajęć, jako żywo przypominających swym charakterem zabiegi i działania zdobywców nieznanych lądów lub też wyklętych, przegnanych z własnego świata banitów, organizujących swoją przyszłość na nieznanych im wyspach. Zesłańców, pełnych jednak energii i optymizmu, mimo żalu po utraconych na zawsze rodzinach, nielicznych znajomych i przyjaciołach. Zesłańców a rebour.

Świat wokół, przyroda, odradzały się błyskawicznie.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

Pod koniec września powoli zaczynały żółknąć liście na drzewach. Nasiliły się też zachodnie wiatry, niosące ciemne, nabrzmiałe deszczem chmury ― niechybnie zbliżała się piękna, kolorowa jesień. Rodzina już w połowie sierpnia przeniosła się całkowicie do opuszczonej, ogromnej jednostki lotniczej pod Płockiem. Znaleźli tu wszystko, czego tylko mogli sobie życzyć do prowadzenia wygodnego, bezpiecznego życia. Mnóstwo zadbanych pomieszczeń dla zwierząt, ogromne zapasy pasz w wojskowym gospodarstwie, wszelkie maszyny rolnicze, całe hektary podziemnych zbiorników z najlepszymi gatunkami paliwa, sprzęt transportowy ― przewoźne agregaty prądotwórcze różnych mocy ― tony zakonserwowanej, zabezpieczonej żywności, środki opatrunkowe, lekarstwa, najnowocześniejszy sprzęt medyczny. I wszystko to tylko na ich potrzeby, za darmo, całkowicie dostępne. Tak samo zresztą jak i wszelkie inne dobra cywilne, czekające na nich w każdym opustoszałym mieście, na każdej ulicy, na każdym kroku. Nareszcie mieli niewyobrażalny nadmiar tego, o czym dotąd nie mogli nawet marzyć. Jednak jakim kosztem, dlaczego?

Roman nie zrezygnował z poszukiwań radiowych. Uruchomił na stałe cztery potężne nadajniki wojskowe, emitujące automatycznie krótkie, nagrane wcześniej teksty. W przerwach między komunikatami pracowały odbiorniki, gotowe rejestrować każdą obcą emisję i alarmować w razie jej wykrycia. Uruchomił ten system również dlatego, że Marta była od sierpnia w ciąży, a nie przekonany do końca o światowym zasięgu niezrozumiałego kataklizmu, miał nadzieję na znalezienie w końcu jakichś ludzi, jakiejś niezbędnej w niedalekiej przyszłości pomocy medycznej. Choć prawdę mówiąc, był podświadomie przekonany, że ze wszystkim poradzą sobie sami. Żona popierała go w takim myśleniu, z radością oddając się wszystkim obowiązkom posłusznej kobiety Robinsona.

Ich nowa, wielka wyspa rozkwitała. Urządzili się w niewielkim, jednopiętrowym budynku dowództwa jednostki. Chłopcy, korzystając z bogatego asortymentu wojskowych pojazdów, pościągali z okolicznych, wyludnionych miast najlepsze meble, najdelikatniejsze firanki, zasłony, najlepszy sprzęt. Patrzyli smętnie na stojące nieruchomo śmigłowce, lecz na razie nie było o czym mówić. Jacek buszował po specjalistycznych sklepach i uniwersyteckich bibliotekach, ściągając tony książek, kaset, filmów. Adaś, który nadzwyczaj szybko wydoroślał, okazał się zdolnym informatykiem ― przesiadywał godzinami przy najlepszym, jaki mógł zdobyć, sprzęcie. Internet oczywiście nie działał. Wszystkim sporo czasu zajmowała troska o małe stadko zwierzęce, dzięki którym mieli codziennie świeże mleko, sery, jajka. Na razie, gdy idzie o witaminy, warzywa, musieli zadowalać się głównie wojskowymi, puszkowanymi zapasami. Marta obiecywała, że jak tylko doczekają wiosny, uruchomi wspaniały ogródek. Zresztą nazwozili wcześniej mnóstwo świeżych warzyw z sąsiednich, wyludnionych gospodarstw.

Nadeszła ostra zima, jakiej nie było od lat. Śnieg pokrył cały kraj grubą, trwałą warstwą. Pozamarzały rzeki, nieustannie trzymał kilkunastostopniowy mróz. Roman cieszył się taką pogodą, wiedząc, że dzięki temu wyginie większość szkodliwych dla upraw owadów. Marta była już wyraźnie gruba i trzymając się pod boki, wieczorami przechadzała się dumna po swoim gospodarstwie. Mimo, iż każde z czwórki miało własny, urządzony na swój sposób, pokój, mimo jej stanu, często spędzała noce w jednym łóżku z mężem, budząc się rano przytulona przez Romka. Jak świeżo po ślubie. Wokół nieustająco panowała idealna, spokojna cisza. Zniknęli co prawda ludzie, ich krzykliwe rozrywki ― telewizja, radio, zajadła, kłamliwa prasa, rozgrywki partyjne, układziki, podchody, wojenki i wojny, ale wszystko inne pozostało, zwłaszcza wspaniała natura. Rodzinę przepełniały energia, zdrowie, optymizm.

Roman nie był do końca spokojny i zadowolony. Teraz, zimowymi wieczorami, gdy nareszcie mógł sobie pozwolić na niedostępne dotąd, koszmarnie drogie lektury, szybko narastała w nim potrzeba zrozumienia ich niesamowitej sytuacji. W miarę połykania wręcz coraz to nowych pozycji, głównie z zakresu religioznawstwa, niedostępnych normalnie opracowań historiozoficznych, socjologicznych lub nawet parapsychologicznych, w tym ściśle tajnych, wojskowych i rządowych, powoli nabierał pewności o totalnej manipulacji, jaka odbywała się na świecie od lat.. Manipulacji politycznej, gospodarczej, socjologicznej, religijnej, czy nawet kulturalnej. Z tekstów tych, zalegających dotąd niezwykle strzeżone archiwa, biurka, sejfy, wyłaniała się powoli ponura, koszmarna prawda na temat roli państwa w systemach dwudziestowiecznych, na temat powiązań politycznych, gospodarczych, na temat wszelkiego rodzaju zależności dyplomatycznych, finansowych, korupcyjnych.

Już ta cząstka, którą zdążył przetrawić dotąd, dawała wyraźny zarys, pewność funkcjonowania bezwzględnego, podporządkowanego jednemu celowi, totalnego systemu nadzoru, sterowania. Gdyby społeczeństwa wiedziały o tym wszystkim...! Ani jeden rząd nie przetrwałby godziny. Rząd! Każda forma władzy, zaczynając od wójta, nie miałaby prawa istnieć.

Cel był banalnie prosty i zawsze ten sam. Zdobyć, a następnie za wszelką, aktualnie możliwą cenę, utrzymać władzę nad motłochem. Władza i jeszcze raz władza. Mniej, i nie wprost, chodzi także o pieniądze, korzyści bardziej konkretne, które w końcu i tak przyjdą niejako automatycznie. Władza, władza, władza.

Takie na przykład podatki. Z super tajnych opracowań rządowych wynikało niedwuznacznie jedno. To mianowicie, iż gros dochodów państwa, uzyskiwanych właściwie przecież z wszelkiego rodzaju podatków, nie wracało wcale w mniej lub bardziej skomplikowany sposób do społeczeństwa, nie było jak to się zawsze eufemistycznie mówiło, redystrybuowane w dół, lecz trafiało na specjalne, sprytnie zakamuflowane konta rządowe. I wcale nie po to, by mogli nimi osobiście dysponować nieuczciwi, pazerni urzędnicy, także po utracie władzy i wpływów. Tu szło głównie o dwie rzeczy. Po pierwsze by mieć nieograniczone środki na budowanie własnego, w miarę możliwości uległego i stabilnego elektoratu ― głównie całych tabunów, setek tysięcy urzędasów wszelkiej maści i ważności, ich wyposażenia i całej, niezbędnej otoczki, po drugie, by w razie ekstra konieczności, mieć ich czym ekstra zachęcić. Premie, nagrody, odznaczenia, nominacje, gratyfikacje, podwyżki.

Jednak, żeby zbudować sobie tak uległą, posłuszną armię, nie wystarczało po prostu mnożyć posad. Te multiplikujące się jak króliki stołki trzeba było jakoś uzasadniać, tłumaczyć szarej, ogłupiałej masie wyborców. Tworzono więc coraz to bardziej skomplikowane, niespójne i niezrozumiałe prawo. Oczywiście dla dobra społeczeństwa, dla dobra ogółu. Fakt ― mnóstwo ludzi zyskiwało w ten sposób możliwość zarobkowania, prowadzenia dochodowych urzędów, biur, poradnictwa, kancelarii, itd. Jednak przecież nie to było głównym motywem radosnej, intensywnej twórczości. Szło głównie o ubezwłasnowolnienie tych milionowych mas, o wytworzenie tępych niewolników, ograniczonych w swym jestestwie do darcia mordy przed serwowanym przez telewizornię meczem, czy idiotycznymi, pełnymi bezsensownego, nieskładnego ruchu i milisekundowych cięć, konkursów, zawodów, czy innej bezmyślnej sieczki. Niezdolnych do przyswojenia, przetrawienia coraz to nowych, coraz głupszych w swej istocie, koszmarnie niezrozumiałych zasad i norm.

Jakiś masowy protest, bunt, nie wchodziły w rachubę ― każdy, wykończony po robocie, siedząc z tanim piwkiem przed migającym ekranem, ani myślał angażować się w coś na poważniej. Czasem przyłączył się do okazjonalnego marszu, krzyknął nawet; ― „Precz!”, ale nic więcej. Miał przecież jakąś tam posadkę, dorobił się samochodu, pralki, lodówki, czasem własnego mieszkania ― nie mógł ryzykować.

A sowicie opłacane służby czuwały, trzymały twardą łapę na pulsie.

Reszta pieniędzy szła na ciągłą kontrolę tego rozłażącego się wszędzie, pęczniejącego gówna, na jakie takie trzymanie owej upiornej machiny w założonych ryzach. Samonapędzające się perpetum mobile, lub raczej koszmarny, gargantuiczny, oślizły wąż, pożerający z coraz większą łapczywością własny ogon.

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

cdn.

1204

Podobne artykuły


23
komentarze: 31 | wyświetlenia: 2507
17
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1566
15
komentarze: 14 | wyświetlenia: 410
15
komentarze: 20 | wyświetlenia: 670
15
komentarze: 37 | wyświetlenia: 1268
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1018
14
komentarze: 9 | wyświetlenia: 450
14
komentarze: 9 | wyświetlenia: 351
14
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1148
13
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1035
13
komentarze: 6 | wyświetlenia: 407
13
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1090
13
komentarze: 34 | wyświetlenia: 1057
13
komentarze: 33 | wyświetlenia: 869
12
komentarze: 11 | wyświetlenia: 886
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  jotko49,  30/06/2017

Czytam a własciwie pochłaniam Twe teksty jak zwykle z wielkim"apetytem"...i nadal głodny, oczekujący na dokładkę lub choćby i skromny deser. Dzięki takim tekstom warto zajrzeć i zalogować się na eiobie...dzięki i pzdr. ;-)

  golesz,  30/06/2017

@jotko49: Kurcze blade! Onieśmieliłeś mnie do cna, zwłaszcza, że to stary tekst, chwilowo "odstawiony". Dzięki.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska