Login lub e-mail Hasło   

Zmowa

Fragment powstającej powolutku, sensacyjnej całości.
Wyświetlenia: 94 Zamieszczono 30/06/2017

Zmowa

 

To miał być, a ściślej, to dopiero będzie obszerny raport służbowy, na razie jednak notuję po swojemu i wyłącznie na własny użytek wydarzenia, w których przyszło mi brać udział z racji pełnionych funkcji. Nie obejdzie się w tym zapisie bez refleksji osobistych, takich, czy innych przemyśleń, jednak na razie traktuję tę przelaną tu na papier historię jako wyłącznie obszerne, jedyne źródło późniejszego, formalnego opracowania. Może nawet jako późniejsze memento dla przyszłych badaczy? A więc... do dzieła!

 

Zwiad

Jest. Siedzi przy stoliku z jakąś olśniewającą, długonogą pięknością. Wpatrzeni w siebie, uśmiechnięci, trzymają się za rączki, choć przecież wiem, że on wie, iż to regularna kurwa, choć jeszcze nie całkiem zużyta. Niedopita, wystygła już zapewne kawa, jakieś kruche ciasteczka... On opalony, w przewiewnej, markowej koszuli z krótkim rękawem ― białe spodnie, lekkie buty płócienne. Bujna, luzacka czupryna pofalowanych, czarnych kudłów, kilkudniowy zarost. Ona w zwiewnym, cieniutkim i luźnym wdzianku z prześwitującym ponętnie biustem bez stanika. Piersiątka kształtne, nie za duże, młode. Niżej mini spódniczka z drobnymi falbankami. Na gołych, świetnych nogach, białe, ażurowe buciki z wysokim obcasem. Włosy długie, farbowane na biało, spięte z tyłu klamrą, tworzące długą, luźno zwisającą kitkę. Jakieś dwadzieścia lat. Góra.

Obok, zaraz za malowanym na czarno stylowym płotkiem i półmetrowym trawnikiem, zwykły, przedpołudniowy ruch uliczny. Chodnik i ruchliwa, asfaltowa jezdnia, z jego czerwonym, zaparkowanym na wyciągnięcie ręki Porsche. Lipcowe słońce szybko rozgrzewa się do białości, gwarantując wieczorny upał.

Muszę zrobić tak, by to on wypatrzył mnie całkiem przypadkowo, rozpoznał w jednym, błyskawicznym skojarzeniu. Inaczej może być ostrożny, nieufny.

Wchodzę więc do kawiarni od strony jego pleców, podchodzę do wolnego stolika, siadam. Kelnerka już mnie dostrzegła ― zamawiam kawę, rozkładam gazetę, znajduję stronę z ogłoszeniami.

― Jurek? ― krzyczy wreszcie poprzez dwa stoliki. ― Chłopie...

Podnoszę więc wzrok, uśmiecham się radośnie zaskoczony.

― Jacek... ― wstaję. ― Jak babcię kocham, Jacek! Co ty tu...?

― To ja się pytam, co ty tu? ― też wstaje. Podchodzimy do siebie, ściskamy. Zaprasza mnie do swojego stolika, przedstawia piękności. Jeden przez drugiego opowiadamy o sobie.

Znam Jacka Dominika od urodzenia. Wychowywaliśmy się w Toruniu, w starej kamienicy, biegaliśmy, bawiliśmy wspólnie aż do ukończenia ogólniaka. Męczyliśmy się w tej samej klasie, mieliśmy tych samych nauczycieli, razem zdawaliśmy maturę. Można powiedzieć, że się chyba przyjaźniliśmy. Później jego rodzina wybyła do Warszawy i Jacek zginął mi z oczu. Ja skończyłem studia, znalazłem ciekawą, znakomicie płatną robotę w Gdańsku. Teraz jestem tu bardzo, bardzo służbowo ― wykonuję zadanie. Na nic innego nie mam czasu ani ochoty.

― I naprawdę jesteś bezrobotny? ― dziwi się. ― Ty, najlepszy fizyk w klasie, a teraz dyplomowany spec od elektroniki?

― Obwody mikrofalowe ― przypominam z uśmiechem. ― Rzadkość.

― Tym bardziej chyba...

Jacek nie ma zielonego pojęcia o elektronice. Zawsze raczej malował coś, machał pędzlem, nosił po kieszeniach farby, kredki. Dostał się jakoś na Akademię, ale zrezygnował na trzecim roku. Miał dość łamania kości, kruszenia charakterów, sztywnych, spiżowych autorytetów i chodzących monumentów. To jego wersja. Ja wiem, że wywalili go za wódę, narkotyki i ekscesy.

Wynajął tu, w Krakowie, maleńki pokoik, gdzie począł masowo produkować te swoje olejne czy akwarelowe potworki. O dziwo ― mimo miernej, czy wręcz żadnej wartości tych landszafcików, znajdują się nabywcy z terenu całego kraju, a nawet, zwłaszcza ostatnio, z zagranicy. I to w takich ilościach, że po roku stać go na wynajęcie nie tylko pracowni, ale i wykupienia całej ściany w najlepszej w mieście galerii. Jest w znakomitej kondycji finansowej ― kupił sobie nowego, czerwoniastego Porsche, z powodzeniem gra na giełdzie, panienki zmienia jak skarpetki.

To moja wiedza służbowa, ze szczegółowych raportów, ale przecież nie będę się przed nim chwalił, czy próbował wyjaśniać. Zadanie! Z nim, Jackiem, w roli może nie głównej, ale jakże ważnej.

― Zrobimy tak ― mówi. ― Odwiozę Jolkę i wrócę tu za... dziesięć minut. Zaczekasz?

― Jasne!

― Pójdziemy gdzieś się urżnąć!

Zabiera niezadowoloną coś cud dziewczynę, wsiadają do samochodziku i odjeżdżają z piskiem. Mam chwilę na dyskretne poprawienie mikrofonów.

Z niejakim zdziwieniem stwierdzam, że mimo, iż być może przyjaźniliśmy się jeszcze kilka lat temu, to teraz jest dla mnie tylko obiektem akcji. Początkowo, jeszcze kilka dni temu, sądziłem, że nie będę w stanie sprostać sentymentom, że gdy mnie przyciśnie dawna, koleżeńska lojalność, będę musiał zrezygnować. Utrudniłoby to rzecz jasna śledztwo, ale szefostwo przecież też brało tę możliwość pod uwagę. Dostałem więc wolną rękę, pełną swobodę decyzji. A teraz jasno konstatuję, iż nie mam żadnych obciążeń, ani śladu dawnej, powiedzmy, przyjaźni. Ot ― przeciwnik. Może to jednak coś... niewłaściwego, niedobrego? Na przykład nieuświadomiona jeszcze zazdrość o Porsche, o śliczną panienkę, o powodzenie życiowe?

Nie, zdecydowanie nie! Naoglądałem się już w pracy niejednego ― kilkunastu podobnych, w podobnych sytuacjach. Jeszcze lepsze i droższe samochody, domy... Kobiety bardziej atrakcyjne... Niemniej, w wolnej chwili, muszę się nad tym głębiej zastanowić. Jednak jeśli już jestem tu tylko aktorem, choć chwilami, nie przeczę, jednym z asystentów reżysera tego dramatu, to wypada przecież ciągnąć przedstawienie bez zakłóceń. By Widownia, ktokolwiek na niej zasiada, była zadowolona. To właśnie ta moja, zawodowa akuratność.

Wrócił z piskiem opon po ośmiu minutach, machając z samochodu jakąś papierową, pękatą torbą. Zapłaciłem i wsiadłem.

― Co tam masz?

― Sardynki, kiełbaska, szyneczka, chlebek, popitka i inne takie ― pochwalił się. ― A tu, za siedzeniem, buteleczki z wódeczką. Jedziemy do mnie, gdzie mam tego znacznie więcej.

― Do ciebie? ― pokręciłem głową. ― Może lepiej do mnie, do hoteliku?

― E tam... U mnie więcej miejsca, cisza. Zobaczysz co maluję, pogadamy spokojnie. A później możemy zadzwonić po... dziewczynki. Nie lepiej tak?

― No dobra ― zgodziłem się.

Cały czas, od momentu spotkania, wydawał się naturalnie szczery, spontaniczny ― dawny kumpel, z którym można konie kraść. Do tego stopnia, że, zwłaszcza teraz, znów pomyślałem o sobie bardzo brzydko. No dobrze ― zobaczymy. Wycofać mogę się w każdej chwili. Jeszcze.

Po dwóch godzinach zna dokładnie moją sytuację. Zatarg z buraczanym szefem, wywalenie na zbity pysk, niemożność znalezienia żadnej roboty, moje peregrynacje po kraju w jej poszukiwaniu, chroniczny brak kasy... Wzruszył się chyba szczerze, zwłaszcza, iż jedna butelka już opróżniona, gdy nagle...

― Grasz może w Totka nędzarzu? ― spytał jakby od niechcenia.

― Nnie... ― wyjaśniłem, tym razem zgodnie z prawdą. ― No... dwa razy chyba coś kiedyś wysłałem, ale sam przecież widzisz...

To było z mojej strony zgrabne, tak sądzę, nawiązanie do mojego wyglądu, ubioru. Tanie, znoszone jeansy, wytarta koszula, złażone do cna pepegi. Poszarpana torba z plikiem gotowych na każdą okazję CV, z którymi chodziłem od firmy do firmy.

― No to wygrasz tym razem wszystko! ― klepnął mnie przyjacielsko. ― Za tydzień wielka kumulacja... jakieś... dwanaście melonów! Wchodzisz w to?

― Jak to?

― Normalnie! Ja ci daję numery, a ty wygrywasz. To... proste.

― Jak to dajesz mi numery? To... gra losowa. Nikt nie zna numerów.

― Nie? A ja będę znał!

― Niemożliwe! ― uparłem się dość przekonująco i otworzyłem drugą butelkę. W jednej sekundzie porzuciłem narastające z każdym kieliszkiem wątpliwości. Znów byłem pełnosprawnym psem gończym, który wyczuł trop, znów w pełni kontrolowałem sytuację. Teraz tylko trzeba umiejętnie, ostrożnie!

― Nie? Nie? ― Jacek chyba obruszył się nie na żarty. ― Zrobimy tak... Zamieszkasz u mnie do dnia losowania, do niedzieli, nie, do poniedziałku. Na mój koszt. W sobotę, albo lepiej w piątek, wypełnisz starannie kupon liczbami, które ci podyktuję i puścisz to na... własne nazwisko. Na adres zameldowania. Wszystko czyściutko, prawidłowo.

― No dobrze ― celowo starałem się brzmieć protekcjonalnie, okazywać skrajny brak zainteresowania tym niedorzecznym bajdurzeniom podpitego faceta. ― A jeśli nic z tego? Jak zwykle?

― Nic z tego? To... niemożliwe! ― powoli chyba zaczynał seplenić. ― Ale... jest warunek.

― Tak?

― Osiem... siedemdziesiąt procent dla mnie. Gotówką. Zwyczajowo bierzemy... biorę osiemdziesiąt, ale ty mi Jurku kolegą przecież, przyjacielem!

― No... rozumie się, ale...

To jest to! Nareszcie!

― Nic się nie martw o podatki. Gotówka, to gotówka. A za kolejne dwadzieścia, no... dziesięć procent, kupisz ode mnie kilka obrazków. Lokata szczęśliwie wygranego kapitału, rozumiesz? Legalnie, na fakturę, płacąc najniższą taksę. Zobacz, co kupisz...

Odsłonił wielką zasłonę, za którą, na regałach, poukładane było chyba z kilkadziesiąt wyjątkowej brzydoty bohomazów.

― Ten, ten... ― wyliczał, wskazując konkretne. ― Podobają ci się?

― Mówiąc szczerze...

― He, he! Mnie też się nie podobają. Nikomu! Ale kupują, aż miło.

Miałem już jasność, pewność. Jeszcze tylko problem numerków.

― A jeśli... nie wygramy?

― Wygramy. To pewne. A... później... znajdę ci też robotę. Nie martw się!

Padliśmy jakąś godzinę później, mniej więcej jednocześnie. O panienkach, rzecz jasna, mowy być nie mogło.

  • •••••••••••••••••••••••••••

 

Poniższy fragment tego przedziwnego opowiadania jest moją czystą spekulacją – zupełnie nie jestem pewien, czy taka rozmowa się odbyła i jak przebiegała, jednak w obliczu później powziętej wiedzy, biorąc pod uwagę następujące kolejno wydarzenia, mogę  mieć takie w tej sprawie wielce przecież prawdopodobne domniemanie. Tym bardziej, iż występując tu i jako osobiście doświadczony faktami i jako relacjonujący w pierwszej osobie narrator tej opowieści, mam chyba pewne w tym względzie prawa. A więc mogło być jak poniżej;

 

Wara, zwany tak dlatego, że w transie ma silnie zaciśnięte te resztki zębów, a dźwięki, słowa, wydobywają się z jego ust w zadziwiający sposób ― wyłącznie przy pomocy ledwie widocznych ruchów obwisłych warg ― wali nerwowo grubymi paluchami o blat biurka. Wzrok ostry, świdrujący.

Jacek, mimo iż siedzi przed nim swobodnie rozwalony w wielkim fotelu, w środku spięty. Z Warą trzeba ostrożnie, to gość nieobliczalny.

― Pytałeś kogo, czy wolno ci obniżyć procent?

― Nie... proszę pana ― przyznaje ze skruchą. ― Ale to mój koleś, przyjaciel. Więc...

― Więc twoja działka gnoju też zmaleje odpowiednio. O ile Góra się nie wkurzy i nie zrezygnuje z ciebie na... amen. Wiesz, co to znaczy, rozumiesz?

― Wiem. ― Jacek aż się wzdrygnął na taką możliwość. Musiał odchrząknąć, bo w gardle natychmiast mu zaschło.

Tłusty, obleśny facet pod sześćdziesiątkę przestał bębnić. Kolejny raz upewnił się, że jednak zna się na ludziach. Może zaraz nie na wszystkich, ale na tych, którymi zawiaduje, na pewno. Widzi jasno, iż Dominiak jest skruszony i nie na żarty wystraszony. Drugi raz już się nie wychyli.

― Ostatni raz! ― stwierdza krótko.

― Jasne!

Burza, tornado i gradobicie, chwilowo odwołane.

― Czy... Góra... będzie wiedział? ― Jacek, świadom chwilowego uspokojenia, ryzykuje ostrożnie.

― Lubię cię gnoju. ― Wara nie reaguje zbyt nerwowo. ― Spróbuję go znów do ciebie przekonać. Ostatni raz! ― wydziera się niespodziewanie i chichoce na widok podskakującego playboya. Sadysta, ale najlepsze w kraju medium. Od kilku już lat.

― Mówisz, że ten twój zasrany koleś to... mikrofalowiec?

― Tak. ― Jacek uspokoił się trochę. ― Doktor elektroniki. Bezrobotny i... zaoszczędził nam kosztów na pozyskanie kolejnego milionera. Jako niewierzący w... noo... w wygraną, zgodził się dla... żartu, po starej znajomości. Ale mamonę, cały zresztą zdziwiony, podjął, rzetelnie spłacił swoją, e... moją, naszą działkę, podatki. Jest w porządku. Może się przydać. Bezrobotny, dotąd... dziad bez grosza.

― O naborców się nie martw, nie wyręczaj ich. Nie twoja broszka, jasne? Ale specjalista jest nam potrzebny na gwałt... Skąd on? Ten twój koleś?

― No... z Torunia. Jak i ja. I wypić może zdrowo...

― Dobra ― podsumowuje Wara. ― Mikrofalowców w tym kraju jak na lekarstwo. Pogadam z Górą. Tymczasem niech czeka w mieście. I nie chlej z nim więcej! W ogóle nie chlej za dużo, rozumiesz gnojku?!

― Tak jest!

― A teraz... spadaj! ― Wara wydarł się ponownie i pogroził paluchem. Jak ojciec.

― Byłbym zapomniał... ― wstrzymał Jacka na sekundę. ― Przyślij mi znów jakieś dwie młode na kilka dni. I uświadom, jak zwykle.

― Tak jest!

Porządny jednak gość ― pomyślał Jacek, po czym zmył się w podskokach, na odchodnym puszczając oko do warującego w poczekalni ponurego ochroniarza.

Wara ma problem. Góra to kutwa i oszczędza na czym może. Jednocześnie, przynajmniej werbalnie, popiera wszelkie działania, które mogą powiększyć zyski i wpływy Spółki, a zwłaszcza jego samego. Żyje więc w ciągłej rozterce, czemu chętnie, czy może mimowolnie, w rozmowie na dowolny temat, daje wyraz. Sprowadza się to do ciągłego powtarzania; ― No nie wiem, no nie wiem... Nie znaczy to wcale, że ogólnie, życiowo, jest kimś niezdecydowanym, czy jakimś ciągle dywagującym, nieporadnym chłopkiem roztropkiem. O nie! Gdy trzeba myśli szybko, konstruktywnie i twardo. Nie patyczkuje się, zarządza jak należy.

Nikt go nigdy nie widział, nawet Wara. Kontaktują się telefonicznie przez specjalne komórki i w specjalny sposób, ostrożniej i rzadziej mailowo, a przede wszystkim za pomocą firmowych kurierów, roznoszących papiery i gotówkę ― młodych, szybkich bandziorów, opłacanych sowicie, gotowych na wszystko. Całość ma ręce i nogi, a bezpieczeństwo Spółki, to Góry oczko w głowie. I Benka, firmowego króla ochrony wewnętrznej.

Spojrzał więc Wara na zegar ― dwunasta trzydzieści, czwartek. Otworzył notesik, wybrał właściwy na ten czas i dzień tygodnia numer. Odkodował na karteczce, którą za chwilę spali.

― Tak? ― Góra, jak zawsze, miał dziwny, poszatkowany jakby głos, lecz to przecież również efekt systemu szyfrującego. Już się przyzwyczaił.

― Zatrudniam speca mikro.

― Sprawdzony?

― Tak. Benek i Domin.

― Ile rocznie?

― Szacuję na połówkę. Plus koszta.

― No nie wiem... Trzeba?

― Tak. Rozmawialiśmy przecież. Opłaci się.

― Dobra, ale...

― Wiem.

― Kiedy zarząd?

― Przyślę któregoś. Koniec.

― Zgoda. Adieu!

Piknęło ― koniec rozmowy. Teraz ustalić termin posiedzenia zarządu, rozesłać wici... To poważna sprawa. Posiedzenia odbywają się tylko wtedy, gdy sytuacja naprawdę kryzysowa, lub, gdy przyjmowany jest na etat nowy, ważny pracownik. Z tej okazji komisja ― tych trzech, pięciu głównych akcjonariuszy. W użyciu modyfikujące również głos maski i długie po kostki peleryny jedwabne, maskujące strój w jakim się przyszło na ad hoc zgromadzenie. Trochę niepoważny teatr, ale bezpieczeństwo... Panowie, może nawet sam Góra ― to możliwe ― wchodzą do pokoju pojedynczo, w ustalonych odstępach trzyminutowych ― wszystko pod kontrolą czujnego, uważnego Benka, prezentującego się wtedy w pełnej krasie, bez maski. To zamierzone, przemyślane.

Firma, jak dobrze naoliwiony mechanizm, kwitnie.

 

Wewnątrz

W pokoju, który jeszcze zajmuję, jest nas pięciu. Ciasno i duszno, ale tak trzeba ― to ma wyglądać na przeze mnie, wielkiego szczęściarza i niespodziewanego milionera, zorganizowaną popijawę z przypadkowymi sąsiadami, mieszkańcami tego zapyziałego, słabo zaludnionego gośćmi hoteliku. Otwarte na oścież okno wychodzi szczęśliwie na płaskie, rozległe pole, a z powodu trzeciego piętra nie ma możliwości zdalnego podsłuchu. Wszędzie ― na maleńkim stoliku, na szafce przyłóżkowej, na łóżku, butelki, jakiś pokruszony chleb, kawałki ogórków, śledzi, kiełbasy. Plamy od soków, pomidorów, piwa. Ewidentny, do pewnego stopnia jednak standardowy, imprezowy chlew. Tak się dzieje we wszystkich podobnych miejscach, gdzie w męskim gronie urządza się spotkania, popijawy. Do tego krzyki, bluźnierstwa, śpiewy nocne i ryki, a w końcu bójki. Nasza swojska, codzienna przaśność i norma.

Jest jednak pewna różnica. Tutaj role są precyzyjnie, choć zupełnie spontanicznie, odgrywane. Artystycznie poniekąd. Gdy dwóch z nas, trzech, rozmawia, szepcząc jeden drugiemu do ucha, pozostali robią tło. Rycząc, śpiewając, wyjąc, tłukąc szkło, tupiąc. Taka rozmowa musi, to oczywiste, trwać znacznie dłużej niż normalnie, ale trudno. I choć pokój sprawdzony dokładnie, tak jest bezpieczniej.

Aktorzy tego pijackiego przedstawienia to sam krajowy szef Strasznie Tajnej Służby (STS), jego dwaj najwięksi spece od technik operacyjnych, mój bezpośredni przełożony, czyli Naczelnik Izby Skarbowej w Gdańsku, no i ja ― starszy inspektor policji skarbowej, delegatura w Gdańsku. Wszyscy, prócz mnie, mieszkającego tu dłużej ― jakoś nie zamieszkałem u Jacka ― zakwaterowali się w hoteliku wczoraj, o różnych porach dnia. Incognito, rzecz jasna, przypadkowo. Jak to zaopatrzeniowcy, oddelegowani służbowo fachowcy, wędrujący po kraju w poszukiwaniu roboty i taniego locum na kilka nocy. Poznaliśmy się w hotelowym barku, postanowiliśmy popijać dalej w moim pokoju. Obsługa przyzwyczajona, nie reaguje.

Konfidencjonalnie, nie bacząc na konieczne tło, informuję naczelnika izby i szefa STS, że jestem sprawdzany i zapewne obserwowany. Stąd i konieczność tej pijackiej mistyfikacji. Nie mogę przecież, zwłaszcza jako od kilku zaledwie dni milioner, szlajać się po poważnych urzędach, wchodzić tam nie wiadomo po co, i nie wiadomo na jak długo.

Szef STS decyduje, że chwilowo, na czas nieograniczony, przechodzę pod ich jurysdykcję. Sporządza i autoryzuje krótką na ten temat, odręczną notatkę dla mojego przełożonego, przybija kieszonkową pieczątkę. Informuje mnie, że mam nieograniczoną swobodę działania. Ja, Jerzy Ragus, staję się od tej chwili jego najważniejszym wywiadowcą. Ewidentny awans. Ustalamy miejsca kontaktowe. Żadnych zapisków ― wszystko trzeba wykuć na pamięć. W razie potrzeby numer alarmowy, hasło. Ponieważ mam czekać na Jacka, na jego konkrety w sprawie pracy, przeniosę się jutro do najlepszego hotelu. Stać mnie. Robi się ciekawie...

Omawiamy też inne szczegóły, otrzymuję kilka pluskiew do rozmieszczenia w miejscach, które sam wybiorę. Zaliczam krótkie na ten temat szkolenie. Spece od techniki chwalą mnie za świetne nagrania z Jackiem, wyposażają w jeszcze bardziej miniaturowe i koszmarnie drogie urządzonka. Wszystko dla solidnego wgryzienia się w sprawę, która okazuje się największą chyba i tajemniczą aferą w historii reprezentowanych tu urzędów i służb.

Kończymy okropną, pijacką awanturą. Właściciel hoteliku wzywa policję, która regularnie pałuje jednego ze speców od techniki, naczelnika izby skarbowej i... mnie. Towarzystwo, przy pomocy podłóg, ścian, poręczy i reagującej wreszcie obsługi, rozchodzi się po pokojach ― każdy do swojego. Koszta poważnych szkód hotelowych pokryję oczywiście ja. Gdy wytrzeźwieję.

Nastaje świt dnia następnego.

  • •••••••••••••••••••••••••••

― A więc jesteś w stanie to zrobić? ― syczy Wara, choć przecież, jako właśnie przesłuchiwany, nie znam tej ksywy. Nie mam prawa znać. Jeszcze!

― Tak proszę pana. ― odpowiadam skromnie. ― Pod warunkiem, że tych kilka elementów...

― Dobrze, dobrze. ― Wara gładzi leżący przed nim wykaz niezbędnych podzespołów, aparatury, materiałów. ― Co my tu... dioda Gunna... co to do cholery jest?

― To... element półprzewodnikowy, umożliwiający generację, mieszanie i kontrolę drgań o częstotliwościach do... powiedzmy stu gigahertzów. W połączeniu z rezonatorem wnękowym... ― wyjaśniam możliwie zwięźle, wolno I wyraźnie, ale przerywam natychmiast, widząc niechętne skrzywienie na jego starczej gębie. Nie jest specjalnie zainteresowany.

― A... klistron?

― To rodzaj lampy elektronowej... e... próżniowej, do generowania dużych mocy, też z zakresu... radarowego, mikrofalowego.

Półmrok pomieszczenia w którym siedzimy, rozpraszany jest jedynie małą lampką, stojącą tuż obok Wary, oświetlającą wspomniany, dostarczony mu przeze mnie wykaz. I jego wyjątkowo nieprzyjemną w tym oświetleniu gębę. Siedzimy wszyscy wokół okrągłego, drewnianego stołu ― Wara, ja i Benek, szef ochrony. Tylko my trzej w pełnej krasie. Pozostałe cztery, zakapturzone osoby, mają twarze zasłonięte tekturowymi, białymi maskami. Słuchają. Na razie nikt poza Warą i mną nie powiedział ani słowa.

― No dobrze ― kontynuuje Wara. ― Najwyraźniej znasz się na rzeczy. Zresztą sprawdziliśmy cię dokładnie. ― Odchyla się do tyłu. ― To... szacujesz, że... ile na to wszystko?

― No... przynajmniej... ćwierć miliona. ― Tak właśnie, zgodnie z prawdą i cenami rynkowymi, oszacowałem koszt niezbędnego wyposażenia, aparatury pomiarowej, podstawowych narzędzi. Do wykonania, sprawdzenia i dostrojenia dwóch małych, silnych nadajników wiązki radarowej o częstotliwości siedemdziesięciu siedmiu gigahertzów i mocy około pięciu watów każdy. Przestrajanych, z możliwością modulacji fazowej.

Tu byłem w kropce, ponieważ zupełnie nie miałem pojęcia, do czego im to potrzebne. Do kontroli radarowej, powiedzmy przestrzeni powietrznej, prócz nadajników, konieczne są też znacznie bardziej skomplikowane odbiorniki ― sam prosty nadajnik niczego nie rozwiązuje. Poza tym można taki zestaw kupić w jednej z dwóch, polskich nawet firm, produkujących masowo sprzęt radarowy ― nie trzeba odkrywać Ameryki. Ale jeśli tylko nadajnik? Jakaś specjalna kuchenka mikrofalowa? Tylko skąd ta częstotliwość? Magnetrony kuchenek pracują na znacznie niższych zakresach. I większych mocach. No, ale przecież nasz klient, nasz pan!

― Cóż... ― Wara spogląda uważnie na zamaskowanych, a gdy ci kiwają głowami, kończy; ― Zaryzykujemy. Jednak...

― Tak? ― nie wiedziałem o co mu chodzi.

― Czy... domyślasz się może o co tu chodzi?

― Nie bardzo. To znaczy zupełnie... nie. ― stwierdzam zgodnie z prawdą. ― Urządzenia mają być całkiem nietypowe, stąd rozumiem konieczność zatrudnienia mnie, ale do czego mają służyć... Nie wiem proszę pana.

― Dobrze. Do wszystkiego kolejno dojdziemy. ― Wara znów spogląda na zamaskowanych, a ci ponownie kiwają głowami.

― Finanse mamy uzgodnione. Satysfakcjonujące, jak rozumiem?

― Tak. W mojej sytuacji całkowicie, choć...

― ?

― Niedawno wygrałem w Totka... dzięki Jackowi, choć nie rozumiem jak...

― Wiemy, i tu jest pewien problem. Jesteś na liście wygranych, notowany przez urzędy państwowe. W zasadzie nie powinniśmy z tobą w ogóle gadać. Jednak...

― Zostałem też spałowany przez psy, stąd te...

― Też wiemy. Mogłeś się nie stawiać!

― Ale gnoje...

― Skończmy z tym! ― skrzeczy dziwnie jeden z zamaskowanych. ― Do rzeczy!

― No więc... nie mam zastrzeżeń ― kończę temat. ― Finansowo jest w porządku.

― A domyślasz się kim... jesteśmy? ― kontynuuje Wara.

― Cóż... Myślę, że jesteście jakąś... nielegalną... grupą, może nawet... przestępczą, ale... jest mi to całkiem obojętne. I zupełnie nie wiem czym się zajmujecie. Polityka? Ja chcę tylko możliwie bezpiecznie... zarobić na tym zleceniu! Dużo!

To było z mojej strony zagranie pokerowe. Z jednej bowiem strony Jacek mógł sądzić, iż domyślam się jego nie całkiem praworządnych posunięć w tym... artystycznym interesie, co mi, czemu dałem po pijaku wyraz, zupełnie nie przeszkadzało, z drugiej musiałem tu zaistnieć jako gość myślący jednak, nie żaden matoł nie potrafiący wyciągać wniosków. Niespecjalnie kryształowy życiowo, mający za nic pokrętne prawo, obowiązujące w tym przedziwnym kraju. Dodatkowo, co oczywiste przecież, jakiekolwiek wątpliwości Jacka musiały być znane tajemniczemu, nieznanemu mi jeszcze kierownictwu... firmy.

Na tak zwięźle sprecyzowane credo, Wara reaguje czymś w rodzaju uśmiechu, a pozostali jakby odprężają się wyraźnie. W każdym razie ― tak to odczuwam ― rozluźniają się wewnętrznie. Jak dotąd jestem górą.

― Dobra! Mamy twoje papiery, wiemy o tobie wszystko... chyba ― Wara spogląda wymownie na Benka, który, jako szef ochrony, jeszcze godzinę temu przygotowywał mnie do tego spotkania. Najpierw zasłonił mi szczelnie oczy czarnymi okularami spawalniczymi, po czym jeździliśmy po okolicy jego samochodem tak, bym nie zorientował się gdzie jestem. Prowadzał mnie następnie pokrętnie po różnych schodach, bramach, aż wreszcie zdjął opaskę w jednym z sąsiadujących pomieszczeń. Musiałem też rozebrać się do rosołu, by zostać „szczegółowo przebadanym”. W sumie śmieszne, przestarzałe metody. Dokumentnie zeskanowano mnie wykrywaczem metalu, który oczywiście niczego wykryć nie mógł, ponieważ rejestratory GPS i audio, skutecznie udawały cynowe guziki mojej koszuli. Ale właśnie jako metalowe, stylowe, mimo, iż wywołujące alarm, nie wzbudziły podejrzeń bandziora.

Benek więc, w odpowiedzi na pytające spojrzenie Wary, kiwa głową.

― A teraz kolej na nas, na mnie. ― Wara chyba stara się być w jakiś sposób lojalny, uczciwy, w stosunku do nowego hm... pracownika. Niesłychane, choć przecież jakoś tam zrozumiałe! Pracownik bowiem wysokiego szczebla, inteligentny specjalista i powinien znać ogólny, zgrubny w miarę obraz... Bez pewnych, ma się rozumieć, szczegółów.

― Ja jestem znanym, uznanym... medium! ― stwierdza dumnie po chwili milczenia.

― Czym? ― rzucam odruchowo.

― Medium! ― dziwi się chyba mojej nieznajomości spraw. ― Kimś, kto rozmawia z... duchami!

― Co? ― ponownie zachowuję się szczerze. Przekonująco. ― Ja... nie wierzę w żadne duchy!

― A kogo to obchodzi gnoj...? ― Wara, pod wpływem spojrzeń zamaskowanych przerywa w pół słowa.

― Uwierzysz chłopcze! ― znów skrzeczy jeden z zamaskowanych. ― Bardzo szybko uwierzysz.

― Ale...

― Jestem medium i już! ― Wara chyba solidnie się wkurzył. ― Najlepszym! I klientela... najlepsza, nawet nie wyobrażasz sobie... kto. A tamten świat to fakt. Rozumiesz cwaniaczku?

― Jasne! Rozumiem.

― No więc ten porywczy pan, Wara ― tak go nazywamy, istotnie ma pewne... dziwne zdolności. ― drugi z lewej mówi wolno, dobitnie, i mimo modyfikatora, zrozumiale. ― A ponieważ ludzie... po tamtej stronie... zmarli, też mają swoje... potrzeby, chcemy im w miarę możności pomóc. Z wzajemnością, rzecz jasna.

― Bardzo lubią środowisko hm... mikrofalowe ― kończy już chyba uspokojony Wara, oficjalnie tu teraz przedstawiony. ― Konkretnie siedemdziesiąt siedem gigahertza. Są wtedy bardziej... rozmowni, przydatni.

― Niesłychane! ― palnąłem odruchowo. Nie mogłem się powstrzymać.

― Ba! Ten świat, i tamten świat, to coś..., coś... ― Wara nie może znaleźć słowa.

― Coś skrajnie dziwnego i skomplikowanego. ― uzupełnia trzeci z lewej. ― Jednak niekiedy... w przypadku kooperacji... pożytecznego.

― Tak jest! ― podsumowuje Wara. ― I my, ty, będziemy w tym... działać. Pod moją zarządczą ręką! Poznasz wiele naszych... sekretów, ale... gdyby co...!

Podnosi prawicę i opuszcza rękaw koszuli, ukazując mi potężnie umięśnione, owłosione przedramię, zwieńczone twardo zaciśniętą pięścią jak bochen. By nie było wątpliwości. Uzupełnieniem tej demonstracji jest Benek, niedbale bawiący się oksydowaną bronią, uśmiechający się krzywo, dwuznacznie.

Omówienie pozostałych, koniecznych szczegółów, w tym niezbędnych procedur autorstwa Benka, zajmuje nam następną godzinę. Przyznano mi ksywę „Dioda”, ochronę osobistą, po czym wszyscy, zgodnie z zasadami, rozchodzimy się. Sądziłem, iż nie obejdzie się bez jakiejś... przysięgi, przyrzeczenia ― cyrografu choćby krwawego... Ale nie. Konieczność trzymania gęby na kłódkę jest przecież aż nadto oczywiste. I oni wiedzą, że ja to wiem.

Wracam do hotelu wykończony nerwowo i natychmiast zasypiam.

  • •••••••••••••••••••••••••••

W tym miejscu, pod nawałem zdobytej wiedzy, przedziwnych myśli i rodzących się ad hoc teorii, przerwę tę relację na rzecz nurtujących mnie coraz bardziej przemyśleń.

Otóż chyba od zawsze, to znaczy odkąd ludzkość potrafi organizować się w większe struktury – wspólnoty, klany, księstwa, państwa czy mocarstwa, istnieje odgórna, to jest wypływająca z samych szczytów władzy, potrzeba ostrożnego, i oczywiście utajnionego rozeznania w sprawach powiedzmy... pozamaterialnych. I nic to, że formalnie państwa są w większości strukturami bezwyznaniowymi, radykalnie ateistycznymi, czy wręcz antyklerykalnymi, to jednak w końcu władzę sprawują konkretni ludzie. Ale cóż to komu szkodzi, że dla pewności, dla bezpieczeństwa ogólnego, zbadamy te sprawy dogłębniej, naukowo wręcz? Mamy przecież środki; ― instytuty, rządowych mózgowców, pieniądze, chętnych do współpracy zdolnych ludzi.

Tak więc poza wiedzą powszechną, w ukryciu, funkcjonują od lat przeróżne państwowe grupy badawcze, poszukiwawcze, mające ustalić co i jak, rozpoznać i ogarnąć, a być może do pewnego stopnia ujarzmić pozyskaną Prawdę. Być może istnieje tu nawet jakaś współpraca czy koordynacja międzynarodowa, międzypaństwowa, a już na pewno wymiana informacji. Jednak ponieważ żadne państwo z zasady nie znosi konkurencji, choćby podatkowej, to wszelkie grupy prywatne, luźne stowarzyszenia psychotroniczne, indywidualni, nie skoordynowani poważniej zapaleńcy, są zwalczani na wszelkie możliwe sposoby. Jest to jakaś poszlaka na rzecz uprawnionego w ten sposób poglądu, że jednak „coś w tym jest”, z drugiej strony, pozwalając „działać” tym kilku „prekognitom”, „magom”, czy osobom mediumicznym, celowo wytwarza się w społeczeństwie szum poznawczy, skutecznie maskujący, tak jak z UFO, istotę sprawy.

Inaczej mówiąc, wdepnąłem w niezłe bagno. Zrozumiałem, że jeśli istotnie doszło do jakiejś przestępczej, to znaczy pozapaństwowej zmowy między tym a „tamtym światem”, jeśli grupa oprychów korzysta pełnymi garściami z pozyskiwanej mediumicznie wiedzy o przyszłych wydarzeniach, choćby numerach kolejnych losowań Totka, to niewykluczone przecież, iż zdobywa w ten sposób także inne informacje. Mniej zapewne interesujące aparat skarbowy, ale o niebo, nomen omen, groźniejsze. A to już nie zabawa!

 

cdn.

Podobne artykuły


25
komentarze: 15 | wyświetlenia: 3358
22
komentarze: 31 | wyświetlenia: 1770
20
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1586
19
komentarze: 39 | wyświetlenia: 1788
18
komentarze: 23 | wyświetlenia: 1627
17
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1202
17
komentarze: 8 | wyświetlenia: 23316
16
komentarze: 34 | wyświetlenia: 2010
15
komentarze: 37 | wyświetlenia: 970
15
komentarze: 77 | wyświetlenia: 1217
15
komentarze: 75 | wyświetlenia: 3248
14
komentarze: 28 | wyświetlenia: 748
14
komentarze: 32 | wyświetlenia: 806
14
komentarze: 3 | wyświetlenia: 814
13
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1078
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska