Login lub e-mail Hasło   

Królestwo drzew

Dwie opowieści o drzewach i ludziach
Wyświetlenia: 362 Zamieszczono 15 dni temu

 

Dostępna dla wszystkich dobroć w zarodku tkwi w każdym człowieku. Jak Słońce, zawiera ona w sobie niewyczerpaną energię. Jak Słońce, świeci dla wszystkich. Nadaje królewskość najpokorniejszemu biedakowi. Czynami swymi upiększa duszę, w której się rodzi. Co więcej, upiększa tego, który ją przygarnia.

1. opowieść


Oto piękne opowiadanie francuskiego pisarza Giono Jean (1895-1970) o człowieku który sadził żołędzie.

Aby w osobowości człowieka zauważyć cechy naprawdę wyjątkowe, trzeba mieć to szczęście, by móc obserwować go w działaniu przez wiele lat. Jeśli działanie to wyzbyte jest wszelkiego egoizmu, jeśli główną jego pobudkę stanowi niezrównana wspaniałomyślność, jeśli nie ma cienia wątpliwości, że działający ani pomyślał o nagrodzie, jeżeli ponadto działalność jego pozostawia widoczny ślad na ziemi - nie może być mowy o pomyłce.
Mniej więcej czterdzieści lat temu odbywałem pieszo długą wędrówkę po wysokich górach, całkowicie nieznanych turystom; leżą one w tym starożytnym regionie, gdzie Alpy wrzynają się w Prowansje.
Kiedy wyruszałem na tę przydługa przechadzkę przez wyludnione tereny, była to kraina jałowa i bezbarwna. Rosła tam jedynie dzika lawenda. Po trzydniowym marszu znalazłem się wśród nieopisanego pustkowia.
Zatrzymałem się na popas w pobliżu szczątków opuszczonej wioski. Woda skończyła mi się poprzedniego dnia, musiałem wiec jej poszukać. Widok ciasno stłoczonych domów, przypominających gniazdo os zdawał się świadczyć - choć były to ruiny - że niegdyś znajdowało się pewnie wśród nich źródło lub studnia. Źródło, owszem, znalazłem, ale wyschnięte.
Budynki - pięć czy sześć domów bez dachów, kąsanych przez wiatry i deszcze. oraz maleńka kaplica o walącej się wieży , rozmieszczone były tak samo jak domy i kaplice w wioskach żyjących, lecz stąd życie znikło bez śladu.
Był czerwiec, piękny, słoneczny dzień, ale nad ta ziemią pozbawioną wszelkiej osłony, wyniesioną pod samo niebo, wiała wściekła, nieznośna wichura. Musiałem przenieść swój biwak.
Po pięciu godzinach marszu wciąż jeszcze nie udało mi się spotkać wody i nic nie wskazywało na to, że ja znajdę. Zewsząd otaczała mnie ta sama sucha ziemia, ta sama szorstka trawa. W dali zamajaczyła mi niewielka, czarna sylwetka, której pionowy kształt wziąłem za samotne drzewo. Ruszyłem jednak w jej stronę. Był to pasterz. Wokół niego na spieczonej od słońca ziemi leżało trzydzieści owiec. Pasterz dał mi się napić z tykwy, a nieco później zaprowadził mnie do swego domu na równinie, położonego w małej niecce.
Nie była to chata, lecz prawdziwy, kamienny dom; pewne ślady dowodziły niezbicie, że pasterz własnym wysiłkiem przywrócił do stanu użyteczności ruinę, którą zastał w tym miejscu. Od początku rozumiało się samo przez się, że u niego zanocuję: od najbliższej wioski dzieliło mnie ponad półtora dnia drogi. Zdążyłem już zresztą dokładnie poznać charakter wiosek, rzadkich w tym rejonie.
Ich mieszkańcy zajmowali się wypalaniem węgla drzewnego i wiedli złe życie. W klimacie, który zimą i latem jest niesłychanie 
surowy, rodziny stłoczone na niewielkiej przestrzeni nie znajdowały ujścia dla coraz ostrzejszych konfliktów między ścierającymi się osobowościami.

Pasterz poszedł po niewielki worek, z którego wysypał na stół żołędzie. Zaczął z wielką uwagą oglądać jeden po drugim, oddzielając dobre od złych. Kiedy odłożył na bok spory stos dobrych żołędzi, przeliczył je, biorąc po dziesięć sztuk; odrzucał przy tym te, które były za małe lub lekko pęknięte, teraz bowiem oglądał je dokładniej. Wybrawszy sto doskonałych żołędzi przerwał swe zajęcie i poszedł spać.
Przebywając z tym człowiekiem doznawało się uczucia spokoju. Nazajutrz spytałem, czy mógłbym u niego odpocząć przez jeden dzień. Prośba moja wydała mu się całkiem naturalna - mówiąc ściśle, sprawiał takie wrażenie jakby nic nie mogło nim wstrząsnąć. Odpoczynek nie był mi naprawdę niezbędny, ale człowiek ten ciekawił mnie, toteż chciałem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Otworzył zagrodę i wy prowadził owce na pastwisko. Przed odejściem zanurzył worek żołędzi w wiadrze z wodą. Zauważyłem, że za kij pasterski służy mu żelazny pręt grubości mojego kciuka, długi na półtora metra.


Chcąc odpoczywać w marszu, szedłem ścieżka równoległą do tej, którą kroczył mój gospodarz. Jego pastwisko położone było w dolinie. Zostawił stadko owiec pod opieką psa, a sam zaczął wspinać się w moją stronę. Bałem się, że skarci mnie za brak dyskrecji, ale bynajmniej nie miał tego zamiaru: po prostu tedy akurat wypadała mu droga. Zaprosił mnie, żebym mu towarzyszył, jeśli nie mam nic lepszego do roboty. Wspiął się na wzgórze, oddalone o jakieś sto metrów, i jął wbijać w ziemię swój żelazny pręt, za każdym razem robiąc w niej zagłębienie, w które wkładał żołądź, by go następnie zasypać. W ten sposób sadził dąb. Spytałem, czy to jego ziemia. Zaprzeczył. Czy wiedział zatem, czyją jest ona własnością? Nie, nie wiedział. Przypuszczał, że to własność społeczna, lub że ziemia należy do jakichś ludzi, którym los jej jest obojętny. Nie zamierzał dociekać, czyje są to tereny. Zadrzewiał to pustkowie od trzech lat. Zasadził już sto tysięcy żołędzi. Wykiełkowało dwadzieścia tysięcy. Z tej liczby mniej więcej połowę spodziewał się stracić za sprawą gryzoni oraz nieobliczalnych zamysłów Opatrzności. Pozostawało więc dziesięć tysięcy dębów, które miały rosnąć w miejscu, gdzie przedtem nie rosło nic.
Zacząłem się zastanawiać, ile ten człowiek właściwie ma lat. Nie mógł mieć mniej niż pięćdziesiątkę. Powiedział, że skończył pięćdziesiąty drugi rok. Nazywał się Elzeard Bouffier. Miał niegdyś gospodarstwo na nizinie i tam przeżył swoje życie. Stracił jedynego syna, a potem żonę. Schronił się w tej samotni, gdzie cała jego przyjemność polegała na tym, by żyć bez pośpiechu w towarzystwie jagniąt i psa. Jego zdaniem ziemia w tych stronach wysychała z powodu braku drzew. Nie mając żadnych pilnych spraw do załatwienia, postanowił temu zaradzić. Powiedziałem mu, że z dziesięciu tysięcy dębów, które posiał, za trzydzieści lat wyrośnie wspaniały las. Odrzekł po prostu, że jeśli Bóg pozwoli mu cieszyć się długim życiem, w ciągu trzydziestu lat posadzi tyle drzew, iż te dziesięć tysięcy wyda się kroplą w morzu. Co więcej, badał właśnie tajniki rozmnażania buków i miał przy domu szkółkę drzewek wyhodowanych z bukwi. Myślał też o tym, by posadzić brzózki w dolinach, w których, jak twierdził, na niewielkiej głębokości było nieco wilgoci. Nazajutrz rozstaliśmy się.


Gdy minął rok wybuchła pierwsza wojna światowa, w której walczyłem przez pięć lat. Służąc w piechocie niewiele miałem czasu na rozmyślania o drzewach. Prawdę powiedziawszy, cała ta sprawa nie zrobiła na mnie wtedy żadnego wrażenia; to co robił pasterz, uważałem za hobby - coś takiego, jak zbieranie znaczków - zapomniałem więc o tej historii. Kiedy wojna się skończyła znalazłem się w posiadaniu drobnej sumy, którą wypłacono mi z tytułu odprawy. Mając wielką ochotę odetchnąć świeżym powietrzem. z tą tylko myślą wyruszyłem w nieurodzajne góry. Okolica nie zmieniła się. Ale za opuszczoną wioską majaczyła w oddali jak gdyby szarawa mgiełka, pokrywając:; niczym dywan górskie szczyty.


Już poprzedniego dnia zacząłem znów myśleć o pasterzu, który sadził drzewa. Uświadomiłem sobie, że dziesięć tysięcy dębów rzeczywiście zajmuje sporo miejsca. Podczas pięciu lat wojny oglądałem śmierć wielu ludzi, toteż bez trudu potrafiłem sobie wyobrazić, że Elzeard Bouffier nie żyje, zwłaszcza, że dwudziestolatek uważa pięćdziesięciolatków za starców, którym pozostaje już tylko umrzeć. On jednak nie umarł. Co więcej, był niezwykłe żwawy Podczas mojej nieobecności zmienił zawód. Miał teraz już tylko cztery owce, ale za to sto uli. Pozbył się owiec, ponieważ zagrażały bezpieczeństwu drzewek. Z jego słów - a także z tego, co stwierdziłem naocznie - wynikało, że wojna ani trochę nie zakłóciła mu spokoju. Wciąż tak samo niewzruszenie sadził drzewa.
Dęby, posadzone w roku 1910, miały już dziesięć lat i były wyższe niż on i ja. Widok ich zrobił na mnie ogromne wrażenie. Dosłownie zaniemówiłem, a ponieważ on także się nie odzywał, przez cały dzień chodziliśmy w milczeniu po jego lesie; las ten składał się z trzech części, miał długość jedenastu kilometrów, a w najszerszym miejscu mierzył trzy kilometry.


Kiedy pamiętało się, że wszystko to sprawiły ręce i dusza jednego człowieka, nie dysponującego żadnymi środkami technicznymi, łatwo było pojąć, iż ludzie nie tylko w dziele zniszczenia zdolni są dorównać skutecznością samemu Bogu. Człowiek ten zrealizował swój plan; dowodem były młode buki, sięgające mi do ramienia, których las ciągnął się aż po horyzont. Gospodarz pokazał mi kępy zgrabnych brzózek, posadzonych przed pięcioma laty. Rozmieścił je we wszystkich dolinach, w których zgodnie z jego przewidywaniami tuż pod powierzchnią ziemi było nieco wilgoci.
Dzieło stworzenia przybrało charakter reakcji łańcuchowej. Elzeard Bouffier nie zaprzątał tym sobie głowy; uparcie trzymał się swego zadania w całej jego prostocie; lecz gdy zawróciliśmy w stronę wioski, zobaczyłem, że woda płynie w korytach strumyków, które były suche od niepamiętnych czasów. Wiatr roznosił nasiona. Gdy woda zaczęła płynąć, tak jak niegdyś pojawiły się wierzby, sitowie, łąki. ogrody, kwiaty, i życie znów miało jakiś cel. Przemiana ta dokonywała się jednak stopniowo, tak wolno, że wszystko układało się w pewien wzór, nie budząc niczyjego zdziwienia. Myśliwi, zapuszczający się na wyżynne pustkowie w pogoni za zającami lub dzikiem, zauważyli oczywiście, że ni stąd ni z owad wyrosły tam młode drzewka, uważali to jednak za jakiś kaprys samej gleby. Nikt więc nie mieszał się do tego co robił Elzeard Bouffier. Gdyby odkryto jego rolę , spotkałby się z oporem. Lecz jemu nie groziło wykrycie. Któż spośród mieszkańców wiosek lub pracowników administracji byłby w stanie wyobrazić sobie taką wytrwałość, taką wspaniałą wielkoduszność?

Aby nabrać w miarę dokładnego wyobrażenia o tym wyjątkowym człowieku należy pamiętać, że pracował on w samotności tak zupełnej, iż pod koniec życia wyzbył się nawyku mówienia - bądź też nie widział już dlań zastosowania.
W roku 1933 odwiedził go leśniczy, aby zawiadomić go o zakazie palenia ognisk na dworze, gdyż mogłyby one zagrozić bezpieczeństwu tego naturalnego lasu. Leśniczy wyznał z całą naiwnością , że nigdy przedtem nie słyszał o lesie, który by nagle wyrósł bez udziału człowieka. Bouffier zamierzał wtedy posadzić buki w odległości dwunastu kilometrów od swego domu. Żeby nie chodzić nieustannie w tę i z powrotem - miał już bowiem wówczas siedemdziesiąt pięć lat - postanowił zbudować kamienny domek na terenie samej plantacji. W rok później budynek był gotów

W roku 1935 przybyła cała delegacja rządowa, żeby obejrzeć naturalny las. Wśród jej członków znajdował się wyższy urzędnik służby leśnej, deputowany i technik. Odbyto wiele wysoce intelektualnych rozmów.
Postanowiono koniecznie coś zrobić i na szczęście zrobiono tylko tyle, że podjęto jedną jedyną pożyteczną decyzję: mianowicie, cały las został wzięty pod państwową ochronę , a wypalanie węgla drzewnego objęto zakazem.
Nie sposób było oprzeć się urokowi młodych drzewek, będących w pełni sił żywotnych; uległ mu sam deputowany. Wśród przedstawicieli nadleśnictwa, uczestniczących w delegacji, znalazł się pewien mój przyjaciel. Wyjaśniłem mu zagadkę.

W tydzień później wybraliśmy się do Elzearda Bouffiera. Zastaliśmy go w chwili, gdy ciężko pracował, sadząc drzewa w odległości jakichś dziesięciu kilometrów od miejsca, które obejrzała delegacja. Tam, skąd przyszliśmy zbocza porośnięte były siedmio, a nawet ośmiometrowymi drzewami. Pamiętam, jak okolica ta wyglądała w roku 1913: była to po prostu pustynia ... Spokojnej, regularnej pracy, rześkiemu powietrzu gór, a przede wszystkim pogodzie ducha człowiek ten zawdzięczał zdumiewające zdrowie. Był jednym z atletów Pana Boga. Zastanawiałem się, ile jeszcze akrów obsadzi drzewami. Przed odejściem przyjaciel mój jedynie krótko napomknął o pewnych gatunkach drzew, którym miejscowa gleba powinna jego zdaniem szczególnie sprzyjać. Nie narzucał się ze swą opinią. chociażby dlatego - powiedział mi później - że Bouffier wie o tym więcej ode mnie.

Po godzinnym spacerze dodał, przemyślawszy sprawę: Wie o tym więcej niż ktokolwiek. Odkryl wspaniałą receptę na szczęśliwe życie. Dzięki temu właśnie urzędnikowi ochroną objęto nie tylko las, ale i szczęście jego twórcy.
Przyjaciel mój wyznaczył to zadanie trzem leśniczym, a tak ich sterroryzował, że stali się całkiem odporni na uroki wina, choćby nie wiedzieć iloma butelkami kusili ich wypalacze węgla drzewnego.

Jedyne poważne niebezpieczeństwo pojawiło się podczas wojny roku 1939. Ponieważ samochody napędzane były saturatorami drzewnymi, drewna stale brakowało. Rozpoczęto wyrąb dębów z roku 1910, ale do najbliższej linii kolejowej było tak daleko że przedsięwzięcie okazało się nieopłacalne. Pomysł zarzucono. Pasterz nawet nie zauważył szkód. W odległości trzydziestu kilometrów spokojnie kontynuował pracę, ignorując drugą wojnę światową tak samo, jak zignorował pierwszą. Po raz ostatni widziałem Elzearda Bouffiera w czerwcu 1945 roku. Miał wtedy osiemdziesiąt siedem lat. Wracałem trasą prowadzącą przez pustkowie, teraz jednak między doliną Durance, a górą kursował autobus. Wysiadłem z niego w Yergons. W roku 1913 w tej wioszczynie, składającej się z dziesięciu czy dwunastu domów, mieszkało trzech ludzi. Całkiem zdziczali, nienawidzili się wzajemnie, a żyli z tego, że zastawiali sidła na zwierzynę. Każdy z nich pod względem moralności i trybu życia niewiele różnił się od człowieka pierwotnego.
Lecz wszystko się zmieniło. Nawet powietrze. Zamiast ostrych, suchych wiatrów, które niegdyś atakowały mnie w tych stronach, wiał łagodny wietrzyk, niosący z sobą miłe wonie. Od strony gór dobiegał dźwięk, przypominający szum wody: to wiatr poruszał w lesie gałęziami drzew.


Najbardziej zdumiał mnie odgłos, jaki wydawała woda, która istotnie spadała do sadzawki; ujrzałem, że zbudowano nawet fontannę, że woda płynie z niej obfitą strugą, a największym wzruszeniem przejął mnie fakt, iż obok fontanny ktoś posadził młodą lipkę; drzewko to, zapewne czteroletnie, okryte bujnym listowiem, stanowiło niewątpliwy symbol wskrzeszenia.

W Yergons widać było ponadto ślady prac, jakich nie podejmie człowiek pozbawiony nadziei. A więc nadzieja powróciła. Walące się mury zburzono, ruiny uprzątnięto, odnowiono pięć domów. Wioska miała obecnie dwudziestu ośmiu mieszkańców, w tym cztery młode małżeństwa.

Nowe domy, pokryte świeżym tynkiem, stały w ogrodach, w których warzywa i kwiaty rosły w porządkowanym nieładzie. Od tamtej pory potrzeba było zaledwie ośmiu lat, aby cała okolica odzyskała zdrowie i dobrobyt. Na miejscu dawnych ruin. które widziałem w roku 1913 stały zadbane gospodarstwa, świadczące o tym, jak szczęśliwie i wygodnie żyje się ich właścicielom. Koryta starych strumieni, zasilanych wodą gromadzącą się w lesie po deszczach i śniegach, nie są już suche. Wodę rozprowadza się z nich kanałami. W każdym gospodarstwie rośnie klonowy zagajnik a w nim z obmurowanej sadzawki przelewa się woda chlustając na istny dywan świeżej mięty. Wioski stopniowo odbudowano.
Osiedlili się w nich przybysze z równin, na których ziemia kosztuje drogo. Przynieśli z sobą młodość, ruch. ducha przygody. Wliczając w to dawnych mieszkańców ponad dziesięć tysięcy osób zawdzięcza swe szczęście Elzeardow;i Bouffierowi. Kiedy pomyślę, że jeden człowiek, korzystając jedynie z własnych sił fizycznych i moralnych, potrafił przeistoczyć to pustkowie w Ziemie Obiecaną , budzi się we mnie przeświadczenie, iż ludzkość jest jednak mimo wszystko godna podziwu. Gdy próbuję uświadomić sobie, jak niezłomnej trzeba było wielkości ducha, aby cel ten został osiągnięty, jakiej zdolności wytrwania w dobrej woli, - to czuję niezmierny szacunek dla tego starego, niewykształconego wieśniaka.
Łagodna śmierć spotkała Elzeard'a Bouffier w przytułku w Banon.

Giono Jean (1895-1970)

2. Opowieść

Fragment książki "Sekretne życie drzew" - Peter Wohlleben

"Dawno temu w jednym ze starych rezerwatów lasu bukowego w moim rewirze zobaczyłem osobliwe omszałe kamienie. Już wcześniej wielokrotnie przechodziłem obok, nie zwracając na nie uwagi, jednak pewnego dnia zatrzymałem się i pochyliłem w ich stronę. Kształt miały przedziwny, lekko pofałdowany, z wgłębieniami, a gdy uniosłem mech, zobaczyłem pod spodem korę drzewa. Nie był to więc kamień, tylko stare drewno. A ponieważ buczyna na wilgotnej ziemi butwieje w ciągu paru lat, byłem zaskoczony, jaka jest twarda. Przede wszystkim jednak nie mogłem jej podnieść, najwyraźniej była mocno związana z ziemią. Scyzorykiem ostrożnie zeskrobałem trochę kory i natknąłem się na zieloną warstwę. Zieleń? Ten barwnik istnieje tylko pod postacią chlorofilu, który występuje w liściach i jest gromadzony jako rezerwa w pniach żywych drzew. Jedyne wyjaśnienie było takie, że ten kawał drewna wcale nie jest martwy! Pozostałe „kamienie” szybko dopełniły logicznego obrazu, ponieważ tworzyły krąg o średnicy półtora metra. Chodziło o sękate pozostałości ogromnego, prastarego pniaka. Zachowały się już tylko szczątki jego dawnej krawędzi, a całe wnętrze dawno zamieniło się w próchnicę – widoma poszlaka świadcząca o tym, że pień musiał zostać zwalony przed czterystu, pięciuset laty. Ale w jaki sposób jego żywe pozostałości mogły tak długo przetrwać? W końcu komórki zużywają pokarm w formie cukrów, muszą oddychać i przynajmniej troszeczkę rosną. Tyle że bez liści, a tym samym bez fotosyntezy, jest to niemożliwe. Żadna istota na naszej planecie nie wytrzyma kilkusetletniej głodówki i dotyczy to również szczątków drzew. A przynajmniej pniaków, które są zdane same na siebie. Jednak w przypadku tego okazu sprawy najwyraźniej miały się inaczej. Uzyskał wsparcie od sąsiednich drzew – poprzez korzenie. Niekiedy istnieje tylko luźne połączenie poprzez grzybnię, która otula wierzchołki korzeni i pomaga im w wymianie składników pokarmowych, czasem jednak pojawiają się także bezpośrednie zrosty. Nie mogłem sprawdzić, jak rzecz się miała w tym wypadku, bo nie chciałem zaszkodzić staremu pniakowi kopaniem. Jedno wszakże było bezsporne – otaczające go buki pompowały weń roztwór cukrów, by zachować go przy życiu. To, że drzewa łączą się ze sobą korzeniami, można czasami zaobserwować na przydrożnych skarpach. Deszcze wymywają ziemię i odsłaniają podziemną sieć. W Górach Harcu* naukowcy ustalili, że w istocie mamy do czynienia z zawikłanym systemem, który łączy większość osobników jednego gatunku w drzewostanie. Wymiana składników pokarmowych – sąsiedzka pomoc w razie potrzeby – jest widocznie regułą, co prowadzi do stwierdzenia, że lasy stanowią superorganizmy, czyli są podobnymi tworami jak na przykład mrowiska.

Naturalnie, można by także zadać pytanie, czy przypadkiem korzenie drzew nie rozrastają się w ziemi bezmyślnie we wszystkie strony i gdy natrafią na krewniaka z tego samego gatunku, po prostu łączą się z nim, a potem z musu wymieniają składniki pokarmowe, budują rzekomą wspólnotę, nie doświadczając wszakże niczego poza przypadkowymi aktami brania i dawania. Piękna wizja czynnej pomocy zostałaby zastąpiona zasadą przypadku, mimo że już samo istnienie takich mechanizmów oznaczałoby korzyści dla ekosystemu lasu. Tyle że natura tak prosto nie działa, jak stwierdza Massimo Maffei z Uniwersytetu Turyńskiego w czasopiśmie „MaxPlanckForschung” (2007, nr 3, s. 65) – rośliny, a wobec tego również i drzewa, świetnie potrafią odróżniać własne korzenie od korzeni obcego gatunku, a nawet od korzeni swych gatunkowych krewniaków.

Dlaczego jednak drzewa są do tego stopnia istotami społecznymi, dlaczego dzielą się pokarmem z krewniakami z tego samego gatunku, a przez to tuczą konkurencję? Powody są identyczne z tymi, którymi kierują się ludzkie społeczności – razem łatwiej sobie radzić. Drzewo nie jest lasem, samo nie wytworzy lokalnego, zrównoważonego klimatu, jest bez reszty wydane na pastwę wiatru i pogody. Natomiast wiele drzew tworzy wspólnie ekosystem, który łagodzi skutki skrajnych upałów i mrozów, gromadzi dużą ilość wody i produkuje bardzo wilgotne powietrze. W takim środowisku drzewa mogą rosnąć bezpiecznie i dożywać matuzalemowego wieku. By to osiągnąć, społeczność musi za wszelką cenę trzymać się razem. Gdyby wszystkie okazy troszczyły się tylko o siebie, wówczas niejeden nie doczekałby starości. Skutkiem bezustannych zgonów byłoby mnóstwo dużych dziur w sklepieniu drzewostanu, przez co burze łatwiej dostawałyby się do środka i obalały kolejne drzewa. Letni upał przenikałby aż do leśnej gleby i wysuszał ją. Wszyscy by cierpieli.

A zatem każde drzewo jest cenne dla społeczności i zasługuje na jak najdłuższe utrzymywanie przy życiu. Z tego powodu nawet chore okazy zyskują wsparcie i zaopatrzenie w składniki pokarmowe, póki nie wyzdrowieją. Następnym razem sytuacja może się przecież odwrócić i pomocy będzie potrzebować drzewo dziś świadczące wsparcie. Grube, srebrzystoszare buki, które tak właśnie postępują, przypominają mi stado słoni. Ono także troszczy się o swych członków, pomaga chorym i słabym odzyskać siły i nawet martwych krewniaków porzuca z najwyższą niechęcią.

Każde drzewo jest częścią tej społeczności, niemniej istnieje pewna hierarchia. Na przykład większość pniaków ulega zmurszeniu i po kilku dekadach (jak na drzewa to bardzo szybko) przepada w leśnej próchnicy. Tylko nieliczne okazy są przez stulecia utrzymywane przy życiu, tak jak opisany wyżej „omszały kamień”. Skąd się bierze ta różnica? Czyżby u drzew również istniało społeczeństwo dwuklasowe? Wygląda na to, że tak, jednak określenie „klasa” nie jest zbyt dokładne. Chodzi tu raczej o stopień przywiązania czy może nawet sympatii, która decyduje o gotowości do pomocy kolegom. Sami możecie to sprawdzić, spoglądając w górę, w korony drzew. Gałęzie przeciętnego drzewa rozrastają się dopóty, dopóki nie natrafią na czubki gałęzi równie wysokiego sąsiada. Dalej pójść nie można, ponieważ przestrzeń powietrzna, czy może raczej przestrzeń świetlna, jest już zajęta. A mimo to drzewa intensywnie wzmacniają najdalej wysunięte gałęzie, tak że powstaje wrażenie, iż tam w górze toczy się regularna walka. Jednakże para prawdziwych przyjaciół pamięta o tym, by nie wytwarzać zbyt grubych konarów od strony drugiego drzewa. Żadne z nich nie chce niczego odbierać towarzyszowi i dlatego wykształca potężne części koron tylko na zewnątrz, czyli w stronę „tych, którzy nie są przyjaciółmi”. Takie pary są tak mocno splecione korzeniami, że niekiedy nawet razem umierają.

Przyjaźnie, które nakazują zaopatrywać w pokarm pniaki, można z reguły zaobserwować tylko w lasach naturalnych. Być może czynią tak wszystkie gatunki – widywałem długowieczne pniaki po ściętych drzewach, i to nie tylko po bukach, lecz także po dębach, sosnach, świerkach i daglezjach**. Sadzone lasy gospodarcze, do których przeważnie należą lasy iglaste Europy Środkowej, najwyraźniej zachowują się raczej jak dzieci ulicy (piszę o tym dalej, w rozdziale Dzieci ulicy). Wygląda na to, że z trudem łączą się w sieci, ponieważ sadzenie trwale uszkadza ich korzenie. Drzewa z takich lasów są z reguły samotnikami, przez co mają szczególnie ciężkie życie. Zresztą i tak większość nie będzie miała szans się zestarzeć, bo ich pnie w zależności od gatunku uważane są za dojrzałe do ścięcia w wieku mniej więcej stu lat."

 

Podobne artykuły


15
komentarze: 12 | wyświetlenia: 438
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1372
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 590
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 337
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 668
10
komentarze: 10 | wyświetlenia: 757
9
komentarze: 10 | wyświetlenia: 441
9
komentarze: 4 | wyświetlenia: 973
9
komentarze: 7 | wyświetlenia: 529
9
komentarze: 58 | wyświetlenia: 841
9
komentarze: 2 | wyświetlenia: 463
9
komentarze: 6 | wyświetlenia: 486
8
komentarze: 2 | wyświetlenia: 424
8
komentarze: 4 | wyświetlenia: 482
7
komentarze: 5 | wyświetlenia: 731
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  ,,  14 dni temu

Przesłanie dotarło, ale to i tak niczego nie zmienia.

https://youtu.be/2XqBCkUG3vM

  nse,  14 dni temu

@,: Witaj :)

  nse,  14 dni temu

@,: "..., ale to i tak niczego nie zmienia. " Nie odpychaj nadziei, sila zyciowa drzew stwarza przestrzen do zycia. :)
Mam okazje sie temu przygladac jak sobie radzi, na pozostalosciach przemyslowych ... ;)
Pozdrawiam
Mariusz

  Noemi*,  14 dni temu

Drzewa stanowią część dzikiej przyrody, która broni się przed tzw, cywilizacją resztkami sił. Człowiek w swym konsumpcyjnym nastawieniu do wszystkiego i technokratycznej mentalności naruszył porządek tego świata, a zrobił to w błędnym przekonaniu, że to on jest jego panem i władcą. Współczesny człowiek jest wręcz barbarzyńcą wobec dzikiej przyrody. A nie zawsze tak było. Szczególna cześć religijna ...  wyświetl więcej

@Noemi*: Masz rację Noemi. Większość ludzi nie ma informacji na ten temat.. o wspólnotach drzew nie uczy się w szkołach. Leśniczy, który napisał książkę jest chyba wyjątkiem... ale Jego wiedza DZIAŁA. W jego lasach nie używa się na przykład ciężkiego sprzętu... a zaprzęgi konne. Jak daleko nam do takiego podejścia w Polsce? Obserwuje to co dzieje się w Augustowskiej Puszczy... przykry widok wielu ...  wyświetl więcej

A tu przedmowa do "Sekretnego życia drzew"

Gdy rozpoczynałem zawodową karierę leśnika, tyle wiedziałem o sekretnym życiu drzew, ile rzeźnik o uczuciach zwierząt. Nowoczesna gospodarka leśna zajmuje się produkcją drewna, czytaj – wycinaniem drzew, a potem sadzeniem nowych. Podczas lektury czasopism fachowych można odnieść wrażenie, że dobro lasu jest o tyle godne uwagi, o ile jest konieczne

...  wyświetl więcej

  nse,  14 dni temu

@Marcin Sznajder: Wlasnie takich opowiesci, nam potrzeba ... wystarczy posadzic i czekac ... ;)

Fragment książki
Ten, kto wie, że drzewa odczuwają ból i mają pamięć, i że drzewni rodzice żyją razem ze swymi dziećmi, nie będzie już mógł tak po prostu ich ścinać i siać wśród nich spustoszenia ciężkimi maszynami. Od dwóch dekad nie mają one wstępu do mojego rewiru, a jeśli nawet czasem usuwa się pojedyncze pnie, to pracę tę wykonują z całą ostrożnością robotnicy leśni wraz z końmi

  greenway,  14 dni temu

Specjalnie zalogowałam się żeby zagłosować na ten piękny wzruszający i przede wszystkim głęboko mądry tekst. :-) Serce boli patrzeć na to co się dzieje wokół. Żyjemy w okowach lęku, nie pomni własnej stwórczej mocy. Natura jest pełna piękna i harmonii a my jesteśmy jej częścią, tymczasem wielu ludzi patrzy na nią jak na zbędną dekorację. A przecież ten sam duch przenika nasze życie i życie roślin i zwierząt. Dużo zdrowia i radości Marcinie. :-)

@greenway: Dobrze, że wpadłaś ... na Eioba. Twoje komentarze zawsze są bardzo inspirujące dla DOBRA. Buziaczki Kochana Green

  greenway,  14 dni temu

@Marcin Sznajder: Marcinie uczysz, koisz, rozświetlasz świat. :-) Czy może jesteś Aniołem? ;-)

@greenway: Green...jeśli tak to bardzo mocno upadłym. Żarty się Ciebie trzymają... Zawsze Ciebie podejrzewam o Anielskie pochodzenie. Przecież lubisz podjadać poziomki. A ten pokarm, jak wszyscy wiedzą, to pokarm Aniołów. Są aktualnie w lasach... Buziaczki Kochana Green



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska