Login lub e-mail Hasło   

Dziura

Władza, poza tym, że deprawuje, ogłupia! Władza (lub opozycja) totalna deprawuje i ogłupia totalnie!
Wyświetlenia: 492 Zamieszczono 15/08/2017

Poniżej stareńki tekst próbny, popełniony jako niekoniecznie fascynująca Czytelnika wprawka dialogowa, ćwiczenie warsztatowe. Niemniej pewną fabułę i logikę posiada.

Dziura (czarna)

― To już nasze drugi spotkanie ― przypomniał sztywno Prezydent, mając chyba na uwadze nawał innych, zapewne ważniejszych spraw wagi państwowej.

― I mam nadzieję, że ostatnie ― sucho zakomunikował Garry Ronson. ― Ja też mam dość.

― No dobrze. Panno Albany...

Prezydent zerknął wymownie na około trzydziestoletnią, zwiewną blondynkę o stalowym spojrzeniu i bardzo nie zachęcającym wyrazie wąskich, zaciśniętych stanowczo ust, ubraną w ciemnogranatowy kostium, przypominający czymś jakiś tajemniczy mundur.

Otworzyła zamaszyście grubą, leżącą przed nią niebieską teczkę, przerzuciła kilka kartek i spojrzawszy jeszcze bardziej wrogo na Ronsona, poczęła dobitnie, wolno i nader wyraziście, referować dokumenty, nie bez, co oczywiste, wtrętów osobistych i zjadliwych, trzeba jej to przyznać, komentarzy.

― Jest pan, panie Ronson, kimś, czymś, w rodzaju czarnej owcy w środowisku... naukowym. Ma pan co prawda jeszcze katedrę, studentów, a nawet, czego ani w ząb nie rozumiem, zwolenników ― jest pan pełnoprawnym, formalnym profesorem fizyki stosowanej, specjalizującym się kwantowo, również uznanym w pewnych hm... kręgach, kosmologiem, za sobą kilkanaście ciekawych o dziwo, nowatorskich publikacji. To bezsporne.

― Więc? ― skrzywił się okropnie Ronson, a wszyscy, obserwujący go ciekawie obecni, odnieśli nieodparte wrażenie, iż ostatkiem sił powstrzymuje się od siarczystego splunięcia przez lewe ramię na ogromny, prezydencki dywan.

W saloniku konferencyjnym, przy dwóch, gustownie politurowanych, wielkich stołach, siedziało naprzeciw siebie kilka osób. Po stronie rządowej Prezydent i panna Albany, jego sekretarka naukowa, znany i uznany, starszawy już i całkiem osiwiały z tego wszystkiego importowany fizyk jądrowy Korotkin, międzynarodowa sława, autorytet w swojej dziedzinie, przewodniczący Senatu Hopkins, oraz trzech ponurych, milczących mężczyzn, obserwujących Ronsona poprzez odblaskowe, przyciemnione okulary, którzy nie byli tu przedstawieni. Najwyraźniej służby. Tajne.

Po stronie przeciwnej brzuchaty Ronson oraz jego prawnik Goldman ― trzydziestoletni, cwany jednak i wyszczekany kurdupel w pomiętym, nieświeżym coś, zalatującym czosnkiem garniturze. Pomiędzy stołami, lekko po lewej, mały, metalowy stolik, na którym spokojnie leżała szarobura, ołowiana kula o średnicy około pięciu cali.

― Ale, wśród tych kilkunastu bezspornie wartościowych publikacji ― ciągnęła swoje panna Albany ― jest kilka zupełnie zwariowanych, mówiąc prawdę, idiotycznych lub oszukańczych, które pana, jako poważnego naukowca, dyskredytują całkowicie...

― Czy musimy słuchać tych uwłaczających mojemu klientowi bredni? ― stanowczo i poniekąd... piskliwie, całkiem zresztą stosownie do swojej postury i wyglądu, wtrącił Goldman. ― Może jakieś meritum, konkluzje, wnioski wiążące, propozycje...?

― Proszę bardzo! ― panna Albany, umiejętnie używając stalowego, a nawet tytanowego spojrzenia, strzeliła w jego kierunku serią błyskawic. ― Z całej zgromadzonej tu dokumentacji wynika, iż pan Ronson, hm... profesor Ronson, jest osobą podejrzaną, mało wiarygodną i raczej showmanem niskich talentów, niż poważnym naukowcem.

― Panie profesorze ― Prezydent zwrócił się do Korotkina. ― Co pan na to? Jako naukowiec?

Korotkin nieoczekiwanie sprężył się i bezpośrednio zagadnięty, odruchowo zamierzał wstać, ale szczęśliwie poniechał tego, przystosowując się do panującej tu swobodnej dość konwencji.

― Zbadaliśmy rentgenoskopowo kulę w ustalonej wcześniej przytomności pana hm... Goldmana, i stwierdzam, że istotnie jest to ołowiana, pusta wewnątrz sfera...

― Jak to pusta? ― sprzeciwił się Ronson. ― A inicjator, sterowanie, zasilacz?

― Nie no... pusta, w sensie wydrążona, zawierająca w sobie jakąś aparaturę i... bateryjkę. To się zgadza. Jednak zupełnie dla nas niezrozumiałym jest, jak można cokolwiek umieścić wewnątrz tejże... sfery, gdyż nie ma ona żadnych szwów. Jest jednorodna, jednolicie gładka...

― Ciekawe, prawda? ― triumfował dyskretnie Ronson.

― Owszem ― potwierdził uznany naukowiec. ― Co do urządzeń wewnętrznych, to niczego nam one nie przypominają. Poza, oczywiście, typową bateryjką. Chcąc zbadać jej wnętrze, musielibyśmy ją rozciąć lub... roztopić, ryzykując zniszczenie zawartości. Ale na to nie zgodził się pan hm... Goldman.

― Istotnie ― przyznał Goldman.

― Cóż więc? ― indagował Prezydent.

― Tak więc w dalszym ciągu nie wiemy... nie możemy sprawdzić, czy to, co mówi pan profesor Ronson, jest prawdą. Z jego dostarczonych wcześniej szkiców i zgrubnych, co zrozumiałe, obliczeń, wynika, iż to znajdujące się w kuli ustrojstwo, może w swoim wnętrzu, po radiowym, zdalnym podaniu zakodowanego sygnału, wytworzyć mikroskopijną, czarną dziurę. Jednak bez praktycznego sprawdzenia nie możemy jego teorii potwierdzić. To tylko... przedziwne, moim zdaniem zupełnie nieuprawnione hipotezy. Oparte na zupełnie błędnych, moim zdaniem, przesłankach. Tak dobrze natury czarnych dziur, zwłaszcza sposobu ich narodzin, nie zna nikt.

― W konsekwencji...?

― W konsekwencji, w dalszym ciągu..., nic nie wiemy! Niewiele.

― I nie daje pan, cały naukowy zespół, żadnych twardych wyjaśnień, gwarancji?

― Żadnych. Ani w jedną, ani w drugą stronę!

Zaległa przygnębiająca, martwa cisza. Ronson, rozparty w skórzanym fotelu patrzył obojętnie w obficie udekorowany gipsowymi, bielutkimi stiukami sufit. I tylko Goldman, niezmiennie uśmiechający się krzywo, odezwał się po dłuższej chwili.

― W taki razie uruchomimy może teraz kulkę? To da państwu, mam nadzieje, do myślenia? Rodzaj drobnego dowodu, poszlaka...

Prezydent spojrzał bezradnie na Korotkina, następnie na Hopkinsa, wreszcie na pannę Albany. I tylko trzech ponurych facetów w odblaskowych okularach siedziało czujnie, milcząco, nieruchomo.

― Służę uprzejmie ― stwierdził ochoczo Ronson, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Tajniacy natychmiast, jak jeden, wstali błyskawicznie zza stołu, wyciągając ćwiczonymi zapewne miesiącami ruchami czarne, potężne pistolety.

― Spokojnie panowie ― ironicznie powstrzymał ich Ronson. ― To będzie tylko niewinna zupełnie demonstracja. Ja podam radiowo sygnał, kulka wytworzy osobliwość, mikrodziurę, która urośnie powoli, aż napotka ołowianą osłonę. Pochłonie ją powolutku prawie całkowicie, po czym napotkawszy wszechobecne, dzięki atmosferze słabiutkie, śladowe promieniowanie kosmiczne ziemskiego tła, rozpadnie się pod jego wpływem bez żadnych konsekwencji. Powstanie tylko trochę ciepła, które roztopi tę resztkę osłaniającego ołowiu. I nic więcej ― nic się strasznego nie stanie.

Tak jednak będzie tylko w tym przypadku. Czarna dziura tej wielkości nie ma w sobie dość energii, by pokonać promieniowanie tła, chyba, że umieścimy ją w głębi ziemi. Jednak w przypadku kuli trzykrotnie większej, którą zresztą, o czym państwo dobrze wiecie, zakopałem, ukryłem na swoim, he, he, rozległym terenie, i która uruchomi się automatycznie w razie nie podania jej raz na tydzień sygnału resetującego, czyli w razie niepowodzenia naszych negocjacji, sytuacja będzie zgoła inna. Powstała, potężniejsza już wtedy czarna dziura, będzie niepowstrzymanie nabierać apetytu, bez końca. Pochłonie, wessie całkowicie ołowiany płaszcz, następnie powietrze, grunt, ziemię wokół siebie, by rozrastając się grawitacyjnie, zeżreć wszystko co spotka na swej drodze. Wszystko! Łącznie z całą planetą, układem słonecznym, Słońcem wreszcie. To będzie koniec! I nie będzie trwać długo ― co najwyżej kilka miesięcy!

Ronson mówił to wszystko z widoczną emocją, cedząc jakby z upodobaniem co istotniejsze słowa. Opis ten, choć meritum znane było z dotychczasowej dokumentacji, zrobił na słuchaczach ogromne wrażenie ― nieomal bez zastanowienia byli skłonni uwierzyć, i w istocie wierzyli, w każde jego słowo. Bez zastrzeżeń! Wodzili wzrokiem za maleńkim nadajnikiem, którym perorujący Ronson wymachiwał w trakcie przemówienia.

― To co? ― mruknął cicho na koniec. ― Demonstracja?

― Proszę bardzo! ― wykrzyknął Korotkin, rasowy wszak naukowiec. Ciekawość empiryka zwyciężyła.

Prezydent popatrzył uważnie po wszystkich, po czym skinął głową. Ronson uniósł więc nadajniczek w górę, po czym wcisnął czerwony przycisk.

― To chwilę potrwa ― poinformował zwięźle i usiadł wolno w skórzanym fotelu.

Ołowiana kula na metalowym stoliku beknęła jakby, po czym zaległa głucha cisza. Trzej mężczyźni w odblaskowych okularkach bezsensownie wycelowali swoje pistolety w stolik, by po chwili, napotkawszy zdumione spojrzenie kurdupla Goldmana, niechętnie schować je do kabur pod marynarkami. Także usiedli, jednakowoż wpatrując się czujnie w ołowianą sferę.

Ta nie wydała już żadnego dźwięku, jednak po kilku minutach zrobiła się brązowa, następnie brudno srebrzysta, by po chwili deformując się pod własnym ciężarem, roztopić się całkowicie. Na metalowym blacie pozostała bezkształtna kupka usmażonego, stygnącego ołowiu i jakieś resztki zwęglonej elektroniki.

― To wszystko ― poinformował zwięźle Ronson. ― Ja już więcej nie mam nic do dodania. Niech mówi pan Goldman.

Ten nie dał się dwa razy prosić. Wstał zamaszyście i patrząc pytająco na Prezydenta, bezceremonialnie zapytał:

― Podpisujemy?

― No... no tak, ale te kwoty... To trzeba jakoś przeprowadzić przez Senat, uzasadnić formalnie, zaplanować...

― Przecież jest tu małomówny pan przewodniczący Hopkins. Wszystko, jak pan, panie Prezydencie, wie, wszystko słyszał, wszystko widział... To wasz problem!

― No tak, ale dziesięć milionów rocznie, przez wiele lat... Poza tym to zwykły, brutalny... szantaż! ― dokończył ostrożniej nieco Prezydent.

― Jedenaście! Jak napisałem w umowie! Dziesięć na badania, sprzęt, nowe odkrycia, a jeden milion na utrzymanie. Również dożywotnio dla jedynego syna pana Ronsona, który także jest zdolnym fizykiem i niekonwencjonalnym twórcą. To może być w sumie i kilkadziesiąt lat.

Szantaż? Zapomnieliście już państwo o tych nadsyłanych wam pismach, propozycjach współpracy? O prośbach o drobne błogosławieństwo rządowe, wsparcie? I co? I nic! Całkowicie absorbuje was władza, stanowiska! Ani słowa reakcji, beznadziejne urzędasy! Szantaż! I choć to, co zaprezentujemy teraz i czym... grozimy, a raczej dobitnie ostrzegamy, to nie jest broń, bo raz użyta zniszczy wszystko nieodwołalnie, to jednak ma w sobie pewien potencjał hm... militarny. Tylko trochę dobrej woli, czasu na badania, drobnej, stałej gotówki. I zapewniam ― opłaci się. Zresztą zapisaliśmy wszystko w umowie. Pierwszeństwo w licencjach dla państwa, patenty z udziałem rządowym... Uczciwie! Fifty, fifty! I bez żadnych kontroli skarbowych, bez rozliczeń...

― A jeśli nie?! ― zakrzyknęła panna Albany z wrednym błyskiem w stalowym oku, śliniąc się zupełnie nieelegancko.

― No cóż... ― zimno odwzajemnił spojrzenie Goldman. ― Bezbolesny zasadniczo, bezgłośny, ale jednak... koniec tego zasranego, kompletnie zidiociałego świata! Koniec waszych wypasionych biurek, gabinetów, limuzyn, pensyjek, stanowisk! Matowo czarny, potworny odkurzacz, który nieodwracalnie pochłonie wszystko, co ma jakąkolwiek masę!

●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

― I jak tato?

Ronson junior nie był specjalnie zainteresowany odpowiedzią, gdyż miał przecież wewnętrzną pewność, ugruntowane przez lata przekonanie: ojcu zawsze i wszędzie wszystko się udawało. Ale przecież zapytać wypada.

― No cóż chłopcze ― jak zwykle. Tym razem jednak jesteśmy obrzydliwie bogaci. Dozgonnie! Miałeś znakomity pomysł. Dyplomy, tytuły, w miarę wiarygodne teksty, pewny ton, działają cuda. Załatwić można wszystko, zwłaszcza im wyżej, tym łatwiej. To przecież skończeni durnie, idioci! Choć także z dyplomami. Władza całkiem już skorodowała im mózgi!

Ale najlepszy ten twój pomysł z grzałką, bateryjką i papierową formą. Kulka, jak to ołów, roztopiła się bezproblemowo, widowiskowo! Sprawdziliśmy przecież wielokrotnie.

― Mam to po tobie ― sprecyzował w miarę szczerze junior.

― No... nie sądzę. Matka zdradzała mnie na lewo i prawo, choć przecież w reakcji na moje, identyczne postępowanie. Zresztą to jej wcale nie tłumaczy. Niech jednak spoczywa biedaczka w spokoju. A my... cóż. Nie będziemy przecież po tylu latach testować się genetycznie.

― Amen! ― podsumował ze zrozumieniem junior, po czym z rozmachem odkorkował schłodzonego, drogiego szampana. Na konto pierwszej wpłaty.

Koniec.

1708

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1246
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 690
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 936
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1018
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 389
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 975
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 707
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 510
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 468
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 810
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 292
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 375
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1314
12
komentarze: 23 | wyświetlenia: 929
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  jotko49,  15/08/2017

Uczciwa wiedza i przy niej praca nie wszystkim zawsze się w złoto obraca. A jako mówią niektórzy pieniądz nie śmierdzi, ten co ma ją w nadmiarze zapewne potwierdzi. Nareszcie było po co zajrzeć na eiobkę...Pozdrawiam wakacyjnie.

@Katarzyna Wasik: Dylu! Co raz częściej mylisz ludzi! Zwracasz się nie do tego pana co trzeba! Z tego co se mój szubrawczy umysł przypomina, materiały z psychologii miał Ci podrzucić pan Janek Stasica!? Czy oby na pewno jesteś zdrowy na umyśle? Mimo wszystko polubiłem Cię Zbysiu:-)PS Wyluzuj trochę:-)Na co Ci ta psychologia, Tyś mundry i bez niej:-)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska