Login lub e-mail Hasło   

Starość, k...ontra, starość...!

Opowiadanie
Wyświetlenia: 110 Zamieszczono 14 dni temu

Wybrałem się na ryby. Jak zwykle. Nic  w tym nowego ani nadzwyczajnego. Przy moich gabarytach i trybie życia, potrzebuję systematycznego polowania. Tym bardziej że bywa i doba, i dwie o suchym pysku, bo te małe zwinne gnojki, potrafią mnie często wymanewrować.


Stanowisko zająłem wygodne, w moim zbiorniku najlepsze. Bo tak, tu u nas przyjęte jest, że przy pewnych proporcjach, szacunek się należy i jedynie czasami strząchnąć trzeba jakimś niedorozwiniętym uzurpatorem. Ot tak, by mieć spokojny dzionek i wieczór, i niezakłócany przez konkurencję, pozwalający robić swoje.


 Rzecz jasna, o mojej miejscówce wie każdy i mimo środków zaradczych, takich jak, rwanie żyłek, czy łamanie wędzisk, do amatorów rybiego mięska, jakoś to nie przemawia i zwalają się pod moje ukochane trzcinowisko, wszelakiej maści mięsarze, kolarze, dygnitarze, sportowcy i najgorsi tzw. turystyczni. Czyli: facet z wędką, a baba z patelnią. I jakkolwiek, te pierwsze typy, uznaję za wbudowane w folklor łowiska, tak to ostatnie, często przeszkadza mi i zwyczajnie płoszy mi rybki, a to już jest nie fair. Tylko, co ja mogę...


Leszczyk mi uciekł. Przyznaję, wstyd i nie tłumaczy mnie fakt, że patrzyłem akurat w drugą stronę. Takie rzeczy nie powinny mi się przydarzać, a na dodatek w niedzielę, gdy wędkarzy przybyło bez liku i co trzeci z babą na dokładkę. Jedna właśnie włazi do wody. Po kolana już brnie i w moją stronę, rozdziawa, nic sobie nie robiąc z faktu, że to nie jej rewiry.


- O, żeż ty...! - myślę sobie, a nawet otrzymuję poparcie od jej, wędkowej połówki.


- No! Helka! Co ty wyprawiasz...?! - drze się, płosząc narybek w promieniu kilometra, wędkarz zakichany. - Jak ja mam, na tego grilla, coś złapać...?!


- Zadzwonimy, to Marek kupi w dyskotece sandacza, jak coś! - odwrzaskuje Helka obojętnie, zamaczając uda. Mnie w to graj, sandacza wolą, ich prawo. Sam, bez bicia przyznaję, że bym taką dwukilówką nie wzgardził, bo dawno nie widziałem w jadłospisie i by mi na dłużej starczyła. Ale treść dalsza, była nie do przyjęcia. - Ja i tak szczupaków nie lubię, a tu ich zresztą, podobno i nie ma...! - no dobra, nie wrzeszczała całkowitej nieprawdy. Może i nieelegancko, ale niektórych uzurpatorów, po strząchnięciu... No, chyba mnie rozumiecie...? Dwa w jednym, czy jakoś tak. I spokój święty od takiego i kałdun zapełniony.Helka stoi już po pas i przy samych trzcinach.


- A co mi tam! - myślę sobie. - To jeden ruch ogonem...!


Uznałem, że uda Helki, to jak na mój gust, za gorące, ale otarłem się po całości. Baba zamarła, zadygotała, a ja uznałem, że jak dotąd, to jeszcze wrzasku prawdziwego, nie słyszałem.


- O Jezu...!!!  - nie mam pojęcia, czego oni chcą od tego faceta, chociaż słyszę o nim od ikry. - Kroookooodyyyl...!!! - a po tym nastąpiło, z tysiąc podobnych wykrzykników, z prośbami bądź wyrzutami do różnych, ziemskich i pozaziemskich matek, a ja wróciłem dostojnie na swoje miejsce. Te, z brzegu niewidoczne.


Helka, wybiegła z bajora i nie uciszyła się.


- Ty po policję dzwoń...! - dyszała, przerażona cała, a wędkarz... się śmiał.


- I może, po wojsko jeszcze...? - kpił z kobiety bezdusznie, a to mnie ubodło z dekacza i podpłynąłem ja sobie pod tego turystę, ocenić jego sprzęt.


Marek, budujących cały zestaw, nie wymienię, bo wy ludzie, za kryptoreklamę to zaraz uznacie, ale wyglądał, na nie lichy. Jak na turystę przystało. Świeciło się to wszystko, błyszczało, wprost w oczy biednym autochtonom, którzy wprawdzie leszczynówki już dawno porąbali na opał, a włókna szklane na pastuchy poprzerabiali, ale gdzie ich wędeczkom, do turysty żywcówki... Aż korciło, by mu ją, szpanerowi, połamać...


- Ja chcę do domu! - zażądała tymczasem Helka.


- Ocipiałaś...?! - nie zgadzał się połowiec. - Marek z Justyną już jadą, a może i Robert z Gośką dołączą...! Przecież cieszyłaś się na ten wyjazd...! - stwierdza z pretensją.


- Tam jest krokodyl! Widziałam, na własne oczy! - łże, w żywe oczy Helka, bo w tym bagnisku to tylko okonie, jako tako, coś jeszcze widzą.


- Jakaś rybka się o ciebie otarła, a ty tragizujesz... - stwierdza on. - Albo zielsko jakieś...


- Zielsko...?! - pytam. - Ja ci dam, k..., zielsko...! - i zaczynam się rozglądać moją linią naboczną, za uczepionym wycieczkowca haczyka, nerwusem. Bo te, jak tylko ich zaczepić, z miejsca drgać zaczynają, co ja czuję natychmiast, a i całe młode tałatajstwo zaraz się zjawia przy takim. Tylko że z nimi,  szast-prast i gnojka w wodzie nie ma, po chwili, na stanie.


- No i...? A jak...! - już widzę młodego, w wieku, na oko, pół kilo, jak się zabiera za karaska. I raz, i dwa i karasek ocalał i szamoce się oto, w pobliżu mojego oka, próbując z przerażenia uzasadnionego, bezskutecznie zamknąć swoje. - No, bez takich...?! - wyrażam zdumienie rozmiarami tej... hmm, przynęty, zakupionej chyba w jakimś sklepie akwarystycznym. Przecież w razie jakiegoś nieszczęścia, tysiąc pokoleń szczupaków nie dałoby mi żyć, po śmierci, za skuszenie się na złotą rybkę. Odpływam dostojnie, a przy trzcinkach mych, ukochanych, prosto mi,  niemalże w pysk, wpada nieostrożny leszczyk.


I już wita się ze szczupaczkiem (a jaki to kanibalizm...?! Wy, to się dopiero żrecie...), a ja spływam w toń głębszą, by moich gości spokojnie przetrawić. I po kilku metrach, to czuję...


Nie pierwszy raz w moim życiu, coś mnie wewnątrz uwiera i zabrania płynąć, w wybranym przeze mnie kierunku. Co innego jednak wiedzieć, a co innego przywyknąć. Mnie  zaakceptować tego stanu, nigdy się nie udało. Reaguję natychmiast.


Odbicie od dna i szarża na całego.  Wyskakuję w całej okazałości nad wodę, rozdziawiam paszczę i...


- O Jeeezuuu!!! - niesie się po wodzie, okolicy, najbliższym miasteczku i Stolicy, niekłamany podziw pani Heli. By zmienić natychmiast ton na oskarżycielski, wspomagany dodatkowo, wskazującym paznokciem. - To on...!!! To on mnie dotykał! Zrób coś...!!! Miiichaaał...!!!


Trzepnąłem ze łba akuratnie, przy napiętej do wizgów żyłce... i nic. Jakbym próbował zrywać szarpnięciem, nylon do rozwieszania gaci. Kątem oka widzę amatora na moje mięsiwo i o mało mnie krew nie zalewa.


Starszy od najstarszych szczupaków i wszystkich okolicznych małpoludów, niejaki Stacho z Zawziętych. Gość przyjeżdżający na bajoro raz na miesiąc, z obciachowym sprzętem wędkarskim, ubrany niczym kołchoźnik i polujący jedynie na mnie. Jak ja się dałem tak głupio podejść...?! Leszczyk przy trzcinach...? Dobre sobie... Wystarczy, że z głębi wychynę, a te już w mule siedzą, wprawiając spławikowców  w osłupienie i wściekłość, bo: "Co, to ma k... być...?! Buńkuje jak diabli, a brań nima...!".


Staruch mnie okpił, a dlaczego? Przez tę babę cholerną, oczywiście! Mają te chłopy rację, pytlując nad wodą: "Nie masz kłopotów, weź sobie babę i do niej samochód...". Zawróciła mi we łbie, starym, tymi swoimi udami i nie ma się co oszukiwać, że mi o jej nastraszenie chodziło. Zaswędziały stare płetwy, to i mam...


Próbuję przegryźć, tę niby stalkę, z najnowszego szmelcu z Tajwanu, a co zdarzało mi się już parokrotnie i przy zębiskach moich, bez trudu. Tylko że to nie jest, ten wynalazek.


Zwykły, ledwo skręcony z kilku nitek drut. Po smaku smarów wyczuwam, że Stacho komarka rozebrał, bo mi tu linką sprzęgłową pachnie... Obiecałem sobie, nie iść w ślady łobuzów i malkontencji, ale: - No, ja pier...! -i wystarczy. Nie męczyć siebie, zmęczyć wędkarza. To jedyna strategia. A po kilku błędach, na krótkiej lince, i ten sznur na bieliznę nie zdzierży.
-------------------------------------------------
Pływam na wędce, prawie bez wysiłku, ale że już ponad 15 minut, zaczynam powoli drętwieć. Z drutem w zębach i kotwicą, w przełyku i chociaż nie odczuwam fizycznego bólu, szukam sposobu na pozbycie się irytacji, nie wpadając na razie w panikę i próbując za wszelką cenę się zrelaksować. Tuż pod lustrem wody, aby móc, nie tylko wyczuwać, ale i widzieć swoje zagrożenie. Przy okazji zaś, popatrzeć sobie... na brzeg.


Jednym okiem. Drugim obserwuję Stacha, który wygląda na skupionego, delikatnie, nie dając luzu, nabierając żyłkę na kołowrotek- szajsiarski. Helka tymczasem przykucnęła z przejęcia, z dłonią zakrywającą usta, gapiąc się na końcówkę żyłki w wodzie. I sądząc po ogromie jej oczu, chyba naprawdę mnie widzi.


Stacho, się zmęczył. Byłoby mi nawet tego starucha żal, gdyby holował właśnie, któregoś z moich konkurentów, lecz w sytuacji zaistniałej, z szacunkiem za wytrwałość i spryt, badam wyłącznie możliwość, tego wykorzystania. I chwila pierwszego rozstroju nerwowego dla dziada, właśnie nadeszła.


On opiera tylec wędki o udo, chcąc ją włożyć sobie między nogi (bez takich, odbiło wam...?!), by mieć lepsze oparcie dla umęczonych ramion, a ja szarpię gwałtownie do siebie, z jednoczesnym skokiem do przodu.


Żyłka zwisa luźno, a u Stacha z emocji, zaczynają telepać się nogi. Te kilkanaście metrów, które nas dzieliły, ja przebyłem w mgnieniu oka, on żyłkę nawija znacznie wolniej. Zdążył tam nawet, pofatygować się chłop Helki, Michał i patrząc z nadzieją na zwis, dopytuje:


 - To urwał się, tak...?! - Stacho nie odpowiada, lecz po jego minie widać, że jest niepocieszony i tak sytuację widzi. A ja tymczasem stoję sobie w tataraczku, przy brzegu, o dwa metry od nich.


W życiu potrzeba szczęścia. Ja, dzisiaj je miałem.


Do zebrania luzu, została sekunda, gdy zjawili się inni goście.


Akcja trwała dwie sekundy.


Następują powitania, podbiega Helka, mówią sobie po imieniu, z zainteresowaniem obserwując Stacha. A ten, z niedowierzaniem, wyczuwa coraz to większy ciężar, gdy ja do wagi swojej, dorzucam jeszcze "murowanie".


- To, jest...?! - dziwi się Michał, a ja, na moment zawahania się Stacha nad odpowiedzią, wyskakuję z wody i całą pozostałą siłą swych giętkich mięśni, uderzam, z zamiarem wyszarpnięcia wędki, bądź porwania żyłki.


Daruję tu sobie opis wywrzasków kobiet i nieco mniej piskliwych komentarzy, u facetów, zdążyłem jedynie przed wpadnięciem do wody, zarejestrować podziw, lęk, trwogę i zazdrość, a u Stacha osłupienie, gdy w ręku, zamiast wędziska, został mu tylko trzonek.


Czubek wpada do wody, tuż obok mego pyska, a ja kłapię kilkanaście razy zębami, na wyczucie i z ulgą, i z nadzieją, że  chyba trafiłem.


Żeby to sprawdzić, odpływam w głębiny, a gdy nie czuję już, trzymającej mnie smyczy, wracam pod brzeg, posłuchać komentarzy.


- Spóźniliście się... - informuje Hela przybyłą, jeszcze jedną, ludzką parkę. - Pan krokodyla zahaczył, ale wędka stara i pękła, i ...


- Różańcowego...? - wpada jej w słowo facet. Następny, z wielce ogromnym mózgiem.


- Twoje bezbożnictwo na mnie nie działa, Robercik... - stwierdza pogardliwie Helka. - W wodzie byłam, a on mnie dotykał, o tu... - i jedzie paznokietkiem po swoich udach, nawet o milimetr nie zbaczając z trasy, przeze mnie przebytej. - Z pięć minut się ocierał... - stwierdza, ze wzrokiem utkwionym w Michale, do którego dociera, że jak się odezwie, to w przeciwieństwie do "krokodyla", sobie nie podotyka. - I ze sto kilo miał... Prawda, proszę pana...? - Stacho, chociaż przybity, uśmiecha się pod nosem, dobrotliwie.


- Takich, to nie ma... - stwierdza, a ja oddycham z ulgą, bo już atawistycznie, "rozglądać" się zacząłem po łowisku.


- To, ile...? - Helka marszczy brwi. Stacho, wprawdzie na dotykanie szans nie ma, lecz pomny dyskusji ze swoją połowicą, woli zachować ostrożność. Ratując się, pakuje do sfatygowanej torby resztki sprzętu, bez złości patrząc w moją stronę. Nie widzi mnie, a ja odczuwam sympatię dla tego starucha.

- Na życie mu... - odpowiada. I wcale nie wymijająco. Za niego, mający możliwość przyjrzenia się mi przez chwilę, mówi Marek.


- Ponad dwadzieścia - twierdzi zdecydowanie, a Stacho potakuje z ulgą.


- Czyli, mam rację - uznaje Helka ani przez chwilę nie przestając drapać się po udzie. - Michałku...?


- Daj, spokój, kotku... - próbuje chłop. - Ogromny był, to fakt i przepłynął sobie tu... - tu dotyka, na co kobieta mu pozwala. - Ale tyle...? Przesadzasz...


- To ile?! Bądź mężczyzną...!


- Trzydzieści! - wali po męsku Michał.


- A ty Justyna...? Też go widziałaś...?


- 35. - pada filuterna odpowiedź. Helka zabiera paznokieć z ud i drapie się nim, przez chwilę po główce.


- Dwa razy po ponad 20... - mruczy. - Czyli 29..., niech wam będzie... To będzie 58, plus 35, plus... - patrzy ze wzgardą na Michała - 30, plus 100... To będzie 223 kilogramy, dzielone na pięć. Ile ten szczupak waży, Robercik...? Różańcowo...?


- 44,6 - popisuje się obliczeniami, bez kalkulatora Robert. - Ale...


- I żeby nie było, że ja nie potrafię pójść na kompromis... Chociaż swoje wiem... - wzdycha Helka, ponownie prężąc uda.


- Wyszczuplałaś - wali Robert na ten widok. - To i szczupaka odchudź...


- Odchudziłam - stwierdza Helka, zgodnie z prawdą. - O 55,4... Mało ci...? A tak w ogóle... To czyżbym usłyszała przed chwilą, że ja gruba byłam...?!


- Nie - Marek czyni obronny ruch rękami, gdy Gośka zaczyna powoli czerwienieć. - Ale nawet, w tę dolną waszą półkę, trudno uwierzyć...


- "Uwierz..."


- ... I to ty ciągle jęczysz, że gruba jesteś...!


- Gruba, czy chuda - odzywa się Gośka, pozornie łagodnie. - Ale widziałam u niej patelnię... I zaraz możesz uwierzyć i w nilowego tutaj...! Wśród gwiazd...!


- Uwierz... Lepiej uwierz... - powtarzam i odpływam pocieszyć się wolnością.


Do kolejnego spotkania, z jakimś spryciarzem.

Podobne artykuły


32
komentarze: 12 | wyświetlenia: 18336
31
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2128
28
komentarze: 41 | wyświetlenia: 2801
26
komentarze: 42 | wyświetlenia: 1820
26
komentarze: 52 | wyświetlenia: 46803
27
komentarze: 12 | wyświetlenia: 1454
25
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1431
24
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2714
24
komentarze: 8 | wyświetlenia: 2271
24
komentarze: 30 | wyświetlenia: 3870
23
komentarze: 4 | wyświetlenia: 9191
23
komentarze: 27 | wyświetlenia: 1573
21
komentarze: 12 | wyświetlenia: 5184
 
Autor
Artykuł



Panowie ...a może to Aneszka powróciła, straciła grafomanka dziewictwo , zaczęła kląć i znowu pierdolenie o niczym i po 3 art dziennie ...

Nooo... Dobrze, że przy twoim wnikliwym podejściu do życia, zauważyłeś, że kobiety, coś takiego mają. No i, skoroś taki uczony, to i wiesz chyba, że nie zawsze jest gładko i przyjemnie...? Nawet milutki komentarz, jak na faceta piszącego poemy o gadających psach

@Felicjanna: często gadający pies , ma więcej do przekazania 2 szczeknięciami , niż srajacy dookoła grafoman w 200 zdaniach. Napisz coś z sensem, treściwego, interesującego ... są historie nadające się do pudelka i są historie inspirujące i zachęcające do rozwoju czy pogłębienia wiedzy w danym zakresie. Podejmij wyzwanie ;-) Kobyła podchodzi do płota ...

@Dyl Sowizdrzal: Sram na twoje wyzwania i na ciebie-psi swądzie

@Felicjanna: Ok, więc Wróbel kurwo podchujańska zwal sobie konia i idź kopulować z owcami jak w ub roku ... nara , ambicji w tobie brudasie tyle, co w odkurzaczu witamin, zutylizować ? ....mało . Niegdyś mówiłem pierdol sie sam, ale widze, że robisz to codzień. Tfu.

@Felicjanna: Felka! Nie rozpędzaj się za bardzo, admin ostatnio czujny...szkoda by mnie Ciebie było...polubiłem Cię...myszko:-)

@Dyl Sowizdrzal: Masz zresztą:
Podchodzi kobyła do płota.
- Dzień dobry, panie Dylu...
- Co ty pierdolisz, stara kurwo...?! - wścieka się Dyl, bo takiego chujowego poranka, w życiu nie przeżył. Z łóżka ledwie się dzisiaj zwlókł, bo wczoraj na eioba, ta posrana grafomanka... jak jej tam, Felka, znowu jakąś brednię płytką wysmarowała, zamiast siedzieć w garach i musiał suce prze ...  wyświetl więcej

@duchowopopsuty: nie rozumiem o czym mówisz...? Więc, może jaśniej...?

  Koriolan,  13 dni temu

@Felicjanna: nie przejmuj się ...
Duchowemu już się we łbie pieprzy od tego hejterowania :-)))
Bierze Cię za kogoś innego :-)))
Zresztą Dylowi też się mylisz :-)))

@Koriolan: sporo trafili. Jestem wsiurą i brak mi wykształcenia, ale nie tak jeszcze starą, żeby nie pamiętać potańcówek z takimi duchowymi i dylami, jak stoi frajerstwo w kącie świetlicy i przez cały czas trwania zabawy pieprzy, że wszyscy mylą kroki.

@duchowopopsuty: pytasz kobietę o wiek. Masz 10 lat, chłopcze?

@duchowopopsuty: fakt-już nie, proszę ja pana

  Koriolan,  13 dni temu

@Felicjanna: "sporo trafili."
Sorry ...
Niedokładnie czytam ich wypowiedzi.
Hmm ...
W sumie nieistotne czy jesteś facetem czy kobietą, masz wiele fajnej energii. Mnie w sumie interesuje rozwój wewnętrzny, którego raczej w Tobie brak. Ale nic nie szkodzi, z przyjemnością popatrzę jak pływasz po tym bajorku :-)))

@Koriolan:"Mnie w sumie interesuje rozwój wewnętrzny, którego raczej w Tobie brak."- Witaj Koro:-)A po czem Ty mój drogi bracie wnioskujesz, że w Felce tego rozwoja wewnętrznego brak? Ha? Ja widzę to inaczej:-)

@szubrawiec: a co widzisz ?

@Koriolan: Ano widzę, że Felka kobyle z dupy raczej nie wypadła:-)

  Koriolan,  12 dni temu

@szubrawiec: tak ...
Ale to tylko intelugencja. RD to coś innego :-)))

  Koriolan,  13 dni temu

Fajne opowiadanko.
Odmienne spojrzenie i znajomość tematu :-)))
Pewnieś na podobieństwo Helki po wodzie biegała :-)))

@Koriolan: dzięki:)

@Koriolan: Po, nie biegam, ale nad wodę, już tak.

@Felicjanna: cóż ...
Też bardzo lubię wodę, morze, jeziora itd. Choć wędkarstwo jest mi nieznane. Nie złożyło się. Natomiast siedzenie nad wodą ... Super. Dlatego zamieszkałem nad Wisłą :-)))

@Koriolan: A ja pomieszkuję nad Bugiem. Dzikim, prostackim i pełnym brudnej wody z ukraińskich wypłukiwań zbiorników. A wędka mi obca nie jest, chociaż ostatnio, bardzo rzadko...

@Felicjanna: O proszę! Toś Ty może szubrawca ziomalka? Jam z Lubelszczyzny, a Ty? Wiela masz do Lublinka?

@Felicjanna: O proszę! Toś Ty może szubrawca ziomalka? Jam z Lubelszczyzny, a Ty? Wiela masz do Lublinka?

@szubrawiec: wróciłam z meczyku i powiem otwarcie- nie mam szubrawczyku, twojego wspaniałego dystansu, a już wczoraj mnie poniosło i bez owsa nadmiaru. Tak dziś, w ukłonie dla Dyla, który pewno smaruje na mnie odwet, po którym pisania mi się odechce, na... 5 minut, wezmę parasolkę i po wiosce się przejdę. Jak znajdę kogoś pod płotem, przygarnę... O Jezu...!!! Idę stąd... :)))

@Koriolan: Ano widzę, że Felka kobyle z dupy raczej nie wypadła:-)

@szubrawiec: ona tam tkwi od urodzenia ( on) ? ... kobyla lewatywa to dlań mały prysznic, ale się kurczowo trzyma ...
"Ja złapię Felkę, ty za mnie złap się!"
I biedny dziadek z babcią niebogą
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!
Babcia za dziadka,
Dziadek za Felkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!

Przyleciał wnuczek, babci się złapał,
P

...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska