Login lub e-mail Hasło   

View - c.d.

...
Wyświetlenia: 285 Zamieszczono 19 dni temu

I

Na jednym z ostatnich piętr smukłego wieżowca, trwało głośne przyjęcie.

Apartament urządzony był prosto i ze smakiem, na ścianach igrały kolorowe światła, przestrzeń wypełniały wibracje muzyki.

Gdzieniegdzie porozwieszane były obrazy, skupiając na sobie uwagę zaproszonych. Malowane tradycyjną olejną techniką, same w sobie zakrawały na ewenement - sztuka, w dawnym ujęciu tego słowa, na równi z literaturą, stanowiła słusznie zapomnianą pieśń przeszłości. Wraz z uproszczeniem życia poprzez skok techniki, wiele dawnych zajęć przestało być zarówno potrzebnych jak i opłacalnych.

Szybkość, dostępność, powszechność, prostota - tak brzmiały słowa piosenki teraźniejszości.

Stół na którym leżała srebrna blaszka z kupką przeźroczystego proszku, drgał lekko. W wysokich kieliszkach musowały wysokoprocentowe fantazyjne drinki, niepokojąco przesuwając się ku krawędzi stołu.

Nim zdążyły upaść i poplamić sobą kudłaty dywan, chwyciły je czyjeś drobne ręce.

Roześmiana blondynka uniosła je nad głowę, stukając delikatnie szkłem o szkło. Ktoś przyciszył muzykę, lecz nadal trzęsły jej się dłonie.

Uśmiechnęła się a lekki rumieniec oblał jej urokliwą twarz. Grono wstawionych imprezowiczów obróciło ku niej na wpół przytomne spojrzenia - zabawa trwała już jakiś czas, osiągając teraz swoje apogeum.

Atrakcyjne kobiety ubrane zgodnie z wymogami najnowszej mody, przystojni mężczyźni w szykownych marynarkach, nawet jedna zabawiająca towarzystwo genetyczna zmodyfikowana papuga - wszyscy czekali na to co powie Sonia Banks, organizatorka dzisiejszego przyjęcia i jedna z najbardziej zaufanych współpracowniczek człowieka na którą zostało ono wydane.

- Uh... - westchnęła cicho - od ich wzroku, robiło jej się gorąco.

- Panie i Panowie, papugi.... - tu skinęła głową w stronę ptaka - zebraliśmy się tu wszyscy z okazji okrągłej rocznicy jednej z najlepszych istniejących firm ścisłej informatycznej czołówki rynku Europejskiego - Routeroux e.t.

Mam wielką przyjemność oznajmić że nasze dochody w tym roku przekroczyły bilion, a osoba która zrewolucjonizowała stosunek jaki posiadamy co do informacji cyfrowej, jednocześnie tworząc tysiące nowych miejsc pracy, dając ludziom możliwość pokazania światu swoich barw... - Adam Garoute - jest już z nami!

Na krótki moment światło obok Soni zafalowało i zmarszczyło się - ujawniając kształt człowieka.

Postawny mężczyzna w sile wieku o dość zmęczonym i surowym obliczu, skłonił się z uśmiechem.

Rozległy się gromkie oklaski oraz okrzyki podziwu i zdumienia. Posiadając renomę geniusza, Adam Garoute w młodym wieku zdołał wybudować swoją pozycję całkowicie od zera, całkowicie dedykując swoje życiu jednemu celu - lepszemu światu.

Sonia jednak znała go lepiej, jego pozorny luz i wesołość były maską "self made man'a", medialnej maski którą zakładał na takie właśnie okazje.

Spojrzał po niej, widocznie rad ze starań jakie poczyniła, na jego przybycie,

Wyszczerzyła zęby w perłowym uśmiechu, podając mu kieliszek z drinkiem. Adam uniósł go ku górze, salutując podekscytowanym gościom.

Idąc za jego przykładem, uczynili tak samo.

- Za Routeroux - oznajmił mocnym głosem.

...

Później tej nocy - już sam z pustym kieliszkiem w ręku, stał wpatrując się w widok za szybą.

Z tej wysokości metropolia wydawała się wręcz cicha, tylko błyski odległych świateł migotały w ferii niezliczonych kombinacji ulicznych barw.

Poluzował krawat, czoło pulsowało tępym bólem. Oparł głowę o chłodną szybę, spotykając się w oko w oko z własnym odbiciem.

Ostatnie pięć lat intensywnej pracy zbyt mocno posunęło go w wieku. Był przecież jeszcze bardzo młody, mając zaledwie 35 lat.

Męczyli go ludzie, ich wieczne pretensje, zadowalanie się byle czym, szukanie najłatwiejszych ścieżek i chodzenie na łatwiznę.

Adam Garoute znał ludzi - czasami myślał że lepiej niż oni siebie samych.

"Sieć" była wszechobecna. Była w ubraniach, mieszkaniach, okularach, soczewkach jak również coraz częściej umieszczana w samym ciele... - wszędzie.

Informacja stała się dostępna - na, nie nawet wyciągnięcie ręki - a mrugnięcie okiem. Jednak sama w sobie nie stanowiła jeszcze wartości - tak jak nieoszlifowany diament nim stanie się brylantem, wpierw musi zostać odłupany od skały wszechogarniającej ignorancji.

A ta zamiast maleć, rosła w co najmniej zastanawiającym tempie. Każdy ruch można była śledzić a dla kogoś takiego jak on, dodanie jednego do dwóch i wyciągnięcie wniosków z całego informacyjnego oceanu stanowiło rzecz prostą - tym się zajmował, pomagał ludziom znaleźć sens w chaosie ich żyć.

Zatrudniał samych najlepszych, z wysokim IQ, stanowiących topniejący procent populacji.

Tak, Adam Garoute był człowiekiem wpływowym.

Kimś kogo warto mieć po swojej stronie, zwłaszcza jeśli marzy ci się polityczna kariera, szantaż doskonały czy też władza nad światem.

Kaszlnął.

Mętne oko nocy, spoglądało z wysoka na stopniowo jaśniejącym niebie.

Księżyc w nocy i słońce za dnia - choć ze sztuką nie miał za wiele wspólnego, uznawał je za największą poezję.

Poczuł nagle znajomy zapach kwiatowych perfum. Nie usłyszał jak podeszła, stąpając boso po puchatym dywanie.

- Kolejne udane przyjęcie... - zaczęła łagodnie.

Pokiwał głową i wyprostował się, odrywając od wątpliwych przemyśleń.

- Dziękuję Sonia. Jak zwykle, doskonale się wszystkim zajęłaś.

- ...Chcesz się jeszcze czegoś napić?

- Z przyjemnością.

Wzięła od niego szkło, napełniając białym winem.

Oddając mu uzupełniony kieliszek, ich palce na moment zetknęły się.

Bukiet pachniał bogato i intensywnie. Jak coś czego właśnie mógł potrzebować, być może nawet pragnąć gdyby tylko pozwolił sobie na chwilę odpoczynku.

Nie pamiętał już jak smakuje zabawa, luz, brak zobowiązań. Był swoją pracą, swoim nazwiskiem i marką. Był kimś kto nie może być dzieckiem.

Odpowiedzialność była jego kochanką, panią i powołaniem.

- Adam... nie jesteś w tym sam. - Poczuł na sobie wzrok Soni.

Przestraszył się tego co mówiły jej oczy, lecz nie dał po sobie tego poznać.

- Tym razem twoje zdrowie - uśmiechnął się, stukając szkłem o szkło.

...

Sonia zawsze kroczyła cienką granicą dzielącą sen od jawy.

Zawsze uśmiechnięta i radosna dziewczyna ze stanowczo za mocno rozwiniętą wyobraźnią jak na czasy w których przyszło jej żyć.

Czując się obco wśród tłumu odbiorców, starała się tworzyć świat inny od widzianego.

Świat ludzi i rzeczy pięknych.

- Pięknych? - A cóż to znaczy? - często pytała samą siebie, spacerując zatłoczonymi ulicami gigantycznej industrialnej przestrzeni gdzie wszystko było na sprzedaż.

Mimo przyjaznego usposobienia i wrodzonej wrażliwości, (a może właśnie przez nie) nigdy nie czuła specjalnej więzi z otaczającymi ją ludźmi.

Różniła się, co nie raz dotkliwie dawano jej poznać.

Jak dziki, pełny życia kwiat wśród zżółkłej, pospolitej trawy, pragnęła wiatru, deszczu i słońca.

Czuć więcej, pragnąć bardziej, marzyć jeszcze obficiej i marzenia te spełniać. Nigdy nie zadowalać się sobą i nigdy się sobą zbytnio nie przejmować.

Po prostu żyć, dla samego piękna życia.

Pomyślała o Adamie. O tym że za długo trwa ten stan, w który wpadła. O tym żeby przebudzić się w końcu z głupiego poczucia że coś może z tego być.

- Z czego? - Wymamrotała w poduszkę, przewracając się nerwowo w stanowczo za dużym łóżku.

Niewiele spała tej nocy, właściwie wstawał już ranek bo przyjęcie przeciągnęło się - i dobrze - najważniejsze że goście byli zadowoleni, kontakty ustalone a znajomości zawarte.

Być może nawet nowe życia poczęte, gdy wszyscy już wrócili do siebie, lecz z nowym spojrzeniem jakie oferowało... - Routeroux.

Słońce prześwitywało zza zakrytych zasłon, na nowo ukazując swoją twarz.

Wkrótce wszyscy zapomną o nocy, pogrążą się w tym co znają najlepiej, co do czego są przyzwyczajeni - nawet jeśli jest to złe, nawet jeśli skrycie tego nienawidzą.

Pogrążeni w sieci, myląc zaplątanie z życiem, bezwolnie oczekując na pająka, którego nazywają śmiercią.

Bez wiedzy o tym jak naprawdę wygląda rzeczywistość, ograniczeni tylko do swoich zmysłów, równie dobrze mogących okłamywać ich w tym samym stopniu co oni samych siebie.

Wyczerpana i ze złym samopoczuciem, daleka od marzeń o lepszym świecie, Sonia Banks - zasnęła wreszcie.

....

Niedługo po tym jak wyszła, Adam zabrał się do pracy, przedtem jeszcze wstrzykując sobie dzienne zapotrzebowanie najważniejszych środków odżywczych - wynalazek przewidziany pierwotnie dla służb specjalnych - lecz nie było wiele rzeczy do których nie posiadał dostępu.

Tą czy inną drogą, zawsze znajdował tą prowadzącą do celu.

Włączył komputer, otwierając folder ze wszystkimi zgromadzonymi dziś z przyjęcia plikami tetrawizyjnymi.

Ignorancja ludzi była wręcz porażająca, zaufanie jakim darzyli Sieć przypominało mu religijne uwielbienie jakie dawniej zwykle zarezerwowane było dla Boga, którejś z dogorywających religii.

- Umarł król, niech żyje król - szepnął sam do siebie, pogrążony w mroku - tysiące informacji przelatywało przez jego nerwo-złącza.

Pozorny chaos składający się z strzępków słów, śmiechu, mowy ciała, miliarda niezauważalnych gołym okiem mikro-ekspresji, nagranych w najdokładniejszej rozdzielczości wraz z indywidualnymi zapisami z poziomu ciała, niczego nie podejrzewających gości - wszystko to porządkowane w zrozumiałe dla niego wzory, system nad którym tylko on był w stanie zapanować, który podlegał jego woli.

Przewidzieć przyszłość jest łatwo... lecz sprawić by jej wizja stała się prawdą, to już coś zupełnie innego.

Potarł nos, czując wilgoć na swoim palcu.

Krew.

Powrócił do rzeczywistości, zsuwając z głowy słuchawki.

 Nie jesteś w tym sam - czyjeś słowa odbiły się echem w jego umyśle.

Czyje? Czy był to ktoś kogo znał? Czy może były to jego własne słowa, słowa którymi się karmił, czepiając ich jak tonący?

Lecz same słowa nie posiadały mocy wypowiadającej je osoby.

Raz wypowiedziane wędrowały coraz dalej od swego stworzyciela, powoli tworząc własny, osobno żyjący wszechświat.

Wszechświat pozbawiony słońca, im szerszy tym bardziej zimny i mroczny.

Adam wstał z krzesła, wychodząc na balkon. Na tej wysokości powietrze całkowicie pozbawione było zapachu ulicy.

Spojrzał w dół, niknął on w smugach przesuwających się świateł, malutkich punkcików migających przed jego oczyma.

Nastał kolejny pracowity dzień.

II

Stiepanov siedział wygodnie rozparty na rozłożystym fotelu w jednej z dziwacznych kawiarenek dwunastego dystryktu.

Jego długie, rozpuszczone włosy swobodnie spadały po za oparcie. Zamówiona przez niego kawa, stojąca teraz na malutkiej filiżance z nietkniętym korzennym ciastkiem - zdążyła całkiem już ostygnąć.

Stiepanov oczy miał zamknięte a twarz pozbawioną wyrazu.

Myślał.

Myślał tak intensywnie, że zaniepokojonej kelnerce wydało się iż dusza jego opuściła ciało. Zmartwiło ją to, ponieważ wolała by goście zostawiali wyłącznie napiwki.

Zbliżało się południe. Zwykle o tej porze cała kawiarnia wypełniona była białym światłem rozchodzącym się po nieskazitelnie czystym wnętrzu, odbijającym od pustych ścian i wracającym do adresata - słońca.

Nie tym razem. Tego poranka, całe nagromadzone światło zdawał się pochłaniać ten dziwny mężczyzna, wsysając je w siebie niczym jakaś przerażająca ludzka czarna dziura.

Kelnerce zrobiło się zimno.

Stiepanov marzył - właściwie to intensywnie myślał - a stworzone przez jego umysł obrazy były tak dokładne jak namacalna rzeczywistość.

Można by rzec że tkwił gdzieś w samym sobie, w świecie pełnym tak drobiazgowych szczegółów - że stan jego świadomości podobny był głębokiemu snu.

Gdzieś na pograniczu realności, tam gdzie wszystko zdawało się możliwe, tam gdzie panował sam on.

I to on posiadał całkowitą władzę.

Analizował pewien problem z wielu perspektyw, fragmenty jego osobowości przybrały fizyczne kształty dzieląc się na odpowiednich siebie.

Wszyscy jedni, (a było ich wielu) zabrali głos. Niestety naraz, więc nic nie usłyszał, zagłuszywszy sam siebie.

Powieki zadrżały, gałki oczne przesunęły się.

Inaczej.

Jej postać stworzona w najwyższym skupieniu, pojawiła się odlana ze wspomnień przed okiem jego umysłu.

Dokładnie taka jaką ją zapamiętał. Czyste piękno, doskonała perfekcja.

Przyglądał się jej uważnie - temu wspaniałemu ciału, okazowi (o ironio!) genetycznej kobiecej doskonałości.

Stwierdzając że randka poszła całkiem nieźle, tyle że nie nazwałby jej wcale randką.

Byli w kinie, pokazał jej kilka miejsc, rozmawiali o pracy i o tym co jest poza nią. Oboje zdawali się sądzić że niewiele.

Odpowiadała mu... - mieć kogoś takiego jak ona przy swoim boku, to prawie to samo co nosić koronę na swoich skroniach.

Nie pozostawiając złudzenia co do swojego statusu w tym tłumie idiotów.

Lecz co dziwne i pomimo jego starań, Henra wcale nie wydawała się zainteresowana przeniesieniem tej znajomości na tereny bardziej personalne - zacięcie trzymając swojego pola zainteresowań.

Stiepanov westchnął i otworzył oczy. Powitała go rzeczywistość w której może i był zwycięzcą, lecz tego zwycięstwa z nikim nie dzielił.

- Jak byś to powiedział ojcze? Że tylko przegrani czują się przegrani?

Co za cholerny pech - pomyślał - że ze wszystkich miast na świecie musiałeś pojawić się akurat w tym, w tym samym czasie co ja i dokładnie z tą dziewczyną której zapragnąłem.

Napotkał wystraszony wzrok kelnerki i zerknął na swoją kawę z ciastkiem w kształcie serca.

Uśmiechnął się patrząc na ten kruchy symbol wątpliwej przyjemności. Na tą pokusę diabetyka, który choć wie że mu nie wolno - weźmie ją.

Weźmie ją i skonsumuje.

- Przyjmuję wyzwanie - rzekł, łamiąc je w palcach.

....

Przed niebieskimi oczyma Henry, rozpościerała się panorama miasta.

Znajdowała się na tarasie jedenastego piętra siedziby "WorldGenetics". Patrzyła z wysoka, tak jak to miała w zwyczaju.

Widok ten zwykle uspokajał ją, kajał jej nadwyrężone od przesadnego przejmowania się wszystkim, nerwy. Słońce niedawno co wstało, dopiero rozpoczynając swą codzienną wędrówkę.

Swoje przyrzeczenie dla tego świata, zobowiązanie by dawać z siebie jak najwięcej, przy jednoczesnym trzymaniu odpowiedniego dystansu.

Dystansu który był koniecznością. Ponieważ nawet największa miłość, bez zachowania pewnych granic - zmienia swe znaczenie, wyjaławia, spala, dusi.

Tu - na wysokości, na dachu tego pięknego miasta, które przyjęło ją bez zawahania, całkowicie akceptując - czuła się dobrze, swobodnie, tak blisko szczęścia jak rzadkie tylko bywają takie momenty.

Wyobrażała sobie codzienne życie tych wszystkich ludzi, ich zmagania i troski, chwile załamania, zwątpienia nawet - ale i satysfakcji z przeżycia kolejnego dnia w mieście miliarda możliwości, w którym jeśli posiadałeś dość mocny cel i samozaparcie... - czy naprawdę wiele mogło zagrodzić ci drogę do sukcesu?

Pomyślała że znów wpada w stan nadmiernej ekscytacji, że nie myśli trzeźwo, że wyobraża sobie uczucia ludzi których nie widziała nigdy na oczy - że być może znowu bawi się lalkami, przypisując cechy szablonowym istnieniom.

Tak - skarcił ją wewnętrzny głos - zagubiona w wielkim świecie dorosłych, nadmiernie zamyślona dziewczynka.

Ale oto stała tu, na progu swoich możliwości, na przedsionku losu którym od teraz pokieruje sama. Weźmie go w swoje małe dłonie i ulepi na obraz i podobieństwo dobrych marzeń.

WorldGenetics - mamo, tato... tego chcieliście czyż nie? Bym znalazła się jak najwyżej. Bym była jak najbardziej....

Po jej policzku pociekła łza - i sama zdziwiła się z intensywności swoich uczuć.

Jej twarz spłonęła rumieńcem wstydu, a sama Henra powróciła do rzeczywistości, odganiając precz wszelkie dramatyczne wizje samochwały.

Tu na szczycie, można poczuć się samotnie. Można poczuć się wyniośle, jeśli komuś pomaga to uporać się z tym uczuciem.

Jednak nie jest to rozwiązanie dla mnie.

Koledzy z uczelni zarzucali jej że jest samolubna. Nie wprost, oczywiście - jednak widziała to w wyrazach ich twarzy.

Zawsze zwracająca na siebie najwięcej uwagi, koncentrowała w sobie wszystkie najlepsze cechy wyróżniające Królewską Akademię Nauk.

Do tego stopnia że ludzie traktowali ją tam bardziej jako żywy symbol, aniżeli człowieka - koleżankę z roku.

Nie to że nie była do tego przyzwyczajona... - po prostu brak normalnych relacji męczył ją i wykrzywiał obraz siebie.

Spojrzała na zegarek - natychmiastowo z wybiciem siódmej piętnaście, usłyszała nad swoją głową cichy furkot fotograficznego drona.

Dokładnie tak jak byli umówieni - sesja zdjęciowa dla "Vogue EU".

Logo "WorldGenetics" rzucało się w oczy tuż za jej plecami.

Ona sama, ubrana w bardziej elegancją wariację mundurka uczelni, z włosami dziko powiewającymi na wietrze generowanym przez drona - rozpostarła ramiona jakby miała rzucić się w dół, być może w końcu docierając do ludzi.

Czy sława ma w sobie coś z upadku? - zastanawiała się, gdy mechaniczny paparazzi robił jedno zdjęcie za drugim, bezustannie wydając brzękliwie polecenia co do pozy jaką miała przybrać.

Wzór - myślała - ta, na której przykładzie powinny opierać się młode dziewczyny, jeśli chcą osiągnąć sukces w życiu. Bardziej prawdopodobne że stanie się obiektem zawiści, zalążkiem konfliktu pomiędzy rodzicami a ich dziećmi. Bezduszny przykład, funkcjonujący zaledwie jako narzędzie.

Oto ja - uśmiechała się do czułego oka obiektywu - wasza zabawka.

Henra Avens.

III

Dzisiaj był dzień urodzin Soni Banks - dwudziesto-pięcio letniej "najwyższej sekretarki" Routerox - jak ona sama żartobliwie przyznawała w wywiadach.

Dzień zapowiadał się pięknie - Adam dał jej wolne z solidnym bonusem do pensji - gest dość miły jeśli wolisz ten rodzaj wynagrodzenia.

Ona sama wolałaby raczej spędzić ten dzień z nim - i nie jak sekretarka z szefem ale jako... - no właśnie, jako kto? - wiedziała że robi sobie krzywdę takim myśleniem, i dodatkowo zanudza się na śmierć powtarzaniem w kółko tej samej myślowej treści - jednak najwyraźniej było to silniejsze od niej.

"Prymitywne małpie uczucia" - jak prawdopodobnie skwitowałby sam (nie)zainteresowany. W żadnym wypadku nie miała prawa się skarżyć, ani od niego czegokolwiek wymagać.

Szefem był bardzo dobrym, na nieszczęście takim który nie lubi przekraczać granic - co za ironia losu - pomyślała - że jeden człowiek może łączyć w sobie tyle sprzeczności i nadal być w stanie prowadzić tak ogromne imperium.

- Być może dlatego właśnie - naszła ją realizacja, gdy skręcała w dystrykt piąty na powoli zacieśniającej się drodze głównej.

Mimo romantycznego rozmarzenia, Sonia zawsze była czujna i świadoma swego otoczenia. Zawsze - bez żadnego wyjątku.

Adam czasami żartował z tej jej cechy, mówiąc że z taką uwagą nie potrzebuje ona Sieci. Cecha która tkwiła w niej głębiej niż wszystkie inne.

Cecha nadająca działaniom przydatność a życiu sens. Megalopolis było tego poranka spokojne. Jak zwykle - pełne kolorowego tłumu ulice, generowały przeróżne dźwięki koegzystujących ze sobą stanów i klas.

Hierarchia - naturalna, bo określana przez posiadane umiejętności a nie przez wydumane poczucie własnego "ja". Przynajmniej praktycznie - czego ludzie zdawali nie chcieć do końca zauważać - teoretycznie, każdy był "równy" pod względem praw i istnienia w Sieci.

Meta społeczeństwo quasi obywateli - podzielonych na dwa i więcej. Schizofreniczny świat jaki z palca mógł wyssać tylko ktoś na krawędzi psychicznego załamania lub początku głębokiej zmiany - czy na dobre czy złe - to miała określić zbliżająca się przyszłość.

Dla ludzi bliskich władzy, w tym wpływowych graczy na politycznej arenie, takich jak Adam Garoute - zmiany te były mocno zauważalne, wystarczyło tylko wiedzieć gdzie patrzeć.

Plusy bycia wysoko to większe rozeznanie, minusy to rozrzedzone powietrze i jakże częste halucynacje z powodu innego odbierania rzeczywistości.

Kreacja - słoneczne światło odbiło się w nieprzejrzystych szkłach jej okularów - czyni cię odpowiedzialnym za własne myśli i działania w stopniu nieporównanie większym, niż gdybyś żył w świecie stworzonym przez kogoś innego.

W jakim świecie mogłabym poczuć się tak zwyczajnie - kobietą, wspierającą nie nowy porządek rzeczy - a swojego kochającego z wzajemnością mężczyznę?

Czy to nie jedno i to samo, a różnica istnieje tylko w punkcie widzenia?

Może wcale nie chcę znać prawdy, może wystarczy mi tylko uczucie jakie do niego mam. Może gdyby dał mi to czego pragnę, straciłabym całą chęć by uczestniczyć w tym świecie.

Całkowicie oddając się potędze miłości, przedwiecznych instynktów które przecież tak pragniemy zwyciężyć.

Spoglądająca na nią z lusterka twarz, miała taki sam wyraz jak jego. Kamiennego zmęczenia.

Dziś są moje urodziny - pomyślała, włączając radio.

...

Zbliżał się wieczór, a miasto miast zwalniać swój bieg - przyspieszyło jeszcze, bowiem jeśli prawdą jest twierdzenie że środowisko tworzą jego mieszkańcy - miasto to dręczone było przez potworną insomnię. Koszmar nękający ludzkość od zarania dziejów i mający jej towarzyszyć aż do jej marnego końca - który zbliżał się, jeśli słuchać głosów tych najbardziej potrzebujących snu.

Przerwy od myślenia, pożyczki czasu w krainie marzeń, gdzie powodem radości było to że nic nie miało sensu i wcale nie musiało go mieć.

Człowiek znajdujący się w błogosławionym stanie zapomnienia, nieświadomości tego kim jest i gdzie się znajduje - w słodkim pozwalającym na regenerację, bezczasie - był wolny od własnego zła.

Był wolny od utrapień i problemów, nie musiał przejmować się żądaniami innych ludzi, oczekiwaniami jakimi bezustannie nękało go życie.

Chichotem rzeczywistości było to że niemal każdy spał, nigdy się nie budząc.

Co jakiś czas pojawiał się ktoś, stwierdzając że posiadł wyższą wiedzę, wgląd czy rozeznanie objawione właśnie jemu przez bliżej niezidentyfikowane źródło, do którego dostęp miał tylko on.

Chyba że i ty go posłuchasz, podążysz w jego ślady.

Nox odpaliła długiego papierosa przyglądając się pustej klubowej sali, mającej niedługo zapełnić się tysiącem osób. Patrzyła z wysoka jak jej pracownicy przygotowują fundament do kolejnego całonocnego zapomnienia. Uwijali się tu i tam, szybko i wydajnie - wiedząc że na nich spogląda.

"Amnesia" - bo tak nazywał się ten klub - było jednym z najpopularniejszych - choć cieszących się dość wątpliwym rodzajem sławy - miejsc rozrywki dystryktu trzynastego.

Można by rzec że było to miejsce dość elitarne - choć nie gardziło żadnym przybyszem, obowiązywały w nim żelazne zasady, za których złamanie groziły realne konsekwencje - i to wiedział każdy kto choć raz przekroczył progi tego miejsca. Policja, choć z każdym kolejnym rokiem starając się zwiększyć ilość jednostek stacjonujących w 13tym dystrykcie - nie miała w nim realnej władzy, ni siły sprawczej.

Jeśli dystrykt ten porównać do czarnej dziury na mapie miasta, (to znajdująca się w będącej pod ścisłą mafijną kontrolą dzielnicy dziewiątej) "Amnesia" - stanowiła załamanie jej horyzontu zdarzeń.

Kto raz do niej wszedł mógł przepaść bez echa, epicentrum tego feralnego dystryktu rządziło się całkiem odmiennymi regułami.

A im głębiej tym ciemniej, i tym bardziej liczysz na światło - a gdy takowe się pojawia - bierzesz je za oświecenie.

Nox zerknęła na zmieniające się cyferki holografu. Noc zbliżała się powoli - nieubłaganie torując sobie drogę ku rozkoszy niczym niewprawiony język kochanka - jeszcze, jeszcze nieśmiało, lecz już dość lubieżnie, z każdą chwilą nabierając odwagi i mocy.

Zamyśliła się, machinalnie dotykając palcami pereł które zawsze nosiła na długiej szyi. Ich jaskrawa biel na tle czarnej aksamitnej sukni, przywodziła na myśl księżycowe pełnie, jedne po drugiej nawleczone na łańcuszek nocy.

Kruczo-czarne włosy opadały jej do ramion a ciemnoszare, lekko skośne oczy zdradzały domieszkę azjatyckiej krwi. Choć przez bladą i szczupłą sylwetkę, na pierwszy rzut oka mogła wydać się niektórym niepozorna - jej obecność zawsze była wyczuwalna, tak jak satelita ziemi ukryty za warstwą chmur.

Zawsze obecna choć nie zawsze na widoku, osnuta różnymi historiami na swój temat, będąca świadkiem niezliczonych zdarzeń o których lepiej nie mówić głośno - lub najlepiej milczeć.

Ukrywając wiedzę za delikatnym uśmiechem, który każdy i tak zmuszony był odebrać po swojemu.

Wyszła na balkon, smak wieczornego powietrza delikatnie dotknął jej ust.

Megalopolis tonęło w czerwieni, zwielokrotnione światło zasypiającego słońca, odbijało się w niegdyś gładkich powierzchniach podniszczonych wieżowców. Wiele z architektury "trzynastki" było krzyczącym manifestem wymierzonym w resztę miasta - "już nam nie zależy".

Reszta dystryktów pytała "czemu" - zdając się nie zauważać swojej własnej dekadencji, tyle że innego rodzaju.

Wieczór zamieniał się w noc, a pod klub zaczęły gromadnie przybywać potępione dusze, licząc na wcześniejszy wstęp do krainy zapomnienia.

txt: Henear /mosekhal.blogspot.com/

..........................................................................................

https://www.youtube.com/watch?v=bEsjdJkx9qc

Podobne artykuły


15
komentarze: 7 | wyświetlenia: 521
14
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1728
13
komentarze: 10 | wyświetlenia: 679
13
komentarze: 6 | wyświetlenia: 620
13
komentarze: 8 | wyświetlenia: 555
13
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1923
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 488
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 541
11
komentarze: 60 | wyświetlenia: 1155
11
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1110
11
komentarze: 6 | wyświetlenia: 479
11
komentarze: 2 | wyświetlenia: 469
11
komentarze: 2 | wyświetlenia: 933
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Fajne masz te felietony :)

  Vivvi,  19 dni temu

czy czeka nas tylko samotność i jałowa konsumpcja bez emocji?

@Vivvi:
Oczywiście że nie, ja mam tak, jak piję kawę, to zaczynam się zastanawiać nad losem ludzi którzy muszą zbierać te zasrane ziarenka, potem jak jem jajecznicę, to prawie mi w gardle staje, na myśl o tym że to mogły być kury, a nie daj boże koguty, taka męska solidarność, po tym jak kiedyś stałem i popatrzyłem na buty do ćwiczeń, zdałem sobie sprawę że jeszcze jakiś Chińczyk pewnie wyk ...  wyświetl więcej

  Henear,  18 dni temu

@Vivvi: Na tym portalu z pewnością.

  Hamilton,  18 dni temu

@Henear: mówiąc prostym i zrozumiałym językiem potocznym można by rzec, że nastąpi totalne wyindywidualizowanie z rozentuzjazmowanego tłumu przekarykaturyzowanej konsumpcji.

  Vivvi,  18 dni temu

@Henear: a to dla odmiany coś napiszę :)

  seta1212,  15 dni temu

Narastające zagrożenie, osaczenie,nieuchronność losu,wizja samotnego świata,matrix, laboratoryjna analiza skutków- świetne- choć smutne...brakuje mi odrobiny uśmiechu.)

@seta1212: Chyba nie jest tak źle, to tylko jedna z wizualizacji podobnych do snu Faraona o "siedmiu tłustych i o siedmiu chudych wołach" przyszłość nie od takich wizji zależy, ale od tego jak je zinterpretujemy i co z nimi zrobimy.
Wczoraj zapukały do mnie Dzieciaki od sąsiadów i zapytały "cukierek czy psikus" , cukierków nie miałem więc się pytam co mógłbym im dać jeden powiedział "kasę", ...  wyświetl więcej

@pokrzywiony: też się serdecznie uśmiałem z tego starego bezpiecznika, bo czym teraz ty się będziesz bawił. Eioba stanie się jeszcze mniej bezpieczna jak przeniesiesz tu swoje dziecięce zabawy i ciekawość mieszkającą w Dziecięcych. Też się serdecznie uśmiałem, że wczoraj zapukały do ciebie Dzieciaki od sąsiadów, bo do mnie pukają tylko dzieciaki od Królików.

@Hamilton: O to staruszku niech cię głowa nie boli, ja wychowywałem się w warunkach że "zabawki" potrzebne do wypełniania pustego czasu musiałem sobie sam organizować i doskonale znam wartość wyobraźni i jej owoce jeśli się z tego daru umie korzystać. Siedź sobie dalej w tym swoim politycznym szambie i piernicz o bezsensownych politycznych zagrywkach niszczących rzeczywistość. A tym czasem coraz w ...  wyświetl więcej

@pokrzywiony: hahahaha - a ja ci w tym pomogę. Wyślę ci dwa stare Bezpieczniki i wiaderko Prądu.

@Hamilton: Dzięki, bez łaski, mam jeszcze tego trochę. :)

  Hamilton,  15 dni temu

@pokrzywiony: wiedziałem, że jesteś taki Kulczyk współczesnej elektroniki. Ja tylko chciałem wspomóc te Dzieciaki twoich sąsiadów, by miały na Cukierka i nie musiały Liczyć na ciebie.

@Hamilton: Gdy Dzieciaki nauczą się korzystać z własnej wyobraźni i zrozumieją jak działa otaczająca ich natura, wtedy by mieć cukierki nie będą potrzebowali pomocy bufonów w kapeluszu, bo będą sobie cukierki robić same pod swój smak, gust i nie będą się od nich uzależniać. Będą niezależne i nie da się im wcisnąć byle propagandowego kitu, w zamian za słodycze.

  Hamilton,  15 dni temu

@pokrzywiony: dobrze byłoby nauczyć jeszcze te "Dzieciaki", że "dzieciaki", "ciekawość", " dziecięcych" w środku zdania piszemy zawsze z małej litery, bo zostaną w przyszłości tępymi półanalfabetami jak wujcio rozdający bezpieczniki, którego intelekt odporny jest na aluzje jak osioł na bat.

@Hamilton: " dobrze byłoby nauczyć jeszcze te "Dzieciaki", że "dzieciaki", "ciekawość", " dziecięcych" w środku zdania piszemy zawsze z małej litery, bo zostaną w przyszłości tępymi półanalfabetami jak wujcio rozdający bezpieczniki, którego intelekt odporny jest na aluzje jak osioł na bat. "
I co z takich nauk ma wyniknąć ?, że jak jakiś "autorytet" wieki temu coś ustali, to należy to powie ...  wyświetl więcej

  Hamilton,  15 dni temu

@pokrzywiony: Zakrawarski twoich relikwii nie potnie. Złoży cię w całości w blaszanym nocniczku. Nie wie jeszcze czy zakonserwuje cię w moczu czy formalinie. To zależy czy go budżet puści. Ale miejsce honorowe - sam środek sralni. Będziesz miał stały kontakt z innym filozofem - Sedesem z Bakielitu. I to będzie przełom dla ludzkości. Razem osiągniecie szczyty głupoty dwa razy szybciej.

@Hamilton: Ty sobie Zakrawarskim gęby nie wycieraj, najpierw plujesz tu gównem, a teraz szukasz kim sobie zafajdaną gębę wytrzeć. Jesteś gnida i wszyscy już o tym wiedzą.

  Hamilton,  15 dni temu

@pokrzywiony: no, wygrywasz ze mną jak Beatka Szydło w Brukseli. Uważaj, bo prezes w nagrodę wręczy ci "białe rurze" w "towarzystfie Dzieciakuf" i wyprostuje w imadle ku "hfale" ojczyzny. O niczym tak nie "mażem jak o vaszej pszyjaźni". Chlip, chlip.

  Serpico,  15 dni temu

@pokrzywiony:
Maniek mam pomysł , wbijaj do Wrocławia, nauczę Cię jak wzmocnić plecy, zamiast słuchać rad tych płaskich rehabilitantów, albo kolesi od odkwaszeń mózgu , jechana na gumie na początek. Koriolan niestety obejdzie się smakiem, wygnie nam drążek i po zawodach hahahha...
Następnie po ćwiczonkach prysznic, wbijamy się Maniek w dobre ciuchy, perfumki i lecimy na miasto.Zaczyn ...  wyświetl więcej

@Serpico: :))) .... przerabiałem ten blues nie raz, a wzmocnienie plecków i motywujący kumpel zawsze w cenie. Panienki mogę sobie odpuścić, mam już wystarczająco dużo siwych włosów na głowie.

@Serpico: hahaha - nasz damski bokserek oddali się na bezpieczną odległość ze swoim starym bezpiecznikiem i krzyknie "bochatersko" - ty "pierd.... szmato, nawet pies cie d...ć nie che". I ucieknie. I po ćwiczeniach. Przez przypadek zrobimy z niego maratończyka.

@pokrzywiony: odstawiłeś panienki, zastąpiłeś je motywującymi kumplami, którzy wzmacniają cip_plecki i od tego siwiejesz zamiast wreszcie zmądrzeć na starość.

  Henear,  13 dni temu

@seta1212: Dziękuję. Sam, Januszu rzadko piszesz wesołe utwory ;)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska