Ucieczkę ojca do Polski w 1944 roku pociągiem wiozącym Kościuszkowców na front pamiętam .Pracował wówczas pod przebranym nazwiskiem na stacyjce kolejowej w Warapojewie .. .W tym dniu z Adamowic niosłem mu jedzenie .Szedłem przez zagajniki ,by wścibscy sąsiedzi nie dowiedzieli się dokąd wędruję.Mimo ucieczki z rodzinnej wsi enkawudzisci śledzili nas i tropili ojca! .Kiedy podawałem mu koszek z jedzeniem pociąg zbliżał się , lokomotywa buchając parą , gwiżdżąc ,sapiąc ciągnęła olbrzymi sznur wagonów z żołnierzami , śpiewali polskie piosenki i machali do nas rogatywkami.. Pociąg gwałtownie zahamował aż iskry rozsypały się pod kołami. Zołnierzy wyskakiwali z wagonów i rozbiegli po krzakach Ale jeden z nich podszedł do ojca i zagadał: „Jerzy nie poznajesz mnie?”Wskakuj do wagonu jeśli nie chcesz zginąć w kazamatach. Był to znajomy gajowy z lasów bratanka Pilsudzkiego, wywieziony w 1939 roku na Sybir . Walczył pod Lenino ,a teraz jedzie na Berlin .
Ojciec przytulił mnie mocno do siebie i powoiedzial „bądź opiekunem rodziny” po czym z koszykiem wskoczył do wagonu razem z tym gajowym. Lokomotywa sapiąc powoli ruszyła, buchając kłębami pary i coraz szybciej mknęła ciągnąc sznur wagonów . Stałem bosy wpatrzony w ostatni wagon który tez zniknął zastawiając zwężające się na leśnym horyzoncie cieniutkie tory ,Lzy jak paciorki leciały z oczu , becząc pobiegłem do jego kolejowej kuźni Na palenisku żarzył jeszcze rozpalony ogień ,na kowadle leżała jego brudna koszula .Powiesiłem ją na szyję jak relikwię. Usiadłem na torach i gorzko płakałem, łzy paciorki spadały na brudną od sadzy koszulę Dopiero znajomy kolejarz nakłonił mnie do powrotu i radził by nikomu o ucieczce ojca.nie mówić.. Wracałem do domu ścieżką,ukrytą wśród zagajników .Smutek był przeogromny, łzy jeszcze większe .Wylane łzy w moim rodzie i łzy ludzi z tamtych stron to morze zabarwione krewią Ale wtedy tak nie myślałem.. Nie chciałem tylko roztawać się ze ścieżką wydeptaną bosymi nogami. Biegałem po niej samotnie tam i z powrotem wołając :tatusiu wróć!A koszula zroszona łzami ciągnęła mnie do kuźni Dopiero wybuchy za wzgórzem i gwiżdżące szrapnele ścinające wierzchołki drzew popędziły mnie do domu. To saperzy minami złomowali niemieckie czołgi ,armaty i rozbite samochody. Na polach niemieckiego sprzętu wojennego było mnóstwo..Granaty,amunicja,pociski,miny karabiny dla chłopców były zabawkami dzięki którym wielu z nich poleciało do nieba ,pozbyło się ręki,nogi i oka, Z zabawy granatem i zapalnikami mam pamiątkę na nodze i palcu do dzisiaj ,mogłem z powodzeniem wylecieć w niebo, tylko opóźniony zapłon spowodował,ze syczący granat odrzuciłem , Pokiereszowany odłamkami biegłem do domu wrzeszcząc wniebogłosy .Rany goiły się długo,nie przeszkadzało to jednak w gromadzeniu arsenału,wujkowi w Hrewlaniach podkradłem pistolet schowany w snopkach zboża, w dziupli znalazłem karabinek -z odciętą lufą! Był jeszcze karabin niemiecki bez kolby którym na cmentarzu uczyłem strzelać brata , cudem został żywy , strzał z bliskiej odległości padł samoczynnie opalając mu włosy,kula przeleciała tuz obok ucha .Bron gromadzilem z zamiarem walki z tymi co nas scigają i przesladują .A moze chcialem zorganizowac oddzial zbrojny.?Mialem mnistwo planow militarnych.
Zapłakany zbliżałem się do wioski,a miny nadal rozrywały czolgi niemieckie.Słonce zwisało nad lasem ,kiedy zobaczyla mnie mama. skulonego na ganku ..Zmęczonego położyła do łózka, przytulony do ojca koszuli usnąłem .We śnie był ojciec i sapiący pociąg .Wiele jeszcze deszczowych i mroźnych nocy przespałem wtulony w koszulę, a każda z nich była bajką z tysiąca i jednej nocy ,wędrowałem w nich tylko z ojcem. Prowadził za rękę jak kiedyś na brzeg rzeki łowić uklejki…Mijały tak dnie,tygodnie, miesiące, koszula zastępowała ojca .Dzięki jej przychodził w każdą noc. Szedłem z nim na spotkanie wschodu słońca nad Berezyną. Letnie barwy jej brzegów i ciche,miękkie mgły pochylone nad przezroczystą wodą witały spokojem i ciszą. Tylko wysoko przelatywały nad nami dzikie kaczki ,w sitowiu trzepotały gęsie..Ojciec wybierał miejsce na wędkowanie obok dzikich jabłonek. Wrzucałem do wody przynętę z chleba i kaszy. Spławiki z sosnowej kory, z włosia końskiego żyłka przymocowana do leszczynowej tyki i na końcu najważniejszy przyrząd haczyk wykonany z igły stanowiły całość wędki . Siedziałem obok ojca wpatrzony w spławik kołyszący się w zakolu rzeki obok małych kaczątek. Lepszego odpoczynku i dzisiaj nie znajdziesz!
'