Zakładam dziś białą sukienkę i czuję jak boli. Byliśmy dwoje a teraz drapię drzwi w oczekiwaniu na coś... Co nigdy nie nastąpi? Zostawiłeś mnie samą.
Choć wiesz przecież, że tego - nie robi się kotu... W Twoich zielonych oczach wciąż błyszczy kolor Twojego jasnego jak
słońce uśmiechu, a mnie dopada echo Twych słów. W potoku pocałunków i w rzece ust. Sierść na grzbiecie jeży mi się ze strachu przed jutrzejszym dniem. Znów, bowiem siedzę dziś sama - tak potwornie sama - owinięta w mrok nocy i czuję przenikający mnie, kusząco słodki zapach Twojej aksamitnej skóry. Zapach, który paraliżował me zmysły, doprowadzał do szybszego bicia serca i zwilgotnienia mych dłoni. W pamięci mam wciąż gorące noce i zimne pożegnania. Czaszkę rozsadza mi Twoje "kocham", które teraz gryzie boleśniej niż najbardziej rozwścieczony pies.
Dziś, w przededniu pogrzebu naszej purpurowej miłości nie wiem nic. Nie rozumiem nic. Wiem tylko, że wpadłam w pułapkę zastawioną przez samą siebie i niczym egzotyczny motyl, trzepocąc bez sensu skrzydłami trawię własne ja. Szarpię się na gwieździstej pajęczynie konwenansów i przyzwyczajeń utkanej z mdłych obietnic i złudzeń... Że będę umiała, potrafiła, trwała. Choć wiem przecież, że nie umiem, nie potrafię i nie wytrwam... Choć Ciebie już nie ma.
Na wargach czuję jeszcze wilgotny ślad Twoich delikatnych ust, a w uszach brzmi echo Twych truskawkowo-piołunowych słów rzeźbiących we mnie jak woda w lodzie poczucie grzechu na tafli mej kosmatej duszy - nigdy nie będziesz szczęśliwa. W pamięci jeszcze słyszę trwożne bicie serca... Które coraz wolniej i wolniej wybijało swój rytm. By wreszcie ostatni raz zagrać werblem requiem naszej miłości. Nie umiałam reanimować Twojego ja, które rozsypało się w popiół i diament. Popiołu ani diamentu nie widzę. Z naszej wielkiej miłości zostało nie wiem, co... A ja nie wiem, kim dzisiaj jestem.
Dziś jesteś lżejszy od fotografii, z której wycinam Cię żelaznymi łzami. W głowie niczym nieustępliwie złośliwy nowotwór, Twoje błyszczące ja, jak bańka mydła gryzie żółtymi kłami mnie w oczy. Bezkolorowe, bezkształtne i niejasne coś, któremu bezskutecznie próbuje znaleźć miejsce w haftowanej wisielcami białych róż prozie mego życia. Coś, najbliższe mi, coś, co w każdym z nas tkwi, coś, co odeszło - co waży mniej niż gram i coś, czego tak potwornie jest mi z każdym dniem coraz bardziej brak. Coś, co odchodząc zabrałeś mi, nie biorąc mnie ze sobą w rudy krajobraz Twego piekła.
A przecież wiesz, że tego - nie robi się kotu. Bo co ma począć teraz kot, kiedy został w pustym
mieszkaniu sam? I czeka na coś, co nigdy się nie wydarzy, na kogoś, kto nigdy nie zastuka w drzwi. I kot nie wie, że nie powinien mieć już nadziei. Już coś się tu nie zaczyna przecież jak zwykle i jak zwykle się coś tu nie kończy. Ktoś tutaj był i był, a teraz nagle zniknął i już go nie ma.
I co ma począć teraz kot? Dziś już nie ma nas. Dwa razy mi trudniej prosto stać. Bo zawsze trudniej na gruzach jest trwać. Po Twojej śmierci każdy mój dzień wrasta w noc. Teraz jestem sama, choć dalej jestem z kimś. Spaliłam Cię na stosie własnych marzeń i pragnień, a dziś głupio pragnę by było inaczej. Codziennie smarowałam Tobą chleb, teraz jestem bezustannie głodna. Głodna Twojej miłości. Próbuję wciąż uciec przez deszcz i mgłę czasu, lecz dopada mnie to, tak strasznie głupie zło. Wiem, że nikt z nas nie jest bez winy. Kiedy noc oplata nasze twarze bluszczem ociekającej czerwienią zdrady a ciało gnije jak własnej duszy wnętrze zdradzonej przed samą sobą... Już rozumiem... Umrzeć, tego nie robi się kotu!
Jakże mam, zatem widzieć nieskazitelną biel mojej sukienki, która w lustrze wciąż jest jeszcze czerwieńsza?
---
Aleksander Sowa
www.wydawca.net