Login lub e-mail Hasło   

Etykieta podróżowania

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.kilometr.republika.pl/
Aby dowiedzieć się JAK podróżować, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie PO CO podróżować. Lata jeżdżenia po świecie i setki poznanych podróżników nauczyły mnie, że jest tyle odpowiedzi, ilu jest podróżujących. Każdy z nas wyjeżdża w nieznane z innym nastawieniem.
Wyświetlenia: 1.944 Zamieszczono 08/05/2007

(Na obcej ziemi)Kiedy wejdziesz między wrony...

      Aby dowiedzieć się JAK podróżować, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie PO CO podróżować. Lata jeżdżenia po świecie i setki poznanych podróżników nauczyły mnie, że jest tyle odpowiedzi, ilu jest podróżujących. Każdy z nas wyjeżdża w nieznane z innym nastawieniem.
      Jeden chce dotrzeć jak najdalej, drugi chce sfotografować się na tle jakiegoś landmark'u, a inny zobaczyć egzotyczną przyrodę. Jeśli dowiemy się, po co gnamy na drugi koniec znanego nam świata, łatwiej będzie osiągnąć cel, łatwiej będzie nam się przygotować.
      Często pomijanym w ferworze przygotowań etapem jest planowanie trasy. Zwykle od lat wiemy, dokąd chcielibyśmy pojechać, ale już nie wiemy którędy. Świat jest podzielony granicami bardzo gęsto. Często są one nieprzejezdne z powodów politycznych. Jeśli planujemy dostać się do jakiegoś wymarzonego celu, czasami lepiej jest zaplanować dłuższy, ale bardziej bezpieczny, a tym samym mniej stresujący dojazd i powrót. Z doświadczenia wiem, że zobaczyć coś przy okazji, bo po drodze, to wcale nie jest taka prosta sprawa i zajmuje dużo więcej czasu niż byśmy się spodziewali. Ważne jest więc, aby ustalić pewne priorytety, żeby dowiedzieć się od siebie samego, czy cel jest najważniejszy, czy też może liczy się to, co po drodze, niezależnie od tego, jak daleko zdążymy zajechać. Nie warto robić wyprawy Kolumba, jeśli mamy ograniczone fundusze i przede wszystkim czas. Kiedy dowiemy się, co jest myślą przewodnią wyprawy, łatwiej będzie nam odpowiedzieć sobie na pytanie: JAK podróżować.
      Nie demonizowałbym roli sprzętu w podróżowaniu. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Zwykle z dala od domu nie brniemy w ciężki off-road, bo jesteśmy zdani tylko na siebie, dlatego samochód wyprawowy to nie to samo co przeprawowy. Ważniejszym elementem przygotowań jest nasze przygotowanie biwakowe do nocowania na dziko, mycia się w rzece, przygotowywania sobie posiłków przez kilka tygodni.
      Przed pierwszą wyprawą bezustannie szukałem informacji jak przygotować sprzęt, aby wytrzymał trudy dzikich dróg. Na szczęście nie miałem takich funduszy, aby wcielić w życie wszystkie pomysły naszych rodzimych teoretyków z list dyskusyjnych. Dopiero po powrocie zrozumiałem, że nawet największa wiedza nie zastąpi doświadczenia. Warto pytać tych, którzy gdzieś już byli, może nawet czółnem po Amazonce, ale wiedzą coś więcej niż można przeczytać z folderów reklamowych układanych przez ludzi od marketingu.
      Największym wyzwaniem dla podróżników są kontakty z tubylcami, zwłaszcza tymi trzymającymi lokalną władzę. Często w pogoni za straconym czasem zapominamy przestudiować podstawowe obyczaje, jakie panują na obcej dla nas ziemi. Żyjąc w Europie, jeżdżąc na wczasy do ośrodków wczasowych, nawet w egzotycznych krajach, często ulegamy iluzji, że wszyscy mają takie samo podejście do życia jak my w cywilizowanym świecie. A tymczasem poza Europą ludzie zwykle związani są z inną religią, mocniej niż u nas panującą nad codziennymi zwyczajami i kulturą osobistą. Wyrośli w innej obyczajowości, mieli inną historię, a często są zupełnie innej niż my rasy. Warto postawić się w roli autochtonów, którzy na widok kosmicznie wyglądającego pojazdu z Zachodu zachowują się czasami dość dziwnie. Dla nich jesteśmy TYLKO chwilą, w której zobaczą samochód przejeżdżający przez ich wioskę i AŻ kimś niezwykle wyjątkowym, bo z kraju dla nich niemalże bajkowego i cywilizacji, jaką widują czasami tylko w telewizorze u bogatego sąsiada. Jednakże my, podróżnicy, chcemy przywieźć z podróży jak najwięcej wrażeń, chcemy pochwalić się po powrocie, że nawiązaliśmy przyjazne kontakty z tubylcami, chcemy odpowiedzieć na pytania "jak tam jest?". Łatwiej będzie nam zrozumieć kulturę krain, przez które przejeżdżamy, jeśli poświęcimy nieco czasu na przygotowanie się w teorii przed wyjazdem. W Internecie można znaleźć wiele publikacji i książek opisujących warunki kulturalne, społeczne, obyczajowe czy polityczne w niemal każdym zakątku świata. Bo zawsze już ktoś przed nami był tam, gdzie my chcemy jechać. Przypominam sobie, jak szukaliśmy grobowców dawnych królów w Chakasji. Kiedy zajechaliśmy na miejsce, dogonili nas skośnoocy tubylcy. Byli tu pierwszy raz, okazało się, że musieliśmy ich trochę podszkolić z ich własnej historii. Czasami bywa i tak.
      Takim doskonałym przykładem, bo często odwiedzanym przez turystów z Europy, jest Maroko. Jeździ tam tak wiele podróżników, że społeczność wiejska zdążyła się już zorientować, jak można żyć z turystyki. Ale ciągle pojawiają się nowi w tej dziedzinie turyści z cywilizacji. Zasmarkanym, brudnym brzdącom rozdają cukierki i inne fajerwerki, bo żal im duszę ściska na widok biedy. Dzieciarnia się uczy i przy okazji następnego naiwnego głośniej krzyczy i manifestuje swoją obecność, bo ten z Zachodu na pewno coś da, a jak da mnie, to będę najważniejszym chłopcem w wiosce, chociaż przez jeden dzień. A jak nie da, to najwyżej kamieniem się go potraktuje, aby wiedział, że to on zawinił. W ten podręcznikowy sposób sami sobie wychowujemy ludzi, którzy nas potem witają w dzikim kraju. Następni przyjeżdżają i nie rozumieją, dlaczego ta dzieciarnia jest tak napastliwa, mówią "a bo to dzicy" albo "pewnie z głodu umierają i dlatego tak bardzo od nas czegoś chcą". Pierwszy raz zobaczyłem watahy zorganizowanych gangów dziecięcych na pustyni w Pakistanie, przy głównej drodze do Indii. Za nic nie mogłem zrozumieć, dlaczego chcą od nas dostać długopisy albo herbatę w torebkach.
      Innym paradoksem spotkań na linii podróżnik-autochton jest nasza wiara, że może oni wyglądają inaczej, ale przecież obyczaje społeczne muszą mieć takie same. Przyjeżdżamy i dziwimy się, dlaczego trudno znaleźć kobiety na ulicy i dlaczego kiedy idziemy w gościnę rozmawiają z nami tylko mężczyźni. Wystarczy poczytać nieco podstaw nowoczesnego islamu, aby wiedzieć, jaka jest rola kobiety w krajach muzułmańskich. To także ważne dla wyzwolonych turystek, które na upał reagują jeszcze większym negliżem. Taka lala pośród chłopów na wsi kraju muzułmańskiego, albo nawet każdego innego dzikszego niż Europa, to proszenie się o kłopoty. Gdyby do Polski przyjechał rybak z wybrzeża Zatoki Bengalskiej i chodził po ulicach tylko w przepasce biodrowej, jak ma to w zwyczaju na co dzień, też by wzbudzał odrazę. My właśnie często jesteśmy takimi ignorantami w gościnie w obcym kraju. Nie ułatwia to poznawania egzotycznej kultury, a na pewno powoduje wyniesienie z podróży wielu mylnych wniosków. Kiedy byłem pierwszy raz w Indiach, pojechałem do Ahmedabadu, miasta muzułmańskiego, i przechadzałem się po dzielnicy slumsów w krótkich spodenkach. Nie rozumiałem, dlaczego wszyscy mnie wytykają palcami, a chłopaki w moim wieku się ze mnie śmieją. Dopiero później dowiedziałem się, że tak noszenie krótkich gaci przez mężczyznę to mniej więcej tak, jakbym u nas nosił spódniczkę.

  Jest wiele różnic, jakie dzielą nasz świat od tego spoza Europy. Do najbardziej widocznych należy inne tempo życia. Nasz konsumpcjonizm powoduje, że aby mieć dużo, trzeba szybko pracować. U nich ta reguła jeszcze się nie zadomowiła. Dzięki temu tam odpoczywamy od natłoku codziennych obowiązków, jakie mamy w Polsce, ale także trudno nam zrozumieć kompletny brak organizacji pracy urzędników w dzikich krajach i strasznie długie opóźnienia w działaniu wszelkiego rodzaju instytucji. Po prostu tam nikt się nigdzie nie spieszy, chyba że z wyciągnięciem ręki po bakszysz. Najlepszym sposobem na radzenie sobie z tą obcą dla nas flegmą jest zwolnienie tempa podróżowania, zmniejszenie sobie listy najważniejszych rzeczy do zobaczenia i ilości kilometrów do przejechania. Tam z urzędnikiem, milicjantem czy celnikiem wygra tylko ten, kto ma dużo czasu.Często przenosimy pośpiech codziennego życia na podróż; chcemy zobaczyć jak najwięcej, bo nie wiadomo czy i kiedy pojedziemy drugi raz. Tu też obowiązuje zasada "mniej znaczy więcej". Można się rozsmakować w jednym gatunku wina, w jednym regionie obcego kraju, a inne zostawić sobie na kolejne wieczory, kolejne podróże. Na pewno w ten sposób damy sobie szansę, aby w naszych wspomnieniach pozostało coś więcej niźli tylko kolejne, podobne do siebie, napchane godzinami jazdy dni. Kiedy przejeżdżałem granicę turecko-irańską, założyłem, że jeszcze tego samego dnia dotrzemy kilkaset kilometrów dalej do Teheranu, ale na granicy panowała biurokracja godna Kafki i marazm znany tylko muchom topionym w smole. Trwało to kilka godzin. W podróży należy pamiętać, że jesteśmy takimi ambasadorami Polski czy Europy. To, jak się zachowamy, zostanie na pewno zapamiętane i ocenione, bo my jesteśmy jednymi z niewielu jeżdżących tak daleko, a ich jest bardzo dużo po drodze. Może nawet powstaną lokalne legendy o dziwacznych przyjezdnych. W podróży częściej niż w domu trzeba więc zwracać uwagę na to, jak nas widzą. Warto tłumaczyć tubylcom nawet tak podstawowe kwestie jak turystyka czy związki damsko-męskie - tam często to widzą zupełnie inaczej. Dlatego często nie rozumieją, po co my tu przyjechaliśmy, skoro nie do pracy - tam nikt nie wozi tyłka dla przyjemności. Albo widzą kobietę nam towarzyszącą jako damę lekkich obyczajów, bo u nich żony zupełnie inaczej się zachowują i inną mają pozycję. Jesteśmy takimi pielgrzymami, czy tego chcemy czy nie. My przywozimy do Polski wiedzę, jak wygląda świat daleki, a im zostawiamy wiedzę, jak wygląda nasza cywilizacja, często pokazywana w złych barwach w ich mediach.
      Wreszcie jakże często spotyka nas nieograniczona wręcz gościnność i przyjazność zwykłych ludzi na, zdawałoby się, kompletnym pustkowiu. To prawda, że jesteśmy dla nich kimś wyjątkowym i w sposób wyjątkowy nas traktują. Dla nich to sposobność do rozmowy z nami; to także ten jeden, najważniejszy dzień w życiu. Ale skoro zobaczyliśmy już, że można być życzliwym dla kogoś w podróży, to spłacajmy ten nasz dług, jaki zaciągnęliśmy u jakiegoś Wańki z kołchozu, który nam wahacz pospawał w godzinie naszej słabości. Pamiętam, jak gdzieś nad północnym Bajkałem ciągnęliśmy przez ponad 60 km zepsute Mitsubishi L300 jakiegoś Buriata. Strasznie to było męczące na tych kocich łbach, ale pamiętam też, jak się cieszyłem, kiedy inny Uzbek pomógł mi wymienić w mojej Toyocie łożysko zaprasowane na półosi. Trzeba sobie bezwzględnie pomagać - to sprawia dużą przyjemność. I trzeba bezwzględnie podróżować, bo podróże kształcą - każdy to wie, ale dopiero ten, kto podróżuje, naprawdę to rozumie. 

Podobne artykuły


11
komentarze: 32 | wyświetlenia: 629
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 652
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 731
10
komentarze: 5 | wyświetlenia: 616
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 643
10
komentarze: 8 | wyświetlenia: 870
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 418
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 409
9
komentarze: 7 | wyświetlenia: 682
9
komentarze: 20 | wyświetlenia: 571
9
komentarze: 4 | wyświetlenia: 664
9
komentarze: 12 | wyświetlenia: 586
9
komentarze: 34 | wyświetlenia: 457
9
komentarze: 18 | wyświetlenia: 496
9
komentarze: 1 | wyświetlenia: 435
 
Autor
Artykuł
Dodatkowe informacje
Grupy




Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska