Login lub e-mail Hasło   

Grossglockner 2007 - relacja z wyprawy

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.silamarzen.pl/index.php?optio(...)emid=52
Wyprawa zrealizowana w kwietniu 2007, 24 metry przed szczytem musiała zawrócić ze względów bezpieczeństwa, zakończona szcześliwym powrotem do kraju. Grossglockner...
Wyświetlenia: 12.511 Zamieszczono 25/05/2007
Wyprawa zrealizowana w kwietniu 2007, 24 metry przed szczytem musiała zawrócić ze względów bezpieczeństwa, zakończona szcześliwym powrotem do kraju.

Grossglockner (niem.Großglockner) - najwyższy szczyt Austrii, w Wysokich Taurach (Alpy), w grupie górskiej Glockner, o wysokości 3797 m n.p.m. Drugi co do wybitności szczyt Alp (MDW: 2423 metry). Wznosi się ponad lodowcem Pasterze, do którego prowadzi droga samochodowa (w zimie zamknięta) - odgałęzienie przebiegającej obok drogi glocknerskiej (niem. Bruck Heiligenblut). Stopień trudności najłatwiejszej drogi na szczyt określany jest na PD (PD = fr. peu difficile - średnio trudna).

Pierwsze polskie wejście na szczyt: Ludwik Chałubiński z przewodnikami w 1884 lub 1885 roku.

Relacja

7 kwiecień 2007, Sobota

Po noclegu i śniadaniu w gościnnych progach Przemka Majora nadszedł czas ruszyć.
Kilkanaście minut kombinacji i auto Adama pochłania nasze ciężkie plecaki, sprzęt i nasza piątkę mieszaną – jesteśmy gotowi. W drogę.
Granicę Polski przekraczamy w okolicach Cieszyna, później kierujemy się na Brno, w stronę granicy austriackiej. Po drodze zatrzymujemy się w maleńkiej wiosce na obiad – przysmak kuchni czeskiej- „smażeny syr z hranolkamy a tatarkou” wprawia wszystkich w błogi nastrój. 
Mijamy granicę i wjeżdżamy w bajkową krainę, droga wiodąca nad Dunajem co rusz odsłania zachwycające widoki – naskalne winnice, urokliwe miasteczka, meandrującą rzekę..
Nic dziwnego, że Austriacy nazwali ją Romantische Strasse.
Wreszcie po wielogodzinnej podróży docieramy do celu – Kals am Grossglockner, naszej bramy do gór.
Pierwsze kroki kierujemy do prywatnego schroniska Lucknerhaus, które stoi u wylotu doliny prowadzącej do Grossglocknera – i tu małe rozczarowanie – brak miejsc.
Schronisko pełnie jest turystów, którzy właśnie tu postanowili spędzić Święta Wielkiej Nocy.
Na szczęście nie jest to jakiś wielki problem, miła dziewczyna z obsługi kieruje nas do pensjonatu położonego niżej, prowadzonego przez jej rodziców – przeurocze starsze małżeństwo, które po kilkunastu minutach wita nas zwyczajowym tu „Gruss Gott”.
Mimo zmęczenia siedzimy jeszcze długo razem snując plany na dni następne.
  
8 kwiecień 2007, Niedziela
 
Dzień wita nas piękną pogodą i panoramą Alp, tryskamy energią, wszystkie twarze roześmiane, do pysznego śniadania dostajemy pisanki, umieją Austriacy zadbać o turystę..
Ponownie docieramy do Lucknerhaus, zostawiamy samochód na parkingu i  już objuczeni sprzętem ruszamy ku górze.
Początkowo szlak pnie się łagodnie, później coraz bardziej nastromionym podejściem docieramy do pierwszego schroniska Lucknerhutte na wys. 2241 m npm. Gdzie spotyka nas miła niespodzianka – kolejką towarową jadącą do schroniska Studlhutte (naszego dzisiejszego celu) można wysłać bagaże. Przemek, Tomek i ja decydujemy się bez wahania – dziś pierwszy dzień, można się pooszczędzać, Magda i Adam postanawiają walczyć J
            Im wyżej tym stromiej i śnieżniej, widoki zapierają dech w piersi, jest zima w pełni swej krasy i pełni swej trudności, roznosi mnie radość obcowania z górami.
Po 4-godzinnym marszu docieramy do Studlhutte, nowoczesnego schroniska o futurystycznej architekturze, rozpakowujemy bagaże i zabieramy się do późnego obiadu i jakże smacznego piwa J
Patrzę przez okno na górskie łańcuchy w zachodzącym Słońcu, tuż za oknem stoi maszt na którym powiewają nepalskie chorągiewki modlitewne, ożywają wspomnienia sprzed dwóch lat..
Idziemy szybciej spać, jutro czeka nas ciężka próba, wielokilometrowy lodowiec, 1000 m przewyższenia, no i idziemy „na bucie”, w przeciwieństwie do licznych tu ski-turowców.

 
9 kwiecień 2007, Poniedziałek
3.30 to nie jest fajna godzina do wstawania.
Zbieramy się lekko ospale, gotowanie wody na zapas, na śniadanie, coś tam zjadamy, pakowanie, szpejenie, wychodzimy w noc.
Niebo lekko szarzeje, daleka zapowiedź jutrzenki, włączam czołówkę, lekki mróz i wiatr dobudzają ekipę ostatecznie i nieodwołalnie.
Idzie się dobrze, zmrożony śnieg trzyma jak złoto, oddech równy, naprzód, góra czeka, jak ja lubię ten stan..
Podejście do Erzherzog Johann Hutte daje w zadek, rąbanie skorupami kilku setek metrów stopni to harówa po której leje się ze mnie ciurkiem, ale prę, chcę odsapnąć na Adlersruhe, przystawanie na stromiźnie i tak meczy.
Kiedy wreszcie docieram i rozsiadam się na ławie przed schroniskiem z wrażenia zmęczenie pryska. Widok jest taki, ze brak słów na oddanie jego piękna, góry onieśmielają swoim majestatem, a ja mam świadomość, że nie wypowiem ani słowa, by nie być banalnym.
Siedzę i chłonę.
Jesteśmy na wys. 3454 m npm. i niestety lekkie objawy choroby wysokościowej dotykają Przemka, postanawia odpocząć i czekać na nas przy schronisku, rezygnuje z dalszego zdobywania góry. Zgadzamy się, jest tu bezpieczny, ma ciepłą odzież, jedzenie, herbatę, telefon, co rusz ktoś się tu pojawia.
Ruszamy dalej.
Po ok. półgodzinnym podejściu, na ostatnim łagodniejszym stoku przed granią główną, słyszę histeryczny krzyk, zadzieram głowę do góry i widzę spadającego z grani człowieka, spada, uderza w skalną półkę, leci, uderza znów, wpada w żleb, bezlitośnie tarmoszony przez grawitację zsuwa się coraz szybciej w dół..
Zamieram.
W jednej chwili wspaniały dzień staje się dniem tragedii.
Adam dzwoni do stacji ratownictwa, ruszamy w górę, wierząc, ze można przeżyć taki upadek..
Na stoku grupa austriackich wspinaczy owija NRC-tami nieszczęśnika, wkrótce dociera helikopter, z którego desantują się ratownicy. Po chwili zwożą rannego na morenę obok Erzherzog Johann Hutte by tam udzielać mu pomocy, przydaje się nasz Przemek, który pomaga im w akcji.
Szlak jest zablokowany, helikopter wraca nad grań po żonę i córkę mężczyzny, który uległ ciężkiemu wypadkowi, jesteśmy lekko rozbici, przeżyje? iść dalej?- pewnie każdego z nas nurtują te pytania.
Idziemy.
Wiążemy się liną, jest jakoś jakby trudniej, jakby ciężej, przed oczami mam ten wypadek, nie pomaga to we wspinaczce.
Mobilizuję się, odpycham obrazy by skupić się na pokonywaniu eksponowanej grani, a na niej dzieją się rzeczy przedziwne – zespoły wycofujące się i prące na szczyt w totalnym chaosie przeplatają się linami, depczą sobie rakami po nich, widzę przewodnika trzymającego na krótkiej lince 2ch klientów, klasyczna „lotna trójka samobójka”, dookoła niefrasobliwość, brak szacunku i wręcz chamstwo.
Jakoś docieramy do Kleinglocknera i tam utykamy na dobre, czas nas goni, tymczasem z góry schodzą ludzie, musimy ich przepuścić, nie będziemy uczestniczyć w tym cyrku, bezpieczeństwo ponad wszystko.
Nieco to frustrujące, szczyt w zasięgu ręki, sił nie brakuje nikomu, a schodzący marudzą, czas ucieka..
Pytam każdego co robimy, Adam i Magda się wahają, Tomek uważa, że lepiej zejść, czekają na moje zdanie.
Trzeba wiedzieć kiedy zawrócić – myslę.
To właśnie teraz.
Uśmiechamy się do siebie i rozpoczynamy zejście.
Nie mam poczucia klęski, nie czuję smaku porażki, wiem, ze to dobra decyzja.
Docieramy po godz. do Przemka, który relacjonuje nam przebieg akcji ratunkowej widziany jego oczami, jesteśmy dumni, że pomagał, że mimo dolegliwości zgłosił się do pomocy.
Później zejście, meczące długie godziny w rozmiękczonym Słońcem śniegu, zapadamy się co rusz, klniemy pod nosem, noc nas goni.
Do schroniska docieramy po 13 godzinach akcji w górach, jestem piekielnie zmęczony, marzę o posiłku, piwie i śnie..
Po krótkim odpoczynku spotykamy się przy stole, przy herbacie mówimy o emocjach, dzielimy się przeżyciami z dnia.
Mam szczęście, trafiłem na dobrych ludzi w zespole.
Dziękuję Wam.

 
10 kwiecień 2007, Wtorek.

Czas zejścia.
Każdy żegna się z górami na swój sposób.
Później już tylko melancholia powrotu, kilometry dróg, paszportów prezentacja..

 
11 kwiecień 2007, Środa rano.

Dzwonię do domu.
Tata – jak poszło?
Ja – zawróciłem 24 m od szczytu.
Tata – zawrócić trzeba umieć.
    
Konrad.       
 

Garść wiadomości praktycznych

-         nocleg w Lucknerhaus – 35 euro
-         nocleg ze śniadaniem w pensjonacie w Kals – 24 euro
-         nocleg w Studlhutte – 18 euro, zniżka Alpenverain - 50%
          warunki: czysto, ciepło, nie ma potrzeby zabierać swojego śpiwora, woda bieżąca -zimna
-         transport plecaka kolejką w jedną stronę – 4 euro w Studlhutte:
-         piwo – 3,80 euro
-         duży talerz zupy – 4-6 euro
-         litr wrzątku – 1,8 euro
w Erzherzog Johann Hutte :
-  o tej porze roku (kwiecień) tylko schron zimowy, nieogrzewany, niezbyt czysto, takze dzięki naszym Rodakom, sądząc po reklamówkach jednego ze znanych  sklepów turystyczno-górskich, konieczny ciepły spiwór
 
CZŁONKOWIE WYPRAWY
od lewej Tomek, Adam, Przemek, Magda, Konrad
 

Przemysław Major, rocznik '77, pracownik Starostwa Powiatowego w Bieruniu, radny, Bieruń
Konrad Sawastian, rocznik '73, leśnik, Szczecinek - kierownik techniczny wyprawy
Adam Więch, rocznik '75, przedsiębiorca, Warszawa
 
Kompani wyprawy:
Magda Kogut, rocznik '79, informatyk, Kraków
Tomasz Solecki, rocznik 79', pracownik Urzędu Miejskiego w Bieruniu, triathlonista, Bieruń

Podobne artykuły


26
komentarze: 10 | wyświetlenia: 11579
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 649
7
komentarze: 2 | wyświetlenia: 5538
27
komentarze: 38 | wyświetlenia: 155573
55
komentarze: 98 | wyświetlenia: 129444
16
komentarze: 3 | wyświetlenia: 54777
6
komentarze: 1 | wyświetlenia: 3245
6
komentarze: 4 | wyświetlenia: 12192
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 15135
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 638
32
komentarze: 12 | wyświetlenia: 34945
10
komentarze: 5 | wyświetlenia: 35711
27
komentarze: 8 | wyświetlenia: 13073
 
Autor
Artykuł
Dodatkowe informacje
Grupy




Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska