Login lub e-mail Hasło   

Statki kosmiczne i ślady ich lądowań

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.sm.fki.pl/SMN.php?nr=ufo_z_plejad_8
W kręgach ufologicznych już od dawna wiadomo, że statki kosmiczne istot pozaziemskich od czasu do czasu lądują na ziemi i pozostawiają po sobie różne ślady.
Wyświetlenia: 19.243 Zamieszczono 29/12/2007

AUTOR - GUIDO MOOSBRUGGER 

1. Statki kosmiczne i ślady ich lądowań
 
W kręgach urologicznych już od dawna wiadomo, że statki kosmiczne istot pozaziemskich od czasu do czasu lądują na ziemi i pozostawiają po sobie różne ślady. Mogą to być odciśnięte w gruncie ślady podpór, wypalona roślinność, połamane gałęzie, promieniowane etc.
 
Ślady takie stanowią doskonały dowód istnienia istot pozaziemskich, ponieważ można je badać metodami fizyczno-chemicznymi, czyli w sposób akceptowany przez świat nauki. Niekiedy przy ich pomocy udaje się nawet przekonać sceptyków, że takie odwiedziny są możliwe.
 
Pozaziemscy przyjaciele Billy'ego zadeklarowali chęć dostarczenia mu tego rodzaju dowodów. Właściwie rzecz biorąc Plejadanie nie mają zwyczaju lądowania bezpośrednio na ziemi, nawet wtedy gdy załoga statku chce z niego wysiąść. Zwykle po przyziemieniu unosi się on cały czas tuż nad ziemią. Właśnie dlatego Erranie nie pozostawiają po sobie jakichkolwiek śladów.
 
Wiele śladów ich lądowań, które mogliśmy oglądać na Wyżynie Szwajcarskiej w pobliżu Zurychu, powstało właśnie jako efekt ich świadomego działania, którego celem było dostarczenie nam owych dowodów.
 
Wygląd oraz struktura śladów lądowania zależą zasadniczo od systemu napędowego danego statku kosmicznego. Ślady w pobliżu Zurychu były dwojakiego rodzaju, które dla ich łatwiejszego rozróżniania nazwać będę w dalszej części śladami lądowania pierwszego i drugiego rodzaju.
 
1.1.  Ślady lądowania pierwszego rodzaju
 
(zdjęcia od 33 do 38)
 
Ślad lądowania pierwszego rodzaju pochodzi ze statku Menary, Jest to kolista powierzchnia o średnicy około 3,5 metra. (Menara jest ciemnoskórą kobietą z gwiazdozbioru Lutni należącą do jednej z najbardziej zaprzyjaźnionych z Plejadanami ras, która w latach 1975-1986 przebywała na Ziemi często zastępując Semjase i Quetzala).
 
Latem 1976 roku na łące w pobliżu Hinwil (Ambitzgi) mieliśmy przyjemność podziwiania dwóch śladów tego typu — jeden z nich pochodził ze statku Menary, drugi ze statku jej przyjaciółki Rali. Takie same ślady pokazał nam Billy 2 października 1976 roku przed drewnianą szopą w Blitterswil (w pobliżu Oberi Ebni, Juckern) po kontakcie, który przeprowadził tego dnia późnym popołudniem. Chociaż były one jeszcze bardzo świeże, nie stwierdziliśmy wewnątrz nich żadnych oznak wypalenia trawy. Towarzyszący nam z licznikiem Geigera fizyk nie stwierdził również występowania wewnątrz oraz wokół nich jakiegokolwiek promieniowania. Nazajutrz w ich obrębie pojawiła się kolejna osobliwość, która polegała na tym, że cała ich powierzchnia roiła się od mrówek, których nie było poza nimi. Coś w tych śladach musiało je przywabić.
 
Tego samego rodzaju ślady zaobserwowano na parkingu przed domem Billy'ego w Hinterschmidrüti. Było to 23 listopada 1977 roku oraz 21 lutego 1978 roku. O tej porze roku ziemię pokrywała warstwa lodu grubości 10-12 centymetrów. Gorący strumień gazu wydobywający się ze statku Menary stopił ją na wylot na całej powierzchni śladu. Co ciekawe, ślad z 23 listopada 1977 roku powstał podczas krótkiej wizyty Menary trwającej zaledwie 10 minut, która miała miejsce w chwili, gdy żona Billy'ego, Kalliope, poszła zaprowadzić jedno z dzieci do pobliskiej szkoły. Oczywiście ktoś mógłby zarzucić, że Billy zdążył w tym czasie mimo braku jednej ręki przetopić tę warstwę lodu na tej powierzchni. Jeśli ktoś sądzi, że to możliwe, niech sam spróbuje to zrobić z takim samym skutkiem.
 
1.2.  Ślady lądowania drugiego rodzaju
 
(zdjęcia od 39 do 46)
 
W różnych miejscach na łąkach w okolicy Hinwil (Betzholz, Baretswil, Wetzikon, Adelsriet, Ettenhausen), jak również Hinterschmidrüti można było zaobserwować ślady lądowania drugiego rodzaju pozostawione przez siedmiometrowy statek Plejadan pilotowany przez Semjase, Quetzala i Menarę.
 
Tak oryginalne ślady powstają podczas lądowania statku Plejadan, który osiada na 3 podporach z talerzowatymi łapami wysuwanych z dolnej części powłoki. Podpory są tak rozmieszczone, że tworzą trójkąt równoboczny, zaś ich łapy mają kształt kół o średnicy około 2 metrów. Ich ogromne ślady w kształcie kolistych zawirowań przygiętej do ziemi wysokiej trawy wywołują szczególne wrażenie (w przypadku statku kosmicznego Semjase średnica śladów wynosiła prawie 2 metry, zaś Quetzala -1,80 metra).
 
Zwykle trawa zgnieciona przez silny wiatr po pewnym czasie podnosi się i rośnie dalej, jak gdyby nigdy nic. Jedynie złamane łodygi przebarwiają się i usychają. W przypadku tych śladów zaskakujące jest to, że pod wpływem ucisku wywartego przez spoczywający na ziemi statek trawa nie zostaje zgnieciona ani uszkodzona mechanicznie, a mimo to nie podnosi się już i dalej rośnie horyzontalnie nie zmieniając przy tym koloru.
 
Według naszych obserwacji przyciśnięta do ziemi podporami trawa leży ułożona poziomo całymi tygodniami, o ile oczywiście łąka nie zostanie w międzyczasie skoszona. Po tego rodzaju lądowaniu w rejonie Hinterschmid-rüti musiał minąć kwartał, zanim nowo wyrosła trawa pokryła przygniecioną.
 
Duże wrażenie wywarły na mnie podwójne ślady lądowania drugiego rodzaju pozostawione w czerwcu 1976 roku na małej polanie porośniętej wysoką trawą przez statki Semjase i Quetzała. W środku każdego z obu obszarów zajmowanych przez potrójny zestaw kolistych śladów znajdowało się wydeptane miejsce, od którego prowadziła wąska ścieżka skręcająca na południowy skraj polany. Według Billy'ego w tamtych miejscach wysiedli ze swoich statków jego pozaziemscy przyjaciele. Dokładne pomiary odcisków stóp Quetzala i siostry Semjase, Pleji, wykazały, że ich stopy miały długość odpowiednio 30 i 26 centymetrów. Jak nam powiedział Billy, Pieją chciała wówczas koniecznie przejechać się jego motorowerem. Wysłuchawszy jego wskazówek wsiadła nań i odbyła krótką przejażdżkę, która sprawiła jej dużą przyjemność.
 
Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o pewnym śladzie położonym na skraju lasu w odległości około 100 metrów poniżej siedziby Centrum w Hinterschmidruti, który zaobserwowaliśmy 15 czerwca 1980 roku. Nigdy przedtem takiego nie widzieliśmy. Wyglądał, jakby przez tamto miejsce przeszła trąba powietrzna. Billy wyjaśnił nam, że został on zrobiony przez statek Semjase, który lądował tam podczas silnej burzy. Z uwagi na pogarszające się warunki atmosferyczne statek został otoczony energetycznym ekranem ochronnym. Dzięki niemu Semjase osiągnęła za jednym zamachem 3 cele: po pierwsze, żadna z postronnych osób nie zauważyła lądującego pojazdu; po drugie, ekran chronił statek niczym parasol przed padającym deszczem i, po trzecie, załoga statku czuła się wewnątrz niego jak w klatce Faradaya, to znaczy całkowicie bezpiecznie mimo szalejącej wokół burzy.
 
Szkic Hansa Schutzbacha przedstawiający rozmieszczenie śladów pozostawionych w czerwcu 1976 roku przez statki Semjase i Ouetzala.
 
Semjase zaprezentowała wówczas ponadto Billy'emu pewną niezwykłą sztuczkę. Półżartem zapytała go, czy nie chciałby wyjść ze statku. Nieco zdziwiony odrzekł jej, że właściwie nie bardzo mu się uśmiecha chodzenie po mokrej trawie, a poza tym nie jest do tego odpowiednio ubrany (miał na sobie domowe ubranie i sandały). Stało się tak dlatego, że na pokład statku został zabrany ze swojego gabinetu przy pomocy teletransmitera. Semjase odparła na to: „To żaden problem, przyjacielu, jedną chwilę". I wtedy ku jego ogromnemu zaskoczeniu w ciągu kilku sekund zamieniła pełną wody glebę w zupełnie suchą, która wyglądała po tym zabiegu, jakby przez dłuższy czas wystawiona była na działanie promieni słonecznych. Następnie powiedziała mu, aby przespacerował się po niej i sam przekonał się o tej nagłej zmianie. Kiedy stanął na trawie, powiedział zdziwiony:
 
-  Och, jak fantastycznie, wszystko jest zupełnie suche.
 
Pragnę ponadto dodać, że wszystkie wymienione ślady lądowań widziało wielu świadków i że część z nich została nawet sfotografowana, również przeze mnie.
 
Wyjaśniona została również zagadka rosnącej poziomo trawy w miejscu lądowań. Okazało się, że jest to efekt działania napędu antygrawitacyjnego używanego podczas operacji przeprowadzanych w pobliżu powierzchni planet, w który wyposażone są statki Plejadan.
 
1.3. Relacja ze zdarzenia w dniu 15 czerwca 1980 roku
 
(zdjęcia od 44 do 46 — relacja Herberta Runkeld) W nocy z soboty na niedzielę 15 czerwca 1980 roku siedziałem razem z Billym (Eduardem Meierem) w kuchni i pijąc kawę rozmawiałem z nim na różne tematy. Tuż przed północą Billy przerwał naszą rozmowę i na jego twarzy ujrzałem znany mi już uśmiech.
 
—  Stało się coś? — spytałem.
 
-  Nie, nic takiego - odrzekł. - Dzisiaj w nocy będę miał jeszcze gości.
 
- W taką psią pogodę — odparłem. — To może być nawet zabawne. Biłly wzruszył ramionami i wróciliśmy do przerwanej rozmowy, jak gdyby nic się nie stało. Następnie zaparzył świeżą kawę i spojrzał na zegarek, jakby się gdzieś wybierał.
 
—  Włóż coś odpowiedniego, bo zmokniesz — powiedziałem.
 
— Tak też będzie dobrze — odrzekł, po czym pożegnał się ze mną i wyszedł z kuchni.
 
Po paru minutach wyszedłem na podwórze. Na niebie rozgrywał się niezwykły spektakl - błyskawice jedna po drugiej rozjaśniały nisko zwisające, ciężkie chmury, z których padał tak ulewny deszcz, jakby nastąpiło ich oberwanie. Zapaliłem papierosa i obserwowałem z zaciekawieniem ten rzadki spektakl przyrody. Po niejakim czasie wróciłem do kuchni i z napięciem czekałem na powrót Billy'ego.
 
Po ponad godzinie otworzyły się drzwi do kuchni i Billy wszedł do środka. Był ubrany tak samo, jak w chwili gdy z niej wyszedł — miał na sobie jasne letnie spodnie, koszulę i sandały. „To niemożliwe"
 
- pomyślałem — „jak mógł pójść na miejsce spotkania nie moknąc ani trochę po drodze". Pozdrowił mnie i poprosił o filiżankę kawy.
 
—  Przekazuję ci serdeczne pozdrowienia — powiedział siadając przy stole. — Jutro musimy coś sfotografować.
 
-  Co mamy sfotografować? — spytałem zaintrygowany.
 
-  Semjase wylądowała swoim statkiem na ziemi i myślę, że będzie tam kilka dobrych śladów.
 
-  W taki deszcz, to niemożliwe - odrzekłem. - Na wszelki wypadek jednak pójdę tam zaraz po wschodzie słońca.
 
-  Możemy to zrobić razem — powiedział Billy i wypił kawę. Potem opowiedział mi jeszcze o kilku sprawach, które omawiał podczas kontaktu z Semjase.
 
Nawet przez chwilę nie myślałem o spaniu, w związku z czym rozmawialiśmy aż do świtu. Burza wkrótce oddaliła się i nad horyzontem zaświeciło słońce. Ubrani w gumowce udaliśmy się na miejsce, gdzie miały się znajdować ślady lądowania. Ziemia wkoło była mokra i śliska, zaś trawa przygnieciona do ziemi. Nagle z przodu ujrzeliśmy 3 koła o średnicy około 2 metrów. Trawa w ich obrębie była przygnieciona do ziemi spiralnie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara od wewnątrz na zewnątrz.
 
Z miejsca zacząłem fotografować, mimo iż światło było jeszcze słabe.
 
— Jak długo stał tutaj ten statek? — spytałem Billy'ego, który był również zajęty robieniem zdjęć.
 
— Jakieś pół godziny, jak sądzę.
 
- Nieźle to wygląda — dodałem.
 
Słońce powoli wznosiło się na horyzoncie i warunki fotografowania poprawiły się. Pierwsza klisza została już wypstrykana i włożyłem do aparatu następną. To było niesamowite, mimo iż już nieraz byłem świadkiem tego rodzaju zdarzenia.
 
Zrobione wówczas zdjęcia istnieją do dzisiaj i każdy, kto chce, może je obejrzeć.
 
Opisane tutaj ślady nie mają nic wspólnego z tak zwanymi kręgami zbożowymi licznie występującymi w ostatnim okresie na polach uprawnych Wielkiej Brytanii.
 
2. Teletransmisje Billy'ego
 
Jak już wspomniałem w rozdziale IV, istoty pozaziemskie bardzo często wykorzystują do transportu teletransmisję kontrolowaną, za pomocą której błyskawicznie przenoszą siebie lub Billy'ego z jednego miejsca na drugie. Plejadanie kilkakrotnie zademonstrowali nam działanie swoich teletrans-miterów. Poniżej przytaczam kilka przykładów.
 
2.1. Zaginiony bez śladu
 
(relacja Engelberta Wachtera — skrót)
 
Zdarzenie to miało miejsce w początkowym okresie istnienia Centrum w Hinterschmidrüti.
 
Rok 1978, podobnie jak poprzedni, w którym przenieśliśmy się do Hinterschmidrüti, był dla nas okresem wytężonej i ciężkiej pracy. Otoczenie i zabudowania były jeszcze stosunkowo zaniedbane, wszystko wymagało usprawnień i napraw, także wozownia. Najpierw wzięliśmy się za naprawę dachu, ponieważ cały był dziurawy. Niektóre belki musieliśmy w ogóle wyrzucić. Billy zebrał grupę pracowników, do której również i ja należałem. Pewnego dnia pracowałem na dachu przy wymianie belek. Praca postępowała bardzo sprawnie i właśnie zacząłem spasowywać je ze sobą. Stałem wysoko na kalenicy i miałem zamiar dokonać jeszcze kilku ostatnich korekt, kiedy nagle usłyszałem głos Billy'ego: „Hej, cieślo, stań na zewnątrz dachu, abyś mógł lepiej wbijać gwoździe". Nie posłuchałem tej rady i nadal pracowałem po swojemu. Kilka minut później doszło do tego całkowicie nieoczekiwanego zdarzenia.
 
Właśnie stałem na wąskiej desce, gdy Billy zwinnie niczym kot przesunął się za moimi plecami. Gdy się odwróciłem, już go nie było. Odruchowo pomyślałem, że spadł z dachu, lecz nie słyszałem żadnego odgłosu, który by na to wskazywał. Wyglądało, jak gdyby rozpłynął się w powietrzu. Zaczęliśmy z miejsca szukać go w wozowni i poza nią, ale bez rezultatu.
 
Po jakiejś pół godzinie wróciliśmy do pracy i mniej więcej w tym samym czasie zobaczyliśmy go, jak nadchodzi od strony parkingu. W chwilę potem zajął się swoją pracą, jak gdyby nic się nie stało. Nasze pytanie o to, gdzie był, skwitował zagadkowym uśmiechem, dorzucając zdawkowo, że Ptaah przetransportował go na swój statek za pomocą teletransmitera.
 
W tym miejscu chciałbym przedstawić jeszcze inne zdarzenie, które miało miejsce mniej więcej w tym samym okresie. Zaczęło się od tego, że Billy chciał mi pokazać i powiedzieć coś ważnego. W tym celu zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Otworzył drzwi i wszedł do środka, ja zaś tuż za nim. Gdy był już tuż przy biurku, nagle zniknął. Przeszukałem cały pokój, każdy jego zakamarek, ale nigdzie tam go nie znalazłem. Z mieszanymi uczuciami opuściłem biuro. Po chwili jednak przypomniałem sobie zdarzenie na dachu wozowni i ze spokojem wróciłem do pracy.
 
Jak się później okazało, tym razem Semjase sprowadziła go na swój statek przy pomocy teletransmitera.
 
Były to jedyne zdarzenia, podczas których byłem naocznym świadkiem demonstracji możliwości tej techniki.
 
2.2.  Zamknięte drzwi
 
(relacja Guido Moosbruggera)
 
Billy często był teletransmitowany ze swojego gabinetu na pokład statków Plejadan. Któregoś razu został przetransportowany z niego w sytuacji, kiedy obydwoje drzwi prowadzących doń było zamkniętych przez niego od wewnątrz. Po kontakcie przeniesiono go omyłkowo nie do gabinetu, lecz na korytarz. Dalszego ciągu można się już domyślić. Dodam tylko, że ponieważ nie było kluczy zapasowych, musiano sporządzić specjalny wytrych, aby otworzyć zamek jednych z drzwi.
 
2.3.  Ślady stóp na śniegu
 
(zdjęcia 47 i 48 — relacja Guido Moosbruggera) Podczas kontaktu z Semjase w nocy z 5 na 6 stycznia 1977 roku Billy poprosił ją po zakończeniu rozmów o pewną przysługę. Zapytał ją półżartem, czy mogłaby go wysadzić nie tam, skąd go zabrała (nie opodal Wetzikon, około 20 kilometrów od Hinwil), ale na środku pokrytej śniegiem łąki w Winkelriet w pobliżu Hinwil. Semjase chętnie przystała na jego prośbę i przy pomocy teletransmitera przeniosła go we wskazane miejsce, skąd udał się pieszo w kierunku drogi.
 
2.4. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
 
(relacja Jacobusa Bertschingera — część l — skrót) 7 lutego 1977 roku zawiozłem Eduarda Meiera (Billy'ego) swoim Yolkswagenem na umówione spotkanie z Semjase (patrz także część 2 — podrozdział 4.1.). Po pewnym czasie zmęczony czekaniem i panującą ciszą spróbowałem połączyć się z nim za pomocą krótkofalówki. Moje wysiłki spełzły jednak na niczym, ponieważ znajdował się w tym czasie na pokładzie statku Semjase. W pewnym momencie podskoczyłem w fotelu jak porażony prądem — na wprost mnie przed samochodem ni stąd, ni zowąd jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazała się ludzka postać. Wyglądała niczym zjawa. Po chwili jednak usłyszałem w swoim głośniku głos Billy'ego: „Oto jestem, przyjacielu". W tym momencie wiedziałem już, że to on. Wsiadł do samochodu, uśmiechnął się i powiedział: „No i co, dziwisz się, prawda?" Oznajmił mi potem, że usłyszał moje wezwanie w chwili, gdy wchodził do windy grawitacyjnej, której strumień transportowy opuścił go na ziemię z wysokości 8 metrów na wprost mojego samochodu. Został opuszczony przez Semjase obok mojego samochodu na własną prośbę, gdyż jak mi powiedział, chciał zobaczyć moją minę. Niestety to zamierzenie nie udało mu się w pełni, ponieważ z powodu panujących ciemności nie mógł zobaczyć mojej twarzy schowanej za szybą samochodu.
 
Kiedy wracali, Semjase dokonała specjalnie dla nich widowiskowego manewru, który według Jacobusa Bertschingera wyglądał następująco:
 
Z daleka z zachodu zbliżał się do Hinwil jaskrawo żarzący się obiekt wielkości piłki. Billy nie pozwolił mi jednak na obserwowanie jego manewrów, domagając się, żebym czym prędzej jechał do domu (wówczas jeszcze do Hinwil), skąd, jak się okazało, mieliśmy znacznie lepszy widok — po raz kolejny mogłem się przekonać, że wiedział dobrze, co robi. Dwie minuty później byliśmy już przy jego domu. Cała jego rodzina uprzedzona za pomocą krótkofalówki, stała już na podwórzu i obserwowała z przejęciem zbliżający się statek Semjase, który świecił niczym miniatura Księżyca w pełni. Na okolicznych ulicach stały grupki jego sąsiadów, którzy gapili się w milczeniu na ten spektakl. Pojazd przemieszczał się bezszelestnie i po około 3 minutach zniknął za pagórkiem na północnym wschodzie.
 
W każdej chwili gotów jestem zaręczyć za rzetelność i prawdziwość moich wypowiedzi. Prawda zawsze pozostanie prawdą i nic tego nie zmieni.
 
2.5. Nocny wypad w rejon Schönbergeru
 
(relacja Engelberta Wachtera — skrót)
 
Późnym wieczorem 20 lutego 1977 roku Engelbert Wachter, Jocobus Bertschinger, Bernadette Brand oraz Billy jechali dwoma samochodami w ulewnym deszczu w kierunku Horgen-Hirzel na miejsce kontaktu.
 
Po przejechaniu prawie stumetrowego odcinka bagnistej drogi dotarliśmy w końcu do celu. Sprawdziliśmy nasze krótkofalówki, po czym Billy oddalił się bez latarki w kierunku ciemnego zagajnika.
 
Gdy zniknął nam z oczu, zabraliśmy się do pracy. Musieliśmy wyciągnąć nasze samochody z bagna, w które wjechaliśmy, co w taką ulewę wcale nie było takie proste. Wyjechawszy z niego, przystąpiliśmy do zakładania łańcuchów na koła, aby nie utknąć w innym miejscu. Staliśmy na skraju lasu i rozglądaliśmy się za Billym. Deszcz lał nieprzerwanie. Od czasu do czasu silny powiew wiatru strząsał z gałęzi drzew kaskady wody tworząc wokół małe bajoro. Nasze ubrania wyglądały jak wyciągnięte z wody worki. Przyświecając sobie latarką Jacobus mocował się z łańcuchami. Nagle przeraźliwy krzyk puszczyka przedarł się przez szum deszczu. Kilka sekund później powietrze wypełnił dziwny szum, który po chwili przeszedł w znany nam już melodyjny dźwięk.
 
Był to odgłos statku promiennego naszej wspólnej przyjaciółki Semjase z Billym na pokładzie, który przeleciał powoli tuż nad naszymi głowami. Ledwie ów dźwięk ucichł, a Billy już stał przed nami. Był uśmiechnięty, wręcz promieniujący radością, i co dziwne mimo ulewnego deszczu jego ubranie było całkowicie suche. Dopiero po chwili jego skórzany płaszcz zaczął moknąć i błyszczeć w świetle reflektorów.
 
W statku Semjase Billy był osłonięty przed deszczem, zaś podczas transportu przy pomocy teletransmitera, jak wiadomo, się nie moknie.
 
Po jego powrocie oba samochody zostały pośpiesznie połączone liną holowniczą, aby umożliwić mniejszemu z nich wydostanie się z błota bez łańcuchów. Około pierwszej pożegnaliśmy się w Wadenswil i każdy z nas wrócił do siebie.
 
2.6. Niepojęte dla osób postronnych
 
(relacja Engelberta Wachtera — skrót)
 
W poniedziałek 21 września 1981 roku pracowałem na dachu naszego nowego kurnika, gdy w pewnym momencie ujrzałem Bil-ly'ego spieszącego na spotkanie drogą Schmidrüti-Sitzberg w kierunku „Sirrwies". (Sirrwies to położona na północny wschód od Centrum łąka, z której kierunku często słyszane były odgłosy statków Plejadan).
 
Pozdrowiłem go, na co odpowiedział mi uśmiechem i zniknął w lesie. Kilka minut później, około godziny 19.20, usłyszałem nad pobliskim lasem sosnowym szum statku promiennego. To był Quet-zal, który zaprosił Billy'ego na spotkanie. Ów melodyjny odgłos statku rozbrzmiewał w dolinie jeszcze przez dobrą minutę, po czym nagle ucichł.
 
Gdy skończyłem pracę na dachu, usiadłem i zacząłem obserwować „Sirrwies" przylegającą do sąsiedniego skraju lasu. Błądziłem wzrokiem ponad wysokimi sosnami. Minutę przed dwudziestą ponownie usłyszałem odgłos statku Quetzala, po czym zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Nagle jak spod ziemi pośrodku łąki wyrósł Billy i szybkim krokiem ruszył w kierunku domu. Dla osób postronnych takie zdarzenie jest wprost niepojęte, lecz dla nas niemal codziennością. Mimo iż jesteśmy przyzwyczajeni do tego rodzaju demonstracji, to jednak za każdym razem jesteśmy pełni podziwu dla poziomu techniki naszych pozaziemskich przyjaciół.
 
Aby nieco poszerzyć ten wykaz, dołączam jeszcze krótki fragment z rozmowy między Quetzalem i Billym:
 
QUETZAL: To jest zrozumiałe, ale teraz musisz już wracać. Mam jeszcze coś do zrobienia.
 
BILLY: Oczywiście. Czy widzisz tam w dole Engelberta? Co ty na to, aby przesłać mnie tam na belkę, na której właśnie pracuje, tuż obok niego?
 
QUETZAL: To zbyt niebezpieczne, mój przyjacielu. Przypomnij sobie to zdarzenie, które miało miejsce w Winkelriet.
 
BILLY: To było faktycznie zabawne — tak zwane lądowanie przymusowe.
 
QUETZAL: Dla ciebie rzeczywiście to była przygoda, lecz nie dla nas. Wysadzę ciebie pośrodku łąki Sirrwies i postaram się, aby Engelbert zobaczył cię natychmiast po materializacji.
 
BILLY: W porządku, zatem wysyłaj mnie.
 
QUETZAL: Masz przecież swoją własną metodę wysiadania...
 
BILLY: Oczywiście, masz rację. Zaczekam na moment, kiedy ta maszyna dematerializująca przestanie działać i wtedy poszybuję na ziemię jak strzała. Chciałbym wtenczas zobaczyć twoją minę i to, jak starasz się zapobiec, abym się nie rozbił.
 
QUETZAL: Czasami bardzo trudno jest mi zrozumieć twój humor, ponieważ łączysz go z rzeczywistością. Muszę ci niestety wyjaśnić, że nie mógłbyś wskoczyć do luku dematerializacyjnego w chwili awarii maszyny, pomijając fakt, że taka awaria jest całkowicie niemożliwa. Po prostu pole energetyczne zatrzymałoby cię przed otworem.
 
BILLY: A jeśli i ono by zawiodło?
 
QUETZAL: Jesteś uparty, ale to też jest absolutnie niemożliwe.
 
BILLY: Jesteś tego pewny?
 
QUETZAL: Absolutnie.
 
3. Pozaziemskie krasnoludki
 
Z kilkunastu ras pozaziemskich współpracujących z Plejadanami posiadających swoje bazy na Ziemi znane są nam także mierzące około 115 centymetrów wzrostu karły, które zamieszkują planetę sąsiadującą z Errą. Ich zadanie polega na badaniu wpływu różnego rodzaju promieniowań oraz ruchów skorupy ziemskiej na nasze środowisko. W naszym Centrum w Hinterschmidrüti często zajmowały się podobnymi sprawami. Na przykład neutralizowały negatywne promieniowanie, które stale gromadziło się w naszym rejonie. Cztery z tych karłowatych istot przeprowadziły 13 lutego 1978 roku w naszym Centrum wielkie oczyszczanie, które zajęło im kilka godzin. Jak nas wcześniej uprzedziła Semjase, z tej okazji przygotowano nam małą niespodziankę, którą opisała później w swojej relacji Bernadetta Brand. Oto, jak ujęła to Semjase: „O tym, że pracujemy dla was z czystej wdzięczności, będziecie mieli okazję przekonać się za 14 dni. Ponadto otrzymacie na to także dowód fotograficzny".
 
Niewiarygodne przeżycie
 
(zdjęcia 49 i 50 — relacja Bemadetty Brand)
 
W niedzielę 13 lutego 1977 roku udałam się wczesnym popołudniem razem z Billym, Jacobusem Bertschingerem, Engelbertem Wachterem i jego żoną Marią do Hinterschmidrüti, aby obejrzeć nowy dom Billy'ego, jego rodziny i członków grupy.
 
Billy i Jacobus już od samego rana pracowali w pocie czoła w jego piwnicy wypompowując z niej wodę. Po naszym przybyciu była ona już zupełnie sucha. Billy poszedł obejrzeć jej ściany, podczas gdy my stanęliśmy na schodach i czekając na niego wdaliśmy się w rozmowę.
 
Wrócił po niedługim czasie z wyrazem zdziwienia na twarzy. Powiedział, że w północnej części piwnicy znalazł w rogu odcisk stopy, którego wcześniej tam nie było. Musiała ona zostać odciśnięta w czasie, kiedy nie było ich w domu. Zdaniem Billy'ego nie jest to odcisk dwóch stóp, jak sądzą niektórzy, lecz jednej i to wielkości stopy dziecka. Było to rzeczywiście ciekawe, jako że żadne dziecko nie mogło wejść w tym czasie do piwnicy, po drugie zaś dlatego, że był to tylko jeden odcisk.
 
Mimo iż okazywałam zdziwienie, w duchu wątpiłam w niezwykłość tego zdarzenia. Postanowiłam jednak na własne oczy obejrzeć ten ślad. Jak zwykle miałam ze sobą w samochodzie aparat fotograficzny, lecz jak się okazało, zapomniałam zmienić w nim film i, co gorsze, nie miałam ze sobą nowego. Powiedziałam o tym Billy'emu, który w odpowiedzi pożyczył mi swój aparat z wmontowaną lampą błyskową. Razem z nim zeszłam do piwnicy, pozostałe 3 osoby pozostały na zewnątrz, komentując to zdarzenie.
 
Billy i ja byliśmy w niej zupełnie sami. Wewnątrz panował półmrok rozjaśniany nikłym światłem wpadającym przez otwarte drzwi i maleńkie okienko. Billy wodził powoli strumieniem światła latarki po podłodze, ścianach i każdym kącie w północnej części piwnicy, gdzie miał znajdować się odcisk małej stopy. Rzeczywiście był tam. Obejrzałam go dokładnie w świetle latarki i zabrałam się do fotografowania. Ostatnie cztery zdjęcia zrobiłam z odległości około 1,5 metra. Przez chwilę miałam ochotę odwrócić się, przejść przez piwnicę i zrobić jeszcze jedno zdjęcie, lecz zrezygnowałam z tego. (Bałam się, że Billy wyśmieje mój zamiar fotografowania pustej przestrzeni. Chyba do końca życia będę żałowała, że jednak tego nie zrobiłam). Po zrobieniu zdjęć, opuściliśmy piwnicę i dołączyliśmy do pozostałych.
 
Po ich wywołaniu Billy wyjaśnił mi, że widniejący na jednym z nich zamazany zarys postaci przedstawia karłowatą istotę wzrostu 112-115 centymetrów, z której rasą współpracują Plejadanie. Najbardziej zdziwił mnie fakt, że podczas robienia zdjęć nikogo nie zauważyłam.
 
Podsumowując to, Billy stwierdził, że z czterech obecnych tam wówczas, lecz niewidzialnych karłów tylko jeden mógł zostać uchwycony na filmie, ponieważ był widoczny przez tyle mniej więcej czasu, ile wynosił czas ekspozycji. Właśnie dlatego robiąc zdjęcie nie mogłam go dostrzec.
 
4. Niecodzienne rozmowy radiowe
 
4.1. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
 
(relacja Jacobusa Bertschingera — część 2 — skrót) Było to 7 lutego 1977 roku około godziny 18. Wiozłem wówczas Eduarda Meiera (Billy'ego) w kierunku Ottikon na spotkanie z Sem-jase. Na jego polecenie zatrzymałem się na leśnej drodze. Po chwili wysiadł i poszedł w kierunku na południe. Zostałem sam w samochodzie. Po około 15 minutach usłyszałem go w krótkofalówce, jak usiłował bezskutecznie porozumieć się z domem (krótkofalówką w siedzibie FIGU). Ponieważ z trudem słyszałem go, włączyłem się i poinformowałem go, że słabo go słychać. Odrzekł, że znajduje się na statku Semjase i że zaraz poprosi ją o poprawienie połączenia. Po kilku sekundach słychać go było już doskonałe.
 
Powiedział, że ma mnie na optycznym ekranie i drogą radiową skieruje mnie w inne miejsce. Uruchomiłem samochód i pojechałem zgodnie z jego wskazówkami, aż dotarłem do wzniesienia na skraju lasu, skąd miałem wspaniały widok na okolicę. Siedziałem zamyślony za kierownicą z wzrokiem utkwionym przed siebie. Nagle w głośniku rozległ się jego głos. Pytał mnie, czy widzę statek, który unosi się teraz dokładnie nad lotniskiem Kloten. Niestety widziałem tylko niewielki świetlny owal. Billy zaśmiał się i powiedział, że zaraz poprosi Semjase, aby dała więcej światła. Po około 2-3 sekundach statek nagle rozbłysł jasnym światłem. Mogłem teraz obserwować, jak powoli oddala się w kierunku Zurychu.
 
4.2. Przeżycie z 4 stycznia 1978 roku
 
(relacja Guido Moosbruggera)
 
Początek roku spędzałem jak zwykle w Semjase-Silver-Star-Center w Hinterschmidruti. 4 stycznia 1978 roku wieczorem siedziałem w ciepłym pokoju, na dworze zaś szalała śnieżna burza i dął ostry wiatr. Nikomu z obecnych w domu nie przyszłoby do głowy, aby wychodzić z niego w taką pogodę, lecz w Centrum nigdy nie narzekaliśmy na brak niespodzianek i tak też było tego wieczora. Zupełnie nieoczekiwanie o godzinie 21.30 Billy otrzymał od Cmetzala telepatyczne zaproszenie na spotkanie.
 
W chwilę później powiedział do Jacobusa i do mnie: - Przygotujcie się, jedziemy na spotkanie!
 
Biorąc pod uwagę tę kiepską pogodę, to zaproszenie na przejażdżkę spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, niemniej szybko zabraliśmy się do pracy. Włożyliśmy odpowiednie ubranie i zaczęliśmy się zastanawiać, jakim samochodem lepiej jechać. Zdecydowaliśmy się na Yolkswagena, gdyż jak dotąd najlepiej sprawdzał się w zimowych warunkach. Zainstalowaliśmy krótkofalówkę i zabraliśrrfy się do zdrapywania lodu z szyb samochodu. Po kwadransie samochód był gotowy do drogi.
 
Jacobus zasiadł za kierownicą, Billy obok niego, a ja na tylnym siedzeniu. W chwilę potem ruszyliśmy w nieznane. Billy otrzymywał na bieżąco przekazywane telepatycznie dane dotyczące kierunku. Oprócz złego stanu nawierzchni jazdę utrudniała nam dodatkowo silna burza śnieżna. Po półgodzinnej jeździe dotarliśmy do celu. Zatrzymaliśmy się przed małym mostem na skraju lasu i zaparkowaliśmy na poboczu. Billy wysiadł z samochodu, przewiesił krótkofalówkę przez ramię i pożegnał się z nami. Z wielkim trudem przedzierał się przez pokrywający łąkę głęboki śnieg. Nagle zniknął nam z pola widzenia. Pomyśleliśmy wtedy z Jacobusem: „No, znowu ten błyskawiczny transport". Nasze przypuszczenie po chwili potwierdziło się. W ułamku sekundy został przeniesiony do sterowni statku Quetzala, który unosił się w powietrzu gdzieś nad nami. Dla Billy'ego nie było to nic niezwykłego, ponieważ tego rodzaju teletransmisje przeżywał już nieraz. Nagle usłyszeliśmy jego głos dobiegający z krótkofalówki, lecz o nieco niższym tonie niż zwykle, przypuszczalnie dlatego, że pochodził z wnętrza statku. Jacobus znał już ten efekt z wcześniejszych spotkań. Billy powiedział nam, że „mamy się udać w kierunku najbliższych zabudowań, gdzie do nas dołączy". Gdy dotarliśmy we wskazane miejsce, ukazał się nieoczekiwanie pośrodku ulicy. Nie dziwiło nas już wcale, że na jego skórzanym płaszczu i kapeluszu nie było śladu śniegu, ponieważ, jak wiadomo, wewnątrz statku on nie pada.
 
Wracając pamięcią do tego zdarzenia, zastanawiałem się swego czasu, po co w taką paskudną pogodę Billy w ogóle wychodził z domu i jechał w tamto miejsce, skoro równie dobrze mógł zostać przetransportowany na pokład statku ze swojego gabinetu. Przecież to byłoby znacznie prostsze dla wszystkich. Jak się później okazało, miało to związek z jego zdrowiem. Z powodu permanentnego nawału pracy, jego wolny czas systematycznie się kurczył, co odbijało się negatywnie właśnie na nim.
 
Cierpiał przede wszystkim na brak snu i ruchu na świeżym powietrzu. Ciągle lekceważył stale ponawiane^ prośby Plejadan, aby jak najwięcej przebywał na świeżym powietrzu. Ów lekceważący stosunek do swojego zdrowia sprawiał, że z roku na rok stale się ono pogarszało, przez co nadejście kryzysu było już tylko sprawą czasu. I stało się. Późną jesienią 1982 roku uległ groźnemu wypadkowi w łazience, którego efektem był między innymi wstrząs mózgu. Jego skutki dają znać o sobie do dzisiaj.
 
Niestety, Plejadanie nie mogli mu zapobiec. Dlatego kierowali go w różną pogodę nieraz w dość oddalone miejsca spotkań. Kiedy jechał na nie motorowerem, często ostatni odcinek musiał przejść pieszo niosąc go. Najdłuższy odcinek, jaki musiał przebyć na miejsce kontaktu, wynosił około 70 kilometrów. Od czasu do czasu po spotkaniu rozmyślnie wysadzano go daleko od miejsca, z którego go zabrano, aby zmusić go w ten sposób do spaceru.
 
Te i inne sposoby miały na celu poprawę jego zdrowia. Dokładnie temu celowi służył również krótki wypad do Kanady, gdzie razem z Cjuetzalem brodził przez około 2 godziny w głębokim śniegu podziwiając tamtejszą przyrodę. Niestety również Plejadanie byli mocno obciążeni pracą, w przeciwnym bowiem razie częściej by mu urządzali takie wycieczki.
 
4.3. Instrukcje radiowe ze statku Semjase
 
(relacja Guido Moosbruggera)
 
W niedzielę 20 maja 1978 roku po wielu tygodniach nieobecności na osobistych spotkaniach z Billym pojawiła się Semjase; była w towarzystwie swojej siostry Pleji. Około godziny 14.15 Billy otrzymał od niej telepatyczne zaproszenie na spotkanie. Pół godziny później jechał już motorowerem z krótkofalówką przewieszoną przez ramię.
 
Porozumiewanie się za pomocą krótkofalówki sprawdziło się w praktyce, ponieważ dzięki niej Billy mógł o każdej porze skontaktować się z dowolną osobą w Centrum lub w Yolkswagenie Jacobusa, gdzie najczęściej była instalowana druga przenośna. Jej długa antena błyszczała właśnie w słońcu nad dachem samochodu, który stał na parkingu przed domem w Hinterschmidrüti. Była słoneczna, wiosenna pogoda i większość członków grupy pracowała w ogrodzie lub na łące.
 
Billy znajdował się w tym czasie na statku Semjase niedaleko Centrum. W czasie rozmowy z nią i Pieją zadał im następujące pytanie:
 
BILLY: Powiedzcie mi, czy nie moglibyśmy polecieć do Centrum i zobaczyć, co się tam dzieje?
 
PLEJA: Oczywiście, spójrz, już jesteśmy.
 
BILLY: Czy mogę tym moim urządzeniem porozmawiać z nimi na dole?
 
SEMJASE: No pewnie, podłącz je tylko. Ale nie chcę później niczego więcej słyszeć na ten temat.
 
BILLY: Wcale nie musisz. Wystarczy mi, że porozmawiam z nimi tam na dole. Ale będą zdziwieni! Hallo, Miranus-5... [Miranus-5 byt nazwą wywoławczą krótkofalówki w Centrum.}
 
Według Billy'ego statek Semjase unosił się na wysokości od 700 do 1000 metrów nad Centrum, skąd rozciągał się wspaniały widok na nie. W dole krzątali się zajęci swoją pracą członkowie grupy. Miało wówczas miejsce pewne zdarzenie, o którym chciałbym teraz wspomnieć.
 
Statek Plejadan jak zwykle otoczony był ekranem ochronnym, który uniemożliwiał namierzenie go, w związku z czym nie mogliśmy go zobaczyć. Nagle z głośnika krótkofalówki rozległ się głos Billy'ego. Jego żona, która znajdowała się akurat w pobliżu, przyjęła jego zgłoszenie, odpowiadając: „Miranus-1, Miranus-1, co się stało?" Po początkowych kłopotach ze zrozumieniem jego słów wywołanych zakłóceniami jego głos zabrzmiał następnie wyraźnie, lecz jego ton był nieco niższy. Billy polecił jej udać się do ogrodu za wozownią i posadzić tam w określonym miejscu truskawki. Na jej pytanie, dlaczego właśnie w tamtym miejscu, odrzekł jej, że zdaniem Semjase tam będą one rosnąć i owocować najlepiej.
 
W końcu nadeszła kolej na mnie i Engelberta. W tym czasie zajęci byliśmy ustawianiem ogrodzenia wokół parkingu. Jeden z nas trzymał właśnie w ręku drewniany słupek, a drugi drewniany młot. Billy obserwował nas ze statku i nie przepuścił oczywiście okazji, aby udzielić nam porady, mówiąc, w którym miejscu mamy wbijać słupki. Prawdę mówiąc, kilka słupków celowo ustawialiśmy krzywo, aby dać mu okazję do pouczenia nas.
 
Od nieustannego wpatrywania się w niebo w nadziei wypatrzenia statku Semjase w pewnym momencie zaczęły nas już boleć karki. Pieją skomentowała to, mówiąc:
 
PLEJA: Billy, wszyscy twoi przyjaciele wypatrują nas tu w górze.
 
BILLY: Tak, a czy mogą nas zobaczyć?
 
SEMJASE: Nie, ich trud jest daremny, ponieważ statek otoczony jest ekranem ochronnym.
 
Jeden ze sceptycznych członków grupy, wspiął się na „ambonę", aby stamtąd obserwować niebo i przyłapać Billy'ego „in flagranti", ale oczywiście na nic się to nie zdało. (Ambona to najwyższy punkt pagórka znajdującego się obok parkingu na wschód od głównego budynku Centrum).
 
To samo dotyczyło potencjalnych obserwatorów stojących wzdłuż szosy z Sitzbergu do Wili, ponieważ nawet patrząc pod kątem niemożliwe jest dostrzeżenie statku Plejadan. Było to możliwe tylko z powietrza z jakiegoś obiektu latającego, który unosiłby się nad nim, na przykład z helikoptera. A ponieważ to nie wchodziło w grę, dostrzeżenie go przez kogokolwiek było wykluczone,
 
4.4. Niezwykła przemowa
 
(relacja Guido Moosbruggerd)
 
Kilku członków grupy od dłuższego czasu ponawiało prośbę, aby Semjase nagrała na magnetofonie kilka zdań. Pewnego dnia Billy przedstawił jej to życzenie, ale nie wyraziła na nie zgody. O ile mi wiadomo, próbował potem raz lub dwa razy nagrać ją potajemnie, ale nie dała się nabrać i szybko odkryła schowany magnetofon. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy na początku roku 1983 dowiedziałem się, że Quetzal wygłosi mowę do naszej grupy poprzez krótkofalówkę. Sądziłem, że chce nam przekazać jakieś poufne instrukcje, bo jak inaczej można było wyjaśnić zmianę nastawienia Plejadan w tej sprawie.
 
Po kilku zmianach terminu spowodowanych nawałem jego pracy, ustalono w końcu, że ów przekaz nastąpi 5 marca 1983 roku, a więc w pierwszą sobotę miesiąca, w którą jak zwykle jak co miesiąc miało odbyć się zebranie naszej grupy. Tuż przed nim, spotkała mnie miła niespodzianka, gdy przed godziną 17.30 Billy zapukał do moich drzwi i poprosił mnie, abym z nimposzedł. Na moje pytanie, co się stało, odpowiedział, że o 17.30 oczekuje radiowego wezwania Quetzala w celu sprawdzenia jakości połączenia. Przyjąłem to zaproszenie z radością. Znajdowaliśmy się w odległości około 15 metrów od Volkswagena, gdy to się stało. Dokładnie co do sekundy z krótkofalówki, którą Billy miał przy sobie, rozległ się głos, lecz nie męski, a damski. Zamiast Quetzala odezwała się Taljda, która przez chwilę rozmawiała z Billym w doskonałej niemczyźnie. (Taljda jest kobietą o żółtej karnacji skóry pochodzącą z planety Njssan w układzie Wegi w gwiazdozbiorze Lutni — kilkakrotnie odbywała kontakt z Billym). Pod koniec głos zabrał Solar (Solar jest pozaziemskim mężczyzną pochodzącym z rasy mającej swoją własną bazę na Ziemi, która od lat współpracuje z Plejadana-mi). Mówił w niezrozumiałym dla mnie języku i dziwiłem się, że Billy nie miał żadnych kłopotów z porozumieniem się z nim.
 
Ta próba generalna ku naszemu rozczarowaniu nie przyniosła oczekiwanego rezultatu — słyszalność była zbyt słaba. Billy zaproponował więc, aby podłączyć dodatkowy głośnik. Kolejne połączenie miało nastąpić o godzinie 20. Nie zwlekając ani chwili przystąpiliśmy więc do przeciągania kabla z gabinetu Billy'ego do sali w wozowni. Po chwili musieliśmy jednak zrezygnować z tego zamierzenia, ponieważ przewód okazał się tak stary, że ruszenie go z miejsca groziło jego trwałym uszkodzeniem. Na szczęście Billy znalazł jednak w ostatniej chwili wyjście z tej nieciekawej sytuacji. Powiedział Taljdzie, że odbierze jej przekaz w swoim gabinecie i nagra go na magnetofonie. Pomysł ten wypalił znakomicie. Taljda tak zachwyciła wszystkich swoją przemową, że Billy musiał ją odtwarzać dwa razy.
 
Mówiąc o Taljdzie przypomniała mi się jeszcze jedna drobna sprawa z nią związana, która potwierdza fakt, że nawet tak wysoko rozwinięte istoty mają zupełnie ludzkie przyzwyczajenia i że nie są żadnymi nadis-totami, jak uważa wielu Ziemian.
 
Jak twierdzi Billy, Taljda odwiedzała go kilkakrotnie w gabinecie pozostawiając po sobie przyjemny cytrynowy zapach. Pochodzi z planety Njssan, której atmosfera ma intensywny zapach przypominający zapach cytryn. Ilekroć zatrzymuje się na Ziemi, używa perfum o tym zapachu, by w ten sposób przypominać sobie swoją ojczystą planetę. Czemu nie?
 
5. Pokaz pistoletów laserowych
 
W ramach dziennych demonstracji Billy otrzymał od Menary do wypróbowania dwa pistolety laserowe. Pierwsza próba miała miejsce 29 września 1976 roku w okolicy Ambitzgi-Wetzikon. Wówczas to Billy odstrzelił kilka gałęzi z zarośli oraz przepalił dużą jodłę.
 
Za drugim razem Billy otrzymał znacznie starszy model. Było to podczas jego osobistego kontaktu z Menarą i jej przyjaciółką Aleną 6 lipca 1977 roku w Hinterschmidrüti. Menarą zaparkowała swój pojazd wczesnym popołudniem nad Semjase-Silver-Star-Center i otoczyła go ekranem ochronnym. Następnie za pomocą teletransmitera przeniosła się wraz z Aleną na parking przed głównym budynkiem Centrum.
 
Kilka godzin wcześniej, rankiem tego samego dnia, Menarą poinformowała telepatycznie Billy'ego, żeby dopilnował, aby w czasie ich spotkania przez przynajmniej godzinę nie było nikogo w Centrum ani w jego pobliżu.
 
Każdy, kto zna Billy'ego, wie, że to nie było dla niego żadnym problemem. Po prostu wysłał wszystkich obecnych w tym czasie w Centrum na wycieczkę, mówiąc im, że mogą wrócić dopiero po zakończeniu wizyty Menary i Aleny. Menarą na wszelki wypadek wytworzyła wokół Centrum dodatkowy ekran ochronny. W ten sposób nikt nie mógł zobaczyć, co się dzieje wewnątrz niego. Poza tym w kilku miejscach rozmieszczone zostały urządzenia ostrzegawcze mające informować o zbliżaniu się każdego człowieka lub pojazdu.
 
Program spotkania przewidywał wykonanie zdjęć oraz sfilmowanie prób z pistoletem laserowym. Zostałby z pewnością zrealizowany niemal w całości, gdyby nikt im w tym nie przeszkodził. Po około półgodzinie włączyło się urządzenie ostrzegawcze informujące, że do Centrum zbliża się jakiś pojazd. Billy nie zdążył nawet dokończyć zdania, kiedy Menarą i Alena przeniosły się na pokład swojego statku. Po chwili wyłączyły ekran ochronny i wszystko wróciło do stanu pierwotnego. Nikt z osób postronnych nie wiedział, co się działo w Hinterschmidrüti.
 
Wkrótce po oddaleniu się obu kobiet od strony drogi Billy'ego dobiegł warkot silnika traktora. Był to Jacobus Bertschinger, który wracał z Wili, dokąd jeździł po cement, ale ponieważ go nie dostał, wrócił wcześniej.
 
Mimo częściowego niepowodzenia tej wizyty, mogliśmy przynajmniej podziwiać później wykonane podczas niej zdjęcia. Jedno z nich przedstawiało pochylone mury domu oraz przekrzywiony słup z tablicą ostrzegawczą, mimo iż w rzeczywistości stoją one pionowo, na drugim zaś widać w dalszym tle fragment traktora, mimo iż w momencie jego wykonywania nie było go jeszcze w Hinterschmidrüti, ponieważ znajdował się w odległości kilku kilometrów od Centrum — był to oczywiście traktor, którym jechał Jacobus. Billy poprosił Menarę o wyjaśnienie tych zjawisk. Oto, co powiedziała na ten temat:
 
- W przypadku tego traktora chodzi o nieznaną wam formę uwidaczniania każdej materii poprzez promieniowanie podczerwone. Nauka ziemska zna promieniowanie podczerwone i wykorzystuje je w wielu dziedzinach, jak na przykład obserwowanie niewidocznych gołym okiem obiektów materialnych, często bardzo oddalonych. Ziemska technika potrafi obecnie uchwycić jedynie zarys danego obiektu, podczas gdy nasza, o wiele bardziej rozwinięta, potrafi pokazać go ze wszystkimi szczegółami. Natomiast co się tyczy owych pochylonych murów, mogę jedynie powiedzieć, że wszystko, co znajduje się wewnątrz ekranu ochronnego ulega zniekształceniu i rozmyciu.
 
Objaśnienia Menary na temat pistoletu laserowego są równie interesujące. Oto, co powiedziała na jego temat w rozmowie z Billym:
 
MENARĄ: Spójrz tutaj, to broń podobna do tej, którą uszkodziłeś tamte krzaki i jodłę (29 września 1976 roku w Ambitzgi-Wetzikon). Jest trochę starszego typu. To urządzenie pokazuje powiększenie miejsca, w które celujesz. Dzięki niemu możesz dokładnie trafić w cel, nawet z odległości wielu kilometrów. Ta urządzenie celownicze w kształcie rurki po prostu przybliża optycznie cel. W przeciwieństwie do tej tu, to bardzo przestarzała broń zbliżona pod względem działania do waszej broni eksplozyjnej. Aby wysłać promieniowanie, wystarczy pociągnąć spust palcem wskazującym do siebie. Te dwa przezroczyste zbiorniki tu na górze zawierają dwa różne pierwiastki niezbędne do wytworzenia promieniowania. Sprzężone wyzwalają nieznany wam rodzaj promieni laserowych, które niosą drgania o silnym działaniu destrukcyjnym. Niszczą one jednak tylko niektóre sztuczne formy materii — na przykład uszkadzają wasze materiały światłoczułe. Dlatego nie należy fotografować w trakcie używania tej broni. Jeśli poprzez przyciśnięcie w tym miejscu sprzężony zostanie przedni i tylny zbiornik z pierwiastkami, wytwarza się wówczas promieniowanie niszczące, które w ułamku sekundy może zamienić wszystko na popiół na odległość do 37,2 kilometra. Jeśli natomiast poprzez przyciśnięcie w tym miejscu uaktywni się jedynie przedni zbiornik, wtedy wyzwoli się promieniowanie, które ma działanie jedynie oszałamiające służące tylko do celów obronnych, podczas gdy promieniowanie niszczące służy z reguły do eliminacji celów. W ekstremalnych przypadkach używane jest również do likwidacji wrogiego pojazdu lub obiektu latającego. Ten rodzaj broni wyszedł z użycia przed około 600 laty. Najnowsza broń jest mniejsza, zmieniło się również jej działanie, to znaczy sposób wytwarzania promieniowania. Poza tym uzależniona została od indywidualnych zapotrzebowań, to znaczy, może być wykorzystywana tylko przez jej właściciela. Uruchomienie wyzwalacza promieniowania następuje na drodze umysłowej. W tym celu w jego mechanizmie sterującym zaprogramowany został wzór fal mózgowych jej właściciela. Jeżeli broń dostanie się w ręce innej osoby, może być użyta przez nią dopiero po jej przeprogramowaniu.
 
BILLY: To bardzo ciekawe, co mówisz, choć, jak wiesz nie bardzo się na tym znam. Ale to nieważne. Dziwi mnie tylko to, co powiedziałaś
 
0  właścicielu tej broni. Czy możesz to bliżej wyjaśnić?
 
MENARA: Właścicielem nazywam osobę, która może z niej korzystać, ponieważ takie określenie odpowiada waszemu sposobowi myślenia. Inaczej mówiąc, jest zindywidualizowana, dostosowana do konkretnej osoby.
 
Szczególną atrakcją tego spotkania było to, że Billy mógł sfotografować przyjaciółkę Menary Alenę. Warunkiem było jednak to, że jej twarz pozostanie niewidoczna. Ponadto mógł wypróbować ów pistolet, co też uczynił strzelając z odległości około 20 metrów do tak zwanego drzewa Semjase (jest to stojące na wzniesieniu w Hinterschmidrüti drzewo, którego korona została uszkodzona przez statek Semjase). Promień pistoletu błyskawicznie przepalił dwudzies-toczterocentymetrowej średnicy pień drzewa pozostawiając w nim dziurę grubości palca. Drzewo to stało się swego rodzaju symbolem Hinterschmidruti
 
1  wszyscy odwiedzający Centrum chcą je zobaczyć.
 
6. Niezwykłe odgłosy
 
Jak już wspomniałem we wcześniejszych rozdziałach, statki Plejadan mają zabezpieczenie przed ich wykryciem, zarówno za pomocą wzroku, jak i radarów. Zabezpieczenie to może mieć charakter całościowy lub selektywny i ma postać kokonu energetycznego, który otacza statek niczym pancerz. Częściowe lub całkowite wyłączenie akustycznego ekranu ochronnego powoduje, że można wówczas usłyszeć osobliwy odgłos wydzielany przez wirujące tarcze układu napędowego przypominający szum dziecięcego bąka, który nasila się wraz ze zwiększaniem jego prędkości obrotowej. Podobnie jest w przypadku tych tarcz.
 
Plejadanie w przeciwieństwie do innych istot pozaziemskich dbają o to, aby ich statki nie były zauważane przez Ziemian. Dlatego też zabezpieczają je bardzo dokładnie, aby nie można ich było zobaczyć, usłyszeć ani namierzyć w jakikolwiek inny sposób. Wyjątkami są sytuacje, które mają miejsce podczas podchodzenia statku do lądowania lub jego odlotu, kiedy to ekrany ochronne są wyłączane na krótki okres czasu. W tych momentach można wyraźnie usłyszeć ich odgłosy.
 
Jeszcze inaczej było, kiedy Semjase umożliwiła Billy'emu (łącznie 3 razy) nagranie tych odgłosów na magnetofonie. Dwa razy wiosną 1976 roku w okolicy Hinwil i raz 18 lipca 1980 roku w Sadelegg-Schmidrüti.
 
Podczas drugiego razu, w Wielki Piątek 1976 roku, statek Semjase szybował na wysokości około 50 metrów nad łąką, na której Billy położył magnetofon. Ekran ochronny był częściowo otwarty. Z jednej strony statek był zabezpieczony przed lokalizowaniem optycznym i radiolokacyjnym, z drugiej zaś sygnały akustyczne mogły przechodzić otwartym kanałem do najbliższego otoczenia. Świadkowie przebywający odległości kilku metrów od stanowiska Billy'ego stwierdzili, że odgłosy nie pochodziły z głośnika magnetofonu, lecz z niewidzialnego „głośnika" usytuowanego w powietrzu na pewnej wysokości. Dwa dni później wszyscy oni udali się ponownie na miejsce zdarzenia, aby przeprowadzić pewien test. Ustawili magnetofon w tym samym miejscu i puścili to nagranie na cały głos. Różnica między tym dźwiękiem, a słyszanym pierwotnie była ogromna. Tym razem było wyraźnie słychać, że źródło dźwięku znajduje się na ziemi, poza tym jego moc pozostawiała wiele do życzenia. Świadkowie musieli zbliżyć się o niemal połowę odległości, w jakiej stali poprzednio od magnetofonu, aby ów dźwięk brzmiał z taką samą mocą, jak wtedy. Poza tym kierunek, z jakiego dobiegał, jak już wspomniałem, był zupełnie inny.
 
Cechą charakterystyczną owych niezwykłych dźwięków wydawanych przez statek Semjase była zmienna tonacja.
 
Jedyną rzeczą, która podczas tego piątkowego pokazu nie podobała się Billy'emu i zaproszonym przez niego świadkom, byli niepożądani gapie przy ogrodzeniu. Nie należy się jednak temu dziwić, ponieważ oni również chcieli usłyszeć tę symfonię statku istot pozaziemskich. Ich obecność spowodowała jednak nagłe przerwanie tego pokazu, który trwał w sumie około 10 minut.
 
Symfonia statku promiennego
 
(relacja Engelberta Wächtera — skrót)
 
Trzecia i równocześnie ostatnia demonstracja odgłosów dźwiękowych miała miejsce latem 1980 roku w Sadelegg-Schmidrüti. Aby uniknąć jej ponownego przerwania, jak to miało miejsce poprzednim razem, Semjase wcześniej poinformowała Billy'ego o jej szczegółach. Należało przedsięwziąć odpowiednie środki bezpieczeństwa, aby wyeliminować niepożądanych widzów. W związku z tym znaleziono bardzo proste i rozsądne rozwiązanie polegające na zamknięciu wszystkich dróg dojazdowych do miejsca demonstracji na czas jej trwania. Zostały one zamknięte zarówno dla pieszych, jak i pojazdów, z wyłączeniem kilku członków naszej społeczności oraz rodziny Billy'ego. Na umówione miejsce pokazu sprzęt nagrywający przywiózł osobiście traktorem Billy.
 
Po tym krótkim wstępie oddaję głos Engelbertowi Wächterowi.
 
Usytuowanie Billy'ego oraz świadków w czasie demonstracji w Sädelegg
 
(Freddy Kropf)
 
My, to znaczy Engelbert Wachter, Maria Wächter, Kalliope Meier, Methusalem Meier, Atlantis Meier, Jacobus Bertschinger i Eva Bieri, nawet nie przypuszczaliśmy wczesnym rankiem 18 lipca 1980 roku', czego przyjdzie nam być świadkami. Na miejsce pokazu dotarliśmy z opóźnieniem, ponieważ musieliśmy pomóc przy zamknięciu wszystkich dróg dojazdowych.
 
Billy czekał już tam na nas. W międzyczasie w odległości około 300-400 metrów od miejsca kontaktu umieścił aparaturę nagrywającą. Udzielił nam ostatnich wskazówek dotyczących naszego zachowania, po czym szybko wskoczył do swojego pojazdu i udał się na miejsce spotkania, my zaś usadowiliśmy się we wszystkich strategicznie ważnych punktach. Stamtąd widzieliśmy, jak dotarł na umówione miejsce i wysiadł z traktora. Pośpiesznie zaczął coś przy nim majstrować. W końcu wyciągnął jakiś kawałek blachy i zrobił sobie z niego swego rodzaju dach przed zbliżającym się deszczem.
 
Po kilku minutach powietrze rozdarł głośny dźwięk, który rozniósł się po całej okolicy niczym orkan. Był tak przenikliwy i donośny, że niektóre magnetofony uległy nawet uszkodzeniu. Jak zamurowani staliśmy na swoich miejscach, słuchając w zauroczeniu i z trwogą tej nawałnicy dźwięków, która rozchodziła się na wiele kilometrów. Potwierdziło to potem pewne starsze małżeństwo, które w tym czasie znajdowało się w odległości około 3 kilometrów od nas, a także liczni rolnicy pracujący na pobliskich polach. Cały pokaz trwał prawie 30 minut. Około godziny 20. uradowani nim, wdzięczni Billy'emu i Se-mjase, wróciliśmy w dobrych nastrojach do domu.
 
7. Zagadkowa eliminacja jodeł
 
Głównym zadaniem w początkowym okresie kontaktów Semjase z Bil-lym było dostarczenie mu możliwie wiarygodnego materiału dowodowego. Wtedy to Semjase upodobała sobie szczególnie wolno rosnące w terenie jodły, które stanowiły dla niej punkt odniesienia do określania wymiarów.
 
Nie wybierała jednak zwyczajnych drzew, ale najwyższe, najbardziej okazałe, jakie często można spotkać w Kantonie Zürychskim. Jeden z jej ulubionych manewrów lotniczych polegał na krążeniu statkiem wokół takiego drzewa i dotykaniu nim jego najwyższych gałęzi. Przy tego rodzaju manewrach nie sposób było uniknąć oddziaływania na nie promieniowaniem emanowanym przez układ napędowy statku. Zdaniem Semjase to promieniowanie, które może się utrzymywać w poddanym jego działaniu obiekcie nawet przez kilka miesięcy, jest zupełnie nieszkodliwe dla drzew.
 
Wielu naukowców z pewnością byłoby zainteresowanych jego zbadaniem w celu poszerzenia swojej wiedzy. Bojąc się jednak, że wiedza ta mogłaby zostać wykorzystana przeciwko innym ludziom, Plejadanie nie zamierzają pozwolić, aby do tego doszło.
 
W związku z tym promieniowaniem, to znaczy jego likwidacją, wyłonił się swego czasu pewien problem, który polegał na tym, że Plejadanie nie byli w stanie zlikwidować jego pozostałości przy użyciu dostępnych im środków technicznych z 5 jodeł. Przeto nie pozostało im nic innego, jak zrobić użytek z przysługującego im w takich przypadkach prawa, które zezwala w wyjątkowych sytuacjach na eliminację danej formy życia.
 
Dlatego właśnie zlikwidowali je oraz wszelką pamięć o nich. Nic więc dziwnego, że żaden z okolicznych chłopów już ich sobie nie przypomina, mimo iż przez lata ścinali z nich gałęzie. Aby podnieść niezwykłość tej historii i jednocześnie uwiarygodnić ją, 17 października 1976 roku Semjase zaprezentowała nam swego rodzaju miniaturę takiej akcji likwidacyjnej z pewnymi oczywiście ograniczeniami.
 
Zdarzenie z 17 października 1976 roku
 
(zdjęcia 55 i 56 — relacja Guido Moosbruggerd)
 
Zdarzenie to zaczęło się kilka dni wcześniej, kiedy żona Billy'ego, Kalliope, zadzwoniła do mnie z informacją, że na niedzielę 17 października Semjase zaplanowała pewien pokaz, w którym mogę częściowo uczestniczyć, jeśli mam czas i ochotę. Zgodziłem się bez wahania i zaraz po przybyciu do Hinwil zacząłem wypytywać rodzinę Billy'ego o jego szczegóły, ponieważ on sam nie chciał puścić pary z ust, mimo iż wiedział dokładnie, co to ma być. Powód jego milczenia poznaliśmy nieco później. Jedyne, co powiedział wówczas w związku z tą sprawą, to:
 
- Zrobimy balon na gorące powietrze, przyczepimy do niego aluminiową taśmę i jutro po południu wypuścimy go, aby sprawdzić, jak zareagują sąsiednie stacje radarowe. W okolicy miejsca startu balonu dojdzie do właściwego pokazu, dlatego też radzę wam dokładnie obserwować całą okolicę.
 
Nie pozostało nam więc nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i pozwolić się zaskoczyć tą niespodzianką. Najpierw musieliśmy jednak zrobić balon, nad którym pracowali już intensywnie Billy i Herbert Runkel, a ponieważ czasu było niewiele, przyłączyłem się do nich, pomagając im sklejać poszczególne jego części. W niedzielę około godziny 16. był już gotowy.
 
W międzyczasie w domu Billy'ego zebrało się już kilku ciekawskich niecierpliwie oczekujących na odjazd na miejsce startu balonu. Po niedługim czasie mała kolumna pojazdów ruszyła z miejsca i przejechała powoli ulicami Hinwil. Po dotarciu do celu zajęliśmy się przygotowaniami do startu, zaś fotografowie zajęli swoje stanowiska, czekając na dogodną okazję do zrobienia zdjęć.
 
Start nastąpił około godziny 19. i przebiegł bardzo pomyślnie. Widzowie wiwatowali zachwyceni, patrząc, jak wypełniony ponad 60 m3 gorącego powietrza balon wznosi się pionowo w niebo. Na czterech ścianach jego prostopadłościennej czaszy przyklejone były szerokie aluminiowe paski. Dzięki nim miał być łatwiejszy do uchwycenia przez radary. Pogoda sprzyjała nam i mogliśmy dokładnie obserwować jego lot. Sądziliśmy, że wkrótce zostanie namierzony.
 
I rzeczywiście tak się stało, ponieważ kilka minut po jego wypuszczeniu na niebie pojawił się samolot. Czy był to przypadek, czy też przyleciał tu w celach zwiadowczych? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. (Potem udało nam się ustalić, że nasz balon nie został jednak namierzony przez radar. Tak przynajmniej oświadczyły pobliskie stacje radarowe).
 
Po starcie balonu z niecierpliwością oczekiwaliśmy na właściwą atrakcję, którą jak sądziliśmy, miało być ujrzenie przez nas w końcu na własne oczy w świetle dziennym statku Semjase, lecz niestety nic takiego się nie stało. Tymczasem balon poleciał w kierunku północno-wschodnim. Billy wsiadł na swój motorower i pojechał za nim. Mieliśmy się z nim spotkać potem w umówionym miejscu. Ku naszemu rozczarowaniu z powodu nieporozumienia nie doszło jednak do tego. W końcu wróciliśmy do domu, gdzie już na nas czekał. Następnie zaprowadził nas na miejsce startu balonu, aby powiedzieć nam tam o akcji Semjase.
 
Pokazał nam miejsce, gdzie niedawno jeszcze rosła mierząca od 3 do 5 metrów wysokości jodła, która dosłownie zniknęła bez śladu w wyniku akcji eliminacyjnej Semjase. Z miejsca przeprowadziliśmy wnikliwe badanie ziemi, które nie wykazało, aby rosło tam kiedykolwiek jakieś drzewo. Dziwiliśmy się, dlaczego Billy nie powiedział nam o tym wcześniej. Uniemożliwiał mu to jednak kategoryczny zakaz Semjase podyktowany względami bezpieczeństwa. Całe to zdarzenie byłoby bezsprzecznie cenniejsze, gdyby nie przebiegało tak tajemniczo, lecz w tym przypadku nie mogło być niestety inaczej.

Podobne artykuły


19
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1849
14
komentarze: 7 | wyświetlenia: 10689
20
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1933
19
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1517
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 929
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 3872
53
komentarze: 50 | wyświetlenia: 32613
19
komentarze: 21 | wyświetlenia: 2746
32
komentarze: 49 | wyświetlenia: 2873
20
komentarze: 8 | wyświetlenia: 28139
19
komentarze: 9 | wyświetlenia: 10055
19
komentarze: 8 | wyświetlenia: 16025
17
komentarze: 60 | wyświetlenia: 4145
17
komentarze: 17 | wyświetlenia: 1882
 
Autor
Artykuł



  mazur,  06/01/2008

Gnębi mnie jedno pytanie. Niemieccy uczeni zbudowali latające talerze a amerykanie oraz sowieci je przejęli, dzięki czemu powstały później różne ich nowocześniejsze wersje to, po co powstał projekt „aurora” czyżby jak zwykle dla zamydlenia oczu? Czy też dlatego że nie można było wyeliminować promieniowania z którym to Niemcy nie mogli sobie również poradzić?

Nie lubię gdy szanu jacy się ufolodzy mówią o Pejadanach!
Owszem jest wiele cywilizacji lecz nami zajmuje się ta która nas od podstaw stworzyła...
Moim zdaniem jesteśmy tylko królikami doświadczalnymi naszych stwórców, tylko, że dość inteligentnymi.
Bardzo możliwe, że za parę milionów lat człowiek będzie dorównywał dzisiejszej inteligencji obcych. Lecz będziemy musieli to przypłacić tą samą ceną którą przypłacili nasi stwórcy...

A mnie pasuje ta hipoteza, że Ziemia na mrocznych peryferiach Galaktyki, z dala od ważniejszych cywilizacji to miejsce zsyłek dla skazanych na wieczną banicję wszelkiej maści patologii z całej Galaktyki:) Dusze ponoć nie mają jak wracać do rodzimych planet, bo za daleko i jakieś promienie jeszcze pilnują żeby nie wróciły, a jak technika się rozwija to jakieś potopy robią strażnicy tego mamra, żeby ...  wyświetl więcej

  ulmed,  15/07/2008

Twój komentarz jest super! Mało, nie spadłam z krzesła, tak się uśmiałam. "...jakieś potopy robią strażnicy tego mamra...". Rewelacja.

  Max King,  05/09/2008

A pamiętacie co powiedział imć Constantine, Jack Constantine, w filmie Constantine? "Bóg to dzieciak a my jesteśmy jego kolonią mrówek". Natomiast film Piła świetnie pokazuje jak nas kontrolują: uważamy się za spryciarzy, myślimy że ich przejżymy, przechytrzymy, że nie dość, że się nie dowiedzą to jeszcze przegrają... a oni nie tylko wiedzą o wszystkim, ale przewidzieli to już dawno.

  ,  15/11/2008

No też popieram hipotezę, na podstawie dostępnych faktów wszystko przemawia za tym, że mieszkamy w takim właśnie miejscu zsyłki, więzieniu dla dusz zacofanych w kosmicznej ewolucji, odizolowani od kosmicznej społeczności. Pozdrawiam

  kunubu  (www),  07/11/2008

Ludzie (i kosmici, rotfl), jak chcecie byc traktowani w tej tematyce powaznie, to wypadaloby zeby pojawilo sie chociaz jakies zdjecie lub cos co odrobine zblizy was do naukowej metody badawczej, bo poki co to czyste dyrdymaly.
Jak chcecie zeby ktokolwiek przebrnal przez pierwsze trzy litery (ufo) to musicie dysponowac conajmniej takim zapleczem dowodow jak w przypadku afrykanskiego plemieni ...  wyświetl więcej

W kręgach urologicznych - tzn oddających mocz - no możliwe jest to możliwe.

Obie czaszki, ta z wyspy Zealand i ta z The Starchild Project www.starchildproject.com wyglądają na potencjalne dowody ingerencji kosmitów na naszej planecie :

http://eiba.pl/2udn

.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska