Login lub e-mail Hasło   

PRL - owskie dziecię - czyli do woja marsz...

Dzieciństwo w PRL-u to okres beztroskiej zabawy, wbrew pozorom nie siermiężnej i nie nudnej, jednakże o wiele "ciekawiej" było, kiedy przyszło stanąć w szeregi LWP...
Wyświetlenia: 2.776 Zamieszczono 03/10/2008

Peerelowskie beztroskie lata.

 

Początek lat sześćdziesiątych to okres, w którym uczęszczałem do przedszkola mieszczącego się w budynku dawnego zakładu św. Boromeusza, jeszcze prowadzonego przez siostry zakonne. Bodajże 2 lata później odebrano siostrom przywilej prowadzenia placówki.

- Pamiętam doskonale habity sióstr przepasane białą linką, jednak każdy z nas najbardziej obawiał się kary klęczenia na woreczku grochu. Karano często. Ja sam siedziałem kiedyś w „ciemnicy” .Było to pomieszczenie chyba gospodarcze, niedaleko kuchni, gdzie prowadzono delikwenta, aby go ukarać. To właśnie w tym przedszkolu nauczono nas pieśni „Kiedy to Jezus chodził po świecie”. Gdziekolwiek byłem, a przypadkowo słysząc te strofki - zawsze przed oczami miałem przedszkole przy ul. Sukienników.

Do dzisiaj odczuwam respekt do nieżyjącej już pani Cz. Samą swoją posturą i tubalnym głosem powodowała drżenie dziecięcych serc. Zapamiętałem, ale to było już po tym jak nie było sióstr, a przedszkole przeszło we świeckie władanie, że odwiedzał nas nie gwiazdor, a Dziadek Mróz wraz z tajemniczą Królową Śniegu. I ogromna choinka do samego sufitu, przy której każdy z nas miał obowiązkowo wykonane pamiątkowe zdjęcie.

Sentymentem darzyłem i ciągle darzę moją byłą panią wychowawczynię o wdzięcznym imieniu Halinka. Tak ją polubiłem, a ona nas. Jeżeli jeszcze żyje i być może przeczyta te słowa – to proszę przyjąć wyrazy szacunku.

Często jako kilkuletni malec doznawałem wstrząsu na widok rannych koni ciągnących fury z węglem. Stromy podjazd na wysokości obecnego pl. św. Jerzego okazywał się dla zwierząt zabójczy. Szczególnie w zimie, na śliskiej kostce granitowej zwierzęta łamały nogi. Na nic zdały się pohukiwania zdenerwowanych wozaków, a matka zakrywała mi oczy, by oszczędzić mi widoku rannych zwierząt.

Po szkole…

Kiedy zacząłem uczęszczać do szkoły Podstawowej nr 2 miałem znacznie więcej okazji, aby poznać miasto. Było to na tyle dziwne, ale miało dobre strony, że szkołę miałem po drugiej stronie ulicy, niedaleko miejsca zamieszkania, a mimo to zostałem przydzielony do mieszczącej się po drugiej stronie miasta.

Zapamiętałem dobrze nieistniejącą obecnie mleczarnię w pobliżu Szkoły Podstawowej nr 1, gdzie często z kolegami obserwowałem wyładunek olbrzymich konwi z mlekiem. Niekiedy pracownicy dali nam możliwość spłukania gumowym wężem rampy, z której odbywał się wyładunek. W nagrodę każdy z nas mógł napić się mleka do woli.

Na placu Piastowskim znajdowała się stacja paliw. Ona też stanowiła powód naszego zainteresowania. Można było niekiedy w specjalnej bańce wymieszać olej z benzyną stanowiącą paliwo do motorowerów „Żaków” czy „Rysiów” Niekiedy osobiście mogłem nalać do baku przyrządzoną mieszankę. Matka trochę nieprzychylnie odnosiła się do tego, z powodu tłustych plam i zapachu benzyny.

O wiele większą atrakcję stanowiła remiza strażacka usytuowana w miejscu obecnego hotelu, tuż obok zaczynającej się ulicy Prochowej.

To był inny świat, rzadko przez nas oglądany. Same wrażenie robiła już remiza, z potężnymi bramami, a w niej poczciwe „Stary” w niczym nie przypominające obecnych bojowych wozów Straży Pożarnej. Próby odpalania pomp strażackich na placu nie kończyły się powodzeniem. Ale gdy zaskoczyła jej brum... brum... w naszych uszach brzmiało jak piękna muzyka. Mieszkańcy pobliskich domów mówili nam, że jest to silnik od „Syrenki”, ale my wówczas o tym nie mieliśmy zielonego pojęcia. Fascynowała nas motoryzacja. Jak na dziesięciolatków wystarczająco dobrze. Szczytem naszych zainteresowań było mycie „Adlera” i skuteru „Osa” - westchnienia naszych marzeń. Nieraz marzenie to realizowało się w postaci przejażdżki z sąsiadem, do którego pojazd należał.

Zapominaliśmy o bożym świecie. Dopiero nerwowe wołanie mamy:

- Poczekaj powiem ojcu – sprowadzało nas do rzeczywistości.

W czasach mojego dzieciństwa niejako do naszych obowiązków należało robienie zakupów, nie rodzinie, ale sąsiadowi. Bez żadnego sprzeciwu kupowało im się w kance mleko, po drodze popijane, czy chleb z odłupując skórkę, czy podjadając po drodze kapustą kiszoną. Niekiedy jak się miało tzw. „farta” dostawało się złotówkę. A to już było na co wydać. Łezka się w oku kręci na wspomnienie tego.

Niedaleko młynów na obecnej ul. Piłsudskiego znajdował się „Ogródek Jordanowski” miejsce rozgrywania meczy piłki nożnej i szaleńczej jazdy na karuzeli. Spotykała się tam starsza młodzież, traktująca z góry małolatów. Lecz z tego powodu większych zatargów nie było.

Punktem podwórkowego spędzania czasu było udanie się na tzw. „Pachtę” To nic innego jak poczęstunek z czyjegoś sadu, tyle, że bez przyzwolenia właściciela. Pachtowało się z kulturą wg zasady: rwiesz ile zjesz. Bez żadnego złośliwego niszczenia pozostałości ogrodu. Niejeden z nas zwracał drugiemu uwagę, aby nie podeptać grządek. Rwano w ten sposób jabłka, śliwki, agrest czy truskawki. Jednakże najcenniejszym trofeum były orzechy włoskie rosnące w pobliżu boiska Szkoły Podstawowej nr 3.

Miały jednak negatywną cechę. Łupiny brudziły ręce na brązowo. Trudno to było usunąć, a trzeba było, gdyż stanowiły wyraźny dowód wieczornej eskapady. Nieraz z tego powodu, po przyjściu matki wezwanej do szkoły obrywało się tęgie baty.

Ulubionymi ogrodami naszych odwiedzin były sady w miejscu dzisiejszego osiedla „Spółdzielczego” oraz ogród sąsiadujący z posesją dr Łukowicza przy ulicy Piłsudskiego.

Niekiedy częstowano się owocami z ogrodów przy ulicy Towarowej.

Wielką atrakcją dla nas sztubaków były transporty wojskowe armii radzieckiej. Na dworcu z dzielnymi żołnierzami niepokonanej Armii Czerwonej wymieniało się cokolwiek dało się wymienić. Ja sam posiadałem kilka odznaczeń i emblematów wojskowych, a także 5 litrową puszkę ... marmolady. Otrzymałem to wszystko w zamian za parę drobiazgów. Kolega znacznie od nas starszy wycyganił piękny zegarek w zamian za zdjęcia pań roznegliżowanych. Chodził dumny jak paw, a wszyscy mu zazdrościli.

Tak jak i dzisiaj lubimy zajadać się lodami, tak i my to robiliśmy. Na początku lat sześćdziesiątych nie było lodów innych jak gałkowych nabieranych z termosów. Bardzo smakowały nam lody z cukierni Jednoralskiego i Odejewskiego. Równie dobre można było skonsumować w „Cristalu” Falkowskiego czy cukierni Guentzla. Swoja lodową wytwórnię posiadały PSS - y zlokalizowaną w pobliżu ul. Krętej. W tej ostatniej często można było załapać się na darmowe lody zawsze wtedy, kiedy zachodziła konieczność zaniesienia pełnych termosów do sklepu. Dopiero znacznie później pojawienie się lodów „Calypso” czy „Bambino” znacznie ograniczyło naszą pomoc. Zaczęliśmy nosić szare kartony z chłodni do sklepu. Pierwszy kiosk „Krakus” sprzedający te lodowe delicje był na ul. Świerczewskiego, a prowadzony był przez rodzinę Kolasa.

Zabawy nie zawsze fortunne…

Zima to szczególny okres dający upust naszej fantazji. Szczególnie, gdy były mroźne i śnieżne. Każdy z podwórkowej ferajny miał osobliwy pojazd zwany bojerem z ruchomą kierownicą. Zbite deski z dwoma tylnymi łyżwami i z trzecią przy ruchomej pseudo kierownicy. Lepsze modele, a zależało to od wyobraźni właściciela obite były dermą i posiadały oświetlenie zasilane płaską baterią. Szybkością i zwrotnością wyprzedzały sanki o całą epokę. Jeździło się nimi z obecnego Wzgórza Ewangelickiego, w miejscu gdzie obecnie znajduje się budynek Domu Kultury w kierunku Parku Tysiąclecia, lawirując wśród przechodniów. Wielką frajdą było podczepienie się do chłopskich sań, mimo realnego zagrożenia razów batem. Zmorą rodziców były łyżwy. Początkowo mocowane na tzw. „gwinty” Te miały jednak tę zaletę, że niemiłosiernie niszczyły obcasy rozłupując je doszczętnie. Pojawienie się łyżew na „blaszki” montowane przez szewca stanowiło powód do dumy w połączeniu z kluczykiem do łyżew. Pociągała nas budowla śnieżnych bunkrów. Mozolnie lepione, zadaszone z wejściem i widokiem na najbliższą okolicę. Często polewane wodą pod wpływem mrozu zamieniały się w prawdziwe fortece, przy których toczyły się śnieżne batalie, często zakończone rykiem trafionego w głowę przeciwnika. Wtedy sytuacja stawała się o wiele groźniejsza, szczególnie, gdy na horyzoncie nadciągała odsiecz w postaci mamy poszkodowanego. Na łyżwy chodziliśmy nad stawy mieszczące się w okolicy dzisiejszego parkingu przy markecie „Kaufland” i do czasu zorganizowania lodowiska ślizgaliśmy się na stawie zwanym „Mędzą” w Parku Tysiąclecia.

Podczas wiosennych roztopów park zamieniał się w wielkie jezioro. Pływaliśmy na krze odpychając się kijami. Ja pewnego razu pływałem na mostku drewnianym porwanym przez wezbrane wody. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia wynikającego z takiej zabawy. Na szczęście nigdy nikomu nic się nie stało, jeżeli nie liczyć całkowitego zmoczenia od stóp po...kolana.

Staw przyciągał nas praktycznie co roku. Pewnego lata wraz z starszymi od nas kolegami z podwórka zaczęliśmy łowić ryby metodą... ogłuszania. Polegała ona na wsypaniu do butelki po oranżadzie karbidu i wlaniu wody i szczelnym zamknięciu czekaniu na rezultat. Nie pamiętam, aby ta metoda przyniosła oczekiwany skutek. Ja w każdym razie nie doczekałem się wybuchu. Za to waliło i to jak z armaty przy strzelaniu z puszki po farbie. Aby zwiększyć efekt strzału chodziliśmy pod drugi wiadukt przy ul. Lichnowskiej. Do puszki wkładało się kawałek karbidu, polewało wodą z kałuży i szczelnie zaciskało wieczko. W dolnym z dziurką przykładało się zapaloną zapałkę. Aby nie gasła na wietrze, kupowało się zapałki „Sztormowe” Rozlegał się wybuch jak z armaty, a my bacznie uważaliśmy na kolejarzy zwalczających milicję zajadle zwalczających nasze praktyki. Nieraz salwowaliśmy się ucieczką na pola w kierunku Czarnej drogi, ale tam już nie mieli szans nas dogonić. Nie wiem jak to się stało, ale rodziców odwiedził nasz dzielnicowy, ten sam, który kilka lat później zabronił nam słuchania Radia Luxemburg z powodu muzyki, jak określił anglosaskiej. I to dzięki niemu zakończyło się moje strzelanie pod mostem. Potrzeba jest matką wynalazków. Wkrótce podwórze rozbrzmiewało kanonadą tyle, że strzelano z „klucza”, do którego sypano siarkę. Otwór zamykano gwoździem na sznurku. Uderzało się o ścianę i rozlegało się buuumm. Nie tak donośne jak z karbidu, ale wystarczało. Miało to swoją dobrą stronę, że całe uzbrojenie mieściło się w kieszeni harcerskich spodenek.

Graliśmy namiętnie w pieniądze na „murek” Uderzało się monetą o ścianę różnymi metodami. Prosto, z kancika. W miejscu gdzie upadła kolegi i moja mierzyło się palcami. Jeżeli palce twojej i jego monety się pokrywały kasowałeś wygraną przy sprzeciwie kolegi mającego jeszcze nadzieję wydmuchać spod palca monetę. Zyskiwał jedynie piasek w gębie, bo trzymało się monetę mocno, na tyle, że już czułeś się jej posiadaczem.

Różne były metody gry np.: „dołek”, ale nam najbardziej odpowiadał murek. Podobnie było z grą w noża. Na zarysowanym okręgu na ziemi stosowało się różne techniki takie jak: z łokcia, palca, ust czy głowy. Moje pokolenie nie ma problemu z określeniem zasad gry.

Ciekawą a jednocześnie ściganą przez milicję zabawą było pokazywanie cytryny orkiestrze usytuowanej przy trybunie honorowej w miejscu obecnej płyty pamięci przy ul Sukienników, podczas uroczystości pierwszomajowych. Z cytryną były kłopoty z racji tego, że wtedy nie było ich praktycznie w sprzedaży. Ale i na to znaleźliśmy sposób. Szwagier naszego kolegi pływał na promie i to on dowoził cytryny. Chociaż raz narobiliśmy niezłego zamieszania używając do tego celu plastykowej atrapy łudząco podobnej do oryginału. Dziwna rzecz, ale wtedy owoców z tworzywa sztucznego nie brakowało. Były i winogrona białe i czarne, jabłka i gruszki. Z tą cytryną było tak:

Połowę przekrojonej cytryny brało się w rękę. Należało stanąć naprzeciwko orkiestry. Najlepiej gdy był to trębacz, albo puzonista. Patrząc mu w oczy wyciskało się powoli w wyciągniętej ręce cytrynę i w...nogi. Jak później opowiadali koledzy, a i sam widziałem – oczy muzyka robiły się duże ze zdziwienia. Po chwili dziki wyraz twarzy i odjęcie ust od instrumentu w celu splunięcia nagromadzonej śliny powodowało wściekłą reakcję kapelmistrza. Nigdy nikomu na tym procederze nie udało się nas złapać.

W okresie letnim wyprawa z rodzicami do Charzykowa była traktowana na równi z wycieczką. Od samego rana trwało przygotowywanie bułek, pomidorów i nieśmiertelnych jajek owijanych w gazetę. Do tego butelki wody z sokiem i jazda na przystanek. W tedy to bilet sprzedawał konduktor i z namaszczeniem godnym mistrza dziurkował je ręcznym kasownikiem. Pamiętam, że jeden z konduktorów nazywał się Brauer Jan.

Zawsze jadąc w kierunku Charzyków zadawałem sobie pytanie: - zmieści się tym razem czy też nie?. Chodziło mi o przejazd autobusem przez Bramę Człuchowską. Widocznie mieścił się i to dobrze, bowiem nie pamiętam, aby kiedykolwiek pojazd uderzył w basztę.

Sama miejscowość wypełniała się mieszczuchami spragnionych słońca i wody. Rzucały się w oczy kolorowe chusty kolonistów, których tu było bez liku. Wieczorem zmęczeni po całym dniu i staniem w kolejce po lody, ściśnięci w autobusie jak śledzie w beczce turlaliśmy się do Chojnic. Co chwilę tubalny głos konduktora, a były i konduktorki oznajmiał: „Osady Bytowskie” wysiadać...

Czaszkowe dylematy…

Lata były upalne, przeplatane słoneczne dni krótkimi burzami były beztroskie. Pierwszy miesiąc wakacji to przeważnie kolonie w różnych rejonach kraju. Pozostałe dni spędzane w mieście. Często spędzaliśmy wolny czas w parku na obecnym Wzgórzu Ewangelickim w pobliżu fontanny usytuowanej w pobliżu drugich schodków na skarpie. Mimo, iż była nieczynna znaleźli się odważni do kąpieli w mętnej zielonej wodzie pozostałej po deszczu. W pobliskich krzakach można było się natknąć na kamienne obramowania grobów wystających spod ziemi. Wtedy dowiedzieliśmy się, że był to cmentarz ewangelicki. Podczas budowy Kino – Teatru w powstających wykopach spychacze odsłaniały rzędy trumien. Jako chłopak miałem okazję być świadkiem otwierania trumien przez pracowników. Wielu pogrzebanych po otwarciu wyglądało tak, jakby byli niedawno pochowani. Pamiętam doskonale zachowane szaty i stan zwłok. Większość szczątków ładowano na przyczepy i wywożono w kierunku ul. Kościerskiej. Czaszki i piszczele walały się wszędzie. Każdy z nas miał swoją czaszkę ku ogromnemu przerażeniu rodziców, którzy zmusili nas do odniesienia w miejsce spoczynku.

To była moja druga czaszka we władaniu. Pierwszą zabrałem sobie podczas prac wykopaliskowych prowadzonych wokół kościoła farnego. Większy strach w nas budził ks. Proboszcz Lis, gdzie spotkanie z nim będę nosił w pamięci do końca życia. Ale o tym za chwilę. Po dwóch dniach odniosłem ją tam skąd wziąłem. Z tymi czaszkami to była dziwna sprawa. Coś nas do nich ciągnęło. Próbowaliśmy także zdobyć ją na cmentarzu poniemieckim znajdującym się w pobliżu dzisiejszego hotelu „Olimp” Tam byliśmy przeganiani przez krzepkiego staruszka doglądającego cmentarza. Szwargotał on po niemiecku, mimo, że nic z tego nie rozumieliśmy daliśmy sobie szybko spokój. Dzisiaj myślę, że nie były to żadne zapędy satanistyczne, bo zjawisko nam było całkowicie obce, a jedynym jako takim znanym przedstawicielem władcy Lucyfera był diabeł Boruta z Łeczycy, o którym to słyszeliśmy z opowiadań rodziców. Myślę, że nas jako kilkuletnich chłopaków bawiło przerażenie sąsiadów na widok pokazywanej czaszki. Dzisiaj wiem, że były to zagrania niskiego lotu.

Często rozmawiałem z siostrą Wojciechą. Nie wiem czy było to jej prawdziwe imię czy też nie. Zajmowała się ona niesieniem pomocy medycznej. To właśnie ona często zaklejała mi kolana pozdzierane podczas letnich dni. Polubiła mnie, a ja ją. Dobrze znała się z moją babką, z którą lubiła na ulicy uciąć sobie dłuższą pogawędkę. Zawsze będę ją pamiętał. Jej czarny habit, i jej badawcze spojrzenie, przed którym nie dało się kłamać.

Będąc po przyjęciu pierwszej komunii św. często uczęszczałem do kościoła i spowiedzi. Nie z potrzeby ducha, a raczej z poczucia chłopięcego obowiązku. Pewnego letniego dnia w kościele panował miły chłodek, drzwi do świątyni były otwarte na oścież. Wraz z grupą kolegów staliśmy w kolejce do spowiedzi. Nagle w środku pojawił się mały kundel, którego szczekanie niosło się echem pod samym sklepieniem. Nie wiem co mnie tknęło, ale odezwałem się do kolegi stojącego przede mną w te słowa: - To proboszcz tak wrzeszczy( na myśli miałem psi jazgot) na Krzyśka, za jego grzechy. Słysząc te słowa dostał spazmatycznego śmiechu, a ja razem z nim. Bolały nas brzuchy z rozbawienia. Nagle jak spod ziemi pojawiła się wyniosła postać proboszcza Lisa, purpurowego ze złości na twarzy. Nic nie mówiąc, sycząc ze złości złapawszy mnie za ucho, mojego kompana też wyciągnął nas za uszy z kościoła. Na zewnątrz udzielił nam reprymendy. Słuchaliśmy jej w nabożnym skupieniu przyrzekając poprawę. Zażądał abyśmy osobiście stanęli u niego do spowiedzi. W obawie przed zbyt wielką pokutą nigdy nie wyspowiadaliśmy się u niego. Unikaliśmy jego jak ognia, na tyle skutecznie, że nigdy już potem nie stanęliśmy z nim oko w oko.

Lata szkolne nie wyróżniały się niczym szczególnym, poza manią grania w piłkę nożną. Szczeniackie wygłupy odeszły w zapomnienie na rzecz podwórkowych mistrzostw świata w piłce nożnej.

Bez wątpienia było to zasługą naszej reprezentacji piłkarskiej, która swoją postawą w 1974 r. w RFN spowodowała, iż wszystkich ogarnął piłkarski amok. Mimo swoich 17 lat czułem się jak stary piłkarski wyga, co to niejednemu bramkę strzelił. A strzelano i to ostro ku rozpaczy bramkarzy, którzy dwoili się i troili by ratować piłkarski honor. Korzystałem z wolnego czasu do woli, od rana do wieczora, a że nauka nie sprawiała mi trudności to lekcji w zasadzie nie odrabiałem, a każdy powrót z boiska kończył się często przysłowiowym kamiennym snem. Natomiast każda szkolna wywiadówka na temat mój kończyła się niezmiennym wywodem:

- Zdolny, ale leń.

Była to święta prawda, a, że święci garnków nie lepią i pomny na swój upór reprezentowałem postawę niezmienną, choć znaczących piłkarskich sukcesów nie osiągnąłem.

U progu dorosłego życia

Mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem i ani się nie obejrzałem rozpocząłem 19 rok istnienia na ziemskim padole, jak się wkrótce przekonałem przełomowy w moim dotychczasowym i spokojnym życiu.

Któregoś dnia, a było to po tym, jak zacząłem pierwszą pracę w największym zakładzie przemysłowym miasta „Mostostalu”, po przyjściu z drugiej zmiany czekała na mnie niespodzianka w postaci wezwania na komisję poborową. Nie przeraziło mnie to jednak, a ja sam nie widziałem powodu, aby migać się od służby wojskowej. Słyszałem wcześniej opowieści starszych kolegów o przebiegu ich służby w Ludowym Wojsku Polskim. Nie były one optymistyczne, ale i nie były tragiczne, a niekiedy powodowały moją wesołość. Sam z natury usposobiony do życia byłem raczej optymistycznie nie wyobrażałem sobie „fali” i „rezerwy”, a cóż dopiero przysięgi. Do dnia wezwania na komisję nie zaprzątałem sobie tym głowy, chociaż podświadomie czułem, ze czeka mnie coś dotychczas niespotykanego. Kiedy nadszedł czas stawiennictwa, wraz z grupą moich podwórkowych kolegów, z których większość miała pełne portki strachu udaliśmy się do Domu Kultury przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie na czas poboru zainstalowała się komisja. Już z daleka zobaczyć można było grupki młodzieży, otaczającej niewielki placyk przed budynkiem. Kilku z nich z rękoma w kieszeni pozując na nic sobie nie robiących w związku z zaistniałą sytuacją, paliło papierosy, co chwila wybuchając gromkim śmiechem. Obserwując ich wiedziałem, że pod maską beztroskiego śmiechu czaił się w nich lęk. Widać to było po moich towarzyszach, którzy już po drodze dawali mi do zrozumienia co myślą na temat wojska i czekającej ich służby.

- K… wa to dwa lata wyrwane z życiorysu

Szepnął mi do ucha jeden z nich, kiedy po schodach wyłożonych szarym lastrykiem maszerowaliśmy na pierwsze piętro, gdzie urzędowała rejestracja przyszłych obrońców Ojczyzny. Długi korytarz na piętrze z szeregiem drzwi, z których jedne otwarte na oścież. To właśnie z nich wytoczył się tęgi jegomość w zielonym mundurze. Na naszywkach zdaje się miał gwiazdki.

- Chyba kapitan – odezwał się jeden z nas

– Tak, ale Kloss – dodałem

Całe korytarzowe bractwo wybuchło gromkim śmiechem. Atmosfera niepewności jakby zelżała i każdy z nas poczuł się znacznie lepiej. Wśród chwilowej beztroski dal się słyszeć piskliwy damski głosik:

- Panowie…panowie proszę o pół tonu ciszej – dobiegło nas z pokoju z otartymi drzwiami. Wśród męskich głosów, bo przecież każdy z nas miał ukończone 19 lat cienki damski dyszkancik zabrzmiał jak głos z innego świata. Już nie wybuchy śmiechu, a dziki ryk rozbawienia wstrząsnął ścianami korytarza. Z trzaskiem otworzyły się następne drzwi, pojawił się wielki brzuch opięty szerokim skórzanym pasem, a po chwili jego właściciel. Mógł mieć nie więcej niż 30 lat, ale jego „mięsień piwny” był zaiste imponujący.

- No co jest poborowi – ryknął robiąc się czerwony na twarzy.

- Już niedługo będziecie płakać i zapewniam, że nie ze śmiechu – dodał już nieco ciszej omiatając nas wzrokiem.

Nie wiem jak to się stało, czy może któryś z nas ze strachu, a może świadomie w tym dla nas tak doniosłym momencie głośno puścił bąka. Nadęta żaba, bo takiego mi ów osobnik w stopniu sierżanta przypominał, zrobił się zielony na twarzy jak kolor jego munduru, by po chwili oblec się w purpurę i dopiero jak nie wrzaśnie:

- Jaja sobie robicie!... już niedługo woda wam się w d…pie zagotuje…a pierdzieć będziecie z wysiłku…k…wa jego mać – zaklął na odchodne trzasnąwszy drzwiami.

Zapadła grobowa cisza. Chciało mi się śmiać, bo jakoś nie mogłem sobie wyobrazić jak mi się ta woda zagotuje i dlaczego mam pierdzieć z wysiłku. Na dalsze rozmyślania nie było czasu, bo już zaczęto wołać nas po nazwisku. Na dźwięk swojego śmiało wkroczyłem do sali z dwoma wielkimi oknami, przesłoniętych szarosiwymi od tytoniowego dymu firanami. Podobnego koloru był wytarty parkiet z drewnianych klepek. Stoły ustawione w podkowę obleczone zielonym płótnem podkreślić miały ich wojskowy charakter, chociaż bardziej przypominało to mi oślą łączkę. Za nimi siedziało trzech wojskowych. Pierwszy z brzegu rzucił krotko:

- Imię i nazwisko – zanim zdążyłem odpowiedzieć wynotował coś z mojego dowodu osobistego i gestem reki przekazał mnie wcześniej poznanej na korytarzu „żabie”.

- Gdzie chcecie służyć – warknął krótko. Wkurzył mnie takim potraktowaniem dogłębnie.

- Poczekaj – pomyślałem i z głupia frant odparłem:

- Jak to gdzie? W wojsku!

- Wy mi tu ze mnie głupka nie róbcie…jasne?... wysyczał przez zęby.

- Wiadomo, że w wojsku a nie u proboszcza na plebanii – rozumiecie! – warknął głośniej i dodał: - w jakiej formacji?...

- Co mam nie rozumieć - odparłem … mnie tam obojętne…ważne, aby to mieć już za sobą – dodałem patrząc mu odważnie w oczy.

- Podobacie mi się poborowy – coś zanotował w kartotece i kazał mi się przesunąć w kierunku chudego blond wymoczka z zasadniczej służby, o czym świadczyły jego kapralskie belki na pagonach.. Wymoczek spojrzał na mnie oczami zganionego psa, podrapał się po krotko obstrzyżonych blond włosach, a raczej po tym, co z nich pozostało i odezwał się jak na jego posturę nadzwyczaj głośno:

- Chcecie oddać krew?

Coś tam słyszałem wcześniej o idei honorowego krwiodawstwa, ale szczegółów nie znałem.

- No wiecie – rzucił widząc moje wahanie – dostaniecie za to dzień wolny od pracy i dobrze będzie widziane to w wojsku.

- Raz kozie śmierć… i podpisałem na siebie wyrok na małym karteluszku, który niepostrzeżenie podsunął mi pod nos.

– Ale krew oddacie po zbadaniu przez lekarza i na podstawie tego dostaniecie kategorię - zdolny lub nie… chociaż tej ostatniej raczej tu się nie otrzymuje.

Nie słuchałem jego wywodów, bo już poganiany przez młodziutką pielęgniarkę znalazłem się jeszcze na większej sali od tej, w której nie tak dawno przebywałem.

Była to sala widowiskowa, o czym świadczyła jej rozmiary. Za pojedynczymi stołami w większości siedzieli lekarze wojskowi. Mój wzrok przyciągnęła grupa moich rówieśników zbita w gromadkę niczym stado przerażonych baranów. Na sobie, poza czarnymi sportowymi spodenkami, które wprawdzie bardziej przypominały staromodne pantalony nie mieli nic. Zaczęło mnie to śmieszyć, toteż z uwagą kątem oka łypałem na zziębniętych golasów. Nagle na dźwięk wywołanego nazwiska grupa zafalowała i zaczęła wypuszczać poszczególnych delikwentów. Komiczny to był widok. Każdy z nich zatrzymał się przy pierwszym stoliku za którym siedział lekarz wojskowy. Nagle padła komenda:

- Podnosimy lewą nogę…teraz prawą.

Wszyscy z badanych poruszali się jak tańczący niedźwiedź w cyrku, by po chwili znaleźć się przy drugim stoliku.

Słychać było: - otworzyć usta… pokazać język…stanąć prosto!

Po krótkich oględzinach nie wyłączając pleców, przesunęli się w kierunku ostatniego stolika. Za nim zasiadała czarnowłosa piękność oraz starsza może czterdziestoletnia przeraźliwie chuda blondyna. Musiała być to lekarka, bowiem czarnowłosa z wyraźnym respektem wykonywała jej polecenia. To właśnie ona, głosem nie znoszącym sprzeciwu rozkazała:

- Spodenki do kolan opuścić.

Zapanowała konsternacja pośród badanych. Jak na razie nie znalazł się odważny do wykonania polecenia.

– Czy nie wyrażam się dość jasno? – rzuciła po chwili.

– No jak zdjąć majtki? –odezwał się jeden z odważnych.

– No chyba nie będziecie ich ściągać przez głowę – odezwała się milcząca do tej pory chuda blondyna.

– No szybciej…szybciej nie ma czasu…czekają jeszcze inni.

Sam byłem ciekawy co z tego wyniknie. Próby pokazania przyrodzenia szły opornie, co też wydawało mi się zrozumiałe, ale nie docierało to do mnie, że i ja za chwilę zostanę postawiony przed faktem dokonanym. Powoli z ociąganiem kilku z nich zaczęło powoli zsuwać spodenki, natychmiast zakrywając dłońmi swoje przyrodzenie.

– Co jest panowie – rozległo się naraz.

- Jak ja mam ocenić czy macie wszystko w porządku.

- No rączki w dół – to mówiła starsza z kobiet. – No już…już niecierpliwiła się coraz bardziej.

Powoli z ociąganiem odsłaniali swoje przyrodzenia. Stałem z boku po lewej stronie sali. Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Widok był komiczny. Gdy stali tak w szeregu ich przyrodzenia zwisające przypominały mi kurze szyje, którym obcięto głowy. Mój śmiech zwrócił uwagę czarnowłosej która strzeliła na mnie wzrokiem. Gdyby miał siłę rażenia pewnie leżałbym trupem.

– No bratku – odezwała się do mnie… potrzebujesz specjalnego zaproszenia.

- Kto ja? - zapytałem z głupia frant…

- Tak, jaśnie pan nie rozumie?

Rozumiałem i to dobrze, ale próbowałem zaprotestować.

- Ale ja jeszcze nie byłem na tych badaniach – powiedziałem pokazując palcem w kierunku pierwszego stołu.

– Nie szkodzi – usłyszałem… pójdziesz na nie po tym badaniu.

Rad nie rad zbliżałem się do nich, idąc jak ofiara w stronę kata. Wiedziałem, że i ja nie obejdę się bez oględzin moich klejnotów, jakby to one decydowały o sile bojowej naszej armii. Zbliżając się do nich pomyślałem, że może je zbiję z pantałyku próbując jakiegoś wybiegu. Nic z tego. Jeszcze się dobrze nie zbliżyłem, a już miałem gacie na wysokości kostek od nóg. – No będzie dobry z was żołnierz, bo odwaga aż bije w oczy – powiedziała wychudzona blondyna zerkając na moje jestestwo, które o dziwo nie wzbudziło w niej zbytniego zainteresowania.

- Wszystko w porządku – rzuciła do czarnowłosej, która coś odfajkowała na tekturowej kartotece. Wciągnąłem spodenki nad wyraz szybko i zgrabnie, a po chwili miałem wykonane następne badania. Nagle usłyszałem swoje nazwisko. Ki diabeł pomyślałem i naraz słyszę:

- Wyczytani poborowi do sali na parterze…tam pobierają krew.

W ferworze „gaciowych” zmagań jakoś wyleciała mi z głowy idea oddawania honorowego krwi. Wymigać się nie było jak, bo książeczkę z kategorią zdrowia dawali dopiero po pobraniu krwi. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Od tego momentu, aż do końca roku 1982 oddałem prawie 13 l. krwi. Zaprzestałem na początku lat osiemdziesiątych ze względu m.in. na brak strzykawek jednorazowych itp. Ale to dopiero miało być w przyszłości.

Chyba krótko po godz. 15 zaczęto wydawać nam książeczki. W mojej stało jak byk :Kat „A” przeznaczony do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, a wojska w przeciwieństwie do innych nie obawiałem się wcale. Z zaciekawieniem trzymałem ją w ręku i poza paroma wpisami, nie wzbudziła we mnie zainteresowania, stanąłem przed faktem dokonanym. Dzień zakończyliśmy w pijalni piwa na „Szewskiej”, która jak ulał pasowała do opisu knajp rodem z Dzikiego Zachodu. Kwaśny odór piwa, wymieszany z papierosowym dymem i zapachem moczu dobiegającym z pobliskiej toalety to piorunująca mieszanka nawet jak nasze młode organizmy. Z uczuciem ulgi wyszliśmy na zewnątrz kierując się w stronę dworca PKP, bowiem większość z nas mieszkała na końcu ul. Świerczewskiego (obecnie Piłsudskiego). Następne dni nie zakłóciły codziennego rytmu. Praca na zmiany, kufelek piwa z kolesiami na Brzozowej i tak do dnia, kiedy pokwitowałem wezwanie do stawienia się w Wojskowej Komendzie Uzupełnień w celu odebrania karty powołania.

Do woja marsz do woja…

Na początku października 1976 r. przyjechałem do Świecia nad Wisłą, aby odebrać bilet powołania do czynnej służby wojskowej. W naszym mieście zlikwidowano komendę uzupełnień i przyszło mi się samemu tłuc 65 km do miasta, w którym nigdy nie byłem. Z poborowych z Chojnic byłem sam. Już w autobusie zorientowałem się, wraz ze mną i w tym samym celu podróżuje kilku podobnych do mnie delikwentów z okolicznych podchojnickich miejscowości. Jeden z nich, straszny rozrabiaka, jak się później okazało, został w wojsku przyjacielem na dobre i złe. Samo miasto nie zrobiło na mnie pozytywnego wrażenia. Główna ulica, wokół usadowiły się czynszowe XIX wieczne kamienice i jedynie nowy wybudowany w jakimś nieokreślonym stylu autobusowy dworzec wyróżniał się pośród tej monotonności. Idąc główną ulicą w stronę wojskowych obiektów rozmyślałem dokąd skieruje mnie wojskowa służba. Nawet nie wiem kiedy wyrosła przede mną ceglana bryła WKU. Nie było żadnego żołnierza , a jedynie przy pobliskiej bramie prowadzącej do jednostki spacerował w pełnym rynsztunku wartownik z zaciekawieniem obserwujący nas wchodzących do budynku. Na piętrze w niewielkiej klitce, siedziało dwóch żołnierzy. Jeden z nich zawodowy, drugi ze służby czynnej. Podałem im swoją książeczkę wojskową i czekałem na rozwój wypadków. Będący w służbie zawodowej (czyt. trep) sprawdził dane z książeczki i porównał je z leżącą przed nim kartoteką, odebrał wezwanie, które mu wręczyłem i zwrócił się do mnie:

- Poborowy, nie chcecie pójść do armii na ochotnika… na uzupełnienie rocznika. Brakuje nam kilku.

Czemu nie pomyślałem. Co ma wisieć nie utonie. Dziewczyny nie miałem, a taka odmiana dobrze mi zrobi – myśli jedna za drugą kołatały po głowie.

– Zgadzam się – powiedziałem po chwili zastanowienia.

- Dobra nasza – wyraźnie ucieszył się żołnierz zawodowy.

- Podpiszcie mi jeszcze tu – podsunął mi jakiś druczek.

- Pójdziecie do marynarki wojennej…do Gdyni do 3 pułku zabezpieczenia sztabu. Zgłosicie się tam 13 listopada na dziewiątą rano – po czym wręczył mi bilet w jedną stronę. W drugą przyszło mi czekać dwa lata.

Po godzinie siedziałem w zdezelowanym Jelczu PKS, który prychając spalinami podążał w kierunku Chojnic. Matka wiadomość o moim wcieleniu do wojska skwitowała krótko:

- Nie jesteś pierwszy, ale i nie ostatni.

- Wiem – odparłem nic sobie nie robiąc z faktu, od którego moi koledzy uciekali jak diabeł od święconej wody.

Nazajutrz na pierwszej zmianie powiadomiłem mistrza zmianowego o moim powołaniu. Odesłał mnie do kadr, gdzie dowiedziałem się o wypłaceniu tzw. „wyprawki” i wykorzystaniu urlopu za przepracowany rok. Od poniedziałku od samego rana latałem po całym zakładzie z karta obiegową. Przed samą godziną czternastą byłem wolny od przepisów jakimi był obwarowany pracownik. Nawet nie zdawałem sobie sprawy ile podpisów musiałem zebrać, nie wyłączając nawet zakładowej biblioteki, o której nawet nie miałem pojęcia, że istnieje. W środę w kasie zakładowej odebrałem niezłe pieniądze za wyprawkę, która przysługiwała odchodzącemu do wojska. Po południu pękła pierwsza połówka w „Polonii” potem druga i trzecia. Koledzy z brygady nie mieli jeszcze dość. Padła decyzja:

- Zmieniamy lokal.

Wybór padł na „Bar gościnny” na osiedlu „Budowlani”, potem „Polonia” „Tur”. Nie pamiętam dokładnie, o której skończyła się nasza popijawa. Obudziłem się nazajutrz rano… w domu. Musiało być nieźle, skoro troskliwa matka w pobliżu mojego łóżka postawiła wielką miskę. To na wypadek, gdybym próbował pozbyć się treści żołądka. Na szczęście obyło się bez tego, jednak ból głowy nie opuszczał mnie do popołudnia. Wieczorem powtórka z dnia poprzedniego, i tak przez trzy dni, aż skończyła się gotówka. Wtedy do mnie dotarły wywody matki, ojciec o dziwo, nie prawił mi morałów.

- Co z tobą…co ty robisz - biadała matka.

- Nic mamo – odpowiadałem zgodnie z prawdą.

- Żegnam się z kolegami.

- Lepiej byś siedział w domu, a nie włóczył się po nocach – i tak w kółko od nowa.

Nawet się nie obejrzałem kiedy nadszedł czas zameldowania się w jednostce. Noc poprzedzającą wyjazd spałem nad podziw dobrze. Przed godziną siódmą rano pożegnałem się z matką i ojcem bez zbędnych ceregieli i czułości. Po dziesięciu minutach byłem już na dworcu. Na piątym peronie stała już lokomotywa z wagonami. Rzuciłem okiem na tabliczkę informacyjną na wagonie. Widniało na niej Chojnice – Tczew. Machnąłem przed nosem konduktorowi wezwaniem. Nie zareagował wcale, tak jakby codziennie jeździło setki poborowych. W wagonie nie było wiele osób. Parę kobiet i mężczyzn, pewnie jadących w swoich interesach, bądź do pracy. Z poborowych nie było… nikogo. Nic dziwnego, skoro na dziki pobór brakowało ochotników i poza mną i jak się wkrótce okaże, będzie tylko Wiesiek z pobliskiego Piastoszyna. Do Tczewa dojechaliśmy ok. 9;30. Po chwili podmiejską kolejką jechałem do Gdyni. Zapaliłem papierosa. Paliłem po ukończeniu 18 lat. Trochę z racji ojca, któremu wcześniej podbierałem „Żeglarze”, a później „Klubowe”. Tak więc odziedziczyłem ten niezbyt chwalebny nałóg niejako dziedzicznie. Zdudniły koła wagonu na rozjeździe i z piskiem hamulców długi skład wtaczał się na dworzec Gdynia – Główna. Otwierał się nowy, do tej pory dla mnie nieznany rozdział życia, który jak się później okaże, był jednym z najciekawszych.

W wielkiej poczekalni dworcowej w Gdyni zauważyłem kilku chłopaków, o których wiedziałem, że podobnie jak i ja nie stawili się w celach turystycznych. Nie zdążyliśmy nawet się dobrze zapoznać, kiedy dał się słyszeć stukot podkutych butów i jak spod ziemi wyrósł przy nas dwuosobowy patrol w marynarskich mundurach. Jeden z żołnierzy sprawdził nasze karty powołania i kazał czekać na dworcu na pojawienie się wojskowej ciężarówki, która miała zawieźć nas do jednostki.

- Co on tam pier … li – odezwał się niski krępy blondynek z wielką szramą na nosie. To był właśnie Wiesiu niezły rozrabiaka, a szrama na nosie, była pamiątką po jego wojowniczej naturze.

– Zanim ta ciężarówka przyjedzie zdążymy jeszcze co nieco wypić – powiedział ze szelmowskim uśmiechem. Niedaleko dworca jest sklep spożywczy a w nim widziałem „bełty”.

Co to były „bełty” wiedział każdy z nas. Nam nie trzeba było dwa razy powtarzać, tym bardziej, ze nasi adwersarze w mundurach zniknęli w zakamarkach dworca. Każdy z nas kupił po dwa wina. Pamiętam do dzisiaj ich wdzięczną nazwę. „Kordiał o smaku truskawkowym”. Po pierwszej butelce opróżnionej za sklepem przyszedł czas na drugą. Nikt nie był pijany, ale przyjemne ciepło i lekki szmerek w głowie pozwolił rozwiać nasze obawy, na które był każdy z nas narażony przekraczając bramę jednostki, do której otrzymaliśmy powołanie.

Na dworcu już na nas czekał „Star” obleczony plandeką. Na skrzyni siedzieli w zamyśleniu i milczeniu przyszli obrońcy ojczyzny.

– No koty, gdzie łazicie – zawołał kierowca na nasz widok gestem ręki pokazując nam skrzynie, na którą mieliśmy wejść.

- Chwila, podejdźcie tutaj – rozległ się głos jakby z boku.

Teraz dopiero zauważyliśmy stojącego z drugiej strony burty auta wysokiego żołnierza w polowym mundurze. Był to oficer, który był odpowiedzialny za poborowych.

– Piliście – odezwał się do Wieśka.

– A co nie wolno – odpalił mu bez namysłu.

- Jeszcze w wojsku nie jestem – no nie – zwrócił się do nas.

– No nie – odparłem.

– Noo – jakoś smętnie potwierdzili pozostali uczestnicy winnej biesiady.

Po chwili siedząc na pace podszytej wiatrem jechaliśmy pośród lasu, który się nagle skończył, a zastąpiły go betonowe bloki. Zatrzęsło skrzynią parę razy i stanęliśmy przed bramą, na której widniały wielkie białe litery Wojsko Polskie. Jednostka znajdowała się w dzielnicy Witomino, i nie było to miejsce naszego stacjonowania, a jedynie wyekwipowania. Stacjonować mieliśmy na górnym Oksywiu. Naraz padła komenda:

– Wysiadać!

Cyrk wariatów

Zeskoczyłem na asfalt, ciekawie rozglądając się dookoła. Znajdowaliśmy się na wielkim placu, wokół którego usytuowane były zabudowania. Dwupiętrowy długi blok, niski, i przysadzisty gmach sztabu i dowództwa. Tuż przy bramie wjazdowej znajdował się stadion sportowy, za którym jak zdążyłem się zorientować, znajdowały się garaże. Przy dyżurce, obok bramy wjazdowej znajdowała się kantyna przeznaczona dla żołnierzy. Skierowano nas do świetlicy. Po spisaniu personaliów, co poszło nad wyraz sprawnie ponownie kazano zając nam miejsce na ciężarowej skrzyni.

– Pojedziecie na Oksywie, do waszej jednostki. Chociaż podlegacie pod nas, będziecie na Oksywiu – instruowali nas żołnierze z czynnej służby, głupkowato się uśmiechając.

– Co ci tak wesoło – zapytałem jednego z nich.

– Zobaczycie co to znaczy dostać w …tu padło mocne dosadne określenie żeńskich narządów płciowych.

– Eee tam – dałem wyraz zwątpienia w prawdziwość jego słów i samochód ruszył trzęsąc niemiłosiernie. Z ciekawością obserwowaliśmy ulice Gdyni. Skończyły się skwery i zabudowania. Star z trudem piął się pod górę. Obłuże - mignął mi napis urzędowej instytucji na jednym z budynków. Miałem teraz wrażenie, że znajdujemy się w małym miasteczku. Po prawej stronie mijaliśmy port wojenny z jego dokami i dźwigami, po drugiej zaś małe co najwyżej dwupiętrowe z obdrapanymi tynkami domy. Nagle wąska asfaltowa droga urwała się jak ucięta nożem, a w jej miejsce pojawiła się wysypana żużlem lub miałem węglowym. Po jej obu stronach ciągnęły się już bezlistne krzaki i zarośla niemiłosiernie teraz ocierając się o brezentową plandekę. Ciężarówka zatrzymała się chyba ku uldze wszystkich. Zziębnięci siedzieliśmy skuleni. Zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz bębniąc o brezentowy dach.

– Z wozu – padła krotka komenda.

Niezdarnie zeskakiwaliśmy z paki skrzyni. Rozglądałem się ciekaw, gdzie przyjdzie mi spędzić najbliższe dwa lata mojego życia. Moje wrażenie nie było najlepsze. Być może miał na to wpływ posępny jesienny krajobraz mimo przedpołudniowej godziny, nieco zamglony. Być może było po części zasługą padającego deszczu, nie wiem, ale zrobiło mi się smętnie na duszy. Sama jednostka to cztery podłużne baraki usytuowane wokół centralnego asfaltowego placu. W przejściu pomiędzy naszym koszarowym barakiem, a barakiem batalionu wartowniczego znajdowała się kuchnia wraz ze stołówką i niewielkim placykiem. Kończył się on gwałtownie stromą piaszczystą skarpą, a w dole szumiały fale morskie. Po lewej stronie apelowego placu w podłużnym baraku znajdowała się kantyna, a zaraz obok izba chorych. Za barakiem, do którego miano nas przydzielić znajdowała się strzelnica, a z a nią już tylko morze. W oknach naprzeciw nas pojawiły się twarze żołnierzy nas obserwujących. Sam budynek do którego weszliśmy miał ok. 100 m. długości. Korytarz wyłożony biało – czarną kostką. Po jednej i drugiej stronie drzwi poszczególnych plutonów. Obite blachą - to magazyn broni. Podwójne prowadziły do nieco większego pomieszczenia nazywanego na wyrost salą gimnastyczną. Po przeciwległych stronach ulokowane były świetlica i magazyn szefa kompanii. Pośrodku korytarza znajdowała się spora wnęka nazywana kącikiem gospodarczym. Na wysokości ok. 30 cm od podłoża, na całej długości kiszkowatego hollu znajdowały się wnęki, gdzie były paleniska do kaflowych pieców. Gdzieś w połowie znajdował się stolik podoficera z telefonem i mikroskopijnym biurkiem. Staliśmy jak barany przed zarżnięciem i czekaliśmy na rozwój wypadków. Długo nie trzeba było czekać. Na początku, jakby nieśmiało zaczęli do nas podchodzić żołnierze prosząc o papierosy. Każdy z nas, oczywiście, jeżeli palił częstował proszących. Po chwili jednak pojawiły się stanowcze żądania pożyczenia drobnych kwot pieniędzy. Przytłoczeni nowym otoczeniem bez słowa sprzeciwu spełnialiśmy ich żądania. Zachciało mi się palić. Zapytałem przechodzącego żołnierza, gdzie tu można zapalić. Spojrzał na mnie jakby co najmniej zobaczył zjawę i wycedził przez zęby:

- Jeszcze możesz w kiblu, ale pospiesz się, bo niedługo będziemy was docierać.

Co mi tam jego docieranie i za chwilę z lubością zaciągałem się „sportem” nie mogąc wyjść z podziwu dla wojskowych toalet. Nie było kabin, tylko metrowe murki bez drzwi. Nie było również sedesów, tylko jakby misy wmurowane w posadzkę z miejscami na stopy. Byłem niezmiernie ciekawy jak w takiej pozycji załatwia się bądź co bądź najważniejszą w życiu człowieka potrzebę fizjologiczną. Moje rozmyślenia przerwał jakby okrzyk wariata. Ów wyraźnie modulowany dźwięk o sile głosu godnym zarzynanego wołu brzmiał:

- Pooobooorooowi po pięciu do strzyżenia.

Nagle w mój toaletowy azyl wkradł się inny głos jakiegoś pajaca w mundurze:

- Co k…wa was nie rusza? Podniosłem wzrok z miejsca gdzie dochodził glos. Ujrzałem debilną facjatę wykrzywioną grymasem.

- Nie …nie rusza powiedziałem patrząc mu w oczy.

Gdyby strzelił w tym momencie grom z jasnego nieba na moim adwersarzu nie wywarłby większego wrażenia.

– No jeb … ny kocie na samym początku będziesz miał przeje … ne!

Już nie mówił a charczał. Śmiać mi się chciało na jego widok. Chudy z wyciągniętą szyją robił śmieszne wrażenie. – Pomyślałem, gdybym tak cię strzelił w ryło fiknąłbyś nogami jak nic. Ale atmosfera niepewności i tego co nas czeka powoli zaczęła siać we mnie zwątpienie. Nie oglądając się na niego wybiegłem na korytarz. Na moje szczęście wszyscy moi nowi współtowarzysze byli na korytarzu. Wmieszałem się w tłum i szukaj wiatru w polu. Dobrze, że mój kiblowy prześladowca mnie nie szukał, bo i po co. Zapamiętał mnie i później się na mnie odegrał i to jak.

Miałem włosy prawie do ramiom zgodnie z wymogiem mody. Teraz siedziałem na taborecie owinięty skrawkiem materiału z żalem patrzyłem jak pod warkotem elektrycznej maszynki moje włosy, niczym pszenne łany pod kombajnem odchodziły w niepamięć. Po kilku minutach spojrzałem w lustro i …zdębiałem. Gdybym nie był pełna rozumu i zdolności postrzegania, to patrząc na odbite w lustrze odbicie nie wiedziałbym, że ja to… ja.

Co gorsza, gdy łysych głów przybywało wyglądaliśmy wszyscy jak spod masowej produkcji. Jedynie co jeszcze nas różniło to cywilne ciuchy, które zaraz mieliśmy wymienić. W tym celu wydano każdemu po brezentowym worku, do którego mieliśmy włożyć nasze ubrania nie wyłączając skarpetek i gaci. Stojąc nadzy tak jak stwórca nas stworzył, czekaliśmy na swoją kolejkę do kąpieli. Na całej kompanii nie znajdowało się więcej niż 10 prysznicy, więc o prawdziwej kąpieli nie mogło być mowy. W miedzy czasie poinformowano nas, że odzież cywilna, a wraz z nią wszystkie niepotrzebne rzeczy odesłane zostaną do naszych domów. Nadeszła moja kolejka pod prysznic. Nie wiem jak długo trwała ta czynność, ale z myciem nie miała nic wspólnego. Kawałka żółtawego mydła nawet nie zdążyłem zamoczyć kiedy padła komenda – wypad! i następni zajęli moje miejsce.

Owinięci ręcznikami, które dała nam już ojczyzna, wyglądaliśmy jak murzyni z opaską na biodrach. Kazano nam się ustawić przed drzwiami na końcu korytarza. Znajdował się tam magazyn umundurowania i pobierania (poza bronią) wszelakiego żołnierskiego ekwipunku. Z rozbawieniem patrzałem jak to się odbywało. A było to tak: przed drewnianą barierką stawał każdy pojedynczo. Za nią stał żołnierz i pytał się o rozmiar butów, wymiary w pasie itp. Po ich usłyszeniu wrzeszczał w głąb magazynu. Za chwilę w jego kierunku frunęły spodnie, bluza zwane „moro” onuce, skarpety, i inne dodatki, o których nikt z nas nie miał pojęcia. Pochwali ta gromada dóbr wszelakich lądowała na wyciągniętych rękach poborowego po sam czubek nosa, pozbawiając go zdolności widzenia. Na sam koniec na głowę nasadzono plecak, co wzbudzało liczny rechot zgromadzonej „rezerwy”. Ta z kolei komentowała to w niewybredny sposób, utrudniając wyjście z magazynu. Ubieraliśmy się na korytarzu. Ciekawe, iż mimo podawania rozmiarów dostaliśmy akurat odwrotnie do postury rzeczy. Wymienialiśmy je między sobą. Przeważnie ci niżsi wzrostem dostało o wiele większe spodnie i bluzy i odwrotnie. Wśród nas przechadzali się żołnierze starszego rocznika. Również przede mną stanął stary wiarus i jak mnie nie złapie za skórzany pas, który przed chwila wyfasowałem i założyłem.

– Tak się pasa nie nosi – stwierdził. Urwie ci jaja – po czym zręcznie mi go odpiął i przesunął prawie na wysokość klatki piersiowej. Nie zapomniał przy tym mocno go zacisnąć, tak, że zaczęło brakować mi tchu. Po chwili zajmował się następnym, a ja dyskretnie poluźniłem go co najmniej o dwie następne dziurki. Rozejrzałem się wokół siebie. Wszyscy dzisiejsi poborowi, którzy ze mną przybyli wyglądali jak snopki zboża w połowie ściśnięci sznurkiem żniwiarza. Pewność, którą mieliśmy będąc jeszcze w cywilnym odzieniu zniknęła po umundurowaniu nas. Zaczęto wyczytywać nasze nazwiska ustawiano w szereg. Nie obyło się przy tym bez wrzasków:

- Co tak stoicie jak by pijany koń szczał.

Nikt z nas oczywiście nie wiedział o co im się rozchodzi. Po chwili już uświadomieni wiedzieliśmy, że stoimy nierówno jakby pijany koń szczaniem wytyczył nam linię. Ta jednak prosta układała się wedle kostki terakotowej i to według niej mamy się ustawiać. Przed frontem zebranym pojawił się mały blondynek robiący miny chyba mające uchodzić za groźne. Z minami mu nie wychodziło, ale z głosem za to koncertowo. Naraz jak nie huknie niczym z armaty:

– Nazywam się mat Gniady i to ja będę waszym dowódcą, oczywiście poza dowódcą plutonu, a jest nim chorąży Zieliński, którego poznacie.

Naraz z drugiego szeregu dało się słyszeć rżenie przypominające ogiera. Bractwo wybuchło śmiechem, a w mata jakby diabeł wstąpił.

– Caaałość padnij – ryknął.

Zrobił się tumult i zamieszanie, bo nikt nie potrafił wykonać komendy, i nikt z nas nie miał zamiaru kłaść się na zimnej posadzce. Nagle jak spod ziemi wyrośli przy nas rezerwiści. Ci bez zbytniego patyczkowania łapali nas za poły moro i przewracali na ziemie. Zdążyłem sam paść nie korzystając z wątpliwej pomocy. Leżąc z nosem przy podłodze usiłowałem zobaczyć, czy wszyscy już przyjęli pozycję poziomą. Wobec komend:

– Nie podnosić łbów i komplementów w stylu – pier … lone koty żartów im się zachciewa i że od teraz będziemy mieli przej … ne i będziemy przeklinać dzień, w którym nas matka urodziła – odstąpiłem od zamiaru obserwacji.

– Leżą ku … wa …leżą ojcowie i się nie ruszają – słychać było na korytarzu.

No niezły cyrk i co ja robię w tym domu wariatów zastanawiałem się leżąc na chłodnej posadzce. Długo jednak nie zaprzątałem sobie głowy rozmyślaniami, bo padła komenda:

- Powstań – padnij i tak z kilka razy.

Tego do tej pory w swoim dziewiętnastoletnim życiu nie przerabiałem, za to w niedługim czasie miałem normę wykonaną na długie lata. Przy drzwiach wejściowych zrobiło się spore zamieszanie. To kilku spóźnionych pod niezłą datą wtoczyło się na kompanię. Na to tylko czekali rezerwiści, którzy niczym stado psów obstąpili maruderów. Ci widząc nas na ziemi i wrzeszczących wokół nich zgłupieli do reszty. Działo się to przy cichej aprobacie kadry wojskowej, bowiem byli obecni: szef kompanii, dowódcy plutonów i dowódca kompanii. Znacznie później dowiedziałem się, ze obowiązywał cichy układ pomiędzy nimi. Stare wojsko przyjmowało poborowych, a oni nie wtrącali się do naszego edukowania przez nich. Musieli mieć w tym niezłą wprawę skoro po kilku minutach pomogli spóźnionym zażyć - jak nam później powiedzieli – kąpieli z lodowatą wodą skierowaną na nich z gumowego węża. Nazywało się to ponoć „parowaniem alkoholu”. Chyba było to skuteczne na tyle, że bardzo szybko dołączyli do nas.

Poprowadzono nas do sali żołnierskiej. Była to spora izba z piętrowymi łóżkami, przy których stały taborety, jak się później okaże, poza wiadomą rolą pełniły szereg innych praktycznych zastosowań, ale o tym mieliśmy przekonać się w swoim czasie. Odległość między łóżkami wyznaczały metalowe szafki z szufladą. Na jednej ze ścian wisiały metalowe wieszaki wyglądem przypominające mi haki w sklepie wędliniarskim. Podłoga z desek napastowana i wyfroterowana w kostki i kółeczka dopełniała obrazu pomieszczenia. Poza wielkim kaflowym piecem w rogu, więcej w izbie nic nie było.

To jest wojsko a cyrk…

Gniady przydzielał nam po kolei łóżka, które jak określił w żargonie wojskowym nazywane są „kojami”. Biada nam, jak złapie któregoś z nas w ciągu dnia na nim siedzącym. Dostałem górne łóżko „na piętrze” co okazało się później nie takim złym wyborem i miało swoje dobre strony. U wezgłowia znajdowała się kartka z nazwiskiem i imieniem zajmującego kojo. Słuchałem instrukcji jak należy ścielić kojo, i co zrobić, aby zasłane było regulaminowo. W tym celu należy m.in. „wyprasować: je blatem taboretu, a prześcieradło w części dolnej nie może być większe niż szerokość zeszytu. Wydawało mi się to tak idiotyczne, ze parsknąłem śmiechem. W moją stronę ruszył mat Gniady nasz dowódca i wychowawca jak się określił. Wiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie, bo jak zauważyłem znajdowałem się w specyficznym miejscu, gdzie cywilne zasady nie miały racji bytu.

– Wy –odezwał się do mnie. Patrzałem na niego zbaraniały, bo nie wiedziałem czego się domaga. – Kur…a mowę wam odebrało?

Muszę przyznać, że określenie kur …a było obecne w każdej odzywce, napomnieniu.

- Nieee – beknąłem jak baran.

– No to dobrze, bo już myślałem, że tak.

- Na nim – tu wskazał na mnie palcem pokażę jak należy się zachować, kiedy się do was zwracam.

- Czy to jasne – ryknął w stronę sali. Dało się słyszeć: - jasne… no…. Tu mat gestem ręki przez podniesienie do góry nakazał ciszę. Zaczął nas uświadamiać, a nawet porównał siebie do wołu co to pierdzi, a nas do obory co to słucha. Podobnych porównań było znacznie więcej, co pewnie stanowiłoby niezły materiał do opublikowania pracy naukowej z tematu odzywek wojskowych. I tak już nam wiadomo było, że: nikt nie odzywa się bez zapytania. Nie wychodzimy z sali bez pozwolenia. Palenie jest zabronione, no chyba, że na rozkaz. Wykonujemy wszystkie polecenia bez dyskusji. Rezerwa ma prawo nieograniczone w swoich zamiarach do nas itp. Słuchając tego osobliwego monologu, wiedziałem, ze nie będzie łatwo. Jednak pocieszałem się, że skoro inni przeżyli, to moje dwa lata szybko zlecą i na powrót będę w cywilu. Nie minął jeszcze dzień, a ja już myślami chciałem wrócić tam, skąd przyjechałem.

– Za chwilę – dobiegły mnie słowa – udamy się na obiad, a po nim dalsza część pytań i przystosowania was do życia w koszarach. Od jutra zaczynamy szkolenie młodego wojska, a dzisiaj macie jeszcze spokój – dodał ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.

Większe wrażenie zrobiła na nas pespektywa zjedzenia pierwszego wojskowego obiadu, nie tyle z głodu, co z ciekawości. Po jako takim ustawieniu nas w szereg udaliśmy się w stronę niedaleko położonej stołówki. Było to sporych rozmiarów pomieszczenie wyglądem przypominające podrzędną restaurację. Stoliki czteroosobowe pokryte ceratą, twarde taborety. Jedynie stoły kadry miały białe serwety z mikroskopijnym wazonikiem ze sztucznymi kwiatkami. Całą jedną ścianę zajmowały dwa olbrzymie jakby okna z szerokimi parapetami. W jednym z nich pobierało się obiad, z kolei w drugim oddawało naczynia. Przy drzwiach wejściowym w wiklinowym koszu jakby, do bielizny leżały sterty pokrojonego chleba. Na nas z obiadem czekano specjalnie, bowiem w tym dniu zaplanowany był na szesnastą, później zawsze z dokładnością zegarka wydawany był o czternastej. Staliśmy w długim ogonku. Zbliżając się do miejsca wydawania każdy pobierał trójkątną metalową tacę, na której to donosił posiłek do stołu. Niezbędników jeszcze nie otrzymaliśmy, ale już nas pouczono, że jest on najbardziej ważny dla żołnierza. To mądre urządzenie, jak się później przekonałem, mieściło w jednej obudowie i nóż, widelec oraz łyżkę, a także otwieracz do konserw. Póki co wydano nam po aluminiowym widelcu i łyżce. Obiad pobierało się na zasadzie taśmociągu, trzech kucharzy, każdy osobno nakładał swoją działkę do miski i talerza z tworzywa sztucznego. Kubek ogromy prawie litrowy napełniony wodą o słodkim smaku miał imitować kompot. Samo jedzenie nie było złe. Przy stoliku siedziało nas czterech. Nie znaliśmy się jeszcze dokładnie, lecz wiedzieliśmy już, że jedziemy na tym samym wózku. Przez całą moją służbę wojskową żywiono nas bardzo dobrze, a nawet dostawaliśmy drugie śniadanie dowożone na strzelnicę czy do „małpiego gaju” zmory wszystkich żołnierzy. Parujący zapach grochówki suto okraszonej skwarkami i nie mniej apetycznie wyglądający dobrze wysmażony mielony klops na chwilę sprawił, iż poczułem się jak w domu. Jeszcze nie zdążyłem dokończyć zupy, kiedy padła komenda:

- Koniec jedzenia powstań!.

Od tego momentu w okresie unitarnym zawsze zaczynałem jedzenie od drugiego dania, a zupę wypijałem w kolejce ze zwrotem naczyń. Nie byłem w tym osamotniony, a reszta żołnierzy ze starego rocznika traktowała to jak coś naturalnego. Po zakończonym posiłku poprowadzono nas nad brzeg skarpy i w kierunku morza złożyliśmy głośny meldunek, aby słyszał nas obywatel „Fiury” na Helu, co było kompletnym nonsensem, ale ponoć taka była tradycja.

Szara rzeczywistość, czyli ciąg dalszy …

Przez trzy miesiące bez względu na pogodę powtarzaliśmy tą czynność, a mnie nigdy nie udało się dowiedzieć, kto to był ów tajemniczy „Fiury”. Po przyjściu z obiadu na kompanię zbiórka. Tym razem w naszej sali żołnierskiej. Tyrada mata Gniadego, który do pomocy dostał mata Kochańskiego. Wysoki, postawny o twarzy cherubinka. To on później mnie „docierał” z tym swoim anielskim uśmiechem na pięknym licu.

– Bez zezwolenia nie robicie nic – dal się słyszeć głos pomocnika dowódcy plutonu.

– Jeżeli chcecie udać się za potrzebą to procedura wygląda następująco:

- S tajecie dwa kroki przede mną i na baczność, rączki przylegają do ud, donośnym głosem meldujecie:

- „Obywatelu mat marynarz pi … da prosi o wybiegnięcie z szybkością światła na wysokości lamperii celem odcedzenia kartofelków”. Odnosiło się to w wypadku parcia na pęcherz. W przypadku parcia na kiszkę stolcową formuła wyglądała podobnie z małym wyjątkiem, że zamiast odcedzenia kartofelków należało powiedzieć …w celu przejrzenia jadłospisu.

Było to dla mnie nowe i …głupie. Zastanawiałem się kim byli w cywilu nasi „wykładowcy” skoro gadali jakby byli niespełna rozumu. Dopiero później zrozumiałem, ze oni podobnie jak i ja później byli kontynuatorami specyficznej tradycji wojskowej. W związku z meldowaniem i pozwoleniem załatwienia potrzeby fizjologicznej śmiało zbliżyłem się do Kochańskiego i wyrzuciłem jednym tchem:

- Obywatelu macie… stop…stop wystękał po czym ryknął na mnie:

- Macie…macie to ch …ja w gaciach… po czym rozkazał:

– Poprawnie meldujcie…

Zrozumiałem, że trzeba zawsze używać określenia mat, a nie macie. Jakoś ta lekcja zapadła mi w pamięć i już nigdy nie popełniłem pomyłki w przeciwieństwie do moich współtowarzyszy z plutonu. W ubikacji spotkała mnie niespodzianka i to niezbyt miła. Kiedy korzystając z chwili spokoju zaciągnąłem się papierosem, zobaczyłem w umywalni żołnierza postura i ruchami przypominającą mi …goryla. Później już wiedziałem, ze miałem do czynienia ze starszym marynarzem Gilą bodajże pochodzącym z Tczewa. Nie wiem jak to się stało, że go wcześniej nie zauważyłem, usłyszałem tylko krótkie szczeknięcie:

- Padnij!

Protestować nie było sensu, a tym bardziej stawiać jakiegokolwiek oporu. Rezerwa przy pomocy vice – rezerwy skutecznie tłumiła wszelkie przejawy oporu „kociarstwa” wobec żołnierzy ze starszego rocznika.

– Jedzie pompki … jedzie – darł mordę jak opętany.

Podniosłem się na rękach i opuściłem, potem raz drugi, trzeci.

– Co wy ku … wa babę pier … licie. Ja was nauczę pompek!

Złapał mnie za pas, podniósł i opuścił… coś tak kilka razy.

- Słuchaj młody, po każdym wykonaniu zadanych pompek wstajecie i meldujecie:

- Ja marynarz pi … da melduje wykonanie 30 pompek celem podniesienia sprawności fizycznej na zbliżającą się olimpiadę w Moskwie, w jeździe figurowej na lodzie na skurwiałym Kaszubie.

- Powtórzcie - rzucił zadowolony.

Jakoś wystękałem ten szczególny tekst dokładnie jak sobie zażyczył. Przy końcu, kiedy powiedziałem Kaszubie, w niego jakby diabeł ponownie wstąpił.

– Co nie lubicie Kaszubów, wiecie skąd jestem z cywila…jestem z Tczewa, nabijasz się ze mnie…to padnij i jedź z 30 pompek. Zaraz wracam – usłyszałem trzaśnięcie drzwi.

Ale cyrk wariatów myślałem i pompek nie robiłem, bo zaledwie po kilku godzinach, wiedziałem już, że trzeba jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać to co do ciebie mówią. Usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi, które otworzyły się z hukiem.

…26… 27…28…29… 30 liczyłem głośno, kątem oka obserwując co będzie dalej.

– Powstań – padł rozkaz.

Gila nie był sam. Przyprowadził kolesia, na moje rozeznanie niezłego cwaniaczka. Pomny konieczności wydukania formułki zacząłem:

… i kiedy dobiegłem końca, chcąc mu zaimponować, powiedziałem tym razem: …na skur … iałym hanysie. Teraz to dopiero rozległ się ryk:

- Kocie pier … olony – to ryczał koleś Gili

– Wiesz skąd jestem z cywila… Gówno mnie to obchodziło. Miałem już po dziurki w nosie robienia ze mnie pajaca. Robiąc dobrą minę do złej gry powiedziałem – nie!

– Zapamiętaj kut … sie, jestem z Katowic, ze Śląska!.

Teraz wiedziałem, że strzeliłem gafę. Jak się później okazało, zawsze było na odwrót. Ale była to ze strony rezerwy gra celowa polegająca na zastraszeniu młodego wojska. Moja długa nieobecność w plutonie zaniepokoiła mata Gniadego, który na mój widok w kiblu, zarżał z radości:

– A ten ku … wa za co ma prze … bane.

- Za miłość do ojczyzny – odpowiedział mu Gila.

– Spier … aj na salę – usłyszałem i już mnie nie było.

Podczas mojej nieobecności zaczęto tłumaczyć pozostałym, co będzie, kiedy poskarżą się oficerowi politycznemu, który raz w tygodniu odwiedzał kompanię. Porucznik Gołębiewski suchy i żylasty miał marsowe oblicze. Do końca służby nie miałem z nim kontaktu, a nam nie przyszło nawet go głowy, aby kogokolwiek ze starszego rocznika zakapować.

Nadchodził wieczór. W ferworze dnia nie pozbawionego dla mnie pewnego wstrząsu psychicznego godziny nie miały znaczenia. Po kolacji, która składała się kawałka wędliny, dżemu i kawy z mlekiem ogarnęło nas zadowolenie, że dadzą nam pospać. Nic z tego. Wieczorny cyrk, który nas czekał niebawem przyczaił się w zakutych łbach naszych matów. Zaczęło się od obowiązkowego oglądania dziennika telewizyjnego. Wielkie pudlo kolorowego telewizora marki „Rubin” znajdowało się na świetlicy. Kilka stolików po bokach, gazetki ścienne podkreślający nierozerwalny sojusz polsko – radziecki. Na frontowej ścianie wielki orzeł, wtedy bez korony. Sama procedura wejścia na świetlicę wyglądała następująco: wchodzimy dwójkami. W prawej ręce taboret po to, aby gdzie było umieścić swoje siedzenie. Już w progu należało przyjąć postawę na baczność i lekkim skinieniem głowy pokłonić się godłu. Następnie siadamy po pięciu w rzędzie. Główka wyprostowana, kolanka złączone a na nich rączki.

– Z uwagą obserwują i słuchają – słychać polecenia – niech nikt nie waży się przysnąć, w przeciwnym razie padnie komenda: łeb zmoczyć!

Wtedy wywołany po nazwisku delikwent wybiega do umywalni moczy głowę i wraca na świetlicę – grzmiał – Gniady.

Kochański dodał:

- W razie stwierdzenia ponownego przyśnięcia „podpadziocha” w moro wchodzi pod prysznic, a po chwili melduje się u mnie.

Słuchałem debilnych instrukcji przezwyciężając sen. Na szczęście w pierwszym dniu nikogo zaszczyt moczenia łba nie dotyczył. Za to klika dni później każdy z nas miał wodny chrzest za sobą. Po dzienniku bodajże do godziny 21 szkolenie teoretyczne w sali żołnierskiej na temat wojska.

– To nie fabryka gwoździ, ani żyletek. Tu nie ma kolegów, ponieważ w cywilu wielu z was nawet psa nie miało. Porządek musi być jak pi … da anioła, a podłoga musi lśnić jak psu jajka – i tak aż do znudzenia.

Chłonąłem to z nabożnym podziwem, bo za cholerę nie mogłem sobie wyobrazić jak wygląda anioł, a cóż dopiero jego pewna część ciała. Błyszczące jajka jakoś łatwiej było mi sobie wyobrazić, a już za cholerę nie rozumiałem gadki o gwoździach czy żyletkach. Za to chciało mi się palić. Podniosłem rękę i widząc zgodę mata jednym tchem wyrecytowałem:

- Marynarz pi … da zwraca się z zapytaniem:

- Taa - rozległo się spod pieca tonem łaski

– Jak jest z paleniem?

Hm – wystękał – jest specjalna komenda dla palaczy. Gdy padnie, to palacze wybiegają z sali, chwytają wielki kosz stojący przed kompanią i pędzą na złamanie karku w kierunku klombu. Najlepiej przećwiczymy to od razu – i jak nie wrzaśnie:

- Paaalacze przygotowanie do palenia, po chwili – do palarni biegiem marsz.

Na te słowa komendy rzuciliśmy się do drzwi. Dwóch przytomnych w biegu porwało wielki metalowy kosz i po chwili byliśmy przy klombie. Uformował nadchodzący Kochański nas w dwuszereg. Pierwszy na jego komendą odwrócił się twarzami do pierwszego. Padł rozkaz:

- Pierwszy szereg częstuje drugi szereg!

Ci co palili gorączkowo wyjmowali papierosy z kieszeni i częstowali drugich. Przebiegłość naszego „opiekuna” dała znać po chwili.

– Wy – rzucił w kierunku niepalącego – czemu nie palicie?

– Bo … bo … bobo to był rowerek jak byłem mały – skwitował mat.

- A może nie macie papierosów? – podsunął mu swoją paczkę.

– Ale ja nie palę - wystękał nieszczęśnik.

- Cooo? – nie palicie? to po jaką cholerę tu jesteście – ryknął mu nad głową.

- Kto jeszcze nie pali – odezwał się do nas.

Podniosło się kilka rąk.- Na czas palenia kolegów robicie przysiady w wyciągniętymi rękoma, odechce się wam podszywania za palaczy – obwieścił.

Zapaliliśmy. Rozkoszowałem się dymem, gdy nagle natura Kochańskiego nie uznawała litości dając znać o sobie kolejna komendą.

– Lewe płucko…prawe płucko…za tatusia…za mamusię. A teraz na komendę chmurka - zbijacie się w ciasna gromadkę i wypuszczacie razem dym do góry.

Kręciło mi się w głowie od łapczywych zaciągnięć tytoniowym dymem. Na niebie świeciły gwiazdy migocąc zwiastując nadejście mrozu. Na zewnątrz było chłodno. Po chwili zauważyłem zamarznięte kałuże wody. Staliśmy trzęsąc się z zimna, dopóki nie padła komenda:

– Do sali biegiem marsz!

– Wróć! - zabrzmiało jak krótkie szczeknięcie.

– A kosz kto weźmie! Ja?

Najbliżej stojący porwali ciężki kosz pędząc w kierunku baraku. Zadudniły żołnierskie buty na korytarzowej posadzce. Ciepło buchające od pieca rozleniwiło nas wszystkich, byliśmy ciekawi jak też będzie wyglądać nasza pierwsza noc w szeregach sił zbrojnych naszej ukochanej ojczyzny. Około godziny dwudziestej pierwszej padła komenda – wojsko przygotowuje się do mycia. Zdziwiło mnie to trochę, bowiem taka prosta czynność jak mycie nawet dzieciom nie sprawia kłopotu, a cóż dopiero nam. Okazało się, że byłem w błędzie i to wielkim. 10 minut czasu dostaliśmy od dowódców drużyn na wzięcie ze sobą środków czynności i wełnianych skarpet.

Onuce mieliśmy w plecaku i były one nieobowiązkowe, tzn. mógł je nosić każdy, kto się nauczył je zakładać. Nastąpiło to o wiele później i ja również wolałem flanelowe onuce zamiast tradycyjnych skarpet.

– Zbiórka przed umywalnią!

Po chwili tłoczyliśmy się przed metalowymi korytami spełniających rolę umywalek. Do dyspozycji była tylko zimna woda. Praliśmy te skarpety w zimnej wodzie, a mydło za cholerę nie chciało się pienić. Przemyłem twarz, zamoczyłem jedną nogę, bo na drugą już nie było czasu i wypad na izbę. Całe to mycie przypominało mi cyrk wariatów. Bo jak w pomieszczeniu niewiele większym od pokoju, o wymiarach pięć metrów na pięć można upchnąć 40 zdrowych młodych mężczyzn, przy tym dając każdemu na dokładne umycie jedną minutę. W konsekwencji tego, wielu nawet nie zdążyło zamoczyć rąk, a gdzie tu mówić o myciu. Same środki czystości znacznie różniły się od tych w cywilu. Dwie szczotki do butów z których jedna z twardym włosiem, druga z miękkim. Maszynka do golenia, żyletki „Barbie”, które jak podejrzewam, były już tępe po wyprodukowaniu. Mydełko do golenia, pasta do butów.

Z goleniem to była niezła heca. W zimnej wodzie i przy braku dostatecznego czasu za nic w świecie nie dało się pozbyć zarostu. A sprawdzano skuteczność tej czynności kartką papieru. Najczęściej mat Gniady przykładał kartkę z zeszytu do naszej brody i lekko ją przesuwał. Nie daj Boże kiedy papier nie przesuwał się gładko, a że nie mógł, toteż każdy z nas otrzymywał bzdurną karę w postaci pompek i przysiadów, jak to określał mat:

- Za lecenie w ch … ja.

Wśród nas nie było nikogo, kto by nie doświadczył podniesienia sprawności fizycznej z racji niedokładnego ogolenia. Nie mogłem się doczekać ciszy nocnej, która obowiązywała od godziny dwudziestej drugiej do szóstej rana dnia następnego. Próżne to były nadzieje. Po powrocie z umywalni zaczął się wykład o prawidłowym złożeniu umundurowania w „kostkę”. Kostka to nic innego jak blat taboretu, na którym kładliśmy mundur przed snem. Musiał on tak być złożony, aby nie wystawał nawet na centymetr poza jego krawędź. Nie była to łatwa sztuka, i nie było dnia, gdzie tego powodu odwlekano nam ciszę nocną. Po jako takim złożeniu padła komenda:

- Na kojo raz!

Ci co spali na dole, niczym Wszoła na olimpiadzie potężnym susem wskoczyli do łóżek. Ja i pozostali mający łoża na górze, niezgrabnie ładowaliśmy się do góry.

- No nie … ku … wa - rozległ się głos kilku rezerwistów przebywających na sali, żądnych widowiska.

- Tak macie ładować się na górne koje – powiedział jeden z nich i zademonstrował jak należy kłaść się na górnych łóżkach. Po chwili wszyscy niczym trusie leżeli pod prześcieradłem, na które trzeba było rozwinąć filcowy koc, mając namiastkę cywilnej pościeli.

- Dobranoc wojsko!

Dało się słyszeć od wychodzących rezerwistów.

- Dobranoc – rzuciło kilku z nas mając nadzieję na sen.

Nagle rozległ się głos naszego mata:

- Cooo jest? wojsko nie zmęczone, że mu się jeszcze gadać chce!

- Z koja raz! – jak nie ryknie.

Rozległ się odgłos skaczących z góry, ci z dołu już stali przed łóżkami.

- Na kojo raz! – tym razem poszło sprawniej i leżeliśmy jak trusie.

- Dobranoc wojsko – rzucił Gniady wychodząc i gasząc światło.

Pomni wcześniejszej nauczki leżeliśmy cicho. Rozbłysło światło a niedawno żegnający mat wrzeszczy:

- Co wojsko się gniewa, bo nie odpowiada!

- Z koja raz – na kojo dwa!

I tak kilka razy. Widocznie zabawa mu się znudziła, bo rzucił tylko – spać ku…wa! i już go nie było.

Leżałem w milczeniu podobnie jak i reszta. Nikt z nas się nie odzywał, bo i po co. Każdy na swój sposób rozmyślał nad przeżyciami minionego dnia. Różne myśli kołatały mi po głowie. Kiedy pomyślałem, że przyjdzie mi tu spędzić dwa lata ciarki przeszły mi po plecach. Jak w kalejdoskopie zaczęły mi się przesuwać w myśli obrazki z dzieciństwa, kolonii i ostatnich dni w cywilu. Pomyślałem o rodzicach, dalekich ciotkach i wujkach i zapadłem w sen.

- Pooobudka! – wstawać – docierało do mnie jakby z oddali.

Okrzyk ten raz się oddalał, raz przybliżał, świdrując umysł. Otworzyłem oczy. Wzrok padł na biały sufit. Gdzie ja jestem? Po chwili gwar odgłosów dochodzących z sali z całym bólem uprzytomnił mi, że jestem w wojsku. Na dole już rządził gniady. Szybko zeskoczyłem z koja. Na spodenki gimnastyczne i podkoszulkę zabroniono nam zakładać workowatego zielonego dresu. Wychodzimy na zaprawę. Zbiórka na korytarzu! Ustawialiśmy się niezdarnie, jeszcze z resztkami snu.

- Pluton na zaprawę!

Padający śnieg i lekki mróz całkowicie pozbawił mnie resztek snu. Na zewnątrz panowały ciemności. Jedynie plac apelowy rozjaśniony kilkoma lampami i pobielony świeżo spadłym śniegiem był widoczny. Biegaliśmy wokół niego z piętnaście minut. Gniady się nie wysilał. Stał w miejscu. Chyba mu było zimno, mimo założonej panterki z imitacją futra przy kołnierzu, bo po chwili stojąc w kompanijnym oknie dyktował nam tempo. Co ciekawe nikt z nas się nie dziwił tej rannej zaprawie. Myślę, że już wtedy wiedzieliśmy, że o żadnym proteście nie może być mowy, a spełniając polecenia nie narażamy się na szykany. Jak szybko można zmienić psychikę człowieka, a on sam szybko potrafi się dostosować do nowych warunków. Jeszcze dwa dni temu było to nie do pomyślenia, a dzisiaj biegam w gaciach po śniegu.

- Człowiek nie świnia wytrzyma wszystko – podkreślał przy lada sposobności mat Kochański. Kombinowałem jakby tu zapalić papierosa. Wybiegając na zaprawę odruchowo chwyciłem paczkę „sportów” i zapałki licząc, ze uda mi się gdzieś odpalić. I nie pomyliłem się. W końcu placu, w dość znaczącej odległości od okien kompanii znajdowała się wielka tablica z objaśnieniami zasad prawidłowego zachowania się na strzelnicy. Była ona na tyle spora, że po chwili biegnąc odskoczyłem od reszty i już po chwili chowając się za nią ćmiłem papieroska. Po kolejnym okrążeniu dołączył do mnie Wiesiu. Rechocząc ze śmiechu, że się nam udało, przy ostatnim obiegnięciu placu dołączyliśmy do reszty nie będąc zauważonym przez naszego mata. Zawsze, gdy tylko była taka możliwość korzystałem z tego miejsca, na tyle skutecznie, że nikt nigdy mnie na tym nie przyłapał.

Po śniadaniu zaczęły się zajęcia na świetlicy. Były one na tyle dobre, że siedzieliśmy w cieple i w pomieszczeniu, kiedy za oknem szalała zimowa zamieć. „Przechlapane” mieliśmy dopiero po godzinie piętnastej kiedy kadra zawodowa udawała się do domu, a dowódca kompanii wydawał służbie dyżurnej polecenia docierania młodego wojska. Wtedy to wszystko zmieniało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wiem co dzisiaj jest plagą w wojsku, ale za moich czasów był to alkohol obecny wszędzie i o każdej godzinie. Pito na potęgę i na umór. My jako młode wojsko na razie mogliśmy tylko o tym pomarzyć, a mimo to, na plakacie zwalczającym skutki picia widniał napis; „Wódka to Twój wróg”! Korzystając ze sposobności, ze mnie nikt nie widzi, dopisałem pisakiem: „Dzielny żołnierz nie boi się wroga”. Spodobało się to głównie rezerwie, kadrze mniej. Na każdy nowy plakat wywieszany na korytarzu już ktoś zawsze do końca mojej służby wojskowej dopisywał moją myśl. W ten sposób niejako przeszedłem to tradycji batalionu zabezpieczenia. Najwięcej wszelkich wyskokowych napitków spożywano w dniu płacenia żołdu. Już od popołudnia „pociągano” skrycie na żołnierskich salach, które po wyjściu kadry zamieniały się w sale biesiadne. Kiedy rezerwista z innej sali tracił świadomość od alkoholowego ciągu wołał resztką sił czterech młodych. Ci wraz z kojem i pijanym marynarzem sunęli po hollu głośno przy tym wyjąc niczym karetki pogotowia czy straży pożarnej. W jego sali zostawiało się go na miejscu czmychając jak najprędzej, bowiem inny pijany rezerwista wymagał odtransportowania. Tak mijały pierwsze dni w tym cyrku wariatów. Chodziliśmy niewyspani, bowiem w założeniach cisza nocna była od 22:00 do 6:00, ale nas to nie dotyczyło. Każdy z nowo wcielonych do armii otrzymał od podoficera dyżurnego tzw. PPK, czyli Praca Poza Kolejnością. Z nastaniem ciszy nocnej byliśmy wykorzystywani do różnych prac. Najczęściej do sprzątania budynku kompanii, gdzie pastowaliśmy lamperię, a wszystkie klamki i lustra czyszczono pastą do…zębów. Najbardziej stresujące zajęcie polegało na sprzątaniu korytarza, a raczej jego posadzki. W tym celu przynoszono dwie olbrzymie skrzynie trocin. Na szczotach znajdowało się przeważnie 5 osób. Na komendę podoficera dyżurnego, udając odpalenie motoru i warcząc brum….brum rzucali się z dziką zajadłością na posadzkę wykonując szczotkami energiczne ruchy. Żeby nie odbywało się to na sucho wylewano kilka wiader wody na biało - czarną terakotę. 2 metry za szczotami wysypywano trociny, których było prawie do kostek. Teraz stojąc na nich trzeba było wykonywać ruchy przypominające nieudolne tany. W ten sposób trociny wchłaniały nadmiar wody, a jednocześnie służyły jako szmata. Gdy padała komenda – zmiana!, ci z trocin łapali za szczotki, a oni wskakiwali na trociny. Było to bezsensowne i miało chyba jedynie na celu upokarzać młode wojsko. Pewnego razu, a było już dobrze po północy, miałem pracę poza kolejnością do 3:00 nad ranem. Ponoć taki a nie inny wpływ na to, miało skumulowanie kar, które tylko sam Bóg raczy wiedzieć, od kogo je otrzymałem. Załapałem się na czyszczenie toalet. Za pomocą cegły drapałem porcelanowe niby muszle i kafelki. Sanitariaty kadry były bardziej normalne, z drzwiami i klozetową muszlą wraz z sedesem. Zmęczony postanowiłem usiąść na niej na chwilę, aby nieco odpocząć. Sam nie wiem kiedy zmorzył mnie sen. Śniło mi się moje cywilne życie, dom, praca. Nagle zerwałem się mogąc złapać tchu. Nie wiedziałem w pierwszej chwili co się ze mną stało i gdzie się znajduję. Ocierając rękoma wodę spływającą mi do oczu zauważyłem niedaleko mnie podoficera z pustym już metalowym wiadrem. Widząc, że na chwilę zasnąłem zakradł się i to wykorzystał w perfidny sposób.

- Co jest młody? Spać się wam zachciało, a sracz się sam posprząta – odezwał się do mnie.

- Obywatelu mat - melduję, że usiadłem za potrzebą!

- Co wy mnie rezerwistę chcecie okłamać!

I naraz jak nie wrzaśnie:

- Sraliście przy zamkniętej desce?

- Dobrze, pójdziecie spać, jak się załatwicie, zawołacie mnie, a ja sprawdzę czy mnie nie okłamaliście – zrozumiano!

- Tak jest – odparłem bez namysłu.

- A teraz biegiem na salę założyć suchy dres, czas wykonania polecenia 2 minuty.

Skoczyłem niby koń na gonitwie. O dziwo sala żołnierska była pusta, a moi koledzy podobnie jak i ja zmagali się z rezerwą a raczej ich wymysłami. Biegnąc w suchym dresie znalazłem się w dla mnie nieszczęsnym kiblu. Co ciekawe, cała złość i chęć przeciwstawienia gdzieś się ulotniła. Podobnie moim kolegom. Byliśmy jak bezduszne roboty wykonujące nawet najgłupsze polecenia żołnierzy starszego rocznika. Zastanawiałem się teraz, do której mi tu przyjdzie tkwić. Przebiegając koło podoficerskiego stolika zauważyłem, że nie ma jeszcze godziny 2. Do pobudki jeszcze cztery godziny. Skąd ja mu teraz

g … no znajdę. Na swój organizm a raczej układ pokarmowy nie mogłem liczyć. Jakoś ta czynność wydalania na początku służby u każdego z nas zaszwankowała. Prawie przez tydzień nie mogłem się opróżnić, a teraz mam tu zrobić na zawołanie. Jednak niezbadane są wyroki boskie. Kiedy stojąc koło kabiny prysznicowej rozmyślałem, nad moim losem – usłyszałem huknięcie drzwiami. Odskoczyłem od ściany i z zapałem zacząłem czyścić wielkie lustro wiszące nad umywalką.

- No ja pier … lę, kocie co jest ku … wa, podpadłeś?

Bełkotał mat Skotnicki, który za kilka dni wychodził do cywila, a cieszył się sporym uznaniem i żołnierzy jak i kadry.

- Nie bój się, za mało mi na liczniku zostało, żeby tu ciebie je … ać, ja już jestem Pan, rozumiesz?

Zapach nie strawionej wódki doszedł do mnie.

- Wys … am się i mnie tu już nie ma.

Zatoczył się ciężko, rozejrzał się przekrwawionymi od namiaru gorzałki oczami. - O wys … am się w kibelku kadry – stwierdził radośnie.

Usłużnie otworzyłem mu drzwi. Usłyszałem odgłos stęknięcia i charakterystyczny dźwięk wydalanych gazów. Na moje szczęście w spłuczce nie było wody. Wytoczywszy się z kabiny pogroził mi pięścią i kazał we wiadrze przynieść wody i sprzątnąć po nim.

- Wszystko będzie jak obywatel mat każe – odparłem.

Najbardziej mnie niepokoiło, czy pełniący służbę się zorientował, że ktoś korzystał z toalety. Z największą ostrożnością uchyliłem drzwi i przez szparę zerknąłem w kierunku stolika dyżurnego. Na moje szczęście nie było przy nim nikogo. Pełniący służbę w nocy, co jakiś czas chodzili na swoją salę, aby się ogrzać, bo na hollu zawsze panował przeraźliwy ziąb. W muszli leżało moje wybawienie i nadzieja na sen. Była kupa i to ogromna, widocznie mat, albo zjadł dużo, albo co najmniej od dwóch dni nie korzystał z wychodka. Aby nie dać ponieść się emocjom odczekałem z 20 min., nie robiąc nic. Kiedy uznałem, że nadszedł mój czas wyprysłem z kibelka jak z procy biegnąc w kierunku podoficera. Stanąłem na baczność i zameldowałem:

- Obywatelu mat, marynarz p … da melduje wykonanie polecenia zrobienia kupy!

- Ano zobaczymy – podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku ubikacji. Ja za nim ciekaw jak zareaguje. Otworzył drzwi i spojrzał w muszlę.

- Fiu, fiu – gwizdnął pełen podziwu.

- Najeb … liście wedle rozkazu, nawet za dużo, ale rozkaz to rozkaz.

Sprzątnąć mi to gówno i wypad na salę!

Mój pierwszy fortel wypadł nad podziw dobrze i o 2:45 drżąc z zima leżałem już w swoim wyrku. Zasnąłem momentalnie i … błyskawicznie była pobudka. Większość moich kolegów zakończyła pracę o 3:00 a byli i tacy, co nie spali do pobudki.

Nie taki diabeł straszny…

Dzień następny nie różnił się niczym innym od mijających. Codzienna „zaprawa” przed śniadaniem, ryki rezerwy i poznawanie kadry, która w początkowym okresie nas nie zauważała, komunikując się z nami jedynie przez podoficerów. Tak było aż do pierwszych zajęć z taktyki w terenie. Bodajże z dwa tygodnie po naszym wcieleniu zapowiedziano nam, iż jutro czekają nas zajęcia w terenie. Nawet byliśmy zadowoleni, każdy liczył na jakąś odmianę, bo tak po prawdzie nosa nie wyściubialiśmy poza naszą kompanię. Broń przydzielono nam bodajże z trzy dni wcześniej, jednak dopiero po przysiędze mogliśmy z nią pełnić służbę. Ja otrzymałem KBKAK ze składana kolbą, chociaż bardziej mi „leżał” KBKAK AKM z drewnianą kolbą. Jak się nie ma co się lubi to, się lubi co się ma i do końca mojej służby nie rozstałem się z moją giwerą. Nawet dzisiaj potrafię bez zastanowienia podać jej nr seryjny. Wtedy, podczas służby często budzono nas w nocy i kazano recytować numer broni przydzielonej. Biada temu, kto się pomylił, lub nie potrafił bezbłędnie odpowiedzieć. Oprócz wspomnianej broni wydano nam całe oporządzenie. Przerażenie mnie ogarnęło, kiedy ujrzałem ten cały kram, który na siebie było trzeba założyć. Wspólnie, przy pomocy kolegów pozapinano wszystkie paski troki. Obładowani niczym pierwsi amerykańscy kosmonauci na księżycu, biegliśmy na miejsce zbiórki na placu apelowym. Gorszej pogody już nie mogło być. Na zewnątrz przy parostopniowym mrozie szalała śnieżna zadymka. Grafitowy kolor nieba wisiał nam dokładnie nad głowami. Uformowani w czwórki ruszyliśmy na niedaleki małpi gaj, położony tuż przy morskiej skarpie. Padła komenda:

- Biegiem!

Ostry kłujący śnieg wciskał się dokładnie wszędzie. Za kołnierz, pod mankiety. Biegłem z innymi, klnąc w duchu wszystko i wszystkich. Całe to tałatajstwo w postaci maski przeciwgazowej, OP – 1, ładownice, saperka i plecak, nie wspominając o karabinie utrudniało normalne poruszanie a cóż dopiero bieg. Po kilku minutach nikomu nie przeszkadzał śnieg, ba, nawet był mile widziany, bo chłodził rozpalone czoła i policzki. Nareszcie ukazał się plac ćwiczebny i zadaszenie, pod którym tłumaczono nam dzisiejszy temat ćwiczeń. Zapamiętałem go do dzisiaj, a brzmiał: „Taktyka pojedynczego żołnierza na współczesnym polu walki”. Podzielono nas na drużyny i zaczęła się jazda, i to jaka, wszystkie ćwiczenia i wysiłek w cywilu, był niczym w porównaniu do tego co nam zafundowano. Na początek padła komenda:

- Maski włóż! Zgrabiałymi z zimna palcami wyłuskałem maskę i założyłem tak jak nam kazano. Co innego teoria, a co innego praktyka. Maska za żadne skarby nie chciała się dać nałożyć na mokrą głowę i twarz. Dopiero perspektywa mata Gniadego, który bez pardonu walił „oporniachów” w kark, być może ułatwiła mi to zadanie. Okulary od razu mi zaparowały, i to tak, że nie widziałem dokładnie nic. Po chwili zaczęło mi brakować powietrza, a płuca zaczęły ciężko pracować. Naraz sobie przypomniałem, o zatyczce w pochłaniaczu, zdjąłem ją i po chwili jako tako zacząłem oddychać. Przez ustępującą rosę na okularach, zdążyłem zauważyć, że wyglądamy komicznie, jak stado słoni. Nagle rozległy się okrzyki:

- Lotnik – kryj się!

Łatwo powiedzieć kryj się, jak jesteśmy na placu, bez żadnego zagłębienia czy krzaczka. W odległości około 200 m ode mnie zauważyłem wyraźne zgłębienie w ziemi. Ruszyłem pędem w tę stronę, pomny zachowań książkowych bohaterów, co chwila padając i wstając. Kierunek i cel był już w zasięgu ręki, a za chwilę leżałem na dnie zagłębienia ciężko dysząc. Musiało to wywrzeć wrażenie na podoficerach i naszym chorążym, bo pozwolili mi zapalić papierosa, i to w czasie kiedy reszta biegała chaotycznie jak zające po polu. Okazało się, iż tych zagłębień i naturalnych ukształtowań terenu jest więcej. Były jednak niewidoczne przysypane sporym śniegiem i wtapiały się w krajobraz. Zwołano zbiórkę. Wydano po drugim śniadaniu. Tym razem był to boczek wędzony, bułka i kubek gorącej herbaty. Po tym posiłku jakoś raźniej zrobiło się na duszy. Zauważył to mat Kochański, specjalista od okopywania się żołnierza na polu walki. Rypnął nas komendą wszystkich w śnieg, a sam pokazał jak należy się prawidłowo okopać. Różnica polegała na tym, iż on zrobił to w zasadzie śniegiem, a na nas czekała ziemia twarda jak skała. Leżąc na mokrym śniegu byłem po chwili cały mokry, ale od potu. Na leżąco było cholernie kopać, a co chwilę któryś z matów darł mordę:

- Niżej dupę, bo jaja ci nieprzyjaciel odstrzeli - i tak aż do znudzenia.

Około godz. 14:00 zbliżała się pora obiadu a zajęcia przerwano, by powrócić do nich nazajutrz. Westchnienie ulgi wyrwało nam się z piersi, widocznie w złym momencie, bo tym razem ruszyliśmy do przodu przez czołganie i pełzanie. Po kilkunastu metrach miałem wrażenie, ze szoruje po śniegu gołym brzuchem, wszystko miałem doszczętnie mokre. Kiedy kazano nam biec przyjąłem to z radością i pognałem do przodu niczym źrebak, aby rozgrzać przemarznięte do szpiku ciało i kości. Budynek baraku wydał się oazą przytulności, a ciepło buchające z pieca obejmowało nas swoimi mackami. Po chwili przez zaparowane okna, od suszącej się odzieży, nie dało się niczego dostrzec, a gdy maszerowaliśmy do kuchni na zewnątrz panowała śnieżna zawierucha w pełnym tego słowa znaczeniu. Dzięki niej udało się uniknąć zajęć przez dwa dni, a jedynym naszym bojowym sprzętem były wielkie drewniane łopaty do odśnieżania. Zaczęły pojawiać się pierwsze listy z domu. Ja też dostałem taki list, jednakże zanim on trafił do moich rąk musiałem zaliczyć tzw. 10 „bek” (przebiegnięcie korytarza 100 m. - tam i z powrotem równało się jednej „bece”). Każda poczta cywilna z domu zanim została odebrana okupiona była albo „bekami”, pompkami, skrętoskłonami itp. Nie pamiętam, aby ktoś z nas przez okres „unitarki” otrzymał list bez ceregieli. Pierwsze wiadomości z domu podziałały na każdego deprymująco. Było to widać po moich współtowarzyszach szukających odrobiny osamotnienia, aby w spokoju pomyśleć o domu. Wiadomości, które otrzymałem nie były budujące. Matka narzekała na nasilone objawy tarczycy i przygotowywała się na drugą operację. Ojciec bez granic oddawał się swojej pracy. Wychodził rano a wracał wieczorem. Reszta w normie, a na koniec pozdrowienia od cioć i wujków. Ciekawe, ze teraz sobie o mnie przypomnieli, bo wcześniej nasze kontakty do ożywionych nie należały. W gorszej sytuacji byli koledzy mający dziewczyny w cywilu. Tęsknota aż od nich wyzierała na kilometr, a rozmowom o nich nie było końca. Ja na szczęście byłem w takiej sytuacji, iż moje serce w obecnej chwili nie pałało gorącym uczuciem do żadnej. Przed wojskiem życiowy scenariusz pozwolił mi zakończyć moją wielką miłość i z tego powodu było mi o wiele lżej.

A wojskowe życie powoli toczyło się naprzód. Już znałem budowę karabinu, potrafiłem go rozebrać, wyczyścić i złożyć, zawsze jednak przy sprawdzeniu okazało się, że lufa jest brudna, chociaż ja miałem zgoła inne zdanie. Wtedy też nauczyłem się odpowiednio meldować, iż broń jest przeczyszczona i gotowa do przeglądu, a nie wyczyszczona, bo jak wojsko wojskiem, jeszcze nikt nie widział wyczyszczonego karabinu. Najbardziej jednak lubiłem zajęcia polityczne, a tylko dlatego, że odbywały się na sali żołnierskiej lub na kompanijnej świetlicy. Setki razy powtarzałem nazwiska generałów i dowództwa nie tylko Marynarki Wojennej, ale i sztabu generalnego. Uczono nas także za pomocą kolorowych tablic odróżniać sprzęt „NATO” od naszego. Poza tym wpajano nam jak ważny jest układ warszawski z armią radziecką na czele. Z przyswajaniem tego materiału nie miałem najmniejszego kłopotu i po zaliczeniu testów opanowania wiadomości służyłem pomocą innym. Przysięga zbliżała się szybkimi krokami, toteż co wydaje się zrozumiałe – była przez nas oczekiwana. Jak na razie nie opuściliśmy jednostki ani razu, a nawet sobotnie kąpiele kompanii odbywały się na terenie portu wojennego. Któregoś dnia być może zbyt pewny siebie, (jakby nie było miesiąc w wojsku) zamiast poruszania się biegiem po hollu zachciało mi się maszerować. Zauważył to szef i jak nie ryknie:

- Gaz!

W tym momencie powinienem biegiem udać się na salę po swoją maskę gazową. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy i też jak nie wrzasnę kręcąc nosem: - Nie czuję!

Szef zamienił się w słup soli.

- Granat k … wa … granat… młody.

Według instrukcji powinienem paść na ziemię, aby uniknąć rażenia odłamkami. Nie wiem do dzisiaj, dlaczego nie padłem i na dodatek odkrzyknąłem:

- Złapałem i odrzuciłem!

Szef kompanii zapewne w życiu niejedno widział, tym razem doszczętnie go zamurowało. Zdobył się tylko na kiwniecie palcem, co oznaczało „do mnie!”. Zameldowałem się przepisowo. Spojrzał na mnie i o dziwo – uśmiechnął się mówiąc:

- No podobasz mi się, będę ciebie miał na oku, a teraz wypad na zajęcia! Odmeldowałem się i jakoś raźniej zrobiło mi się na duszy. Nie tylko nie dostałem żadnej kary, ale wkradłem się w łaski szefa. Ten sam szef wieczorem przy wydawaniu czystych prześcieradeł przeczołgał prawie cały pluton, który będąc w pobliżu jego pakamery ryczał w niebogłosy:

- Po to szef mi prześcieradło dał, aby sobie na nim spał!

Wcześniej podczas wydawania kilka płócien spadło na posadzkę, co nie uszło bystremu wzrokowi szefa. W celu wyeliminowania podobnego błędu na przyszłość zarządził czołganie z meldunkiem. Była to na tyle skuteczna metoda, że następnie pobieranie z magazynku odzieżowego odbywało się wręcz wzorowo. Dwa dni później dałem się podejść ku uciesze reszty kolegów. A było to tak: Po kolacji, a więc około 19:00 wieczorem podczas wieczornego apelu nasz dowódca drużyny poszukiwał trzech ochotników na przepustkę do Trójmiasta. Jakoś nie było chętnych, co mnie jednak nie zastanowiło. Już oczami wyobraźni widziałem siebie przy kuflu piwa pośród cywili. Zgłosiłem się natychmiast, zaraz po mnie dwaj następni.

- No orły – odezwał się mat Gniady

- Chcecie koniecznie wydostać się na miasto? – no to w porządku.

- Ty – wskazał palcem na mnie - pojedziesz do kibla przy świetlicy.

- Ty zaś – to do kolegi – pojedziesz do kibla przy magazynku.

- A ty – wskazując na środkowego – zamieciesz korytarz.

Zgromadzeni żołnierze ryknęli śmiechem.

- Jakby nie było to macie Trójmiasto – zarechotał zadowolony ze swojego dowcipu.

- A bodaj cię szlag na miejscu trafił – pomyślałem i rad nie rad udałem się do kącika gospodarczego po niezbędne oprzyrządowanie takie jak: miotła, wiadro i ścierka. Miało to i dobre strony, ponieważ od tego momentu zrozumiałem, iż w wojsku nie należy się wychylać, ale i też nie być na szarym końcu.

Kolejne dni upłynęły na wpajaniu tekst przysięgi i jej ceremonii. Dwa dni przed, zaplanowano uroczyste wręczenie broni. Zaproszenia zostały wysłane i nie pozostało nic innego jak tylko czekać na dawno niewidzianą rodzinę jak i znajomych. W związku z tym pofolgowano nam nieco, co jednak nie oznaczało, ze na brak zajęcia nie mogliśmy narzekać.

Najważniejsza chwila w życiu żołnierza…

Nadszedł wreszcie dzień przysięgi. Z tej okazji wyfasowano nam mundury wyjściowe, w których już paradowaliśmy od rana. Od rana również na teren jednostki zaczęli przybywać zaproszeni goście. Tłoczyli się przed biurem przepustek, ponieważ przeprowadzano skrupulatne kontrole mające zapobiec wnoszeniu alkoholu na teren jednostki. Było mi trochę przykro, ponieważ wiedziałem, ze matka moja przebywa w szpitalu, a ojciec sam bez niej nigdzie się nie ruszał. Nie miałem także pewności czy przyjedzie ktoś z dawnych kolegów. O moich rozterkach wiedział mój najbliższy kolega Wiesiek, który zadeklarował mi swoje towarzystwo i rodziny, abym nie czuł się samotny. Z niecierpliwością przez okno baraku wypatrywałem znajomej twarzy. Nagle, nie wierząc własnym oczom zauważyłem kolegę Bogdana, z którym w cywilu się zaprzyjaźniłem. Nie pozwolono nam jednak na spotkanie z nimi. – Dopiero po przysiędze – ponoć tak zadecydował dowódca jednostki bojąc się, że jego żołnierze mogą nadużyć napojów wyskokowych. Zarządzono zbiórkę i po chwili waląc dziarsko podkutymi butami zmierzaliśmy na plac apelowy w pobliże wielkiej, specjalnie ustawionej na tę okazję trybuny.

Gwoli ścisłości należy dodać, że nasza kompania poza zabezpieczeniem sztabu dowództwa marynarki wojennej pełniła również rolę kompani reprezentacyjnej marynarzy. Dostaliśmy nieźle w kość przed przysięgą podczas nauki musztry. Trwała ona po kilka godzin dziennie. Abyśmy nie chodzili jak „kobyłka Piłsudskiego” przekładano nam pod pachami kij, lub broń. Miało to wyeliminować wady postawy i zrobić z nas perfekcjonistów. Olbrzymie lustra na placu miały nam w tym pomóc.

Plac zapełnił się gośćmi, a i wyższe wojskowe władze pokazały się na trybunie. Huknęła orkiestra, padły przemówienia o tym jaki spotkał nas zaszczyt a zaraz potem padł rozkaz:

- Do Przysięgi!

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikły berety z głów, a uniesione dwa palce prawej ręki do góry spotęgowały wrażenia wszystkich.

… niech mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej – padły ostatnie słowa tekstu przysięgi.

Byliśmy teraz żołnierzami z obowiązkami i odpowiedzialnością za ich wykonanie. Przed trybuna honorową waliliśmy buciorami w beton tak, że aż iskry leciały. Rozległy się oklaski co jeszcze nas bardziej zmobilizowało do paradnego marszu. Na polecenie dowódców drużyn zdawaliśmy broń do magazynku i nic już nie stało na przeszkodzie by spotkać się z rodziną. Widziałem witających się serdecznie, z rodzicami, siostrami braćmi, niektórzy z dziewczyną. Roześmiani i radośni kierowali się na świetlicę i sale żołnierskie. Nie spieszyło mi się nigdzie, ale po chwili serdecznie witałem się z Bogdanem. Jego matka nie zapomniała o mnie, a w przepastnej torbie nie zabrakło cywilnych paczek i paczuszek. Zamiast soku w kompocie truskawkowym znajdował się czysty … spirytus. Poprawiło mi to humor nieco. Chłonąłem niczym gąbka wodę informacje od rodziców i znajomych, które mi przekazywał. Atmosfera na sali gimnastycznej, bo tam siedzieliśmy, robiła się coraz bardziej radosna. Na zastawionych suto stołach ciastem domowym i innymi smakołykami pojawiły się kieliszki i wódka. Nie byłem gorszy i po chwili walnąłem kielicha, potem drugiego i następnego. Raz po raz witaliśmy się z rodzinami kolegów, każdą taką znajomość pieczętując kieliszkiem wódki. Pojawiali się i żołnierze starszego rocznika. Z ociąganiem, ale i wyraźnym zadowoleniem uczestniczyli w tej biesiadzie, jakby wcześniej nie wiedzieli, że gnębienie kotów sprawiało im przyjemność. Czas upływał niepostrzeżenie szybko, a w głowie coraz bardziej szumiało. Dowódca widząc co się święci zakazał spożywania alkoholu. Odniosło to taki skutek, ze pito teraz ukradkiem. Nie wiadomo, kiedy zapadł zmierzch i nadszedł czas pożegnania. Jeszcze ostatnie uściski, odprowadzenia do koszarowej bramy i po chwili w całej jednostce nie było ani jednego cywila. Kazano nam wszelkie pozostałości po biesiadzie zanieść na naszą salę i rozłożyć na kocu na podłodze. Czego tam nie było. Wędzone kiełbasy domowego wyrobu, słodycze, papierosy no i kilka butelek wódki przemyconych nie wiadomo jakim sposobem. Wokół tego, jak sępy czekające na ofiarę, krążyli nasi dowódcy drużyn oraz żołnierze rezerwy. Kazali nam wyjść na korytarz i czekać. Zawołali nas na salę, kiedy dokładnie podzielili produkty pomiędzy siebie. Nasze protesty nie zadały się na nic, kilku niezadowolonym z takiego obrotu sprawy kazano się czołgać pod łóżkami. Nie wytrzymał Boguś z Nowego, doskoczył do rezerwisty objadającego się jego kiełbasą. Na to czekali tylko dowódcy drużyn. Kazali mu założyć na siebie trzy „panterki”, kurtki z futrzanym kołnierzem. Pomiędzy nogi wsunęli mu beret, który miał ściskać kolanami tak, aby nie wyleciał. W wyciągniętych rękach trzymał taboret. Jakby tego było mało, musiał plecami oprzeć się o rozpalony piec i wykonywać przysiady. Po chwili był cały mokry od potu. Patrzyłem na to ze wściekłością. Jeszcze dwie godziny temu „prześladowcy” niczym liski chytruski bratali się z nami, a teraz pokazują swoją władzę. Po 50 przysiadach, a musiał je liczyć głośno dano mu tzw. „odbój”, inaczej mówiąc zaprzestanie ćwiczeń. To, że złożyliśmy przysięgę nie oznacza, że możemy czuć się starymi żołnierzami. Taki stan rzeczy ma trwać, aż do następnego poboru, czyli jeszcze z 3 miesiące. Wtedy też będziemy mieli lżej. Z uczuciem ulgi położyłem się na kojo. Szumiało mi w głowie i po alkoholu i po ostatnich zajściach. Dało się słyszeć chrapanie innych i sam nie wiem kiedy zapadłem w sen. Było jeszcze ciemno, kiedy wyrwał nas ze snu sygnał pobudki. Ogłoszono ją dwie godziny wcześniej, bo jak określił dyżurny: - trzeba wam zrobić odparowanie alkoholu.

W tym celu biegaliśmy prawie dwie godziny wokół placu apelowego. Aby nie było nam za łatwo co drugie okrążenie musieliśmy zaliczyć w przysiadzie. Padały komendy: -

- Za pięty chwyć!

- Ręce przed siebie i żabie skoki!

Zabawa skończyła się na 10 min. przed przyjazdem do jednostki kadry zawodowej. Sam słyszałem jak podoficer dyżurny meldował:

…że poza parowaniem alkoholu młodego rocznika, nic ważnego podczas pełnienia służby nie zaszło!

Służba nie drużba…

Po zaprzysiężeniu nas przybyło nam o wiele więcej obowiązków. Poza ćwiczeniami z musztry i służbą wartowniczą nic od nas więcej nie wymagano. Warta pełniona była w budynku dowództwa Marynarki Wojennej w Gdyni w samym jej centrum. Po godzinie 21:00 latem pełniona była na zewnątrz. Do obowiązków wartownika stojącego przy drzwiach do dowództwa należało sprawdzanie przepustek, a na widok generała czy admirała należało głośno wrzasnąć:

- Uwaga!

Po to, aby oficer dyżurny miał czas na wybiegnięcie z dyżurki i złożenie meldunku. Na pierwszej warcie na posterunku nr 1, czyli w głównych sztabowych drzwiach, co chwila ryczałem:

- Uwaga!

Myliły mi się oznaczenia stopni na rękawach marynarskich. O ile żółty pasek podporucznika czy kapitana była wąski, to już komandora wyglądał mi niemal na wężyk admiralski. Nic dziwnego, kiedy generał Kamiński z wiceadmirałem Janczyszynem wchodzili do budynku, to nie ryknąłem uwaga!, z obawy kompromitacji. W oficera dyżurnego jakby grom z jasnego nieba strzelił. Na ich widok zerwał się od stołu przewracając lampę na biurku. W pośpiechu poprawiał oficerski kordzik, aby po chwili zameldować się oficjelom. Oj dostało mi się od niego wtedy. Zwymyślał mnie od ostatnich oferm i łajz. Uspokoił się dopiero, kiedy dowiedział się, że to pierwsza moja służba. I tak do końca mojej pierwszej warty wywołałem go jeszcze ze dwa razy, ale na szczęście wybaczył mi moją nadgorliwość. O wiele lepiej było po godzinie 21. Patrolowało się na odcinku bramy wjazdowej na dziedziniec sztabu, aż do kina „Goplana”. Skwer Kościuszki latem tętnił życiem i działo się na nim wiele ciekawego. Pewnego razu pełniąc służbę na zewnątrz zostałem zaczepiony przez kobietę. Jak wyjaśniła nazywa się „Królowa Morza” i prosiła aby jej zdrowo… przylać pasem marynarskim. Była przy tym tak natarczywa, że rad nie rad spełniłem jej prośbę. Tak się to jej spodobało, iż zaczęła się domagać więcej. Kiedy odmówiłem, postraszyła mnie, że pójdzie zameldować oficerowi dyżurnemu. Kazałem jej wynosi się w diabły i chyba tak zrobiła, bo już jej osobiście nie spotkałem. Kiedy indziej dwóch podchmielonych gości chciało koniecznie postrzelać sobie z mojego karabinu. Dopiero przeładowanie broni i wymierzenie w ich kierunku - ostudziło ich zapał. Najgorsza przypadłość, jaka mogła zdarzyć się na warcie to parcie na pęcherz, a już nie daj Boże na kiszkę stolcową. Dopadło to i mnie. Prosić o zmianę z powodu sraczki było jakoś niezręcznie, a i ja nie słyszałem o podobnym wypadku. W centrum miasta, otoczony kamienicami nie mam takiej możliwości jak wartownicy stojący w lesie. Dusiłem w sobie ów problem do momentu, kiedy trzeba było podjąć radykalne działanie. Temu, kto wymyślił marynarskie spodnie, a raczej sposób ich zapinania brakowało chyba wyobraźni. Sama procedura ich odpinania trwa na tyle długo, że może się niekiedy okazać, że za długo. Pomny tego, że gdy się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, zawczasu odpiąłem guziki w pobliskiej kamienicy. Moja determinacja była na tyle silna, że byłem gotów zrobić to teraz i w tym miejscu. Zdjąłem karabin, kiedy usłyszałem odgłos otwieranych na piętrze drzwi. Rad nie rad odstąpiłem od zamiaru. Ściskając nieszczęsne spodnie w garści wyszedłem na ulice. Na szczęście wzrok padł na zarośla po drugiej stronie ulicy. Dziwne, ze wcześniej takiej możliwości nie dostrzegłem. Po chwili z uczuciem ulgi wróciłem w rejon patrolowania. O żadnych konsekwencjach nie mogło być mowy, a ja dzięki temu nie musiałem słuchać złośliwych docinków ze strony dowódcy warty jak i kolegów, tak jak to miało miejsce u marynarza Fabisiaka. Na początku służby wartowniczej często zdarzało spać mi się na stojąco w marszu. Dopiero zderzenie z murem przywracało zdolność logicznego myślenia i postrzegania. Było i tak, ze wydawało mi się, iż w kierunku wartowni zmierza oficer dyżurny a ja oddawałem mu należne honory. Kiedyś przez okno wartowni zauważył to dowódca warty. Spanikowany zarządził „wartę pod broń”, aby należycie powitać nadchodzącego oficera. Kiedy ten się nie pojawił, zawołał mnie i zapytał o niego. Był pewny, że szedł do nas, a ja oddaniem honoru go w tym upewniłem. Sam zachodziłem w głowę jak się to dzieje, tym bardziej, że podobnych wydarzeń było sporo. Wytłumaczyłem, że oficer udał się w stronę garaży i kierowców, którzy przez 24 godziny musieli być gotowi do wyjazdu. Nieraz ich czarne „Wołgi” w godzinach wieczornych i nocnych wyjeżdżały ze sztabowego dziedzińca, a ja otwierałem im bramę. Któregoś razu, a na zewnątrz panował potężny mróz i zamieć, okutany po szyję w specjalny kożuch wcisnąłem się do budki wartowniczej, aby chociaż na chwilę osłonić się przede podmuchami lodowatego wiatru. Miejsca w niej nie było sporo, ale dawała jako taką osłonę. Było w niej na tyle przytulnie, że nawet nie wiem, kiedy sen skleił mi powieki. Nagłe targnięcie mną i potężny łoskot wyrwały mnie ze snu. Nie wiedziałem w pierwszej chwili co się stało.

Dopiero po chwili zrozumiałem, że przewróciłem się z budką wartowniczą. Wygramoliłem się z niej i podniosłem do góry, a po kilkunastu sekundach przez okno wartowni rozległ się głos dowódcy warty wołający mnie:

- Wartownik! Co to za hałas był przed chwilą …

- Hałas? – udałem zdziwienie i po chwili dodałem

- 0bywatel chorąży coś słyszał? Nic się nie stało, to spadły sople, które zwisały z dachu.

Tak po prawdzie to zwisały parę dni temu. Każdy z wartowników pełniący wartę na dziedzińcu zabawiał się ich strącaniem. Chorąży uspokojony zamknął okno, a ja już podczas tej służby oka nie zmrużyłem, nawet na zmianie odpoczywającej, kiedy każdemu wartownikowi przysługiwała twarda prycza na odpoczynek. Służba wartownicza na dziedzińcu nie należała do ulubionych. Z każdej strony otaczały go sztabowe budynki, a sam plac wyłożony betonową kostką był połową wielkości boiska piłkarskiego. Miał jednak mocny argument w postaci zaplecza garnizonowej kantyny. Nabierało to znaczenia podczas świąt. Zawsze pełniąc wartę można było liczyć na smakowity kąsek jak i na coś mocniejszego. Rzecz jasna, odbywało się to bez przyzwolenia kadry kasyna, dzięki życzliwości kolegów tam odbywających służbę. Podobnie reagowali mieszkańcy Gdyni. Zawsze w wieczór wigilijny, czy dzień świąteczny przynosili drobne upominki, życząc przy tym spokojnych świąt.

Szara rzeczywistość

W kilka dni po przysiędze załapałem się na pierwszą przepustkę na garnizon Gdynia. Akurat dostałem żołd. Papierosów nie kupowałem ponieważ co drugi dzień dostawaliśmy przydziałowe opakowanie „Sportów”, a i niepalący odstępowali swój przydział. Wyjściowy mundur musiał być regulaminowy. To, że młody żołnierz wyglądał w nim jak strach na wróble nie miało znaczenia. Starszy rocznik przerabiał czapki, a głównie spodnie. W tym celu na specjalne modełka zrobione ze sklejki, naciągano nogawki polewając je gorącą wodą. Kiedy wyschły woskowano je za pomocą gorącego żelazka. Musiały być nieprzepisowo na dole szerokie, a kanty ostre jak brzytwa. Nam tego na razie nie wolno było robić. Biada, kiedy na biurze przepustek dostrzeżono by zmiany. Za to musiał być obowiązkowy kartonik, do którego przyszyte były zapasowe guziki, wpięta igła z nitką. To tak na wszelki wypadek. Na przepustkę udałem się z dwoma kolegami z plutonu. Z Oksywia do centrum Gdyni to kawałek drogi. Kiedy podjechał autobus rozsiedliśmy się wygodnie. Po kilkunastu minutach byliśmy na Skwerze Kościuszki, niedaleko miejsca, w którym przyszło nam pełnić warty. Z wrażenia oddawaliśmy honory komu popadło. Ja swój pierwszy oddałem osobnikowi w … kolejarskim mundurze. Koledzy oddali leśnikowi i uczniowi szkoły morskiej. Tak nas zżerała panika. Dopiero po kilkunastu minutach zdołaliśmy się nieco opanować i z daleka już rozpoznawać do kogo mundur należy. W pijalni piwa niedaleko „Róży Wiatrów” z uczuciem ulgi sączyliśmy kuflowe piwo. Tak po prawdzie to nikt z nas nie wiedział, co należy na przepustce porabiać. Obce miasto, żadnych znajomości, a szwendanie się po mieście raczej nie wchodziło w rachubę z powodu licznych patroli wystawianych przez Komendę Garnizonu. Towarzystwo wokół nas nie było ciekawe. Parę miejscowych żuli z wymęczonymi gębami od przepicia, wyraźnie z nami szukało zaczepki. Nie chcieliśmy ich prowokować, a i nie w smak nam było, aby pierwsza przepustka zakończyła się bijatyką. Kupiliśmy parę butelek „elbląskiego” i na pobliskiej plaży, pustej wczesną wiosną, dopiliśmy je. Do jednostki zabraliśmy się ze zmianą warty sprzed sztabu, gdzieś około godziny dziewiętnastej. Jakoś nikt nam z racji wypitego piwa na kompani nie dokuczał i do samej nocnej ciszy nic godnego uwagi nie zdarzyło się.

Od paru dni wszystkim zaprzątało głowę pierwsze ostre strzelanie na ocenę. Czekałem na nie z niecierpliwością. W cywilu miałem okazje postrzelać z broni sportowej i to z niezłymi wynikami. Byłem ciekaw jak się to przełoży na prawdziwą broń. W piątek od samego rana świeciło cieple wiosenne słońce. Lekki wietrzyk szumiał w koronach topoli otaczających jednostkę. Kiedy zająłem stanowisko strzeleckie poczułem dreszczyk emocji. Po krótkim przypomnieniu zasad strzelania i wydaniu trzech ostrych naboi całą uwagę skupiłem na oddaniu strzału. Wstrzymałem oddech zgrałem muszkę ze szczerbinką i nacisnąłem spust. Suchy odgłos wystrzału odbił się echem po okolicy. Kiedy padła ponowna komenda:

- Ognia! - dokładnie powtórzyłem wszystkie wyuczone czynności. Celowaliśmy do tarczy z popiersiem żołnierza z odległości 100 m. Mierzyłem w miejsce styku sylwetki żołnierza z białym paskiem. Jakież ogarnęło mnie zdziwienie, kiedy na miejscu przy tarczach dowiedziałem się, że wystrzeliłem dwie 10 i jedną dziewiątkę. Był to wynik dnia. Zostałem wyróżniony rozkazem dowódcy kompani i nagrodzony trzydniowym urlopem nagrodowym. Na urlop pojechałem na początku lipca. Kiedy wysiadłem na peronie w Chojnicach ogarnęło mnie wzruszenie, podobnie jak i przy spotkaniu z rodzicami. Po krótkiej rozmowie z nimi, solennie obiecując powrót w godzinach wieczornych udałem się rzecz jasna w marynarskim mundurze na miasto. Pierwsze kroki skierowałem do Bogdana. Okazało się jednak, iż przebywa na wakacjach w niedaleko oddalonych od miasta Charzykowach. Znalazłem się tam po kilku minutach. Zauważyłem już w miejskim autobusie, ze mój marynarski mundur wzbudzał zaciekawienie. Dumnie wypinałem pierś kierując się do centrum letniskowej miejscowości. W pobliskim rożnie z wyszynkiem piwa butelkowego dowiedziałem się, że Bogdan tu przed chwilą spuścił niezłe manto facetowi, który naubliżał dziewczynie. Mijam małe domki zanurzone w gęstwinie drzew i po chwili jestem przed żółtym budynkiem ośrodka wypoczynkowego PKP. Na powitanie otrzymuję w prezencie skrzynkę piwa, z którą jako żołnierz nie walczę długo. Pierwszy dzień mija na pijaństwu. Rano na drugi dzień nie zamierzam pić, bo nazajutrz musze zameldować się w jednostce. Co innego postanowienia, co innego życie. Towarzystwo doborowe, dziewczyny, koledzy, aż żal odjeżdżać. Do teraz się zastanawiam, co wtedy mi odbiło. Wiedziałem, że poszukuje mnie żandarmeria, bo pojawiła się w pobliskiej restauracji wypytując o marynarza. Ja sam wtedy ubrany byłem w dres, tak, że trudno we mnie było rozpoznać obrońcę ojczyzny. Dopóki trwał pijacki amok, dopóty nie myślałem o konsekwencjach. Zacząłem o nich myśleć dopiero po upływie tygodnia. Wszyscy mi doradzali powrót do jednostki. Łatwo im było mówić skoro byli cywilami. Założyłem pognieciony mundur wyjściowy i marynarską koszulkę nie pierwszej świeżości. Pod ośrodkiem czekała „Nysa” z ośrodka, która w ten dzień w sprawach służbowych miała pojechać do Gdańska. Z ciężkim sercem zająłem miejsce na ceratowej kanapie i ruszyłem ku mojemu przeznaczeniu. Sam nie wiem, kiedy dojechaliśmy do Gdyni. Pożegnałem kierowcę i co dalej? Jednak uznałem, ze trzeba dotrzeć na Oksywie. Już w pobliżu jednostki zaszyłem się w krzakach i obserwowałem co się dzieje. Nic się nie działo, a jednostka tętniła swoim życiem. Wyszedłem z ukrycia i skierowałem się do swojej kompanii. Podoficer dyżurny aż zagwizdał na mój widok ze zdumienia. Po chwili meldowałem się u dowódcy. Bez ogródek stwierdził, że się doigrałem i kazał mi spie … lać! Byłem zaskoczony takim łagodnym obrotem sprawy. Z plutonu nikogo nie było z racji zajęć. Usiadłem na taborecie z uczuciem ulgi – jakoś to będzie. Pomyliłem się nieco w przypuszczeniach. Już po 15 godzinie zaczęło się mi wybijanie samodzielnego oddalenia. W tym celu z maską na twarzy biegałem po hollu

Momentami brakowało mi tchu. W momentach kryzysu i zwątpienia dodawałem sobie otuchy tezą wpojoną mi w wojsku „człowiek nie świnia wszystko wytrzyma. Zmiękczanie mnie zakończyło się przed 22:00, a na sali jakoś nie kwapiłem się z nikim do rozmowy. Nazajutrz po rozmowie z kolegami okazało się, że przeze mnie mieli „przechlapane” w myśl powiedzenia - jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Nic nie miałem na swoje usprawiedliwienie, ani nie zamierzałem się z tego im tłumaczyć. Gorzej wyglądała sprawa ukarania mnie. Z tego, co usłyszałem groził mi pobyt w jednostce karnej w Orzyszu. Rozkaz w tej sprawie miał być odczytany na apelu z okazji święta 22 lipca, a więc nazajutrz. Od samego rana byłem jakiś nieswój. Perspektywa Orzysza nie napawała optymizmem, chociaż ci starsi przy każdej okazji podpowiadali mi:

- Przeżyjesz unitarkę i Orzysz to na wojsko ch … j położysz.

Unitarkę, czyli okres szkolenia „kociarstwa” miałem już za sobą, to jednak Orzysz rysował mi się mgliście. 22 lipca 1978 r. wraz z resztą kompanii stanąłem na uroczystym apelu batalionowym. Czekałem w napięciu, kiedy padnie moje nazwisko i kara, jaka miała mnie spotkać. Nic takiego się nie stało. Otóż rozkazem ministra obrony narodowej z okazji święta odrodzenia Polski wprowadzono amnestię, pod którą się załapałem. Kamień spadł mi z serca i świat od razu wydał mi się przyjazny. Wszyscy naraz zaczęli klepać mnie po plecach mówiąc, że mi się udało. W taki oto sposób sam generał Jaruzelski wybawił mnie z nie lada tarapatów. Jednak na urlop za pierwszy rok służby pojechałem dopiero późną jesienią. Kilka dni później odbyło się kolejne strzelanie. Zająłem pierwsze miejsce, a konsekwencją tego był awans na starszego marynarza. Czekało mnie tzw. „gaszenie peta” w związku z naszywką na pagonie. Polegało one na wylaniu kotła wody. Najczęściej odbywało się to podczas snu, kiedy awansowany dal się zaskoczyć. Postanowiłem nie dać rezerwie takiego powodu. Czuwałem prawie do rana, kiedy ok. godz. piątej nad ranem zachciało mi się skorzystać z toalety. Zwlokłem się z koja zadowolony, że nie dałem się zaskoczyć podczas snu. Nie doceniłem jednak cierpliwości rezerwy. Kiedy otworzyłem drzwi do przybytku poraził mnie strumień lodowatej wody z węża strażackiego. Skurczybyki nie przejmując się niczym, podłączyli się do hydrantu i czekali na mnie prawie do pobudki, aby uderzyć. Tradycji stało się zadość, a ja musiałem się nieźle uwijać, aby zdążyć zebrać wodę z korytarza i toalety, do czasu pobudki. Podobnie rzecz miała się z „przybijaniem blachy”. Była to odznaka wzorowego żołnierza. Nagrodzony musiał przejść środkiem szpaleru ustawionego na korytarzu. Każdy w ręku trzymał pas i walił przechodzącego z wyciągniętymi rękami w tyłek, aż dudniło. Trzeba było nie lada samozaparcia, aby nie przyspieszyć kroku, a co gorsza prosić o litość. W takim przypadku ceremonia rozpoczynała się od nowa.

Kadra nie wtrącała się do tego. Ulubionym rozwiązywaniem problemu było zapytanie:

- Chcesz regulaminowo czy po ojcowsku? Rzecz jasna, każdy wolał po ojcowsku. Taka kara nie była wpisywana do rozkazu, a jedynie sinofioletowy tyłek świadczył, że została wykonana. Kiedy padły słowa egzekutora kary:

- Za czubki butów chwyć!

Należało nie zginając nóg w kolanie, uchwycić buty. W takiej pozycji przyjmowało się uderzenia pasem. Ich ilość uzależniona była od rodzaju przewinienia. Po każdym razie należało liczyć i krzyczeć:

- Miło! lub ku chwale ojczyzny!

Nie było takiej osoby, która by z tego powodu zgłaszała pretensje. Mimo, iż oficer polityczny podpytywał tu i ówdzie nikt nie puścił pary z gęby.

Takich cielesnych „rewelacji” w repertuarze było więcej. Do nich zaliczał się również „parol”. Do głowy, na wysokości czoła przykładało się dłoń. Palec środkowy odciągało się do tyłu i puszczało. Pół biedy jak robił to laik. Gorzej było, gdy wykonywał to rolnik wcielony do wojska. Pamiętam jednego, lecz nie pamiętam nazwiska mistrza paroli. Chłop o zwalistej posturze z dłońmi jak bochny chleba. Już samo przyłożenie jego dłoni do czoła delikwenta nie napawało optymizmem. Rozlegał się głuchy stuk, coś tak jak walniecie kijem w arbuz lub dynię. Po chwili światło, które rozbłysło ci przed oczami gasło, a ty zaczynałeś dostrzegać jakieś kształty. Czoło paliło jak oparzone, a sina pręga świadczyła, że nie był to sen. Raz kiedyś nawet dowódca plutonu zapytał, co mi się stało. Wcześniej odpowiednio poinstruowany przez rezerwę, odpowiedziałem, że to od hełmu. Musiał wiedzieć o stosowanych praktykach, bo się tylko uśmiechnął, machnął ręka i znikł za drzwiami kancelarii. Nasza kadra, czyli dowódca kompanii, 2 dowódców plutonu i szef pogodzili się z rządami rezerwy po godzinie 15:00.

Był, co prawda oficer polityczny (dwa razy w tygodniu). Organizował spotkania, na których próbował coś od nas wyciągnąć, co byłoby naruszeniem regulaminu żołnierskiego. Chyba sam w swojej naiwności nie wierzył, że któryś z nas może się poskarżyć. Wcześniej uświadomieni przez rezerwę wiedzieliśmy, że taki donos spowodowałby nam urozmaicenie służby i okrył nas hańbą, ponieważ jeszcze żaden rocznik nigdy nie doniósł. Na ogół widzenia z politycznym kończyły się pogadanką na temat osiągnięć socjalizmu i jego wyższości nad imperialistycznym Zachodem. Zostawiał pokaźny stos „Żołnierza Polskiego” „Żołnierza Wolności” i zapewnienie, że do niego można się zwrócić bez drogi służbowej bez wyciagnięcia konsekwencji. Podczas mojej służby żołnierskiej nie dane nam było tego sprawdzić.

Kipi kasza…kipi groch…

Poza wartowniczą służbą były i inne służby. Do jednej z nich zaliczała się służba na kuchni. Wbrew pozorom do łatwych nie należała. Wyznaczeni do prac pomocniczych musieli już wstawać o czwartej rano. W zimnej i wilgotnej kuchni trzeba było napełnić kotły wodą, a następnie odkręcić parę. Kiedy woda zaczynała bulgotać robiło się cieplej. Godzinę później pojawiali się kucharze. Wrzucali po kilka opakowań kawy zbożowej do kotła i przystępowali do swoich czynności. Było to krojenie na kilkucentymetrowe odcinki kiełbasy, którą od czasu ważono na małej sklepowej wadze, aby norma się zgadzała. Rzecz jasna, ze każdy z nas mógł się przy tym najeść do woli. Inni zaś dzielili kostkę masła na ośmiu, inni zaś przygotowywali pojemniki z żywnością do wydawania śniadania. O szóstej rano pojawiał się oficer dyżurny jednostki na śniadanie. Nigdy nie jadł tego, co było w jadłospisie. Zawsze jeden z kucharzy smażył mu jajecznicę z kiełbasą, czy przyrządzał smażoną z cebulką lub wedle specjalnego życzenia. Odchodził po 30 minutach chwaląc sobie zjedzony posiłek. Pół godziny później pojawiał się kwatermistrz. Sprawdzał poprawność przygotowanej żywności do wydania, wtrącił swoje trzy grosze i znikał na 2 – 3 godziny. O godzinie ósmej pojawiała się nasza kompania wraz z innymi. Jeden z pomocy kuchennej nalewał kawę, niekiedy herbatę. Kucharze wydawali resztę pożywienia. Było to sprawnie zorganizowane, a cała czynność wydawania śniadania nie trwała dłużej niż 30 min., a trzeba pamiętać, że do śniadania zasiadało ponad 500 osób z pięciu kompanii. Po dziewiątej w zasadzie na stołówce nie było już nikogo. Część służby kuchennej sprzątała stoły, stołówkę. Drudzy myli talerze i kubki. Trwały przygotowania do obiadu. Ziemniaki były wcześniej oskrobane przez wyznaczonych przez podoficera dzień wcześniej. Należało je tylko przerzucić do kotła. Roboty było dużo. Trzeba było pomoc kucharzom przy gotowaniu zupy, smażeniu kotletów mielonych potocznie zwanych granatami, pieczeni wołowej (zelówka), czy przyrządzeniu surówki. Na godzinę 13;00 wszystko musiało być gotowe. Wtedy też pojawiał się kwatermistrz w towarzystwie lekarza jednostki. Próbowali jedzenia i zezwalali na wydawanie obiadu o 13:30. Procedura niczym nie różniła się od porannej podobnie jak i pora wydawania kolacji. Na koniec dnia, po zakończeniu służby, każdy z nas wracał na sale z pokaźnym ładunkiem jedzenia. Najczęściej były to konserwy rybne, których wojsko nie tolerowało, nie wiedząc, dlaczego. Dla mnie miało to znaczenie i sentymentalne, ponieważ wszystkie zostały wyprodukowane w moim mieście rodzinnym. Dzisiaj w 2007 r. nawet ślad nie pozostał po dość pokaźnych zakładach rybnych.

Pewnego razu pełniąc kuchenną służbę, a już był nowy pobór, zgarniałem resztki bigosu pozostawionego na talerzach do metalowego wiadra dość pokaźnych rozmiarów. Wkrótce też na stołówce pojawił się żołnierz ze świeżego poboru z zapytaniem, czy może zabrać dla kolegów bigos, który ewentualnie pozostał. Kazał o to zapytać się jego dowódca drużyny. Wiadro z resztami bigosu stało na stołówce. Ułatwiało mi to sprzątanie resztek, a puste talerze układałem na stole. Powiedziałem do niego:

- Poczekaj!

Udałem się na kuchnię, aby zapytać kucharza czy jest taka możliwość. Okazało się, że pozostało sporo. Odkrzyknąłem przez okienko do wydawania posiłków:

- Dobra jest!

Wdałem się w rozmowę z kucharzem. Kiedy po kilku minutach znalazłem się ponownie na stołówce nie było już „młodego” i wiadra ze zlewkami. Widocznie zabrał je ze sobą. Kiedy po godzinie odniósł z podziękowaniem od plutonu umyte wiadro, ani słowem mu nie wspomniałem, że najedli się resztkami. Jego nadgorliwość na szczęście im nie zaszkodziła, a cała sytuacja nigdy nie wyszła na jaw. Wiedzieli o tym tylko kucharze i kuchenna pomoc. Na wieczór obsługa świniarni nawet nie podejrzewała, że ich podopieczne żrą pełnowartościowy bigos, a nie zlewki, które zjadło młode wojsko. Również sporo pracy na kuchni było, kiedy na śniadanie były gotowane jajka lub wędzone piklingi. Za żadne skarby nie cieszyły się powodzeniem. Ba, jakby tego było mało fruwały po stołówce ku naszemu utrapieniu. Ileż było po tym sprzątania i złorzeczenia wiedzą ci, co z podobnym problemem mieli w wojsku do czynienia.

O wiele ciekawsza była wyprawa po prowiant do magazynów żywnościowych marynarki wojennej. Ciężarowy „Star” podjeżdżał pod rampę i zaczynaliśmy załadunek. Czego tam nie było. Począwszy od świńskich półtusz, udźców wołowych, kiełbas, konserw, worków grochu i fasoli, po konwie ze śmietaną. W drodze do jednostki opychaliśmy się świeżutką kiełbasą popijając śmietaną. W ten dzień nikt z nas na stołówkowe jedzenie się nie skusił, a co najwyżej zorganizowaną kiełbasę piekł na sali, na metalowym drucie w żarze kaflowego pieca.

Była jeszcze kantyna żołnierska. Do przysięgi nie było nam wolno chodzić. Najczęściej któryś z rezerwistów brał od nas pieniądze i dokonywał zakupów. To, że nas orżnął przy tym niemiłosiernie nie miało znaczenia. W kantynie znajdowała się oranżada, ciastka, przybory piśmienne i mała salka, w której najczęściej odbywały się odwiedziny. Nie przypominam sobie, aby któryś z żołnierzy z powodu niedojadania kupował konserwy czy inne pożywienie. Przeciwnie, jedzenie było pożywne i smaczne, wystarczy dodać, iż przez cały okres pełnienia służby, kaszę tak utożsamianą z wojskiem - podano zaledwie kilka razy. Szczególne znaczenie miały święta Bożego Narodzenia spędzane w wojsku. Miałem tę przyjemność spędzać je w koszarach. Mała choinka znajdowała się jedynie przy stoliku podoficera. Na sali żadnych świątecznych akcentów być nie mogło. Podobnie rzecz miała się z pasterką. Mimo to, wyczuwało się świąteczny nastrój. W te dni żadnych zajęć nie było, tak jak nie ogłaszano pobudki. Jednak nikt nie wstawał później niż godzina 7 rano. Smutne, nostalgiczne to były święta. Każdy myślami był w rodzinnym domu, rezerwa chyba też, bo w ten dzień, na nikim się nie wyżywała. Uroczysta kompanijna wigilia na stołówce rozpoczynała się od przemówienia dowódcy kompanii i politruka. Następnie łamano się opłatkiem najczęściej przysłanym w listach. Menu świątecznego stołu wyglądało następująco: śledzie w oleju i śmietanie, sałatka ziemniaczana, lepsza gatunkowa wędlina, babki drożdżowe, kapusta i barszczyk. Śniadanie i obiad świąteczny również wyróżniał się od dnia codziennego. Wolny czas najczęściej spędzaliśmy na świetlicy, grając w warcaby, szachy, oglądając telewizję. Niektórzy woleli ten czas przespać. Po południu znalazł się alkohol. W tym czasie, kiedy ja odbywałem służbę wojskową piło się i to sporo. Bywało i tak, że gdyby w razie alarmu zarządzono zbiórkę, to tylko młode wojsko byłoby w stanie stanąć na zbiórce. W alkohol zaopatrywano się w pobliżu jednostki, na melinie. Brało się najczęściej tzw. „eliksir”. Tak dokładnie to nikt nie wiedział, z czego się to coś produkowało, wystarczy jedynie nadmienić, że jak kropla tego specyfiku spadła na buty, to robiła się biała plama, trudna do zapastowania. Ja kiedyś też doświadczyłem siły jego działania. Po wypiciu dwóch butelek straciłem na kilkanaście godzin wzrok. Podobnie moi koledzy, ale z picia „mózgotrzepa” nikt nie zrezygnował. Pogadanki o szkodliwości picia nie przynosiły rezultatu, przeciwnie potęgowały w nas przeświadczenie, że sprzyja to zabiciu wolnego czasu. W wojsku nie może być go za dużo, ponieważ żołnierzowi głupie myśli przychodzą do głowy. No to, aby nie przychodziły topiliśmy je w alkoholu. Któregoś dnia, a byłem już żołnierzem z rocznym stażem wraz z sześcioma młodymi pojechałem jako dysponent wozu po prowiant do portu. Po załadowaniu pozostała nam chwila czasu. Jadąc po pościel do Grabówka, gdzie znajdowała się pralnia, kazałem na chwilę zatrzymać się przy sklepie spożywczym. Kupiłem dwa piwa. W tym momencie, któryś z młodego rocznika, zapytał czy mogą wypić po jednym piwie.

- Po jednym tak – odpowiedziałem i ruszyłem do szoferki.

Zeskoczyli w tym czasie z wozu i weszli do sklepu. Kończyłem dopijać drugie piwo, kiedy wyszli się ze sklepu. Nic podejrzanego nie zauważyłem, a oni sami utwierdzili mnie w przekonaniu, że wypili po jednym piwie. Po załadowaniu czystej pościeli i zdaniu brudnej ruszyliśmy do jednostki. Kiedy mijaliśmy bramę wjazdową, zatrzymał nas oficer dyżurny. Zameldowałem skąd wracamy. Machnął ręka i kazał nam podjechać pod magazyn. Jakie było moje zdziwienie, a po chwili ogarnęła mnie wściekłość. Żaden z będących z nami żołnierzy nie mógł stać na własnych nogach i o własnych siłach. Byli kompletnie pijani i nic do nich nie docierało. Na pluton zaprowadzili ich koledzy, a rozmowa z nimi w ten dzień nie była możliwa. Nazajutrz, kiedy doszli do siebie, przyznali się, że kupili sobie po flaszce wódki, którą wypili na pace samochodu prosto z butelki. Stracili moje zaufanie, a ja za pomocą rezerwy ganiałem ich po placu apelowym, w celu wybicia niecnych zamiarów. Po trzech godzinach ganiania w maskach byli ugotowaniu, a na moje pytanie:

- Jak się czują – odpowiedzieli, że dobrze.

Kazałem im wracać na salę, a ja na przyszłość miałem dobrą nauczkę, że trzeba mieć oczy w głowie i du … ie, aby wszystko kontrolować. Sam szef kompanii nie zakazał picia, bo jak mówił: Pić można, sztuką jest nie dać się złapać.

Kilkakrotnie uczestniczyłem w uroczystej odprawie wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Zawsze dla nas jako żołnierzy ceremonia zapadała w pamięci i wzbudzała emocje, kiedy widzieliśmy siebie w telewizji. Kiedyś po rozprowadzeniu wart na skwerze Kościuszki, podeszła do mnie para w średnim wieku. Od razu zorientowałem, że są to cudzoziemcy. Kiedy dowiedziałem, że są z Niemiec Zachodnich, powinienem ich zatrzymać i zameldować oficerowi dyżurnemu zgodnie z wytycznymi. Podobnie rzecz się miała z notowaniem zachodnich rejestracji aut, parkujących lub wolno się poruszających w obrębie sztabu. Nie zrobiłem tego, bo wzbudzili moje zaufanie, i za cholerę nie widziałem w nich agentów obcego wywiadu. Chcieli mieć ze mną zdjęcie. Zgodziłem się. W tle były krzaki a nie budynek sztabu. Otrzymałem od nich kilkanaście tabliczek czekolady, którą zajadaliśmy się w tym dniu podczas pełnienia służby. Rzecz jasna, że oficer pełniący służbę dowódcy warty nie przypuszczał, iż jego żołnierze zajadają się imperialistyczną czekoladą. Podczas pełnienia służby na zewnątrz budynku było się mimowolnym świadkiem wielu wydarzeń. Ratowałem z opresji niewiastę, której partner za pomocą pięści wykładał swoją rację. Dostał w zęby, fikną kozła, a za chwilę, kiedy doszedł do siebie proponował mi wspólne picie wódki. Pognałem go w cholerę. Kiedy indziej dwóch mężczyzn okładało brutalnie jednego. Pospieszyłem mu z pomocą, gdy siły były wyrównane, rozpłynęli się w mroku nocy. Któregoś razu kopulująca parka w pobliskich krzakach poprosiła mnie o … papierosa. Jasne, że życzenie spełniłem, a przy tym łyknąłem sobie solidnego kielicha. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia pełniąc służbę, otrzymałem tyle upominków, wręczanych na posterunku, że musiałem je układać na ziemi. Podchodzili do nas na służbie mieszkańcy Gdyni i wręczali bez żenady małe paczuszki. Wprawdzie regulamin służby wartowniczej zabraniał przyjmowania czegokolwiek od cywili, ale w ten szczególny dzień, nikt się nie czepiał.

W grudniu 1978 r. wyszedłem do cywila, rozpoczynając kolejny etap mojego życia …

Epilog

Okres 29 lat od zakończenia służby wojskowej był czasem tworzenia, jak i burzenia. Jak każdemu w życiu wiodło się raz gorzej, raz lepiej. Doświadczyłem na własnej skórze skutków transformacji, przeważnie negatywnych. Pozwoliło mi to jednak nabrać dystansu do życia, a szczególnie do ludzi, bowiem powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie można między bajki włożyć. Mam dorosłe dzieci, żonę, rybek i psa i nie posiadam. Życie nauczyło mnie jednego – pokory, niemniej uzmysłowiło też, że w obecnych czasach jest drapieżne i brutalne. Silniejszy pożera słabszego, a wszystko to w duchu katolickiego wychowania, na które się tak wielu z nas lubi powoływać.

(ted)

Podobne artykuły


10
komentarze: 154 | wyświetlenia: 673
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 974
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 1117
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 921
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 933
9
komentarze: 617 | wyświetlenia: 625
9
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1350
9
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1485
9
komentarze: 1 | wyświetlenia: 175
8
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1448
8
komentarze: 4 | wyświetlenia: 460
7
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1116
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 498
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 584
294
komentarze: 62 | wyświetlenia: 104168
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Gratuluję artykułu, czytałem go jak dobrą książkę dodatkowo bardzo trafny epilog , pozdrawiam

No cóż, panie Wojtku, to tylko mały wyrwany fragment z mojego życiorysu. Barwne życie miałem po 1980 r. Być może kiedyś to opiszę. Pozdrawiam.

Rewelacyjny tekst. Można poczuć, czego się nie straciło. Brat mi opowiadał o poborze, że też zaglądali im w gacie, ale jakiś facet i szło taśmowo, grupami.

Fajny i prawdziwy tekst. Może trudno w to uwierzyć młodszym pokoleniom, ale to prawda tamtych czasów. Mimo wszystko miło było sobie przypomnieć tamten czas czytając artykuł.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska