Login lub e-mail Hasło   

Prawie felieton

W poprzednim felietonie napisałem, że siódmego piwa już pewnie nie będzie (patrz: "Czytać, nie czytać - skrytykować warto" ). Na fali wyborów będzie jedn...
Wyświetlenia: 1.546 Zamieszczono 10/11/2006

W poprzednim felietonie napisałem, że siódmego piwa już pewnie nie będzie (patrz: "Czytać, nie czytać - skrytykować warto"). Na fali wyborów będzie jednak w dobrym tonie złamać jakąś obietnicę - wybrałem więc właśnie tą. Poza tym otrzymałem od czytelników liczne prośby o kontynuację. Chciałem owych czytelników nawet zaprosić do współpracy, ale z jednym nie mam kontaktu, a drugi powiedział, że sam się nie będzie wygłupiał.

A tytuł? Cóż, ostatnimi czasy słówko "prawie" było w naszym pięknym kraju dość modne. Goniąc za modą postanowiłem napisać prawie felieton.

***

Nie mogę się od niej uwolnić. Jest wszędzie. Zaczepia mnie na ulicy. Przeszkadza w pracy. Zagląda do kieliszka. Pcha się do łóżka. Na szczęście nie używam radia i telewizora, bo i tam jej pełno. Nie ma sposobu, by się od niej uwolnić (zwłaszcza ostatnio stała się nad wyraz natrętna), więc będę tu o niej dużo pisał.

Polityka. Wam też doskwiera?

***

Najpierw jednak z innej beczki. Moi rodacy dzień po dniu niestrudzenie dostarczają mi nowych tematów na kolejne akapity. Felietonista Skiba napisał kiedyś we "Wprost", że ulubionym polskim sportem ekstremalnym jest "Night Rower". Wystarczy odbyć niedługą podróż samochodem po naszych drogach, by ze zgrozą przyznać mu rację. Rekordowej nocy w ciągu pół godziny cztery razy pojawiły mi się przed maską rowery-widma; w tym dwa razy jechały w parze obok siebie. Dwa z nich były chyba nawet "oświetlone" ledwie żarzącą się diodą.

Jako główną przyczynę wypadków podaje się nadmierną prędkość. Ja obstawiałbym raczej bezmyślność. Dynamicznie (ale bez ryzykanctwa) jeżdżący kierowca nie stanowi zagrożenia, dopóki jest widoczny i jasno widać po nim, co zamierza za chwilę zrobić. Prawdziwie niebezpieczni są niedzielni kierowcy oszczędzający na kierunkowskazach i blokujący lewy pas ruchu (bo za dwa kilometry będą skręcać). Skrajnie niebezpieczni są niefrasobliwi rowerzyści. Uważają się za równoprawnych użytkowników drogi, jednak większość z nich zdaje się interesować tylko prawami, nie zaś obowiązkami. Zdają się też pozostawać nadal w latach sześćdziesiątych i nie przyjmują do wiadomości, że zarówno ilość samochodów, jak i średnia ich prędkość podróżna wzrosły nieco od tamtego czasu. Trzeba wykazać się nie lada refleksem, by na wąskiej drodze wyhamować nagle ze 100 do 10 km/h, bo drogę blokuje jednoślad. Ostatnio jechałem prawie pięć kilometrów ciągnąc się w oparach spalin w kilkudziesięciometrowym korku, bo rowerzysta pnący się mozolnie pod górkę ani myślał zjechać na chwilę na pobocze, by przepuścić jadącego za nim TIRa.

Co ciekawsze, to rowerzyści kreują się na głównych pokrzywdzonych, tak przez prawo, jak i w wypadkach. Kierowcy powinni się chyba cieszyć, że piesi nie żądają prawa do poruszania się po jezdni na tych samych zasadach, co samochody. W wypadkach, w których biorą udział rowerzyści, giną oni bardzo często, co jest oczywiste. Nikt natomiast nie liczy wypadków, które są spowodowane przez rowerzystów, aczkolwiek bez ich bezpośredniego udziału. Auto po desperackiej próbie ominięcia zawalidrogi uderza w słup lub w samochód jadący z naprzeciwka, a rowerzysta staje się co najwyżej "przypadkowym" świadkiem kolizji.

Że niby przesadzam? Ja wiem, że jest wielu rowerzystów z głową na karku. Jeżeli jednak po czterech latach częstych podróży po Polsce przestałem już liczyć jednośladowych kretynów, to mam prawo być zirytowany.

***

Miało być o polityce, więc niech będzie. Ochłonęliśmy już wszyscy po wyborach parlamentarnych i prezydenckich, nie plączą już się nam pod nogami podarte plakaty wyborcze. A plątały się jeszcze długo po tym, jak już wypełniły swą misję. Czy wypełniły ją dobrze, czy źle - trudno ocenić. Łatwo natomiast odgadnąć, jak nas - wyborców - widzą partyjni spece od PR. Większość plakatów (z nielicznymi wyjątkami, np. SdPL i UPR) nie niosła ze sobą kompletnie żadnej treści oprócz: "patrzcie, jakiej to przecudnej urody kandydat startuje z naszej listy!". To samo w wyborach prezydenckich. Puste, banalne hasło, buźka prosto z Photoshopa - i koniec. Nic o zasługach kandydata, nic o jego planach, dotychczasowej działalności. Festiwal próżności.

Spece mają nas zatem za idiotów głosujących np. na Tuska, "bo on taki kulturalny" (wypowiedź ponoć prawdziwa). Mają nas za głupców, którzy przy urnie zakreślą takie nazwisko, jakie już gdzieś wcześniej widzieli. Mają nas... tak, po prostu - mają nas.

***

Inteligent, a zwłaszcza ateista, miał obowiązek głosować na PO. PO co? PO to, by nas światli mężowie bronili przed kaczyzmem złowrogim. By Kaczory dwuwładcze Polski nie pogrążyły, od Unii nie oddaliły, gejów i pohańców pod mur nie postawiły. A juści, że to liberały bezduszne, ale wstydzić się przynajmniej przed Światem nie będziem.

Ot, i pokazali panowie z PO, jacy z nich światowcy. Pokazali przy okazji Marszu Równości w Poznaniu, zablokowanego decyzją platformowego prezydenta miasta. W Internecie rejwach się podniósł, że kaczyści za mordę lud trzymają. Ależ podli ci kaczyści! Tylko czekać jeszcze na gradobicie i koklusz.

***

A tak w ogóle to ciekawa sprawa z tymi Kaczyńskimi. Tak głośno krzyczeliśmy, że będzie bezlitosna cenzura, aż sami w to uwierzyliśmy. Na tyle mocno, że na wszelki wypadek sami się ocenzurowaliśmy pierwsi. Również tutaj, w Ateista.pl. Słyszeliście, by Kaczyński (nieważne, który) pozwał kogokolwiek z autorów wyśmiewających go stron? Ja też nie. Ale wciąż słyszę, że Kaczory cenzurują.

Gorzej będzie, jak oni sami w to uwierzą.

***

Czas jakiś temu naszym pięknym krajem wstrząsnęła straszna afera. W supermarkecie pojawiło się odświeżane mięso! Produkt, który stracił był datę ważności, maczano w oleju, perfumowano, koloryzowano, przebijano numery i sprzedawano jako nowy. Trafiając z powrotem na rynek takie reanimowane przysmaki powodowały ponoć masowe ataki biegunki, a także (naturalnie!) gradobicie i koklusz. Z opóźnieniem powodowały też oburzenie i podobne negatywne reakcje.

W polityce analogiczny proceder przechodzi bez jakichkolwiek zgrzytów. Może dlatego, że od początku jest jawny?

***

Powyższe przyszło mi do głowy, kiedy zdałem sobie sprawę, że ostatnie wybory wygrała AWS. A co, może nie? To nic, że inaczej się nazywają. Wygrała AWS, bo SLD splamił się aferami. A Naród aferzystów nie lubi - kradną bowiem to, co my byśmy chcieli ukraść, lecz nie potrafimy. Nieważne tedy, że gospodarka się rozwija, a ludziom żyje się lepiej - złodzieje won!

Zaraz tam: won. Do zobaczenia za parę lat. Patrzcie, ci z AWS już wrócili do korytka. Nie taki ten Naród srogi! Przeczekacie, nie ma strachu.

***

Głosowanie to mój obywatelski obowiązek. To już nie przywilej? Nie zgadzam się na narzucanie mi takiego obowiązku. Chcę prawa do pokazania, w którym miejscu i jak głęboko mam "wybór", jaki mi się oferuje. Nie będę wybierał pomiędzy zgniłym jabłkiem, a robaczywym ziemniakiem.

Jawnym wyrazem pogardy dla wyborców jest pięcioprocentowy próg wejścia do Parlamentu. To powoduje, że wielu ludzi głosuje nie na partie, które naprawdę popiera, lecz na te, które mają szansę przeskoczenia progu. Tak zwane "mniejsze zło". Szansę taką mają zaś partie, które sfinansują wielką kampanię reklamową. Sfinansują ją za czyjeś pieniądze. A po dojściu do władzy ofiarodawcy upomną się o obiecane ustawy.

Oczywiste jest, że jeśli ludzie nie przejmowaliby się progiem, tylko głosowali zgodnie z preferencjami politycznymi, mniejsze partie miałyby jakieś szanse. Ale do tego jest potrzebne porozumienie i współdziałanie mas, które jest praktycznie nie do osiągnięcia. W taki to sposób próg pięcioprocentowy blokuje małym ugrupowaniom drogę do władzy jednocześnie udając, że tego nie robi. Genialne!

***

Czy w ogóle musi być tak, że rządzą nami politycy? Czyli w znacznej części karierowicze, buraki i nieroby? Tak długo już trwa ten stan rzeczy, że nawet ciężko zastanowić się, czy mogłoby być inaczej. Czytałem ciekawy list do NIE. Propozycja: zatrudnić do Sejmu 30% ekonomistów, 30% prawników, a resztę socjologów i innych specjalistów. Nie wybierać na kadencję (co to w ogóle za pomysł z tą kadencją?), lecz zatrudniać. Słabe efekty lub nierzetelna praca? Zwolnienie. Dobre efekty? Premia. Potraktować państwo jak firmę, która ma być dochodowa.

To też utopia, ale coś w tym jest.

***

Gdzie indziej słyszałem taką propozycję: wybrać Parlament - i rozstrzelać. Wybrać drugi i rozstrzelać... Siódmemu dać szansę. Pozdrawiam, Paweł! ;)

***

Większość moich znajomych zgodnie twierdzi, że becikowe jest, hmm, poronionym pomysłem. Zarzuca się mu głównie to, że nie ma on szans zmotywowania Polaków do śmielszego produkowania świeżej tkanki Narodu. Większość krytykujących uważa jednak, że ów cel sam w sobie jest szczytny i słuszny, gdyż Polaków winno być więcej. Nie dyskutuje się o tym, czy walczyć o "zastępowalność" pokoleń, ale w jaki sposób o nią walczyć.

Zastępowalność? A po co? Siły państwa nie liczy się już ilością rąk do pracy i kilometrami kwadratowymi obszaru. Nie musimy też się martwić, że nie będzie miał kto pracować na nasze emerytury, bo jeden wykwalifikowany pracownik zarobi na nie więcej, niż pięciu czasowo zatrudnionych bezrobotnych. A nie da się zaprzeczyć, że rozmnażając się bardziej intensywnie w naszej krajowej sytuacji produkować będziemy głównie przyszłych bezrobotnych. Zwłaszcza, że w związku z rozwojem automatyki miejsc pracy będzie coraz mniej. Według mnie jest w naszym interesie ograniczenie liczby Polaków i ustabilizowanie jej na niższym poziomie, niż teraz. Trudności, jakie mogą wystąpić w "okresie przejściowym", będą niczym w porównaniu z efektami bezrobocia, które pochłonie "nadmiarową" potencjalną siłę roboczą.

***

Czy będzie becikowe, czy też nie, da się zauważyć pewną zasadę: najszybciej rozmnażają się najuboższe warstwy społeczne. Z punktu widzenia ewolucji jest to katastrofa - ludzie, którym się w życiu nie powiodło, płodzą więcej potomstwa niż ludzie obrotni i zaradni, psując tym samym całość populacji. Taka konkluzja to woda na młyn zwolenników wolnego rynku, wyznających zasadę, że za swoje niepowodzenia należy winić wyłącznie siebie i że pomoc słabszym jednostkom się nie należy. Jednakże forsują oni również teorię tzw. "równych szans", która jest oczywistą bzdurą. Ale dlaczego niby człowiek, który czegoś się ciężką pracą dorobił, miałby się dzielić z mniej zaradnymi? Zwłaszcza, że często będą oni leniwymi cwaniakami czekającymi na pomocną dłoń, nie próbującymi brać spraw w swoje ręce. Jak jednak mają brać sprawy w swoje ręce, kiedy pracy zwyczajnie nie ma? Ta zaś, która jest, to jakaś współczesna forma niewolnictwa. No i dobrze, niech harują! A jak nie, to niech umierają - podniosą tym samym średnią zaradności w społeczeństwie. To jest jednak powrót do zasad epoki przedcywilizacyjnej, gdzie silniejszy zjadał słabszego. Na pewnym poziomie cywilizacyjnym stać nas chyba na zapewnienie każdemu chociaż minimalnych warunków do godziwego życia? No tak, ale jeśli...

I tak to od długiego czasu walczy we mnie zimny racjonalista z gorącym filantropem. Przy okazji dwie kwestie:

1. Staram się wypowiadać oględnie lub wcale w tematach, na których się nie znam. Czytając rozmaite fora internetowe myślę sobie jak to dobrze, że tylu, zdawałoby się, zwykłych internautów (często nastolatków) świetnie się zna na ekonomii (co wnioskuję z pewności ich wypowiedzi).

2. Dlaczego spora część ateistów pochwala kierowanie się uczuciami w sprawach ekonomii, a w sprawach religii jest już dużo bardziej rygorystyczna?

***

Ja w ogóle im starszy jestem, tym rzadziej mówię "wiem", a częściej "uważam", "sądzę" itd. Im starszy jestem, tym mniej pewny słuszności moich przekonań. Może się to wiązać albo z tym, że dziadzieję i nie ma już we mnie ikry wojownika, albo z tym, że codziennie jakiś kolor, o którym wcześniej sądziłem, że jest jednolity, rozszczepia się w moich oczach na dwa różne odcienie. Sprawia to, że im więcej wiem, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak mało wiem.

Co zresztą nie przeszkadza mi w niniejszym felietonie prawić morałów z miną oświeconego guru.

***

W sumie to nawet takie niewinne stwierdzenie, że coś jest "dobre" lub "mądre" (film, artykuł, książka) jest w istocie stawianiem siebie i swojego zdania ponad innymi. Cóż bowiem znaczy: "bardzo mądrze napisane"? Znaczy to, że autor, o którym mówimy, napisał coś, z czym się zgadzamy w sposób, jaki nam się podoba. Zamiast jednak użyć formy "podoba mi się" lub "zgadzam się", tworzymy złudzenie, że wysoka wartość owego dzieła jest rzeczą absolutnie obiektywną.

***

Wspomniałem wcześniej o ewolucji. Zauważyliście pewnie, jak się pocę i kombinuję próbując jakoś powiązać następny akapit z poprzednim - niech ewolucja będzie w tym momencie moim kolejnym łącznikiem.

Wierzący w większości odrzucają teorię ewolucji nie zauważając, że podlega jej sam Bóg. Kiedyś był wszechwładny. Stworzył świat i człowieka takich, jakimi są, objawiał się ludziom, rozmawiał z wiernymi, zsyłał plagi, powodzie, własną ręką wspomagał walczących. W miarę upływu czasu (i rozwoju nauki) zmniejszały się Jego moce. Najpierw przestał się objawiać i odzywać. Potem przestał ciskać pioruny (do dziś robi to za Niego elektryczność) i zsyłać plagi. Miał jeszcze ponoć okazjonalnie brać udział w wojnach, ale jest to słabo udokumentowane (na pomoc Polakom w wojnie z bolszewikami posłał ponoć Matkę Boską). Doszło wręcz do tego, że pojawiły się głosy, według których Bóg miał zaledwie dać początek światu, a dalej puścić stery i pozwolić mu samemu się kręcić. A co bardziej bystrzy filozofowie znaleźli dla niego kolejne schronienie, w którym ateiści go nie dopadną: w świecie, w którym materia nie jest tak naprawę materią, a życie rozgrywa się na poziomie kontaktów pomiędzy "osobami duchowymi" (nie mylić z duchownymi) w ramach jakiegoś protokołu wymiany informacji.

Biedny ten Bóg. Chyba lepiej by było dla Niego, gdyby nie istniał, niż był w taki sposób strącany z coraz to kolejnych piedestałów.

***

Ktoś by mógł powiedzieć, że przecież twierdzenia nauki również się zmieniają z biegiem lat. Niby tak, ale są pewne różnice. Po pierwsze, częściej zdarza się, że dawne teorie są przez nowe odkrycia i obserwacje uszczegóławiane i rozwijane - nie zaś negowane. Po drugie, rzetelni naukowcy nigdy nie twierdzą, że ich odkrycie i ich teoria jest ostateczną prawdą, przed którą świat ma paść na kolana.

***

Na kolana rzuciła policja zeszłoroczny Marsz Równości. Nawet niektórzy z tych, którzy popierają ideę Marszu, uznali, że policja działała słusznie, gdyż działała zgodnie z Prawem.

Zgodnie z Prawem działają również ci policjanci, którzy zatrzymują mnie na suchej, prostej drodze, po której gnam z zawrotną prędkością 110 km/h. Zatrzymują mnie w majestacie Prawa i nakładają mandat za naruszenie prawnie usankcjonowanego idiotyzmu. Jeśli prawo ustalają kretyni nie znający się na danym temacie, to jak można wymagać ode mnie szacunku dla takiego prawa? Prawo nie jest dla mnie żadnym autorytetem. W sprawach, na których się jako tako znam, wolę polegać na własnych sądach i unikać kontaktu z owego prawa stróżami.

Na szczęście większość poznanych przeze mnie policjantów myśli podobnie i stosując Prawo używa rozumu. Za przekroczenie chorych ograniczeń dając minimalne mandaty.

Wracając do Marszu - czy popieramy akcję policjantów dlatego, że działali zgodnie z Prawem?

***

3... 2... 1... Zmiana tematu! Artyści rockowi (i nie tylko, ale rockowi mają zazwyczaj szczególne poczucie misji) biorą się często w tekstach swych utworów za kwestie ważkie i zupełnie nie licujące ze stereotypem rockandrollowego podejścia do życia.

Chciwość, rasizm, elitaryzm, słabość i strach - to jest to, co powoduje, że mój kraj [USA] kręci się w kółko. Ludzie są tylko ludźmi. Mężczyźni są tylko mężczyznami. [...] To męskie ego zbudowało wszystkie te wieżowce, wyprowadziło policję na ulice i armie na pola bitew. [...] Wielu ludzi, którzy nie mieli dotychczas krwi na swoich dłoniach, będzie się w niej taplać. Wielkich zgrzytów będzie coraz więcej. Wyczerpują się zasoby naturalne, ludzie stają się coraz bardziej zdesperowani, a biedacy wkurwiają się coraz mocniej. Nie przewiduję końca świata - przewiduję koniec pewnych kierunków rozwoju, koniec pewnych stylów życia. Zwłaszcza w Ameryce. Nie ma fizycznej możliwości żeby podtrzymać to tempo. Nagle okazuje się, że musisz sam staczać boje ze złodziejami o swój samochód. Że nikogo specjalnie nie dziwi, jeśli twoją żonę porwie zgraja łobuzów przy wyjściu z metra.

Tak mówił Henry Rollins w wywiadzie dla pisma "Tylko Rock" (obecnie: "Teraz Rock") pięć lat przed Jedenastym Września i dziewięć lat przed katastrofą w Nowym Orleanie.

***

Rollins mówił o męskim ego. Zresztą nie tylko on - kobiety podśmiewają się z nas mówiąc, że mężczyzna nie ma szans przeżycia skoku ze swojego ego na swoje IQ. Część mężczyzn również przyznaje, że ich ego łatwo urazić, i że generalnie jest to pewna wada. Przychodzi jednak pewien dzień, w którym mężczyzna przestaje tak mówić. To dzień, w którym drgnie mu chociażby powieka podczas wygłaszania pochwał na temat posiłku, który specjalnie dla niego przygotowała jego kobieta. W porównaniu z urażonym ego kobiety męskie ego to mały pikuś.

***

Jeśli "a" oznacza szczęście, to a = x+y+z, gdzie x - to praca, y - rozrywki, z - umiejętność
trzymania języka za zębami,
jak powiedział Albert Einstein. Ja opracowałem własny wzór, choć może mało oryginalny: a = 1/ego. Jak łatwo zauważyć, przy ego dążącym do zera szczęście dąży do (plus) nieskończoności. I wiecie co? To działa. Minimalizując swoje ego człowiek się bez sensu nie denerwuje, nie ma "ciśnienia", nie pragnie chorej rywalizacji. Jednocześnie nie zabija to, jak by się mogło wydawać, ambicji. Ambicja zostaje, ale służy "jasnej stronie Mocy". ;) Człowiek nie pragnie być lepszym niż inni - jedynie lepszym, niż sam jest.

***

Nie wytrzymam! Muszę wrócić do polityki. Nie na długo - wybaczcie. Jeszcze tylko wspomnę o wyborach prezydenckich. Pewnie nikogo nie zaskoczę kiedy napiszę, że nie miałem takiego naprawdę "swojego" kandydata. Chciałem jednak głosować na Cimoszewicza. Po tym jednak, co mu za pomocą pani Jaruckiej zrobili ludzie z otoczenia pana Tuska, pozostało mi już teraz pogratulować w duchu skuteczności intrygantom (załatwili Cimoszkę lepiej, niż onegdaj ktoś załatwił Oleksego) i wybuchać niepowstrzymanym śmiechem na widok hasła "człowiek z zasadami". A'propos: słyszeliście, że pani Jarucka jednak nie była w ciąży? Nie słyszeliście? No tak, nic dziwnego - większość "niezależnych" mediów chyba ominęła tę nowinkę...

Co do samego Cimoszewicza - nie mam mu za złe, że się wycofał. Trudno zachować twarz, kiedy biją w mordę...

***

Pan Tusk jako prawie prezydent (oraz PO jako prawie większość sejmowa) miał byc gwarancją powstania rozmaitych ulg dla biznesu, gdyż kiedy biznesmen ma dobrze, to jego firma się rozwija tworząc miejsca pracy. Naturalnie w konsekwencji tego bezrobocie spada, Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej. Mimo iż z natury jestem ufny, to bardziej przemawia do mnie scenariusz, według którego odciążony od podatków biznesmen po ewentualnym dynamicznym rozwoju w Polsce przenosi dział produkcji na Wschód, wykańcza konkurencję dzięki kasie i układom, a nadwyżki przeznacza na luksusowe wczasy, dając na tym zarobić raczej Azjatom, niż Polakom.

Jak już nasza władzuchna kochana chce robić dobrze przedsiębiorcom, to niech się weźmie za idiotyczne przepisy. Utrudniają one skutecznie życie zwłaszcza drobnym biznesmenom, czyli akurat tym, którzy chcieliby swoje firmy rozwijać tu, w kraju. Tymczasem zasady rozliczania się, w których brakuje tylko całek i logarytmów, niespecjalnie im to ułatwiają - a to dopiero mały trybik machiny, z którą musi prowadzić walkę każdy (uczciwy) pracodawca.

***

Ciekawym przykładem na cichy wzrost monopolu jest korporacja Unilever. Algida, Amino, Axe, Brooke Bond, Cif, Coccolino, Delma, Domestos, Dove, Flora, Hellmann's, Kasia, Knorr, Lipton, Lux, Rama, Rexona, Saga, Signal, Sunsilk, Timotei - te wszystkie marki pozostają w tych samych łapkach. Unilever nie ukrywa swojego istnienia, ale też specjalnie się nie reklamuje. Nie można się dziwić komuś, kto stale chce powiększać swoje imperium. Pytanie tylko: czym się taka tendencja może zakończyć?

***

Jeśli już zahaczyliśmy o teorie spiskowe, to pozwolę sobie napisać parę słów na temat wojny jako konfliktu narodów. Dokładnie dwa słowa: gówno prawda. Gówno prawda, że narody mogą być sobie wrogie. Kłamstwo wymyślone przez zachłannych władców i podtrzymywane przez tysiące lat. Ludzie przez wiele lat zabijali i ginęli, bo ktoś się z kimś "na górze" nie dogadał.

Z wojnami religijnymi jest podobnie, tylko pretekst się zmienia. Sami do zabijania garną się tylko psychopaci o mózgach wypranych przez - znowu - przywódców.

To takie oczywiste, że aż mi się nie chce o tym pisać. Takie oczywiste, że aż nikt tego nie zauważa.

***

A mój dawny znajomy, człowiek głęboko wierzący, na pytanie, czy jest patriotą, odpowiedział kiedyś przecząco i dodał: "Co to w ogóle za pomysł z tymi państwami? Bóg dał całą Ziemię wszystkim ludziom, a oni podzielili ją sobie na kawałeczki i porobili jakieś idiotyczne granice". Co na to Polacy Katolicy?

***

Padłem ostatnio ze śmiechu. Nie mogłem się podnieść. Łezki mi pociekły. Było to wtedy, kiedy były Kwaśniewski po kryjomu i bez rozgłosu wziął ślub kościelny.

Zaznaczam, że do ślubu nic nie mam. Śmiałem się dlatego, że o owym braku rozgłosu poinformowały wszystkie możliwe krajowe media.

***

Śmiałem się też z pomysłu zastosowania "klucza" na maturze z języka polskiego, ale naszym decydentom udało się raz jeszcze mnie zaskoczyć: ten oczywisty idiotyzm wszedł w życie. Jakie będą skutki, przewidzieć nie trudno. Ludzie inteligentni, myślący samodzielnie, nie przejdą przez sito. Prześlizną się za to łatwo leserzy, którzy materiał "kują na blachę". Obowiązuje jedna, jedynie słuszna wykładnia interpretacji utworów literackich. Cudnie, po prostu cudnie...

A może jest tu ukryta mądrość? Może przyszłych dorosłych szkoli się w trzymaniu języka za zębami, która to umiejętność jest w końcu według Einsteina jednym z trzech składników szczęścia? To by się zgadzało - ponoć faktycznie głupi ma szczęście...

***

A'propos głupoty. Znacie pseudonim "artystyczny" "Beata Klaps"? Podpisuje się tak osoba, która od lat publikuje w "ANGORZE" "recenzje" filmów, po dwie na numer. Skąd te wszystkie cudzysłowy? Rozumie ten, kto czytuje prace pani Klaps. Aby nie być gołosłownym, przytoczę dwa co jaskrawsze przykłady, jakie siedzą mi wciąż w pamięci. Pierwszy dotyczy filmu "Ronin", a parę lat już minęło, odkąd była to nowość kinowa. Otóż pani Beata najpierw napisała, że film opisuje agentów rozmaitych wywiadów, którzy po upadku ZSRR stracili zwierzchników i pracę, a teraz działają na własną rękę. Potem wyjaśniła, że termin "ronin" oznacza samuraja, który stracił swego pana. Następnie z rozbrajającą szczerością wyznała, że nie ma pojęcia, dlaczego twórcy tak właśnie film nazwali, dodając z przekąsem, że jeśli nawet jest w tym sens, to głęboko ukryty. Tak, pani Beato, przed Panią, widać, nietrudno głęboko ukryć jakikolwiek sens... Drugi przykład pochodzi dosłownie sprzed paru dni (dzięki niemu piszę niniejszy akapit). Pani Beata w paru słowach zjechała film "Jarhead" za (uwaga!) "gloryfikowanie armii amerykańskiej". Wystarczy obejrzeć nawet trailer, by zauważyć, że równie słusznie można by oskarżyć "Czas apokalipsy" o pochwałę zrzucania napalmu. Nie wiem, czy redakcja "ANGORY" pokutuje za jakieś grzechy, czy nie czyta tych recenzji. A może nie ogląda filmów? W każdym razie, już dawno ktoś tej pani powinien powiedzieć, że zadanie pisania recenzji (do czego niezbędne jest rozumienie filmów), delikatnie mówiąc, nieco ją przerasta.

W ostatniej chwili przypomniało mi się jeszcze, że pani Klaps stwierdziła, iż pełnometrażowy "South Park" jest do niczego, gdyż jest wulgarny. Say no more!

***

Niewiele rzeczy wkurza mnie tak, jak brak profesjonalizmu u ludzi, którzy chcą się zajmować jedną z dziedzin, jakie znam i lubię. Przykładami można tu, niestety, sypać jak z rękawa. Wypożyczalnie filmów na przykład. W jakiej przegródce znajdę "Króla komedii" z Robertem de Niro? W komediach, oczywiście. Rozumując w taki sposób "Straszny film" powinni umieszczać wśród horrorów. No przecież nazwa mówi wyraźnie, że straszny! Ale czego wymagać od kogoś, komu Poledouris kojarzy się jedynie z jakimś nowym wirusem.

Nic to - przyszły takie czasy, że można zebrać kolekcję całkiem niezłych filmów kupując pisemka za 10 złotych. Cieszyć się? Wręcz przeciwnie! Kiedy kupuję film, chcę mieć porządne wydanie i porządne dodatki. Tych dwóch istotnych rzeczy wydania gazetowe nie zapewnią. Po co mi film zapakowany w tandetną kopertę? Ja chcę się nim cieszyć latami i biorąc poprawkę na to z ochotą wyłożę większe pieniądze. Chcę się czegoś nowego dowiedzieć, obejrzeć wywiady i making-of. Zrezygnowałem z kupna wielu dobrych filmów, gdyż pozbawione były dodatków - a to już konkretna strata dla wydawcy. Nie chcę przy tym zakazać sprzedaży wydań gazetowych - chcę mieć wybór! Jeśli już wydawca jakiejś "Claudii" czy innej "Marie Claire" kupi prawa do czegoś w rodzaju "Pulp Fiction", to niech wyda chociaż małym nakładem wersję kolekcjonerską! Ba - doszło nawet do tego, że porządnych wydań niektórych polskich filmów trzeba szukać za granicą! "Hydrozagadka" wydana jest przyzwoicie, ale "Rejs" nie ma prawie żadnych dodatków, co już zakrawa na zdradę narodową. Dodam, że można film wydać porządnie i niedrogo - patrz "Gladiator": trzypłytowe wydanie za 75 złotych.

No i nieśmiertelne kina. Nie chcę już się czepiać jakości tłumaczeń, bo to zależy od dystrybutora. Czepię się tego, że musiałem wstać w sobotę przed południem, by móc pójść na "Ruchomy zamek Hauru" - bo dla kogoś, kto układa repertuar, każda animacja spoza Hollywood jest bajką dla dzieci, której nie puszcza się po godzinie 15:00. Nie miałem przy tym nawet cienia nadziei na wersję z napisami (mówię o Poznaniu!) - na szczęście dubbing był w tym przypadku całkiem niezły. To wciskanie dubbingu na siłę też mnie drażni niesamowicie - czy kinowi decydenci nie czytają opinii kinomanów w Internecie? Tylko jeden z trzech poznańskich multipleksów postarał się o nie okaleczone dubbingiem "Opowieści z Narni" (nie wiem, jak w mniejszych kinach). Widać szefostwo pozostałych nie odróżnia masełka Whizzo od martwego kraba.

No nie wytrzymam! Miało nie być o tłumaczeniach, ale napiszę chociaż o tych amatorskich ("nowa wizja napisów" - czarna wizja, jak już...). Wiadomo, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale jak ktoś się już za coś bierze, to niech to zrobi chociaż poprawnie... Tymczasem większość "przekładów" dostępnych w Sieci to prace złe lub beznadziejne. Nieco mniej jest dobrych, bardzo dobre niemal niespotykane, a najmniej jest genialnych (bo to głównie te opracowane przeze mnie). Te najgorsze przekłady mają przeważnie na początku dopisek, który prowokuje zawsze to samo pytanie: "Czy autor przekładu jest idiotą, czy też nas ma za idiotów?". Ten dopisek brzmi: "tłumaczone ze słuchu". Jeśli autor nie potrafił w Necie odnaleźć scenariusza lub napisów w oryginalnym języku, to jest idiotą. Jeśli natomiast kłamie licząc na to, że owo kłamstwo usprawiedliwi miernotę przekładu, to nas ma za idiotów.

***

Tracę rezon, kiedy słucham czołowych hitów arenbi. Wydaje mi się wtedy, że ze swoją obsesją profesjonalizmu próbuję uszczęśliwiać innych na siłę. No posłuchajcie sami: większość tych hiciorów jest oparta na melodii tak prostej, że można ją wykorzystać, by dzieci w przedszkolu uczyć gry na cymbałkach. Do tego dołożony od czapy beat, ładny damski głosik, męski rapujący wokal - i przebój gotowy. Najbardziej jaskrawym przykładem niech będzie "Nelly" (no właśnie, to przywodzi mi jeszcze na myśl teksty powstające w jakimś automatycznym generatorze mieszczącym do trzydziestu słów na raz). Wychodzi na to, że skoro te dziełka święcą takie triumfy, to większość ludzi wcale nie chce żadnego profesjonalizmu (poza profesjonalnym sprzedawaniem owoców popkultury), a moje fanaberie to zwykłe dziwactwo.

Myślę sobie, że nasza Majka Jeżowska powinna przerobić nieco swoje dawne piosenki dla dzieci - sukces gwarantowany! Chociaż nie tak od razu. Musiałaby przerobić się co najmniej na Mulatkę (oto jak się czasy zmieniają - kiedyś Majkel się wybielał, a dziś się Maraja... hm, ściemnia?...) i zatrudnić ze dwóch ciemnoskórych osiłków. A dla nich jeszcze parę kobiet, żeby mogły się o nich ocierać (oni w tym momencie będą udawać, że ich nie zauważają). No i jeszcze ubrać wszystkich odpowiednio oraz obwiesić kilogramem biżuterii... Czy to bardzo niepoprawne politycznie, jeśli w tym momencie przychodzą mi na myśl perkal i paciorki?

***

Początek października, rok 2005. Ziemia Poznańska. Setki osób włączają rano radio na częstotliwości 105.4 FM chcąc posłuchać Rock Radia Wielkopolska. Jeszcze nie wiedzą, że... ale nie uprzedzajmy faktów. Zaczynają coś podejrzewać, kiedy z głośników płynie Sonique. "Nic to, mała wycieczka popowa - można wybaczyć", myślą i słuchają dalej. Wybuchają śmiechem gdy spiker zapowiada Dodę Elektrodę. "Niezły jajcarz!". Po chwili jednak słychać: "Booooiiiiisz... się uwieeeerzyyyyć..." - w tym momencie śmiech zamiera i lodowaty chłód spływa wzdłuż kręgosłupa. "Co się stało z moim Rock Radiem?". Doda milknie, spiker mówi: "Roxy FM - nowe radio w rockowym klimacie...".

Nie da się opisać gamy uczuć, które w tamtej chwili mnie ogarnęły. Jaja sobie robią? Tu zawsze (tzn. od jakichś dwóch lat) było Rock Radio! I co to za rockowy klimat? Okazało się, że Agora (właściciel rozgłośni) z dnia na dzień zamknęła tworzone przez grupę pasjonatów Rock Radio, a jego częstotliwość przydzieliła nowej rozgłośni Roxy FM, grającej ponoć "w rockowym klimacie" (jaki to klimat, widać wyżej).

Cóż, ich kasa - ich decyzja. Takie ich zbójeckie prawo. Ale zamykać rozgłośnię różniącą się od innych, by otwierać kolejnego gorszego klona RMF, Zetki czy Eski - to mi się w pale nie mieści, prawdę mówiąc. Wiem, że pewnie chodzi o reklamodawców i korzyści finansowe - ale umiejętnie pokierowane radio rockowe będzie miało może mniej liczną, lecz za to dużo bardziej oddaną społeczność słuchaczy. Świadczy o tym fakt, że słuchacze RR sami z siebie założyli forum internetowe, które pomimo braku Radia działa po dziś dzień i ma się dobrze. A jeśli okoliczności będą sprzyjać, narodzi się na tym gruncie nowe radio, na razie internetowe - ale to tak na marginesie.

Jeszcze o reklamodawcach. Co prawda na forum RR przeważa młodzież (ale tak to już w Internecie bywa), jednak duża część fanów rocka to ludzie około trzydziestki, z niemałymi dochodami - idealny "target"! Rozumie to Eska, która jeszcze za czasów istnienia Rock Radia otworzyła w Poznaniu konkurencyjną Eskę Rock. Zdaje się to też rozumieć Agora, ale jej Roxy FM to przysłowiowy śmiech na sali. Różnica pomiędzy tymi rozgłośniami a Rock Radiem jest taka, że stację "dla każdego" (czyli taką, którą się wyłącza nie wiedząc nawet, czego się słuchało) może robić każdy, ale stację dla fanów - już nie. Rock Radio powstało dlatego, że paru ludzi chciało robić dobre radio. Eska Rock i Roxy FM powstały natomiast dlatego, że marketingowcy Eski i Agory wyliczyli, iż to się opłaci.

Póki co, pozostaje jako taka Eska Rock, dobre radio BiS, oraz nadzieja na ogólnopolskie Antyradio. Lepszy smyczek w garści, niż skrzypek na dachu.

***

A'propos radia. W zeszłym roku Radio Zet zaczęło się nagle chwalić, że już wkrótce wszyscy zobaczą Madonnę! Nie było wiadomo o co chodzi, poza tym, że chodzi o Radio Zet. No i bomba pękła - okazało się, że w reklamie Radia Zet zagrała nawet nie Madonna, a wycięte kawałki z jej klipu, okraszone wygłupiającym się Zamachowskim.

Mierna reklama, która potrzebowała gigantycznej kampanii reklamowej, by ją w ogóle zauważono... Proponuję pójść dalej i następnym razem reklamować reklamę przyszłej reklamy.

Ja jednak kocham speców od marketingu.

***

Jak już jestem przy reklamach, to wspomnę o wojnie Heyah z SimPlusem. Marketing Ery wykonał posunięcie perfekcyjne, świetnie przemyślane i bardzo dobrze reklamowane - tego powinni uczyć na studiach. Przebojem wprowadzono na rynek całkiem nową markę. Pozostałym sieciom pre-paid grunt zaczął chwiać się pod nogami, zatem ruszyły do boju. W przypadku SimPlusa bój ten był bezpardonowym, chamskim atakiem na konkurenta. Pamiętacie cycki warte jeden grosz i szarą myszkę wołającą "heyah"? Według rzecznika Plusa nie miało to żadnego związku z konkurencyjną siecią, gdyż słowo "heyah" to popularne pozdrowienie. Sraty-taty. Heyah nie odwzajemnił ataku, reklamował się nadal kulturalnie. Potem (czy wcześniej - już nie pamiętam) było parę złośliwości na temat heyowskiej wajchy, a wreszcie Heyah elegancko i z klasą załatwiło SimPlusa kampanią o nie opowiadaniu bajek. Bo faktycznie: w Heyah minuta rozmowy kosztowała 3 grosze, a w SimPlusie - 1 grosz, "ale...".

Nie korzystam z usług Heyah i nie zapłacili mi za reklamę. Na wszelki wypadek dodam, że nie jestem Żydem. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. W każdym razie nie jestem syjonistą.

Nie ma się co śmiać, maile z takimi insynuacjami również nam się zdarzają.

***

Na liście tematów mam jeszcze ekologię i życie w zgodzie z naturą. Chemii ogólnie nie lubimy. Co naturalne, to naturalne, nie pędzone, albo, nie daj Boże, modyfikowane genetycznie. Onegdaj Kasia Nosowska zżymała się na "aromat identyczny z naturalnym". Oto, jak pozory rządzą światem. Aromat identyczny z naturalnym nie jest niczym, co mogłoby być szkodliwe. Nazwa jest taka dlatego, że owej substancji nie można odróżnić żadnym sposobem od powstałej naturalnie - mimo, iż wyprodukowano ją w laboratorium. To powinno wręcz być odbierane jako pochwała! Patrzcie: wyprodukowaliśmy coś dokładnie tak samo, jak Matka Natura! Modyfikacje genetyczne uznawane są niemal za ludobójstwo, a nikt nie czepia się hodowców krzyżujących rozmaite odmiany roślin lub zwierząt. Przecież to również manipulacje genetyczne! Nie będę ciągnął tematu - kto się zainteresował, ten sobie resztę doczyta.

Podejrzewam, że większość działaczy ruchów "ekologicznych" doskonale wie, co robi, podsycając antynaukową histerię. Z tym się wiąże gigantyczna kasa! Wystarczy zaszantażować korporację groźbą zablokowania jej budowy fabryki. Jak nie zapłacą, to znajdzie się kogoś, kto się (oczywiście w obecności dziennikarzy!) spontanicznie przywiąże do drzewa. Nie tak dawno "Przekrój" opisał zorganizowaną przez Green Peace "blokadę" statku. Na "spontanicznej" akcji byli obecni dziennikarze w odpowiednim pontonie. Po zakończeniu medialnej "blokady" statek spokojnie popłynął dalej. Ale Green Peace zadanie wykonał - stworzył kolejne pozory.

Wracając do gloryfikacji natury (w końcu w każdej niemal reklamie podkreśla się, iż dany produkt jest "naturalny") proponuję domorosłym ekologom przyrządzenie posiłku wzorem Wiedźm z "Makbeta". Wszystkie składniki są jak najbardziej naturalne, zatem oczywiście smaczne i zdrowe. Cytatem z Szekspira kończę ów felieton i dziękuję za uwagę :)

Bagnistego węża szczęka
Niech w ukropie tym rozmięka:
Żabie oko, łapki jeża,
Psi pysk i puch nietoperza,
Żądło żmii, łeb jaszczurzy,
Sowi lot i ogon szczurzy,
(...)
Z mumii sok, kiszka i ślina
Zbójcy morskiego, rekina,
Korzeń lulka i cykuty
Z łona ziemi w noc wypruty,
Język bluźniącego Żyda,
Koźla żółć, i ta się przyda,
A do tego Turka nos
I z Tatara brody włos


Smacznego!

Bartek Bartkowski

 

źródło: ateista.pl 

Podobne artykuły


157
komentarze: 73 | wyświetlenia: 256309
72
komentarze: 26 | wyświetlenia: 108063
72
komentarze: 36 | wyświetlenia: 91565
55
komentarze: 15 | wyświetlenia: 39862
52
komentarze: 78 | wyświetlenia: 70268
48
komentarze: 21 | wyświetlenia: 43449
47
komentarze: 23 | wyświetlenia: 156697
42
komentarze: 59 | wyświetlenia: 14751
35
komentarze: 22 | wyświetlenia: 9574
24
komentarze: 41 | wyświetlenia: 101858
24
komentarze: 10 | wyświetlenia: 5712
23
komentarze: 4 | wyświetlenia: 14018
21
komentarze: 12 | wyświetlenia: 79672
22
komentarze: 7 | wyświetlenia: 19386
18
komentarze: 8 | wyświetlenia: 17781
 
Autor
Dodał do zasobów: ateista.pl
Artykuł




Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska