Login lub e-mail Hasło   

Michał Bąkowski, Bracia Bielscy, masakra nalibocka i – Józef Mackiewicz

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://wydawnictwopodziemne.com/2009/01/(...)iewicz/
Angielskie słowo defiance jest dziwnie trudne do oddania w języku polskim. Oznacza ono o wiele więcej niż opór ( resistance ), ale także mniej niż bunt (rebellion)...
Wyświetlenia: 6.095 Zamieszczono 11/02/2009

Angielskie słowo defiance jest dziwnie trudne do oddania w języku polskim. Oznacza ono o wiele więcej niż opór (resistance), ale także mniej niż bunt (rebellion). To defy znaczy tyle, co postępować wbrew, przeciwstawiać się. Tytuł hollywoodzkiego filmu o braciach Bielskich, odnosi się nie tyle do ich oporu wobec hitlerowskiej opresji, co do tego, że postępowali wbrew stereotypowi żydowskich ofiar. Film opowiada zdumiewającą historię oddziału partyzanckiego, który przez wiele lat drugiej wojny światowej udzielił schronienia 1200 Żydom w niedostępnych borach litewskich, na rojstach i uroczyskach Puszczy Nalibockiej i pobliskich rozległych lasów, które dziś nazwalibyśmy białoruskimi. Żaden film fabularny, a już zwłaszcza film z Hollywood, nie powinien być brany za podstawę wiedzy historycznej. Produkcja filmowa kosztuje miliony i celem producentów jest nakręcenie filmu, który ludzie będą chcieli oglądać. Jednakże, gdy fabuła opiera się na autentycznych wydarzeniach, pewien poziom historycznej ścisłości musi być wymagany.

Czy udało się to osiągnąć autorom filmu Defiance? Trzeba być wielkim artystą, żeby oddać sprawiedliwość tamtym czasom; te skomplikowane podziały, diaboliczne dylematy i złożone motywacje, powodujące ludźmi na polskich Kresach w latach wojny, przekraczają możliwości hollywoodzkich wyrobników. Józef Mackiewicz potrafił pokazać sine ira et studio antybolszewickie intencje członków krwawej Brygady Kamińskiego (katów Powstania Warszawskiego) i bolszewickie sympatie polskich Żydów. Autorom filmu zabrakło empatii i geniuszu Mackiewicza, powodowała nimi raczej z góry powzięta teza. Tuwia (Tewje) i Zus (Zuseł) Bielscy, to z pewnością fascynujące postacie i zasługują chyba na więcej niż propagandowy kicz. Osiągnęli bowiem coś, co nie udało się wielu: zdołali uratować od strasznej śmierci wielu polskich Żydów. I uczynili to z bronią w ręku. Jednak nie jest wykluczone, że musieli zapłacić straszną cenę za przeżycie. Film mówi wprost i bez żenady o kolaboracji Bielskich z partyzantką sowiecką. Pamiętać trzeba, że w oczach Zachodu, a już bez wątpienia w oczach amerykańskich filmowców, Stalin był sojusznikiem, a okupacja sowiecka – wyzwoleniem. Nie widać więc powodu, żeby hollywoodzcy twórcy mieli być specjalnie zażenowani kolaboracją swoich bohaterów. Jeśli Churchill i Roosevelt mogli współpracować z sowieciarzami, to dlaczego nie miałby Tuwia Bielski? Film nie waha się także pokazać braci, jako bezwzględnych i brutalnych przywódców, którzy nie cofają się przed mordem, jeśli tego wymaga od nich sytuacja. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że film Edwarda Zwicka nie różni się wiele od produkcji agit-prop sowieckiego Mosfilmu, bo kiedy Tuwia bez mrugnięcia okiem morduje Żyda, który kwestionuje jego rozkazy, to broni tylko sprawiedliwego dzielenia racji żywnościowych. Kiedy Zuseł okrada starego chłopa wiozącego kontyngent mleka dla Niemców, to chłop okazuje się „kolaborantem”.

Warto zatrzymać się nad tą ostatnią sytuacją. Zacznijmy od historycznego tła. Nowogródczyzna zamieszkana była głównie przez, jak by powiedział Józef Mackiewicz, „tutejszych”, czyli chłopów o nieokreślonej narodowości, skołowanych konkurencyjnymi propagandami. Ni to Polacy, ni to Białorusini, mówiący językiem „prostym”, łatwo zrozumiałym dla kresowych Polaków (choć obco brzmiącym dla osadników z zachodniej Polski), a przez białoruskich nacjonalistów uważanym zdecydowanie za język białoruski. Poczucie wspólnoty „tutejszych” przebiegało głównie po linii identyfikacji religijnej, ale II Rzeczpospolita przypisywała po prostu katolikom polskość, i basta. Od wybuchu wojny ogromne lasy litewskie przyciągały ludzi poszukujących schronienia przed wciąż zmieniającą się władzą. W późniejszych latach wojny, obok zorganizowanych oddziałów leśnych Armii Krajowej i partyzantki sowieckiej, ukrywali się w lasach najzwyklejsi bandyci oraz watahy sowieckich „okrużeńców” i kołchoźników zza przedwojennej granicy. Puszcza Nalibocka leżała przed wojną po polskiej stronie, była więc naturalnie bogatsza niż skolektywizowane okolice pobliskiego Mińska. W samej Puszczy Nalibockiej ukrywało się podczas wojny 10 do 25 tysięcy ludzi, co jest zaiste liczbą przekraczającą wyobrażenie. Partyzanci muszą jeść, więc ich głównym zajęciem jest grabież. Nie robi im żadnej różnicy, czy wioska jest wroga, czy przyjazna – wszystkie wsie obłożone są rekwizycjami. Większość partyzantów tłumaczy sobie rabunek „wartością sprawy”, dla której chwycili za broń. Na przykład dla Tuwii Bielskiego, jedyną „sprawą” było przeżycie, uchronienie Żydów przed niechybną zagładą; nie stawiał sobie za cel bicia Niemców, wręcz przeciwnie, wolał unikać walki. Ale miejscowym chłopom musiało być zupełnie obojętne, dla jakich celów okradano ich z głodowych resztek: konfiskowali Niemcy, rekwirowała białoruska policja (zresztą do szczętu zinfiltrowana przez sowietów), grabili leśni bandyci, kradli głodujący kołchoźnicy, rabowali bolszewiccy partyzanci, brali Akowcy i łupili Żydzi Bielskiego. Życie w okolicach ogromnej Puszczy Nalibockiej musiało być koszmarem.

I całe to życie wydaje się nie warte życia. Bo rację ma ten, co mówi, że to będzie życie bez wyjścia. Nie ma gdzie podać się biednemu człowiekowi. Zapłakałby nad swym losem, ale skąd ich wziąć łez tych?”

Tak opisywał te czasy Józef Mackiewicz. Odwołajmy się do niego, żeby lepiej zrozumieć pierwowzór sytuacji opisanej w filmie. Chłop, któremu Żydzi z lasu chcą zabrać mleko, usiłuje niezręcznie tłumaczyć Zusowi, że jeśli nie przywiezie Niemcom tyle mleka, ile mu przykazali, to go rozstrzelają. Nic dziwnego, że Zus nie dał się przekonać takim argumentom – nie inaczej postąpiłby polski partyzant, wysłany po prowiant. Ale stary chłop okradziony przez Zusa, mógł być na przykład Bulbinem z jednosielca, który widział bolszewików jeszcze w osiemnastym roku i Bogu dziękował, że „Palaki pribyli”. Albo mógł to być były kułak z drugiej strony granicy, ten co w artykule „Z bloknotu razjaznowo karespondenta” wyraża nadzieję: „Budzie wajna, pryduć Palaki i usich kałgasnikau na słupoch pierawieszajuć.” A może Józef Fajko, co uciekł z korpusu Gaja w 1920 roku i ukrywał się w puszczy? Tak czy inaczej, stary chłop pamiętał, jak we wrześniu 1939 roku znalazł się ponownie pod bolszewicką władzą. Pamiętał, że Żydzi w większości witali armię czerwoną z radością (tego nie musiał być świadkiem, bo Żydzi stanowili tylko 4% ludności wiejskiej). Jeszcze go pot oblewał ze strachu na myśl o wezwaniach do sielsowietu, a wywózki obserwował zaledwie parę tygodni przed przyjściem Niemców. Czy mamy się dziwić staremu, że wyznał białoruskiej policji jak swoim, co się stało z mlekiem? Gdyby nie wyjaśnił, jak go okradli żydowscy partyzanci, to dostałby kulkę od policjantów, a skoro pokazał policji, gdzie się ukrywa „żydowska banda”, to dostał kulkę jako kolaborant. Jeśli ktoś tu jest postacią tragiczną, to właśnie ów „tutejszy” chłop, który miął tylko czapkę w ręku i z zakłopotaniem przestępując z nogi na nogę, splunąć chciał przed siebie: „Kab ich chalera! Żydouki prahlatyje!”

Mackiewicz mógł także znać Żydów, którzy schronili się w leśnej Jerozolimie braci Bielskich. Może ktoś z rodziny pana Frydmana zdołał się wydostać z piekła wileńskiego getta? A może Szapiro, co ukrywał się w lesie w okolicach Czarnego Boru? Bóg raczy wiedzieć, czy Sonia Kowarska, co „chodziła w wysokich bucikach i kręciła kuprem”, czy też jej siostra Gałka, komsomołka, zdołały się uratować. Szloma Kowarski, posiadacz 12 fajerek, zginął pewnie w drodze do Kazachstanu. Ale piękna Raja, ta, co zakochała się w nowym sterniku, Pietruku, ona mogła znaleźć schronienie w haremie Tuwii Bielskiego. Jakikolwiek przypadł im los, Józef Mackiewicz opisałby go nie tak jak hollywoodzcy hagiografowie, ale prawdziwie, „bez względu na miejsce i sympatie czy antypatie do poszczególnych obozów”.

Zdaje mi się, że największym łgarstwem Adolfa Hitlera był jego bluff o Sowietach rządzonych przez – Żydów. – Sam na początku roku 1941, jako furman, wywoziłem szmochty i rupiecie różnym Żydom, którzy zwiewali z miasta przed rządami tej „żydo”-komuny, którzy uciekali do lasu przed – Kazachstanem.”

Niektórzy z nich zostali pewnie w lesie, ukrywając się już nie przed wywózką do Kazachstanu, ale z obawy przed transportem do Ponar.

Większość źródeł historycznych jest w zgodzie, że Tuwia Bielski współpracował z sowiecką partyzantką z powodów czysto koniunkturalnych, że nie miał naprawdę w tej kwestii wyboru i gdyby nie opiekował się sowieckimi rannymi, i nie dostarczał sowieciarzom kobiet na każde żądanie – o czym w filmie ani mru mru – to jego leśna Jerozolima zostałaby zlikwidowana. Inaczej miała się sprawa z jego braćmi. W filmie, Zus domaga się aktywnej walki z Niemcami i wreszcie przyłącza się do bolszewików (nie zdołałem ustalić czy tak było rzeczywiście). Natomiast młodszy brat, Azael, zginął w 1945 roku jako oficer czerwonej armii. A zatem z polskiego punktu widzenia byli to po prostu zdrajcy. Ba! Gdybyż to było takie proste! Czy wielu współczesnych Polaków uważa AL albo berlingowców za bolszewicką bandę? AL współpracowała z sowietami, żeby oddać Polskę w ręce Stalina, a nie dla próby uratowania tysięcy ludzi przed pewną zagładą. Czy dzisiejsi krytycy filmu o braciach Bielskich podnoszą takie same protesty, ilekroć prlowska telewizja wznawia propagandową szmirę o czterech pancernych albo o kapitanie Klosie? Czy protestują przeciw bolszewickiej propagandzie, pokazującej okupację jako „wyzwolenie”, przeciw fałszowaniu prawdy historycznej w takich dziełach agit-prop, jak np. „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”? Brnijmy dalej: co zrobić z Akcją „Burza” i z Operacją „Ostra Brama”? Żołnierze AK, którzy stracili życie, wyzwalając Lwów i Wilno dla wkraczającej armii czerwonej, nie byli przecież zdrajcami?! Postępowali w zgodzie z rozkazami Londynu i Delegatury na Kraj, tylko że te rozkazy prowadziły prostą drogą do nazywania okupacji „wyzwoleniem”. Dlaczego zatem oskarżać o zdradę braci Bielskich?

Z mojego punktu widzenia, współpraca z bolszewikami jest zdradą człowieczeństwa i jest mi obojętne, czy kolaborował ze Stalinem Hitler czy Churchill, Miłosz czy Jasienica, bracia Bielscy czy kardynał Hlond. Paradoks polega chyba na tym, że bracia Bielscy są powszechnie oskarżani w prlu nr 2, przez tych samych ludzi, którzy widzą w Jasienicy bohatera.

Pod adresem oddziału Tuwii Bielskiego stawiany jest jednak także inny, o wiele poważniejszy zarzut; oskarżenie o udział w masakrze w Nalibokach. W nocy z 8 na 9 maja 1943 roku grupa sowieckich partyzantów pod wodzą majora Rafała Wasiliewicza zaatakowała śpiące miasteczko. Zamordowano 128 ludzi, wśród nich trzy kobiety, 10-letnie dziecko i wielu nastoletnich chłopców. Spalono niemal wszystkie budynki komunalne i wiele domów. Udział sowieciarzy w masakrze jest udowodniony ponad wszelką wątpliwość, ponieważ w meldunkach do dowództwa przedstawiali akcję jako wielki sukces: raportowali zabicie 250 „kolaborantów”, uprowadzenie 100 sztuk bydła, zdobycie ogromnych ilości broni i amunicji. Uczestnicy akcji otrzymali następnie odznaczenia od generała Ponomariowa. Mało tego, w 1951 roku, Eugeniusz Klimowicz, oficer AK i przywódca nalibockiej samoobrony, skazany został na śmierć za zabójstwo „radzieckich partyzantów” w maju 1943 roku (wyrok zamieniono na dożywocie). Jak się okazało, mała grupa żołnierzy AK zdołała wycofać się z płonących Naliboków i ostrzeliwując się, zabiła kilku napastników. Wszystkie obiektywne dowody wskazują jednoznacznie na zorganizowaną akcję połączonych oddziałów sowieckich, a nie na braci Bielskich, ale o ich udziale z uporem wspominają naoczni świadkowie.

Jest zupełnie możliwe, że partyzanci z oddziału Bielskich brali udział w masakrze. Wedle autorów filmu, Zus był członkiem jednego z sowieckich oddziałów (opuścił bolszewików dopiero w obliczu jawnego antysemityzmu), ale czy żołnierze Bielskiego walczyli w szeregach sowieckich czy tylko przybywali na wezwanie, to wydaje mi się drugorzędne. Ważne jest raczej, że Tuwia Bielski nie miał wystarczających sił, aby odmówić udziału w akcji nalibockiej bez narażania swego obozu na natychmiastowy odwet sowiecki. Z drugiej jednak strony, Bielscy utrzymywali jak najlepsze stosunki z AK, a jeden z przywódców AK w puszczy, porucznik Lewald (Kacper Miłaszewski) był ponoć osobistym przyjacielem Tuwii Bielskiego, z którym grywał wielekroć w szachy. W takim razie wydaje się mało prawdopodobne, żeby sowieckie dowództwo uważało za wskazane użycie do masakry nalibockiej elementu niepewnego, partyzantów, którzy mogli ostrzec Naliboczan przed nadchodzącą akcją i w ten sposób wprowadzić bolszewików w pułapkę. Nie sądzę, żeby łatwo było rozstrzygnąć tego rodzaju wątpliwości w 65 lat po fakcie. Za możliwym udziałem ludzi Bielskiego przemawia, oprócz zeznań świadków, także wieloletnie milczenie braci na temat ich własnych czynów wojennych. Niewykluczone, że nie chcieli przyciągać do siebie uwagi.

Ciekawego przyczynku dostarcza książka Sulii Wołożyńskiej-Rubin, wydana po angielsku w Jerozolimie w 1980 roku (znam ją tylko z przytoczonych wyjątków i omówień). Wołożyńska przypomina grupę Keslera, przedwojennego złodziejaszka rodem z Naliboków, którego banda przyłączyła się z czasem do grupy Błońskiego, gdzie cieszyła się pewną autonomią. Wołożyńska wspomina z dumą o akcji Keslera, w której partyzanci założyli pułapkę na chłopów i wymordowali około 130 osób (nie podaje nazwy miejscowości). Wydaje się bardzo prawdopodobne, że mowa tu o masakrze w Nalibokach. Kesler nb., został wkrótce zamordowany przez Tuwię Bielskiego, gdy chciał rzekomo przejąć władzę nad jego grupą. Relacja Wołożyńskiej jest niewiarygodna z wielu względów. Keslerowcy czekali wedle niej poza wioską i była to ich własna akcja, niekoordynowana z sowietami. Daje ona jednak możliwe wyjaśnienie dla sprzecznych relacji. Żydzi z grupy Keslera mogli być łatwo rozpoznani przez Naliboczan, byli luźno związani z Bielskimi i najprawdopodobniej brali udział w masakrze.

Najważniejsza w całej tej historii wydaje mi się wskazówka, że nie wolno nigdy ulegać sprzecznym propagandom i skrajnym interpretacjom. Amerykański film jest propagandowym kiczem na poziomie Mosfilmu, ale reakcja ze strony polskiej blogosfery (zwłaszcza ze strony blogmedia24, której publicyści, jak rozumiem, nie widzieli nawet filmu!*) jest histerycznie antysemicka. Antypolskość Wołożyńskiej-Rubin oraz zaślepiony filosemityzm autorów filmu znajdują swe odzwierciedlenie w chorobliwym antysemityzmie polrealistów. Dla pierwszych, wszystko cokolwiek robili Żydzi podczas wojny było bohaterstwem – heroicznie walczyli w szeregach armii czerwonej i równie bohatersko zasilali szeregi policji w gettach – a dla drugich, cokolwiek jest polskie jest dobre. Jedni widzą we wszystkich Polakach antysemitów, drudzy bezustannie dostarczają pierwszym amunicji swoim tępym antysemityzmem. Oczywiście i jedni i drudzy są swym idealnym lustrzanym odbiciem. Jedynym słusznym podejściem w takiej sytuacji musi być metoda Józefa Mackiewicza: mówienie prawdy, niezależnie od konsekwencji. Prawda o braciach Bielskich jest, w całej swej złożoności, o niebo ciekawsza od amerykańskich panegiryków i od antysemickiej propagandy.

***

Film Edwarda Zwicka ma jeszcze jednego bohatera. Tym razem o nienagannej renomie. Bohatera, który uratował tysiące ludzi i nigdy nie patrzył na ich wyznanie, ani pochodzenie; który cierpiał wraz z nimi, grzązł w śniegu i marzł przy trzaskającym mrozie, mókł w deszczu i wygrzewał się na słońcu; przeżył bombardowania i zasadzki; widział mordy i rabunki; był świadkiem heroizmu i nikczemności, ale patrzył na wszystkie jednako, bez podziwu, bez nienawiści, bez litości. Bohaterem filmu jest puszcza. Starożytny litewski bór. Wielkie świerki jak piramidy i strzeliste, gładkie sosny. Rojsty, oczerety, łąki śród lasu, malownicze trakty leśne. To są właśnie te okolice, za którymi tak tęsknił Józef Mackiewicz.

Do kraju by wrócić, a jak to u nas zwykle przestawiają: wrócić-by. – Pod, stereotypowo tak zwane, strzechy, a niechby nawet gontem lub dachówką kryte. A na lipie też wisi dom, własny, dla szpaka. A w gałęziach sosen skaczą wiewiórki, a dzięcioł itd., itd. snuje się pamięć starym, roztkliwiającym szlakiem nostalgii i ciągnie przez gruzy Europy do traktów tak szerokich, że szwadron na nich rozwijał się kiedyś frontem, a wokół rosły bardzo stare brzozy. – I nie ma tam już znajomych ni krewnych. Pooowieźli! W bydlęcych wagonach. Oczyścili teren dla ednej i drugiej sowieckiej republiki, taka ich… Dość.”

_____________

* Na tejże blogmedia24 niejaki Yarrok opublikował częstochowskie rymy pt. „Tylko świnie siedzą w kinie”. http://www.blogmedia24.pl/node/8161 Wypociny półgłówka nie byłyby oczywiście warte odnotowania, gdyby nie reakcja innych blogerów. Warto przeczytać – to prawdziwy monument na cześć braku jakiegokolwiek antysemityzmu w prlu a zwłaszcza na blogmedia24.

Zobacz też

Podobne artykuły


12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1319
11
komentarze: 278 | wyświetlenia: 1165
10
komentarze: 75 | wyświetlenia: 728
10
komentarze: 195 | wyświetlenia: 604
9
komentarze: 31 | wyświetlenia: 766
8
komentarze: 73 | wyświetlenia: 796
8
komentarze: 6 | wyświetlenia: 724
8
komentarze: 110 | wyświetlenia: 824
8
komentarze: 1 | wyświetlenia: 435
 
Autor
Dodał do zasobów: Grzegorz Rossa.
Artykuł




Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska