Login lub e-mail Hasło   

Piractwo a prawo do wolności...? cz2

Czy złamanie prawa przeciwko tym, którzy wcześniej złamali prawo, jest nadal złamaniem prawa?
Wyświetlenia: 1.283 Zamieszczono 25/02/2009


Fundacja 43dom

Piractwo a prawo do wolności...? cz

Czy złamanie prawa przeciwko tym, którzy wcześniej złamali prawo, jest nadal złamaniem prawa?

Sytuacja nr 2.

Jeśli konsument, który zakupił film na DVD (a zatem uiścił już opłatę dla dystrybutora, a tym samym dla twórców filmu), czy ma prawo ściągnąć ten sam tytuł filmowy z Internetu (włączając w to napisy do filmu)? Skoro konsument zapłacił już za obejrzenie tego filmu, czy może posiadać kopię z Internetu?

Jeśli nie jest to dopuszczalne, dlaczego gdy konsument zakupi ograniczoną jakościową wersję filmu (np. w formacie 4:3 a nie 16:9) nie może mieć prawa do obejrzenia filmu w pełnej jego jakości?

Jeśli natomiast jest to dopuszczalne, dlaczego zakazuje mu się ściągania napisów do "internetowej" wersji takiego filmu? Dlaczego zakazuje się niezależnym tłumaczom filmów opracowywania polskich napisów do takich "pełnych" wersji filmu?

Sytuacja nr 3.

Gdy oglądałem w TVP film "Trzy kolory. Niebieski" Krzysztofa Kieślowskiego, główna bohaterka w pewnym momencie wypowiedziała do swojego kochanka kwestię, która została przetłumaczona na język polski mniej więcej w następujący sposób: "Pociłam się w nocy, kaszlałam? A nad ranem bolał mnie ząb. Teraz będzie pan wiedział, że nie jestem kimś wyjątkowym.. Jestem jak inne kobiety."

Ta sama kwestia została przetłumaczona na płycie DVD następująco: "Jestem taka jak inne kobiety. Pocę się, kaszlę. Mam próchnicę.".

Celem tej kwestii bohaterki w filmie, było wytłumaczenie czegoś bardzo konkretnego swojemu kochankowi (tj. przyjacielowi jej tragicznie zmarłego męża), który od zawsze był w niej zakochany i teraz, po raz pierwszy i jedyny mógł się z nią kochać. Bohaterka chciała zasygnalizować, że musi zniknąć, a on jej już nigdy nie odnajdzie. Użycie odpowiednich sformułowań w tej kwestii, tak aby zasugerować coś widzowi, ale nie powiedzieć tego wprost, stanowi o wybitnym i unikalnym talencie reżyserskim Krzysztofa Kieślowskiego, zwanego przecież "metafizykiem kina". Właściwe przetłumaczenie tej i każdej innej kwestii bohaterów odrywa niezwykle ważną rolę w zrozumieniu filmu! Jest to istotne do tego stopnia, że sam reżyser prosił przy swoim poprzednim filmie "Podwójne życie Weroniki", aby był on prezentowany w oryginalnej wersji dźwiękowej, tj. bez lektora. Dlatego właśnie w dniu śmierci Kieślowskiego, Telewizja Polska przypomniała ten film, prezentując go bez jakiegokolwiek lektora, a ponieważ w filmie dialogi prowadzone są zarówno w języku francuskim jak i polskim, tłumaczenie pierwszego z nich miało charakter wyłącznie napisów - tak aby osoby znające język francuski mogły same zrozumieć ciężar dialogów, a polski lektor nie zakłócił ich często wieloznacznego sensu. Krzysztof Kieślowski przykładał tak ważną rolę do tłumaczeń, że będąc świadomym ich niedoskonałości, zabiegał o jak najmniejsze zniekształcenia w odbiorze dialogów filmowych!

Ponieważ ja osobiście nie znam francuskiego, do tej pory ta kwestia w "Trzech Kolorach. Niebieskim" nie jest dla mnie do końca precyzyjna? Ukryte uczucia bohaterów są najważniejsze w tym filmie. Nie wiem zatem nadal, czy chodziło wtedy o ból zęba (po seksie z najbliższym przyjacielem jej ukochanego męża może mieć dodatkowy sens, dla którego Kieślowski użył właśnie takiego sformułowania), czy też chodziło o nie mającą większego znaczenia próchnicę? Wydaje mi się, że pierwsza hipoteza jest słuszniejsza?

Właściwe tłumaczenie filmu może mieć ogromny sens znaczeniowy dla filmu. Nie można polegać na oficjalnym tłumaczeniu przygotowanym przez dystrybutora, skoro tłumacz telewizyjny inaczej interpretuje ten sam tekst (co pokazuje powyższy przykład filmów Krzysztofa Kieślowskiego). Czy widz ma zatem prawo do wolności w zakresie poszukiwań najodpowiedniejszego tłumaczenia? Czy można widzowi zakazywać ściągania z Internetu innych tłumaczeń, niż to jedno oficjalne? I które tłumaczenie jest oficjalne - na płycie DVD, w telewizji publicznej, czy w danej telewizji komercyjnej? Przecież gdy kończy się licencja, którą zakupił jeden dystrybutor, może ją potem zakupić drugi dystrybutor, który ponownie przetłumaczy film? Tak samo jest w poszczególnych telewizjach - każda z nich ma własne, nowe tłumaczenie tego samego filmu za każdym razem? Aż wreszcie należy postawić najważniejsze pytanie - gdzie kończy się prawo widza do właściwego zrozumienia filmu, zgodnego z intencją reżysera i scenarzysty? Czy można ograniczać te prawa widza za pomocą ustawodawstwa i systemu prawnego danego kraju?

Sytuacja nr 4.

Film Carla Theodora Dreyera z 1928 r. "Męczeństwo Joanny D'arc" (oryginalny tytuł: "La Passion de Jeanne d'Arc") stanowi arcydzieło filmowe uznane przez krytyków i artystów filmowych na wszystkich kontynentach. To film, który tworzył historię kina! Studenci szkół filmowych uczą się sztuki filmowej w oparci o to dzieło. Ponieważ oryginalna taśma z filmem uległa zniszczeniu w pożarze tuż po premierze, reżyser ponownie zmontował ten film wykorzystując ujęcia alternatywne, tzw. "duble", które nie weszły do oryginalnej wersji. Niestety cenzura we Francji nie pozwoliła na wykorzystanie niektórych scen z tego filmu. Potem, gdy nastąpiła epoka kina dźwiękowego, próbowano podkładać głos do filmu (tzw. dubbing) i w ten sposób przez lata krążyło po świecie bardzo dużo różnych, odmiennych od siebie wersji tego filmu. Aż w 1981 r. odnaleziono prawdopodobnie oryginalną kopię tego filmu. Dziś jest ona uważana za pierwszą wersję (która spłonęła w pożarze), albo najbardziej zbliżoną do tej pierwotnej wersji. W 1994 r. Richard Einhorn skomponował muzykę do "Męczeństwa Joanny D'arc" pod tytułem "Voices of Ligot", którą środowisko filmowe okrzyknęło fenomenem i najlepszą ilustracją muzyczną tego filmu. Co więcej, oficjalnie używa się stwierdzenia, iż zarówno film jak i muzyka, czyli "oba dzieła nabierają większego znaczenia i głębi, prezentując je razem". Osobiście muszę przyznać, iż rzadko spotyka się muzykę, która uduchowia człowieka na tak nieopisanym poziomie, a dorosłemu mężczyźnie wyciska łzy?


Fundacja 43dom

Kadr z filmu. Źródło - Wikipedia, http://en.wikipedia.org/wiki/The_Passion_of_Joan_of_Arc

To arcydzieło, docenione przez wszystkich na całym świecie, tak wspaniały film, który wniósł tak wiele do rozwoju sztuki filmowej i historii kinematografii, ta perła X-tej Muzy, która jest ucztą dla każdego kinomana i krytyka filmowego? ten niesamowity film z tak przejmującą muzyką?. jest absolutnie niedostępny w Polsce!!! Nigdy nie był dystrybuowany w tym kraju i prawdopodobnie nigdy nie będzie!!! Dlaczego? Odpowiedź jest banalna - trzeba się zastanowić jakimi kategoriami myślą dystrybutorzy filmowi w czasach MTV, DVD sprzedawanych na wagę w marketach, YouTuba i fast-foodów kulturalnych takich jak Doda Elektroda? Pytanie jest proste - ile osób będzie chciało zobaczyć niemy film? Nie ważne jak bardzo jest wartościowy, nie ważna jest jego tak fenomenalna historia owiana tyloma tajemnicami, nieważna jest muzyka, której nie powstydziliby się najlepsi kompozytorzy, włączając w to Krzysztofa Pendereckiego. Jedyne, co liczy się dla dystrybutorów filmowych, to fakt, iż jest to niemy film?. A tak łatwo i tak tanio można go wypromować? Wystarczyłby tylko PR i grono klientów tego filmu urosłoby niewyobrażalnie? Dystrybutorzy nie chcą jednak wydać pieniędzy na zakup licencji niemego filmu. Łatwiej kupić jakiegoś fast-fooda filmowego.

Co ma zatem zrobić widz w Polsce? Co ma zrobić miłośnik filmów? Co ma zrobić student szkoły filmowej? "Męczeństwo Joanny D'arc" jest nie do kupienia w Polsce na DVD!!!! Nie można zobaczyć tego filmu również w telewizji, serwisach Video-On-Demand, czy w jakiejkolwiek innej formie!

Jeśli zatem ktoś ściągnie ten film z Internetu, a ktoś inny przetłumaczy napisy do tego filmu i udostępni je w Internecie? Czy jest to złamanie prawa? Przecież tego filmu nikt nie reprezentuje w Polsce! Czyje prawa zostały w takiej sytuacji złamane? Kto stracił pieniądze?

Z drugiej strony, czy karanie osób, które ściągnęły ten film z Internetu, lub które przetłumaczyły i udostępniały napisy do niego, jest dozwolone? Czy moralnie uzasadnione jest karanie miłośników filmów za oglądanie lub promowanie sztuki filmowej niedostępnej w Polsce? Czy można karać studentów szkół filmowych za ściąganie filmów z Internetu, czyli za chęć zdobywania wiedzy niezbędnej w ich zawodzie? Czy można karać tłumaczy filmowych, którzy rozpowszechniają takie napisy m.in. w celach edukacyjnych - czyli dla studentów szkół filmowych, recenzentów, historyków i krytyków filmowych, którzy nie mają innej szansy na powiększenie swojej wiedzy, niezbędnej ich w rozwoju zawodowym?

Wręcz trudno oprzeć się wrażeniu, że ten nieoficjalny zakaz rozpowszechniania "Męczeństwa Joanny D'arc", służyć ma niskiej edukacji recenzentów i krytyków filmowych, aby potem popełniali to, co ma obecnie miejsce w polskiej prasie i mediach, czyli propagacji tak bezsensownych filmów za pomocą nierzetelnych, często "wyssanych z palca" pseudo-recenzji filmowych?. Jeśli w tym właśnie tkwi problem, gdzie jest prawo wolności widza do zobaczenia jakiegoś filmu? I gdzie jest prawo widzów do obejrzenia oryginalnej, niezmienionej przez kogokolwiek wersji tego filmu? Prawo konsumenta do wolności wyboru jest równie istotne, co prawa producentów i twórców filmu. Jeśli Ci pierwsi nie potrafią zapewnić właściwej dystrybucji swoich dzieł, dlaczego oznacza to konieczności ograniczania praw konsumentów?

Sytuacja nr 5.

Powyżej użyłem sformułowania "Męczeństwo Joanny D'arc" jako tłumaczenia filmu "La Passion de Jeanne d'Arc", ponieważ wyszukując w Google właściwej jego polskiej nazwy, wszystkie linki określały go właśnie w ten sposób? Na tym pojedynczym przykładzie widać jak istotna jest rzetelna praca tłumaczy. Ten film nigdy nie był jeszcze dystrybuowany w Polsce, a portale internetowe, chcąc wspomnieć o nim, zaczęły go tłumaczyć jako "Męczeństwo?.". Gdy film Mela Gibsona "Passion of Jesus Christ" wszedł do polskich kin, jego tytuł przetłumaczono wiernie z oryginałem, czyli "Pasja Jezusa Chrystusa". Natomiast nieupoważnione przez nikogo portale internetowe, zaczęły stosować najbardziej prymitywne tłumaczenie słowa "Pasja", czyli "Męczeństwo". W ten sposób czyjeś dzieło filmowe rozpoczęło swoje "życie" w kulturze i światopoglądzie danego kraju pod nieprawdziwym tytułem - i to na długo przed tym, kiedy jego twórcy lub właściciele stosownych praw do niego mogliby mieć szansę na upoważnienie kogoś do reprezentowania ich praw i interesów (czyli dystrybutora).

Domyślając się, że urzędnicy w Polsce nie zawsze mogą rozumieć istotę sztuki i poszukiwań artystycznych twórców, pozwolę sobie na niekoniecznie doskonałe wytłumaczenie gdzie leży problem. Różnica pomiędzy "pasją" a "męczeństwem" jest znamienna, a etymologia, geneza i warstwa skojarzeniowa (w tym religijna) są absolutnie odmienne. Jeśli pasja związana jest jednoznacznie z historią Chrystusa, tak słowo męczeństwo odnosi się przede wszystkim do świętych Kościoła. O Chrystusie rzadko mówi się jako o męczenniku, bo to lepiej oddaje ducha historii niektórych świętych, którzy oddali np. życie w imię Jezusa. Tak samo nie używa się sformułowania "pasja", opisując życie danego świętego. Dlatego reżyser Carl Theodor Dreyer wybierając sformułowanie "pasja" dla męczennicy, jaką była Joanna D'arc, nadał jej historii zupełnie inny, głębszy wyraz. Ośmielę się zasugerować, iż w takim tytule brzmi pewna zamierzona kontrowersja? Jeśli próba wyjaśnienia tej delikatnej, acz istotniej różnicy byłaby nadal niezrozumiała dla kogoś, w takim razie może również filmowi Mela Gibsona należałoby zmienić nazwę na "Historia Jezusa Chrystusa" - tak aby nie wyróżniał się już niczym od tak wielu filmów opowiadających o podobnych, ale przecież zupełnie innych sprawach, ale za to o tym samym tytule?? I wtedy "Pasja Jezusa Chrystusa" stałaby się kolejnym remake'm filmowym, choć przecież absolutnie nim nie jest.

Ponadto, zastanówmy się, co będzie mógł zrobić teraz dystrybutor (jeśli kiedykolwiek znajdzie się taka firma)? Skoro ten film rozpoczął już obieg w Polsce pod tytułem "Męczeństwo?.", dystrybutorowi nie pozostanie nic innego, jak rozpowszechniać film pod tym właśnie, powszechnie przyjętym, ale niewłaściwym tytułem? Dystrybutor będzie musiał kontynuować "kłamstwo tłumaczeniowe" i dalej obniżać rangę artystyczną tego dzieła sztuki.

Kto zatem powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności za wprowadzanie do obiegu niewłaściwego tłumaczenia filmu? Kto tu łamie prawa i interesy twórców? Niezależni tłumacze filmowi, którzy poszukują sposobu aby najlepiej oddać sens znaczeniowy dialogów, czy też korporacje i grupy interesów (w tym przypadku zarabiający na publikowaniu informacji o filmie w Internecie i nie zwracający uwagi na jej prawdziwość lub sens)?

Na pewno widz powinien mieć prawo do poszukiwania i wyboru najlepszego tłumaczenia filmu? Czasami trzeba unikać oficjalnych tłumaczeń by dotrzeć do prawdziwego znaczenia i przesłania filmu, tj. takich, których piętno chciał nadać im reżyser lub jego twórcy. Czy można zatem karać niezależnych tłumaczy filmowych, za alternatywne tłumaczenia i rozpowszechnianie ich w Internecie? Jeśli ktoś twierdząco odpowie na to pytanie, jako komentarz świetnie będzie pasował pewien cytat z Biblii: "Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem".

Podsumowanie.

Oczywiście artykuł ten nie ma na celu usprawiedliwienia sytuacji, w których publikacja tłumaczeń filmów jest jednoznacznie próbą udostępnienia ludziom sposobu na oglądanie filmów bez ponoszenia stosownej i należnej opłaty dla jego twórców i dystrybutorów. Piractwo jest niemoralne i nieetyczne.

Celem niniejszego artykułu jest powstrzymanie "kata przed ścięciem głów oskarżonym", zanim ich wina nie zostanie rozpatrzona ze wszystkich punktów widzenia. Inaczej, byłoby to "polowanie na czarownice", a praworządność w Polsce można by porównać do tej ze Średniowiecza? Dlatego ten artykuł wskazuje kilka niejednoznacznych w interpretacji sytuacji, aby rozpocząć prawdziwą dyskusję temat piractwa, nagannych praktyk dystrybutorów filmowych, oraz wolności i praw konsumentów. Niestety pierwsze wyroki sądowe już zapadły, a prokuratura i policja pracują nad następnymi. Czy uda się zatrzymać "polską inkwizycję" zbyt szeroko rozumianego piractwa filmowego? Miejmy nadzieję, że może przynajmniej historia za jakiś czas oceni prawdę i ułaskawi moralnie choć część niesłusznie dziś ściętych głów tłumaczy filmowych, którzy jakby na to nie patrzeć, dbają o interes sztuki filmowej oraz o owoce twórców filmowych i ich talentu artystycznego, a nie interes finansowy pośredników, zarabiających (i tylko zarabiających) na tych właśnie artystach i ich dziełach?

Wniosek końcowy

Czy złamanie prawa przeciwko tym, którzy wcześniej złamali prawo, jest nadal złamaniem prawa? Czy jest przestępstwem jeśli ktoś przetłumaczył film dokładniej niż oficjalne tłumaczenie na DVD i rozpowszechniał w Internecie to tłumaczenie, lub jeśli ktoś ściągnął z Internetu film w pełnej, nieograniczonej, a przez to lepszej jego jakości, niż wybrakowany produkt dystrybuowany na DVD, czyli dopuścił się czynu przeciwko działaniom dystrybutora filmowego, który jako pierwszy naruszył prawa konsumentów (poprzez wprowadzenie do sprzedaży filmu z niestarannym tłumaczeniem lub z ograniczoną, gorszą jakością i to bez wyraźnej informacji o tym na okładce DVD)? Czy takie działanie pojedynczej osoby (konsumenta filmu z Internetu lub tłumacza) jest nadal złamaniem prawa?

Jeśli nie jest to jednoznaczne, dlaczego to osoby indywidualne (tłumacze, lub konsumenci filmów z Internetu) są pociągani do odpowiedzialności (przecież oni nie zarabiają na swojej działalności), a dystrybutorzy filmowi, który oszukują i naciągają konsumentów (zarabiając przy okazji dość sporo na tej działalności) nie są już pociągani do odpowiedzialności prawnej? Czy taki stan rzeczy jaka powyżej można nazywać praworządnością?

Wniosek jest tak naprawdę jeden i stanowi odpowiedź na następujące pytanie: Gdzie w Polsce kończy się praworządność, a zaczyna się iluzja praworządności państwa, która potocznie nazywana jest ową "praworządnością"? Odpowiedź na to ostanie pytanie, a tym samym końcowy wniosek niniejszego artykułu należy już do Państwa - czytelników.

Jan Kowalski

koniec

 

43dom.interia.pl

splacamdlug.blog.interia.pl

sevenload - prawo czy pięśc

Podobne artykuły


17
komentarze: 71 | wyświetlenia: 2182
16
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1213
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1064
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1120
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 537
13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 791
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 640
11
komentarze: 70 | wyświetlenia: 677
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 486
11
komentarze: 34 | wyświetlenia: 979
11
komentarze: 137 | wyświetlenia: 620
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  swistak  (www),  25/02/2009

Prawo nigdy nie bedzie sprawiedliwe bo wyklucza wybiórczośc i uznaniowość karzącej ręce waadzy .

  ,  25/02/2009

Prawo jest po to, aby władza państwa mogła terroryzować obywateli. Tak było, jest i będzie.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska