Login lub e-mail Hasło   

Miłość to odpowiedzialność.

Miłość to odpowiedzialność. W mojej pracy przedstawię, czym dla mnie jest miłość, zwłaszcza małżeńska i jak ją rozumieć w obliczu świata, którego jesteśmy częścią.
Wyświetlenia: 6.604 Zamieszczono 17/07/2009

Miłość to odpowiedzialność. W mojej pracy przedstawię, czym dla mnie jest miłość, zwłaszcza małżeńska i jak ją rozumieć w obliczu świata, którego jesteśmy częścią.
Czerwono-różowy napis „KoChAm CiĘ” zdobi kolejny wyświetlacz komórki. Piosen­ka bez sfor­mułowania „ajlowju” nie ma szans na pokazanie się na wizji MTV. Mężczyzna mówi do kobiety „kocham Cię”, aby po dwóch latach mieć inny obiekt kochania, a po czterech jeszcze dwa inne. Co się dzieje? Co myśmy zrobili z tym, o czym mówił Jezus: „byście się wzajemnie miłowali”, co usta­mi Świętego Pawła wy­rażone było jako „miłość, które nie szuka poklasku, nie unosi się pychą”. W czym znakomita większość ludzi jest teraz zakochana? W drugim człowieku, w którym widzi Pana Jezusa, czy w pochlebstwach, poczuciu dominacji psychicznej nad dru­gim, wykorzystaniu go. Po­trzeba nam trzeźwego spojrzenia, bo świat, który powy­żej zarysowałem wciąga swoją łatwością, przyjemnością. I tu pojawia się odpowiedzialność.
Postaram się skupić na miłości małżeńskiej, ponieważ jest ona najdoskonalszą formą miłości między dwoma ludźmi. Myślę, że najbardziej jest ona podobna do miłości, jaką przepełnieni bę­dziemy w niebie. Dwoje ludzi, z początku dla siebie zupełnie obcych zaczyna łączyć nić szczerości, porozumienia, zakochania, miłości, aż stają się jednym ciałem, a gdy to jest spełnione – jednym systemem wartości, duszami najbliższymi na świecie. Nieprzypadkowo rozróżniam zakochanie od miło­ści. Jedno z drugim jest złączone, ale daleko tym pojęciom do siebie.
Odpowiedzialność. Słyszymy to codziennie. „bądź odpowiedzialny”, „nieod­powiedzialnie się za­chowałeś”, „odpowiedzialność obywatelska”, „odpowiedzial­ność słowa, czynu”, „odpowiedzialny człowiek”. Aby połączyć ją z miłością, trzeba odpowiedzieć na pytanie: odpowiedzialność za co? Za co mamy być odpowiedzial­ny w miłości? Pojawia się pułapka. Pojawia się Szatan. To jest kryształowa inteli­gencja. Skusił Adama i Ewę, którzy byli najbliżej Boga. Skusił Judasza, który przez długi czas był tak blisko Syna Bożego. Wdając się w rozmowę z nim, stajemy na straconej pozycji. A więc z jaką propozycją odpowiedzialności przychodzi Szatan? Gdyby powiedział „bądź odpowiedzialny za to, żeby dzieci cierpiały”, „wiesz, musisz być odpowiedzialny, żeby Twoja żona codziennie płakała... nie zapomnij, to twoja działka”, to każdy by pomyślał - co mi tu gada, to jest złe. Szatan przychodzi z inną, znacznie misterniejszą pułapką. „Bądź odpowiedzialny za... dobro... dobro rodziny”. Wobec takiej propozycji wielu dotąd nieugiętych zakusom może gorąco się ku temu zapalić i wypytywać, szukać, a więc po prostu pytać Szatana, o co do­kładnie chodzi. Wtedy Szatan rozwija swoją wizję. Dobro rodziny to dla Szatana za­bezpieczenie finansowe. Własne mieszkanie. Miłość fizyczna. Praca. Wspólne spę­dzanie czasu. Ktoś może się zapytać, co w tym złego. Już tłumaczę. Szatan nigdy niczego nie stworzył, nie ma mocy Boga, nie jest kreatorem. Jedyne co potrafi, to wykrzywiać, parodiować. Oferta jaką przynosi nowym małżonkom to właśnie dary Boga, odpowiednio przez Szatana wykrzywione. Zabezpieczenie finansowe – świetna sprawa. Męża i ojca nie ma w domu przez sześć dni w tygodniu bo pracuje trzysta kilometrów od rodziny, mieszkając w wynajętym lokum a niedzielę regular­nie przesypia. Własne mieszkanie – miejsce na gniazdko rodzinne. Szatan przy­chodzi z kuszącą ofertą prowadzącą do odcięcia się od innych, zamknięcia się na świat, zapatrzenia w siebie. Ubóstwiania warunków bytu – remont co pół roku, oba­wy przed zaproszeniem ludzi ze wstydu, że z kaloryferów schodzi farba, wieczne niezadowolenie z mieszkania przeradzające się w niechęć do żony/męża. Miłość fizyczna, którą forsuje się jako źródło wyuzdania, nieczystości, wynaturzeń, uprzed­miotowienia, wyznaczania życia ramami przyjemności bez poszanowania godności osoby ludzkiej. Praca to już nie praca dla dobra rodziny, ale rodzaj ucieczki od niej. Wspólne bycie razem oparte o gapienie się w siódmy teleturniej tego samego dnia. Egzystencja pozbawiona wymiany myśli, w wiecznej nudzie i niechęci do członków rodziny. Oto z czym przychodzi diabeł mówiąc o dobru rodziny. Celowo ukazałem powyższą sytuację w tak czarnych barwach, jednak jeśli przyjrzymy się części „mał­żeństw”, to faktycznie niewiele ich od takiego obrazu dzieli.
Zatem, za co mamy być odpowiedzialni w małżeństwie, jeśli nie za jego dobro? Za dobro. Ale to prawdziwe, nie wykrzywione egoizmem. W związku z tym należa­łoby się oprzeć na jakimś wzorcu, najlepiej idealnym, aby nie budować fundamen­tów miłości na wypaczonym punkcie odniesienia. Jak już stwierdziliśmy, telewizja takiego nam w znakomitej większości nie dostarczy. Podobnie i inne media, ponie­waż cechą masowych środków przekazu jest właśnie „ułatwianie” i „ugładzanie” ob­razów, faktów, zdarzeń, ocen, tak, aby nadawały się one do szybkiej konsumpcji. Jak można wy­wnioskować z całości dotychczasowych wywodów, nie o to nam cho­dzi. Mamy być odpowiedzialni za dobro w oparciu o idealny wzorzec. I tutaj przy­chodzi nam z pomocą Ewangelia. Był ktoś taki, kto przyszedł na Ziemię, aby nam taką miłość pokazać. Jezus Chrystus. Najuboższy i najbogatszy jednocześnie. Naj­uboższy, ponieważ urodził się w stajence, nigdy nie opływał w luksusy ówczesne­go świata, nie chodził ubrany w purpurę i bisior, jak bogacz z jednej z Jego przypowieści. Na ludzki sposób patrzenia poniósł klęskę, praktycznie opuszczony w hańbiącej śmierci krzyżowej. Idąc za słowami księdza Piotra Pawlukiewicza, warto zaznaczyć, że jeśli misję Jezusa ocenić po ludzku, to była to całkowita klapa. Wszyscy, których przywrócił do życia i tak umarli. Trąd dalej prześladował ludzkość, podobnie jak i opętania. Choroby ciała i psychiki pozostały. Sam urodził się biedny i taki skończył. W hierarchii społecznej bycie synem cieśli również nie stawiało go wśród możnych świata. Stracił ojca, ukochanego kuzyna Jana, zdradził go przyjaciel, lud znienawidził. Karmiąc lud chlebem nie wyeliminował problemu głodu na świecie. Izrael nie znalazł przywódcy, który pode­rwałby ich do przeciwstawienia się rzymskiej potędze. Całkowita porażka. I to właśnie od tego człowieka, a może raczej Człowieka, do czego zaraz dojdziemy, możemy czerpać wzorzec miłości, w tym miłości małżeńskiej, która jest tematem mojej pracy. Działalność Jezusa, umiłowanego Syna Boga, których miłość do siebie wypełnia wszystko, dosłownie wszystko opierała się o bezintere­sowną miłość. Bezinteresowną. W dzisiejszych czasach pewnie dołączylibyśmy do niej jaskrawą naklejkę „NOWOŚĆ!!!”, ale to naprawdę było coś nowego. Prawo mojżeszowe, mimo, iż piękne i scalające monoteistyczną religię żydowską nie było tym samym, co nauka Jezusa. Obraz Boga za­zdrosnego, karzącego nie sprzyjał okazaniu bezinteresownej miłości. Zresztą – skąd ludzie mieliby ją znać? Dalece bliżej było im do prawa Hammurabiego, prawa talionu i słynnego „oko za oko, ząb za ząb”. Osoba A czyni osobie B dobrze, ta odpowiada tym samym. B czyni osobie C źle, tej nie pozostaje nic innego, jak oddać przyjętą przykrość. Odbierając miłość w tych ramach mąż powinien kochać żonę za to, że mówi o nim dobrze. „Jesteś piękna”, mówi mąż do żony. Żona na to: „jesteś mądry” (w domyśle: „że tak mówisz”). Stąd tak wielka ilość rozwodów, związków do pierwszego zaiskrzenia, kłótni, niesnaski. Ludzie miłością handlują. Pomijając już patologiczny przykład prostytucji, kiedy kiepska parodia miłości zostaje przehandlowana za mamonę handlujemy miłością opierając się na wymianie komplementów, adorując samych siebie. Jeszcze gorszy nie jest przykład związku osoby twardo stojącej w życiu z osobą o zachwianej psychice, podatnej na emocjonalny szantaż. Wtedy miłość przybiera formę już nawet nie handlu, lecz handlowego wyzysku, gdzie jedna za stron żeruje na słabości drugiej i jej uzależnieniu psychicznemu. 
Aby nie być niesłusznie posądzonym o stan jesiennej depresji, wyrwijmy z opisu tych okropności, wracając do miłości bezinteresownej, miłości Jezusa. Po pierwsze, On za nas życie oddał. Jemu ży­cie nie odebrano. Sam mówił, że gdyby tylko chciał, do ukrzyżowania by nie doszło. A jednak chciał na siebie przyjąć nasze grzeszy i umrzeć za nas. Moment śmierci krzyżowej był dla niego spotkaniem ze wszystkimi grzechami, jakie popełnią, popełniają i popełniły wszystkie pokolenia ludzi. Stąd nieobce jest przekonanie, że nawet znajdując się w najgłębszym dołku, stłamszeni grzechami, kiedy wydaje nam się, że tkwimy w najgłębszej ze wszystkich studni, studni nieczysto­ści, zawiści, a nadto pychy, możemy usłyszeć pukanie od dołu. A jest to Jezus. Jezus umęczony z miłości dla nas, Jezus zmęczony, wzgardzony. Sami nie radzimy sobie z naszymi osobistymi problemami. Dowodem tego jest kwit­nąca profesja psychoanalityków, psychologów, life-men­torów, coachów, trenerów rozwoju osobistego i wysoki odsetek samobójstw, szczególnie w rozwi­niętych a la­ickich krajach, jak Szwajcaria czy kraje Skandynawii. Jak powiedziałem, sami sobie nie radzimy, a Jezus poradził sobie z grzechami każdego z nas. Stąd bezsens nie­pewności przed spo­wiedzią. Moim zdaniem, w tym tajemniczym spotkaniu Jezus często chce nam powiedzieć: „wiem o X, przecież też to czułem, cierpiałem ten grzech razem z Tobą, Łukaszu, Johnie, Aurélienie, Cho, Hansie, Mohammedzie, Tenzinie, Kgalemo, Iwanie”. 
Po drugie, On się za nami wstawił do Jego Ojca. W momencie przed męką w najczystszej z modlitw mówił, że chce razem z wszystkimi, którzy w niego uwierzyli dzielić radość płynącą z po­zbawionej egoizmu, transcendentnej Trójcy Świętej. On za nami prosił, zbliżał nas do nieba, modlił się za nami i dawał nam niestrudzony przykład. Nie było w tym rezygnacji, stagnacji, odwrócenia się od ludzkości. Miłość bezinteresowna.
W naszych dociekaniach osiągnęliśmy zatem stan fundamentu. Wiemy już na czym się opierać, a w co, kolokwialnie mówiąc, lepiej się nie pakować. Stwierdzili­śmy także, że to samo słowo z ust Boga i Szatana może przynieść człowiekowi piekło lub raj. Tym istotniejszym staje się zatem akt zawarcia chrześcijańskiego małżeństwa, będącego w pełni darem Jezusa. Tam znajdziemy od­powiedzialność. Dla ochrony tej odpowiedzialności, i to – jak dojdziemy, odpowiedzialności obustronnej, niezbędne jest zawarcie ślubu kościelnego. Jeśli już na sam dźwięk tego słowa twarz mężczyzny/kobiety wykrzywia się w dziwny grymas, a następnie któraś ze stron wyraża nieuzasad­niony strach przed takim krokiem to... bardzo do­brze. To pierwsza lekcja odpowiedzialności. Źle wróżę parze, która w obliczu ślubu złożonego przed Bogiem nie czuje pewnej presji, a traktuje to tylko jako formalność, gubiąc istotę rzeczy w obliczu zabiegania o piękną suknię, pięciopiętrowy tort i or­kiestrę. Przypomina mi to maratończyka, który w przypływie zapału pierwsze sto metrów trasy biegnie sprintem. Lub inaczej, człowieka, któremu tak śpieszno do przebycia rzeki na łodzi, że nie ma czasu na zabranie do niej wioseł. Łączy ich fatalny start i zaniedbanie najważniejszego. Ślub, zawarty wobec Boga i zgromadzonych ludzi ma łączyć do końca życia. Według mistycznych doznań i zapewnień Jezusa w świecie przyszłym, w prawdziwym, pełnym życia, małżeństwo nie będzie już pełniło swojej roli. Pozbywając się grzechy staniemy się dla każdego z współbiesiad­ników uczty boskiej (Szanowny Czytelnik wybaczy zapewne ten nagły powiew artyzmu, jednak absolutnie nie odbiega on od tego, co nas czeka!) bliscy jak mąż i żona. W związku z tym, zawiera­jąc ślub kościelny łączy on parę na całe życie. Pomińmy tutaj wyjątki związane z impotencją męż­czyzny. To jest najpiękniejsza nauka odpowiedzialności. I nie chodzi tutaj o wywody związane z tym „czy wytrzymam z tym dziwakiem czterdzieści lat”, lub „ile jeszcze męczyć mnie będzie ta kobieta”, ale o wzajemną miłość i poszanowanie do końca.
Przejdźmy zatem do kwestii odpowiedzialności. Nierozerwalnie wiąże się ona z miłością. Gdzie nie ma odpowiedzialności tam nie ma miłości i na odwrót. Szczególnie ten pierwszy przypadek może dziwić, ale po zastanowieniu, nawet po­rucznik stale wykrzykujący na swoich podkomendnych, czy mrukliwy instruktor jaz­dy samochodem swoją odpowiedzialnością dają znak miłości swoim podkomed­nym/kursantom. Jak powiedzieliśmy, odpowiedzialność kobiety i mężczyzny różni się. Przyjrzyjmy się temu zagadnieniu.
Po pierwsze, za co odpowiedzialni są oboje małżonkowie? Za to, żeby, kolejny raz odwołując się do słów warszawskiego kaznodziei Pawlukiewicza, patrzyć sie nie na siebie, ale w jednym kierun­ku. Co przez to można zrozumieć? Aby nie zgu­bili się w szaleństwie otaczającego świata. Patrząc się na siebie, a nie przed siebie we wspólnym kierunku łatwo za bóstwo przyjąć Szatana i jego „do­bro”. Ciekawe jest porównanie doczesnego świata do statku, luksusowego statku, na którym po­dawane są przysmaki i gra orkiestra, z tym szczegółem, że... statek tonie. Jezus dał nam małżeństwo jako szalupę ratunkową. Oczywiście i ta może zatonąć, jeśli nie będziemy wiedzieli jak jej użyć. Przyrównanie do szalupy nie jest przypadkowe. Czy ktokolwiek z przebywających na statku w okresie spokoju zwraca uwagę na szalupy? Wątpliwe, zwłaszcza wobec przepychu okrętu. Tak samo niepozornym może jawić się małżeństwo, tym bardziej wobec proponowanych obecnie, ła­twych, przyjemnych związków partnerskich, seryjnych monogamii. Jednak w obliczu katastrofy, jaka czeka ten świat (pod tym względem nie jestem przelękniętym odmieńcem wykupującym kon­serwy z supermarketów, po prostu wierzę Nowemu Testamentowi) takie łodzie są poważnie dziura­we. Nie uciekniemy na nich przed klęską. Jest jeden ciekawy przymiotnik, opisujący takie stosunki mężczyzny i kobiety. Otóż, głośno mówi się o tym, że ich trwanie ze sobą jest, proszę o szczególną uwagę, niezobowiązujące. Po prostu jasno jest powiedziane, że nie znajdziemy tam odpowiedzial­ności, poczucia obowiązku. W związku z uprzednią analizą, nie znajdziemy tam miłości. Kolo­kwializm „nie pakuj się w to”, po raz kolejny sam ciśnie się na usta. Wiemy już, że małżonków łączy wspólna odpowiedzialność dbania o nić miłości między nimi i za­żegnania egoizmowi. Zajmijmy się teraz poszczególną rolą mężczyzny i kobiety w małżeństwie.
Mężczyzna ma bronić. W zasadzie mógłbym na tym skończyć, ale coś w pozy­tywnym słowa znaczeniu kusi mnie, aby temat rozwinąć. Mężczyzna musi być jak przewodnik w górach – prze­prowadzić kobietę, a pewnie i wesołą gromadkę dzieci przez pokusy jakie serwuje nam XXI wieku tak, żeby na koniec życia móc umrzeć w spokoju z poczuciem dobrze zrealizowanego zadania. Gdyby Jan Paweł II był Karolem Wojtyłą, kochającym mężem Anny Wojtyła i ojcem Piotrka Woj­tyły i Marysi Wojtyła to zapewne posłużyłbym się jego przykładem. Ze względu na fakt, że Bóg wybrał dla niego inną drogę, z wielkich znanych mi osób pozostaje mi tylko mój dziadek. Właśnie takim mężczyzną chcę być, jak dorosnę. Mężczyzną, którego moc pochodzi nie z (celowo stosują właśnie te słowo) wypasionej komórki czy sześćsetki S, ale z czystego serca, zdrowego osądu i takiej jednej w swoim rodzaju godności. Odpowiedzialność mężczyzny, to też odpowiedzialność za siebie, żeby być oparciem dla kobiety. No i żeby samemu nie zbłądzić, tym bardziej, kiedy zniknie zakochanie, a zacznie się rodzić prawdziwa miłość. Na ten stan zwracają uwagę nawet chemicy i biolodzy analizując ludzkie ciało. Nie zajmując się statystyką, a otoczeniem wokoło można przyjąć, że znakomita większość rozwodów następuje nie po trzydziestu latach bycia ze sobą, a po dwóch, trzech. To wtedy Bóg chce powiedzieć: „no, kochani, butlę zakochania z której oddychacie trzeba zamienić na butlę miłości, żebyście bezpiecznie do mnie trafili”, a ludzie zaczynają się dusić, nie­przyzwyczajeni do zmiany tego, czym oddychamy. Takiemu przejściu, płynnemu w swoim pięknie chce przeszkodzić szatan, podsuwając chociażby wizję radosnego życia z koleżanką z pracy. Wtedy odpowiedzialnością mężczyzny jest trwać przy żonie, nawet wobec jej zmian nastrojów, niepokoju. „Miłość cierpliwa jest”.
Oczywiście zadbanie o kwestie ekonomiczne, finansowe, gospodarcze, wspo­mniane przy okazji przekształcania rzeczywistości na upodobanie diabła, również są ważne. Ważne, jeśli znajdują się na odpowiednim miejscu w hierarchii. Oby mężczyźnie nigdy praca nie stała się żoną, a umowa za­trudniająca go aktem ślubu. Osobiście wolę zabrać moją żonę na weekend do Paryża i kupić jej tam kwiatek, którego nazwę z pewnością zapomnę zaraz po zakupie i taką śmieszną figurkę wieży Eif­fla, niż siedzieć na balkonie blokowiska i marudzić na hałas, więc już teraz dążę do tego, aby zabez­pieczyć się finansowo w przyszłości. Z błogosławieństwem Pana Boga, pieniądze mogą przyczynić się do szczęścia, więc nie zalecam się przed nimi wzbraniać (a juz na pewno nie przed Panem Bogiem!). Ostatnią z odpowiedzialności mężczyzny którą tu poruszamy jest zatem osiągnięcie takiej wartości rynkowej, aby pieniądze zarobione uczciwą pracą przyczyniały się do (ważne sło­wo) rozwoju duchowego drugiej połówki. Przecież gdyby chodziło tylko o pieniądze, to Pan Bóg by uczynił każde małżeństwo miliarderami. A gdyby chodziło o prestiż, to podobnie, Bóg zsyłałby tron królewski każdej młodej parze. Ale w całej tej miłości ziemskiej dwóch ludzi chodzi właśnie o rozwój duchowy. Aby stać się podobnym do Chrystusa. Jeśli mężczyzna potrafi to zapewnić kobiecie, wówczas zdaje egzamin.
Kobieta. Jej zadanie może wydawać się łatwe, jednak takie jest tylko pozornie. Nie być żoną, matką toksyczną to wielka odpowiedzialność. Dbać o rozwój ducho­wy męża, dzieci, to jej misja. Matki i żony szczególnie zapatrzone powinny być w Maryję. Kilkunastoletnia dziewczynka wybrana przez Boga na matkę Jego Syna z pewnością, na ludzki sposób, nie miała przed sobą miłego zadania. No­szenie Jezusa pod sercem, którego ojcem nie był przecież Józef w dobie ówczesnych stosun­ków społecznych było dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Postronni mogli ją potrak­tować jako cudzołoż­nicę, co równało się z ukamieniowaniem. Następnie długa i męcząca droga do Betlejem, brak opar­cia ze strony społeczeństwa, wszystko to uwieńczone zapowiedzią wielkiego bólu przez mędrca Symenona. Skłaniam się ku przekonania, że wyzwania, jakie Bóg postawił przed Maryją stawia tak­że, w pewnej formie, przed każdą kobietą. Jakże Matka Boska musiała być odpowiedzialna! Podob­nie i kobieta w małżeństwie, powinna być odpowiedzialna za wiele. Przede wszystkim, ma być wsparciem męża i jego radością. Ma prowadzić życie, którego pierwszym celem jest ukochanie Boga. Jest to o tyle trudne, że wielu mężczyzn nie radzi sobie w roli „tego drugiego”. Oczywiście bycie „tym pierwszym” prowadzi do nieszczęścia, tak starannie przeze mnie już zarysowanego. Po­dobnie jak w przypadku mężczyzny, odpowiedzialność powinna również dotyczyć samej siebie. Przejście ze stanu zakochania w miłość może być trudne, może być taką małżeńską pustynią, którą trzeba przeżyć. Kobiecie potrzeba szczególnie dużo wiary, ponieważ to ona jest prowadzona w małżeństwie. 
I źle się dzieje, jeśli jest na odwrót. Jako gorący zwolennik praw kobiet, uznania ich równości i możliwości do delektowania się życiem na wszystkie dobre sposoby musze zaznaczyć, że Bóg stwarzając, dzielił. Oddzielił światło od ciemności, niebo od lądu, noc od dnia. Mężczyznę od kobity. Stwierdzenie: „jesteśmy równi” musi być uzupełnione stwierdzeniem „różniąc się”, inaczej zostawiamy otwartą furtkę Szatanowi, a On wykorzystuje każdą otwartą furtkę. Niebezpieczeństwo polega na tym, że mówiąc „jesteśmy równi”, bardzo łatwo błędnie sparafrazować to do „jeste­śmy tacy sami”. To co Bóg rozdzielił (i widział, że po rozdziale było dobre!) Szatan chce zmieszać, krzywdząco połączyć, zniszczyć. Czy nie znamy tragedii rodzin, w których to głową jest kobieta? Spienione przedstawicieli płci pięknej wybaczą, ale nim rzucą się na mnie ze złością, odsyłam do „Moralności Pani Dulskiej”. Kobieta może być głową rodziny, ale głową piękna, uroku, moralno­ści. Jeśli chodzi o za­pewnienie bezpieczeństwa, wyznaczenie kierunku tego marszu przez życie, to po­winien to zrobić mężczyzna. Szanowny Czytelniku, uwierz mi, nie było i nie będzie w historii tego świata rodziny, w której mężczyzna straciłby tę daną przez Boga funkcję na rzecz kobiety. To co widzimy wokoło, to nie strata funkcji przez mężczyznę, ale przez dziecko. Trzydziestoletnie, czterdziestoletnie, ale nadal dziecko. A kobiety dobrze opiekują się dziećmi. Dojrzały mężczyzna dobrze opiekuje się kobietą.
To odejście od głównego nurtu pracy było niezbędne, aby zaznaczyć, że od­powiedzialność to także ciągła kontrola nad tym, czy to, czy jesteśmy jako małżeń­stwo „płynie w dobrym kierunku”. Nie łudźmy się, że wszystko będzie perfekcyjne. Taki pogląd zbliża nas do wspomnianej wizji sprintu pierwszych stu metrów pod­czas biegu maratońskiego. Trzeba nastawić się na prawdziwą wojnę: o miłość, za­chowanie szacunku, godne i pełne życie, radość. Do tego potrzeba kooperacji. Do koope­racji potrzeba zaufania. I znowu, po chwili deliberacji na tematy ściśle mał­żeńskie wkraczamy na grunt rozważań o miłości, bo gdzie jest zaufanie, tam może rozkwitnąć chrześcijańska miłość, któ­rej wzorem jest Jezus.
Odnosząc się do tematu pracy, miłość to faktycznie odpowiedzialność. I to od­powiedzialność naj­większa, bo nie za psa czy kota, nie za brak wirusów w kompu­terze, czysty obrus, sprawną taśmę produkcyjną, ale za drugiego człowieka i jego szczęście. Do tego potrzebna jest ostatnia z wielkich cech, o której chcę napisać – pokora. W żaden inny sposób jak tylko pokornie można przyjąć, że osoba, którą się obdarzyło miłością, często – jak wyznają zakochani, bez której nie wyobraża sobie życia ma być „dopiero druga”. Niczym, tylko pokorą można pozbyć się chęci za­mknięcia się na egoizm i chęć „posiadania” drugiej osoby. Gdyby tak miało być, pan młody stojąc na ślubnym kobiercu mówiłby „Biorę Cię Tereso”, a żona od­powiadałaby „Biorę Cię Wojciechu”, a jednak nie tak uczy nas Kościół. Ten Kościół, który, będąc współpracą Boga i ludzi przypomina jazdę małego dziecka samochodem – bezpieczną tym, że siedzi ono na kolanach ojca, który trzyma nogę na peda­łach i ręce na dole kierownicy, Kościół nieomylny uczy nas wypowiadać słowa: „Biorę Cię Basiu za żonę”. „Za żonę”, „za męża” - czyli współmałżonek nie staje się własnością drugiej połowy. Oboje są powołani do szczęścia wiecznego w Bogu, a ich spotkanie i wspólna wędrówka na tej Ziemi są najpiękniejszym błogosławieństwem i przedsmakiem wymiaru boskiego. Rozumiejąc mał­żeństwo w tych ramach, rodzi się poczucie prawdziwej odpowiedzialności.
Miłość to odpowiedzialność. Doszedłszy to końca tych rozważań, można słusz­nie stwierdzić, że Bóg postawił przed nami nie lada wyzwanie. Tyle pokus, pozornie łatwiejszych ścieżek, prostszych wyborów, a tutaj trzeba „zachować głowę” i wza­jemnie się pilnować. Radzę spojrzeć na ten aspekt naszego życia, widząc w nim zamysł Boży. Będąc mężem wytrwałym dla swojej żony, mądrym i odważnym, któ­rego moc płynie z jego wnętrza; będąc nauczycielką miłości dla męża, pięknem czy­stej, pokornej duszy przejawiającym się w pięknym charakterze, urodzie, staje­my się niczym innym jak sługami wiernymi, których Bóg nad wieloma postawi. Dążmy do tego na wiele sposobów. Byle z miłością. Byle odpowiedzialnie.

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1520
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 863
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1153
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1121
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 409
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 600
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1184
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 717
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 943
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 524
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1538
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 684
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 693
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 954
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  kette,  20/07/2009

Mam wrażenie po przeczytaniu tekstu,że odpowiedzialność=ascetyzm.

kettle,

Jestem zdania, że nie jest dobrze brać od świata wszystko, co on oferuje. Oczywiście niektórzy takie odrzucanie mogą nazwać ascetyzmem. W takim wypadku zgadzam się, jest to odpowiedzialne.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska