Login lub e-mail Hasło   

Oblężenie Kowla i Boża ochrona

Bóg potrafi być obecny nawet w piekle. Krótki fragment osobistych dramatycznych doświadczeń wojennych głęboko wierzącego człowieka z Kresów Wschodnich.
Wyświetlenia: 2.875 Zamieszczono 20/10/2009

W czasie wojny, gdy wiara jednych słabnie, u innych się wzmacnia. Obiecałem panu Szymonowi Bachirowi z Eioba podzielić się z nim wspomnieniami ludzi jak on — z Kresów, którzy widzieli jej okropności, ale jednocześnie przeżyli wiele cudów i pozostali ludźmi wiary, nawet głębszej po niż przed wojną. Jednego z nich, pastora Tadeusza Przychodzkiego, poznałem osobiście dziewięć lat temu w Australii. W czasie wojny był nastolatkiem. Swoje doświadczenia z tego czasu spisał w książce "Pod ochroną Wszechmocnego. Historia prawdziwa". Przysłał mi ją tuż przed swoją śmiercią, która nastąpiła w grudniu ubiegłego roku, z prośbą o publikację w Polsce. Myślę, że to niedługo nastąpi. Dziś mały przedsmak.

Andrzej Siciński

* * *

Kilka dni przed nadejściem wojsk sowieckich przewoziłem walizki niemieckim żołnierzom z jednej stacji kolejowej na drugą. Dwa lub trzy dni przed oblężeniem miasta szedłem z domu na stację kolejową, pchając przed sobą wózek, gdy nagle podeszło do mnie trzech niemieckich kolejarzy w wojskowych mundurach, lecz bez broni. Wzięli mój wózek i kazali iść za sobą. Byłem pewny, że zarekwirowali moje narzędzie pracy, ale po przejściu około stu metrów podeszli do beczki karbidu, włożyli ją na wózek i zawieźli do krytego towarowego wagonu. Potem oddali mi wózek i zapytali, czy mam rodzinę. Odpowiedziałem, że mam matkę, dwóch braci i dwie siostry; że troje z nich to jeszcze malcy, a jeden brat jest starszy ode mnie; że matka nie jest zdrowa, a co jest z ojcem, tego nie wiem (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ojciec nie żyje). Gdy to wszystko powiedziałem, jeden z kolejarzy, który mówił po polsku, kazał mi zaczekać i po chwili przyniósł bardzo duże bochenki wojskowego chleba, które mogły mieć około kilograma wagi każdy. Niósł je na ręku jak polana drzew. Włożył mi do wózka około trzydziestu bochenków, dołożył kilkanaście puszek żółtego sera w konserwach i powiedział:

— Daj to twojej matce, to się wam przyda.

Nie wiedziałem, dlaczego zostałem tak szczodrze obdarowany, ale on wiedział, że nadejdzie ciężki czas dla ludności cywilnej i będziemy w wielkiej potrzebie. W pierwszych dniach walki o miasto Rosjanie zniszczyli wszystkie komunalne urządzenia łącznie z elektrownią i wodociągami. Wiele domów legło w gruzach. Ludzie nieustannie ginęli od kul, pocisków armatnich i bomb lotniczych. Na ulicach leżały ludzkie ciała porozrywane na drobne kawałki i porozrzucane na wszystkie strony. Kto tego nie widział, nie jest w stanie pojąć, jakie spustoszenia takie obrazy poczyniły w umysłach świadków tych wydarzeń.

Początkowo mieliśmy nadzieję, że po krótkim czasie walk wszystko się uspokoi, że front pójdzie dalej, a my wrócimy do Maniewicz. Stało się jednak inaczej. Walki się przedłużały. Ludzie chowali się, gdzie kto mógł, ale tak naprawdę to nigdzie nie było bezpiecznie. W pobliżu naszego miejsca zamieszkania był tylko jeden betonowy schron przeciwlotniczy, w którym mogło pomieścić się około czterystu osób. Kto zdążył zająć miejsce w tym schronie, ten czuł się bezpieczniej. Żołnierze niemieccy nie mieli prawa schodzić do schronu, oni musieli walczyć i tylko dlatego pozwalali ukrywać się w nim cywilom.

Do schronu nikt nikomu żywności nie dostarczał. Trzeba było wychodzić i szukać pożywienia, a wszędzie trwały zacięte walki. Wielu z tych, którzy wyszli, nigdy nie wróciło; zginęli od kul, a ich miejsce zajęli inni. Chociaż schron był tylko około stu pięćdziesięciu metrów od naszego domu, to w pierwszych dniach oblężenia nie korzystaliśmy z niego. Ufaliśmy w Bożą ochronę i wierzyliśmy, że aniołowie Boży zmienią kierunek kul i armatnich pocisków, tak by nas ominęły. Pod tą osłoną czuliśmy się bezpieczniej niż w schronie.

Jednak po trzech tygodniach ktoś nas namówił, abyśmy przenieśli się z drewnianego domu do parterowego murowanego budynku, odpornego nawet na pociski armatnie. W mieście nieustannie grzmiały armaty i wybuchały bomby. Cała ziemia trzęsła się i przerażenie ogarnęło moje młodsze rodzeństwo. Ze względu na Helę, Bolka i Danusię usłuchaliśmy rady. Był czwartek po południu, kiedy wzięliśmy sienniki i koce i przenieśliśmy się. W tym murowanym domu chroniło się już około trzydziestu osób i było bardzo ciasno. Ludzie, którzy tam byli, zrobili nam trochę miejsca w kącie, w którym ściśnięci mogliśmy spać.

Następnego dnia rano, a był to piątek, pewna kobieta w średnim wieku podawała każdemu żelazny krucyfiks do pocałowania. Gdy podeszła do nas, oświadczyliśmy, że zgodnie z drugim przykazaniem Bożym nie uznajemy obrazów i figur i nie kłaniamy się tym rzeczom ani też ich nie całujemy, a modlimy się bezpośrednio do Boga, który jest w niebie.

Gdy ona to usłyszała, zaczęła krzyczeć:

— Pośród nas są heretycy, bezbożni, odmówili pocałowania świętej figury Pana Jezusa i przez nich może nas spotkać nieszczęście, możemy wszyscy zginąć! Trzeba ich natychmiast wyrzucić na ulicę i niech ich pociski rozszarpią!

Na krótką chwilę zapadła całkowita cisza, po czym niektórzy „chrześcijanie” podeszli do nas z groźnymi minami, aby nas wyrzucić, lecz nasza matka wstała i ze stoickim spokojem powiedziała:

— Proszę się uspokoić, nie trzeba nas wyrzucać, sami pójdziemy.

Zabraliśmy swoje sienniki z pościelą i wróciliśmy do naszego małego drewnianego domku.

Zgodnie z czwartym przykazaniem Bożym świętujemy sobotę, na którą przygotowujemy się już w piątek i o zachodzie słońca rozpoczynamy to święto przez odśpiewanie pieśni, czytanie Biblii i modlitwę. Noc była względnie spokojna, tylko gdzieś w oddali słychać było pojedyncze wybuchy armatnich pocisków lub wystrzały z karabinów. W sobotę rano po śniadaniu zrobiliśmy nabożeństwo domowe, podobnie jak w kościele na społecznym zgromadzeniu, łącznie ze studiowaniem lekcji szkoły sobotniej*. Nabożeństwo w kościele było niemożliwe w oblężonym mieście.

Na zewnątrz wciąż było względnie spokojnie. Nagle około godziny pierwszej po południu usłyszeliśmy straszliwy huk i ryk nie do opisania, ziemia się zatrzęsła i chwilę potem nastąpiła straszna eksplozja, tak silna, że jej podmuch wyrzucił mnie i mojego brata Józefa z mieszkania na zewnątrz, reszta rodziny nic się nie stało tylko dlatego, że byli w drugim pomieszczeniu. Po kilku minutach zrobiło się całkowicie ciemno, jak w najczarniejszą noc, ale potworny huk i trzęsienie ziemi wciąż trwało. Wydawało się, że wszystko się rozlatuje w drobne kawałki, rzucało nami na wszystkie strony, nie wiedzieliśmy, co się dzieje — byliśmy przekonani, że to już koniec.

Ten potworny koszmar trwał mniej więcej czterdzieści minut i raptem, tak nagle jak wszystko się zaczęło, tak wszystko ucichło, i tylko w uszach wciąż dzwoniło. Tę ciszę odczuliśmy bardzo przykro i boleśnie. Nigdy wcześniej nie przyszło mi na myśl, że cisza może boleć. Po jakimś czasie rozpoczęły się pojedyncze, sporadyczne wystrzały i tak było aż do rana. Był to atak wojsk rosyjskich na wszystkie pozycje niemieckie w oblężonym mieście, a ostrzeliwano i bombardowano całe miasto. Całą noc nie zmrużyliśmy oka, a gdy się rozwidniło i stwierdziliśmy, że wszyscy żyjemy, łzy radości potoczyły się po naszych policzkach. Jedynie Helena miała lekkie niegroźne zadrapanie na czole.

Wczesnym rankiem, gdy wyszliśmy z mieszkania, wydawało nam się, że znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu, wokoło wszystko się zmieniło. Niektóre domy zniknęły, nawet ślad po nich nie pozostał, inne zamieniły się w kupy gruzów, na innych zniknęły kominy, powyrywało drzwi i okna, ściany popękały. Murowany dom, w którym byliśmy poprzedniego dnia, ten sam, z którego chcieli nas wyrzucić, niestety także zamienił się w kupę gruzu. Wszyscy, którzy tam się schronili zginęli. „Święty” krzyż, który całowali i do którego się modlili, nie pomógł. Drewniany dom, w którym mieszkaliśmy, pozostał w całości, jedynie mała szyba wyleciała z jednego okna. Pozostał też komin na dachu, co było wielkim dobrodziejstwem, ponieważ mogliśmy dalej palić w piecu i przygotowywać posiłki.

Po chwili zauważyliśmy zbliżających się ludzi. Gdy zobaczyli nasz nienaruszony dom z kominem i szybami w oknach, przystawali zdumieni i pytali właściciela domu, dziadka Jawdokimowa:

— Jak się to stało, że twój dom pozostał cały, nie uszkodzony?

Dziadek spokojnie odpowiedział:

— To dlatego, że u mnie mieszkają sobotniki. Bóg ich osłania, a przy nich także mnie i mój dom.

Dziadek Jawdokimow widział nasze nabożeństwa i słyszał nasze modlitwy zanoszone do Boga. Zrozumiał również, że świętujemy prawdziwie święty sobotni dzień, według Bożych przykazań, i że uznajemy tylko nauki biblijne, i wierzył, że to Wszechmogący Bóg osłania nas w tym strasznym czasie.

Tadeusz Przychodzki

 

* Szkoła sobotnia to określenie pierwszej części nabożeństwa w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego, to czas wspólnego studiowania i dyskutowania fragmentów Biblii. W odróżnieniu od części pierwszej, druga część to czas słuchania kazania Słowa Bożego.

Podobne artykuły


113
komentarze: 102 | wyświetlenia: 21324
103
komentarze: 232 | wyświetlenia: 49017
90
komentarze: 98 | wyświetlenia: 65249
50
komentarze: 27 | wyświetlenia: 4576
45
komentarze: 11 | wyświetlenia: 17494
39
komentarze: 19 | wyświetlenia: 6902
32
komentarze: 24 | wyświetlenia: 7158
30
komentarze: 54 | wyświetlenia: 5607
29
komentarze: 15 | wyświetlenia: 11945
26
komentarze: 67 | wyświetlenia: 6178
22
komentarze: 22 | wyświetlenia: 3581
22
komentarze: 39 | wyświetlenia: 3826
19
komentarze: 57 | wyświetlenia: 6863
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Bardzo dobry artukuł. Może będzie to zachęta do tego, żeby inni publikowali zasłyszane doświadczenia cudów lub - jeszcze lepiej - swoje własne doświadczenia.

  Ivi,  21/10/2009

czytałam z zapartym tchem :)

I teraz widać, czyż nie lepiej ufać w to co swoje niż to co reszta? :) (chodzi o dom i bunkier)

  ubik,  22/10/2009

jak by nie końcówka reklamująca "sobotników" to czyta się przyjemnie

Zaręczam, że autor nikogo nie reklamował, a jedynie dzielił się swoim osobistym doświadczeniem i autentycznymi reakcjami ludzi tamtych czasów.

Panie Andrzeju dzięki za dotrzymanie obietnicy.I
W pełni podzielam fakty zawarte w tych fragmentach.Proszę o całość.Ten ,kto tam nie był,kto nie dostał po "tyłku " nigdy nie zrozumie gorzkiej prawdy o Kresach"Liczne fundacje ,obsadzone przez "cwaniaków",za gruba forsę pokazują tylko dworki,katedry i wzywają do modłów za pomordowanych w Katyniu,ale to za mało i nie uczciwie,to niezgodne z dr ...  wyświetl więcej

> Proszę o całość.

Niestety na całość trzeba będzie poczekać. Ale być może kolejne fragmenty wspomnień kresowych pastora Przychodzkiego jeszcze opublikuję.

Co do prawdy o Kresach zgadzam się z Panem, że ograniczanie tego w mediach niemal tylko do zbrodni katyńskiej, czy zbrodniach UPA to o wiele za mało. Sam się dopiero teraz tej historii uczę. Pańskie wspomnienia są dla mnie ce

...  wyświetl więcej

...

Ciekawe, czy w Kowlu uratowała się tylko ta rodzina i dziadek Jawdokimow? Zapewne wszyscy oni po dniach oblężenia i ostrzału wznosili modły do swoich bogów. Ciekawe ilu też sobotników przeżyło, czy cała parafia, czy też nie wszystkich chciał/mógł Bóg/anioł ochronić?
Rozumiem że największym "cudem" był ocalały komin i szyby, choć i tu mógłbym zapytać: a jak było u pozostałych sobotników?
...  wyświetl więcej

Ma Pan rację, taka opowieść mogłaby być udziałem wyznawców wszystkich religii, bo też nie dowodziłem nią wyższości jednej religii nad drugą, co raczej wyższości głębokiej pobożności nad powierzchowną i mocy szczerej modlitwy. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fratgment mojego komentarza do tekstu Lecha Galickiego "Żywot Piotra" (notabene polecam):

"Ta historia podobna jest w klimacie d

...  wyświetl więcej

Myślę ,że modlitwa sama w sobie jest niezbędna i nie ma znaczenia kto przeżył a kogo Pan Bóg powołał do siebie.Nie znasz dnia ani godziny tak więc każdego dnia powinniśmy żyć tak jakby ten dzień miał przyjść właśnie dziś.

Ta rodzina, która w spokoju opuściła ów bunkier i która mimo to przeżyła, daje przykład wiary w Boże prowadzenie, przykład pokory, ale i wielkiej godności. Na arenach starożytnego Rzymu i w późniejszych wiekach Inkwizycji ludzie oddawali swoje życie właśnie dlatego, że wierzyli Bogu, wierzyli, że śmierć w życiu doczesnym nie ma tak naprawdę znaczenia. Tak jak kiedyś ktoś w czasach Starego Testamen ...  wyświetl więcej

Panie Andrzeju, to może innaczej, jak wielu powierzchownie wierzących czy wręcz niewierzących przeżyło wojnę? Od razu odpowiadam, bardzo wielu. Jeżeli weźmie się pod uwagę rzesze różnego rodzaju szabrowników, kolaborantów, ludzi mszczących się za doznane krzywdy, ludzi którzy utracili wiarę pod wpływem przeżyć w obozach (znałem taką jedną panią z Rawensbruk) czy w końcu socjalistów a nawet komunis ...  wyświetl więcej

> Zadziwia mnie Pan gdy czytam że woli Pan nie mieć pewności że Bóg istnieje. Nie rozumiem tego że woli Pan wierzyć, poświęcać czas, czytać o istocie, która być może nie istnieje, niż mieć prosty jasny układ: Jest Bóg, jest życie wieczne, aby na nie zasłużyć muszę spełniać Jego wolę.

Nie wiem z czego wyciągnął Pan wniosek, że "wolę nie mieć pewności, że Bóg istnieje". Ja wierzę, że istn

...  wyświetl więcej

Re.ewagor
Mam nadzieję że nie korzystasz ze służby zdrowia czy szczepień ochronnych. Przecież sama wiara wystarczy , przecież nie jest ważne życie doczesne a na tamtym świecie Bóg już czeka z otwartymi ramionami na ciebie.

Interesująca historia, można by napisać np jej opracowanie chcąc zaliczyć maturę z religii.

Dlaczego "masz nadzieję", że nie korzystam ze służby zdrowia? Czy życzysz mi źle?
Ale teraz poważnie: Tak, wierzę, że czeka na mnie Bóg z otwartymi ramionami. Kiedy moje dziecko płacze, biorę je w ramiona i widzę, jak łzy przestają płynąć. Kiedy całuję i przytulam mojego starego ojca, widzę, jak bardzo jest wtedy szczęśliwy. Wobec ogromu Wszechświata i upływającego czasu jestem tylko człowi ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska