Login lub e-mail Hasło   

Pamiętnik upadłego biznesmena część pierwsza 1989-91

Ustawa Wilczka-Rakowskiego dała możliwość prowadzenia nieskrępowanej działalności gospodarczej. Oto historia prawdziwa jednego z licznych biznesmenów
Wyświetlenia: 1.503 Zamieszczono 26/04/2011

Nadszedł rok 1989, a wraz z nim wolność gospodarcza. Teraz każdy mógł prowadzić działalnosć gospodarczą. Czemu nie ja? Silnik mojej wiekowej wołgi był w stanie agonalnym. Załatwiłem drugi. Pojechałem do jednego z moich przyjaciół, i tam u niego w warsztacie, po dwóch dniach ciężkiej walki dokonałem wymiany silnika. Okazało się, że ..."zamienił stryjek siekierkę na kijek". Wmontowałem złom.  Po przyjeżdzie do domu musiałem powtórzyć walkę, tyle tylko, że w moim nieogrzewanym i ciemnym garażu.  Z dwóch złomowych silników zrobiłem jeden. Też złom... Jakoś chodził

Nakleiłem na drzwiach samochodu dumny napis ELEKTROMECHANIKA POJAZDOWA USŁUGI U KLIENTA i wkrótce zarejestrowałem sie w urzędzie skarbowym. Dostałem ryczałt 2 tyś. zł. miesięcznie. Pojęcia nie miałem co robić dalej. Zawiesiłem szyld na bramie kamienicy, w której mieszkałem i... czekałem na klientów.  Pijaczek z urzędu skarbowego zrobił mi kalkulację roboczogodziny. Bez sensu. Pierwszy błąd. Nie doceniłem potęgi reklamy. Szkoda mi było kasy na ogłoszenia w gazecie. Jedyni klienci, to byli ci, którzy przeczytali mój szyld na bramie. Niewielu ich było. W owym czasie więcej naprawiałem samochód swój niż klientów. Kasa się kończyła, tak że z żalem musiałem powrócić do pracy w "ukochanym" zakładzie.     

W lipcu oddałem mój samochód do naprawy. Gość-własciciel warsztatu- obejrzał wołgę krytycznie  i kazał ustawić na placu. Kupiłem motocykl Kawasaki Z440. Fajny, szybki. Pod koniec sierpnia rozbiłem się w wyniku wystrzału tylnej opony. Trafiłem do szpitala. Na krótko. Dostałem zwolnienie. Czułem się nieżle.Pojechałem po moją wołgę. Stała na placu tak jak ją zostawiłem. Zabrałem samochód Janka spotkałem niespodziewanie. Po krótkiej rozmowie decyzja - bierzemy się za handel. Pojechaliśmy na giełdę hurtową i kupiliśmy masę ziemniaków. Na rynku wyglądaliśmy jak wieśniacy. Sprzedawaliśmy ziemniaki w cenie niższej niż większość handlujących. Typowy błąd początkujących handlarzy. Klient jest dobrym obserwatorem. Gdy następnego dnia nasza cena była zgodna z ogólnie przyjętą na tym rynku, klienci zarzucali nam, że wczoraj mieliśmy tańsze ziemniaki. W owym czasie jeszcze tego nie rozumieliśmy. Zarabialiśmy. Zwiekszaliśmy nasz asortyment. Postanowiliśmy naprawić wołgę samodzielnie. Zbyt dużo wydawaliśmy na wyciekający olej. Ten klamot wyrzucał taką samą ilosć oleju jak spalał paliwa. Kupiliśmy części do silnika. Pracowaliśmy całą noc. Nad ranem silnik padł. Wołga się skończyła. Nasz biznes też. Resztę towaru zawieżliśmy na rynek pożyczonym samochodem. Janek płakał o swoje 50 tyś. włożone w firmę. Prolongował mi dług. 

Udało mi się kupić tanio nysę od gościa, który wyjeżdżał do Niemiec na stałę. Cena była dobra, samochód nie. Po dwu kilometrowym ciąganiu nysa wreszcie zapaliła, ale nie chodziła dobrze. Mimo to kupiłem ją. I dobrze zrobiłem. Po przełożeniu sprężynki na gażniku samochód zaczął zachowywać się poprawnie. Wróciłem na rynek. Sam. Szło mi nieżle. Handlowałem warzywami. Był grudzień. Dostałem zatrudnienie w firmie prowadzącej sklep mięsny. Codziennie rano jeżdziłem do rzeżni odległej o 30 kilometrów. W moim samochodzie brak było ogrzewania. Horror. Trudne do opisania wrażenia. Tuż przed świętami firma rozwinęła się tak dalece, że kupiła mercedesa i podziękowała mi za współpracę. Dostałem furę mięsa na otarcie łez.

 

Wtedy też pojawił się i Janek. Załatwił klienta, który woził z Berlina czekolady. Znów zaczęliśmy handlować. Raz na hurcie były banany. Było to tuż po świętach. Kupiliśmy jeden karton, i na dobrą sprawę nie bardzo wiedzieliśmy jak je sprzedawać. Było to dla nas cos całkowicie nowego. Pojechaliśmy na rynek. Sukces przerósł nasze oczekiwania. Skilogramowaliśmy nasze banany w ciągu godziny na wadze do ważenia ziemniaków. Nie zarobiliśmy zbyt wiele. Tak na prawdę to chyba wogóle niewiele zarabialismy, i gdyby nie to, że kazdy z nas miał jakiś swój dochód padlibyśmy na glebę prędzej niż byśmy przypuszczali. Pod koniec grudnia Janek zniknął  

Był już rok 1990. Znów wróciłem na rynek. Nie szło mi najlepiej.  Myślałem co robić. Janek przyszedł po swoje pieniądze. Oddałem całą kwotę. W lutym pojechałem pierwszy raz do Berlina. Nakupowałem różnych rzeczy w tanich sklepach  i po powrocie sprzedałem wszystko z niezłym zyskiem. Pojechałem powtórnie. I znów sukces. Wtedy też przyplątali się do mnie dwaj znajomi roztaczając przede mną wizje nieskończonego bogactwa. Błąd. Radziłem sobie sam i na prawdę nikt nie był mi do szczęscia potrzebny. Spodobało mi się jednak, że goście traktowali mnie jak odnoszącego sukcesy biznesmena. Potrzebowałem chyba widowni dla moich sukcesów. Szło mi coraz lepiej. Handlowałem cytrusami i luksusowymi owocami.  Przyjąłem od gości pieniądze i puściłem w obrót. Następny błąd. Do tej pory działałem zgodnie z prawem, ponieważ zarówno podatki, jak i opłaty zusowskie nie stanowiły dla mnie zbytniego obciążenia finansowego. Teraz to się zmieniło. Rząd ustalił nowe stawki podatkowe. Przestraszyłem się. Zawiesiłem działalnośc. Handlowałem jednak dalej. Brudne pieniądze spowodowały gwałtowny rozwój mojej firmy. Cieszyłem się. Do czasu, gdy nadszedł moment podziału zysków. Podzieliliśmy całą kwotę na trzy części. Trochę to potrwało zanim zorientowałem się, że zostałem, delikatnie mówiac oszukany. Rozwiązałem układ z moimi wspólnikami. Było to 15 maja 1990r.            

Nie było dobrze. Bankrutowałem. Kupiłem rzeczy, na które mnie nie było stać, takie jak choćby magnetowid. W czerwcu  zacząłem wykonywać działania kompletnie nie przemyślane. Pewnego razu pojechałem na hurt i kupiłem tonę starych ziemniaków. Były bardzo dobre i tanie w stosunku do ziemniaków młodych. W cztery godziny sprzedałem wszystko osiagając podwójny zysk. Pojechałem znowu na hurt. I znowu udało mi się kupić tonę. Znów zarobiłem. Pojechałem ponownie. Starych ziemniaków już nie było. Kupiłem młode. Drogo. Na rynku byłem jednym z kilkudziesięciu sprzedawców oferujących młode ziemniaki. Bujałem sie z nimi trzy dni. Cały zysk został stracony. Do tego doszły jeszcze problemy z nysą. Silnik się kończył. 

Wtedy też spotkałem Włodka. Mojego kolegę z dawnych lat. Otwierał warsztat samochodowy i zaproponował mi pracę. Wciągnąłem tam też mojego szwagra Olka. Pierwszym naprawianym przeze mnie samochodem była moja nysa. Praca była dobra. Klientów sporo. Wszystkie moje pieniądze włożyłem w zakup części do silnika. Mieliśmy mnóstwo zajecia. Włodek okazał się kompletnym ignorantem w sprawach napraw pojazdów. Nic co zrobił nie udało się. Zacierające sie silniki były jego specjalnoscią. Klienci przychodzili z awanturą. Włodek robił poprawki za darmo. Dobrze, że jeszcze mial zasoby finansowe, które pozwalały warsztatowi jako tako egzystować. Gdy Włodka nie bylo kasowaliśmy klientów do wlasnej kieszeni. Szef był bardzo zdziwiony, że w czasie jego nieobecności nic się nie działo. Wymontowałem z mojej nysy silnik i rozebrałem go na czynniki pierwsze. Pracując pilnie i uważnie zmieniłem zużyte części na nowe. Po skompletowaniu silnika usiłowałem zamocować go w samochodzie. Walczyłem dzielnie. Silnik skosił się i utkwił pomiędzy belką przedniego zawieszenia a blachami karoserii.  Nie było siły, ktora mogła go ruszyć. Ludkowie przychodzili i dziwili się jak mozna dokonać takiej rzeczy. Nie było mi do śmiechu. Użyłem wszystkich możliwych narzędzi. Silnik tkwił uparcie w swojej pozycji. Nie było innego wyjścia. Zacząłem go rozmontowywać. Pod spodem. Na leżąco. Gdy pozostał już tylko kadłub z wałem korbowym stała się rzecz nieoczekiwana. Po stosunkowo niezbyt silnym pchnięciu silnik wskoczył na swoje miejsce. Cały dzień montowałem go do kupy. Nadszedł wieczór. Podekscytowany udałem się do domu. W nocy nie mogłem spać. Następnego dnia walczyłem do poludnia, aż nadeszła ta chwila, gdy moglem przystąpić do jego uruchomienia. Zaskoczył bez większych oporów. Miło mruczał. Pochodził chwilę. Podszedł Olek. Posłuchał, pokiwał z uznaniem glową i dodał gazu. Coś gruchnęło, walnęło i ... się skończyło. Korbowód ukazał sie w pełnej krasie na zewnątrz silnika. Olek uciekł. Nie wiedziałem co robić. Myślałem poważnie o przegryzieniu jego gardła. Następne trzy dni określiły na długo moją przyszłość. Waldek pojawił się nazajutrz  niespodziewanie. Jakby z nieba. Po prostu przyszedł jak gdyby wiedziony fluidami mego nieszczęścia. Zastał mnie gdy wyjmowałem z samochodu resztki silnika. Opowiedziałem mu o tym co mnie spotkało, a on stwierdził, że ma taki silnik i może mi go po prostu dać. Szok. Bez większych problemów przywiozłem z Jankiem silnik i bez większych problemów zamontowałem go w samochodzie. Uruchomiłem zaś dopiero wtedy gdy byłem pewien, że Olka nie było w pobliżu. Silnik chodził dość ładnie. Mruczał sobie wesoło, gdy ja przemyśliwałem sobie moją sytuację finansową. Byłem golas. Proste. Puste kieszenie. Nie stać mnie było nawet na fajki. I wtedy spotkałem Tomka. Szedł sobie spokojnie ulicą, a ja podszedłem do niego. W trakcie lużnej rozmowy opowiedział mi o swoich planach, zaś ja zdradziłem mu, że jestem posiadaczem samochodu marki nysa. Efekt był piorunujący. Tomek ożywił się i zaczął indagować mnie gruntownie. Powiedziałem mu o mojej działalnosci handlowej nie wspominając o mojej sytuacji finansowej. Tomasz zaproponowałmi społkę.Pożegnałem Wlodka bez żalu. Jak się póżniej okazało, warsztat nie przetrwał proby czasu i nieudolnosci szefa. Padł za dwa tygodnie

Miałem nowego wspólnika. Trzeba było dzialac. Nasz pierwszy dzień wyglądał tak, że udaliśmy się na giełde i dokonywaliśmy zakupów bez ładu i składu, za to za 600 tyś. złotych. Pojechaliśmy do znanej miejscowości wypoczynkowej i ... odnieśliśmy sukces. To było 1 sierpnia 1990. Cały miesiąc okazał się bardzo dobry. Ja byłem lekko zszokowany, natomiast Tomasz łyknął bakcyla handlowego i myślał, że tak musi być. Nie wyprowadzałem go z tego stanu samozadowolenia. Zaczęliśmy dzielić sie zyskami z naszej działalności. Były to miłe sobotnie popołudnia. We wrześniu rozwinęliśmy nasze działania. Zaraz na początku miesiąca zaczęliśmy wieczorami jeżdzić do sadowników po śliwę. Następnie jechalismy z nią na giełde hurtową do Bydgoszczy. Staraliśmy się być jak najwcześniej. Spaliśmy w samochodzie. Sprzedawaliśmy do tej pory, aż nie najechało się zbyt wielu handlarzy. Wtedy też dokonywaliśmy zakupu innych owoców i warzyw i jechaliśmy na rynek detaliczny. Sliwę sprzedawaliśmy po cenie lekko wyższej niż hurtowa, lub pod koniec w takiej samej. Uznałem, że była to specyficzna kara dla innych kupców za to, że nie chcieli od nas kupować śliwy na hurcie. Śliwa się skończyła, a my zaczęliśmy jeżdzić po różnych rynkach. Na giełdzie kupowaliśmy papierosy, które sprzedawaliśmy w Koronowie. W hurtowni kupowaliśmy słodycze, które szły w Szubinie. Codziennie staliśmy na rynku w Bydgoszczy. Handlowaliśmy wszystkim. Nie zastanawialiśmy się co kupować. Braliśmy każdą nowość i ...sprzedawaliśmy. Czasami myślę, że mieliśmy to szczęście, tak charakterystyczne dla ludzi, którzy kierują się instynktem, nie pragmatyką. Inni nie odnosili takich sukcesów. Byliśmy postrzegani jako znakomici handlowcy. Gdy okradziono nasz samochód zrobiliśmy taką aferę, że bez problemu uzyskaliśmy pożyczkę, która nie była nam nawet potrzebna. Myślałem o poważniejszym rozwinęciu naszej działalności, lecz tu Tomasz zaczął zachowywać się jak hamulec. Negował wszystkie moje pomysły. A były one niezłe zważywszy na to, że wkrótce podchwycone zostały i zrealizowane przez innych. Któregoś dnia dowiedziałem się, że jeden z handlujących na naszym rynku ma zamiar na jakiś czas wyjechać do Niemiec. Dysponował on, tenże człowiek piękną budą handlową zrobioną ze starej strzelnicy. Jedyną budą na naszym rynku. Wspomniałem Tomaszowi, że moglibyśmy na czas wyjazdu wydzierżawić stanowisko od tego gościa. Tomasz zaczął przytaczać setki argumentów dlaczego nie powinniśmy tego robić. Lecz tym razem go nie posłuchałem. Odbyłem krótką, acz rzeczową rozmowę. Buda była moja, za darmo na 6 miesięcy. Tomasz nie mógł uwierzyć. Nie mówił nic. Po wprowadzeniu siędo naszego sklepu interes ruszył z kopyta. Tomek kupił swoją własną nyse. Mieliśmy już dwie. Szkoda tylko, że mój wspólnik był żadnym kierowcą. Teraz to ja musiałem obsługiwać dwa samochody. Podpisaliśmy oficjalną umowę spółki i nazwaliśmy naszą firmę BRIX s.c. Grudzień był znakomity. Handlowaliśmy pomarańczami, mandarynkami, bananami oraz całą gamą owoców krajowych i importowanych. Były tam również papierosy i słodycze. Nie zaniechaliśmy wyjazdów na inne rynki. Nocami polowaliśmy na dobry, tani towar. Opłacało się. Były i ciasta z Holandii i jabłka z Nowej Zelandii. Prawdziwy sklep. Wtedy gruchnęła wiadomość, że rynek ma być zlikwidowany w najbliższej przyszłości. Postanowiliśmy się wycofać z godnoscią. Działaliśmy na najwyższych obrotach do końca roku, aby w Sylwestra dokonać prawdziwego majstersztyku. Sprzedaliśmy wszystko. Dosłownie wszystko. Co nie poszło w detalu odstąpiliśmy po korzystnych cenach innym handlującym. I w ten właśnie sposób rozstaliśmy sie z handlem detalicznym na rynku

Nadszedł rok 1991. Zaraz na początku stycznia ustaliliśmy z Tomaszem jak wyglądamy kasowo. Wyszło tego około 6 i pół miliona złotych. No i co robić dalej? Zaczęliśmy czytać ogłoszenia w gazetach. Nic ciekawego nie znależliśmy. Kupiłem silnik do mojej nyski i oddałem samochód do warsztatu na jego wymianę. Kosztowało to w sumie niewiele. Któregoś dnia - eureka! Jabłka. Znalazłem przechowalnie pod Gdańskiem oferującą jabłka dobrego gatunku w dobrych cenach. U Tomka w garażu  urządziliśmy przechowalnię. W mrożny styczniowy dzień udaliśmy się w podróż. Przywieżliśmy około tony jabłek w trzech gatunkach i złożyliśmy je w tomaszowym garażu. Zrobiliśmy rozpoznanie rynku i ruszyliśmy na podbój. W dwa dni sprzedaliśmy wszystko. Sukces. Na pewno wpłynęły na niego dwa czynniki. Nasze jabłka były gatunku zimowego odpornego na lekkie mrozy a owe dni były mrożne. Zaden handlarz nie odważył się ruszyć do boju z jabłkami. Byliśmy sami. Trudno nie odniesc sukcesu. Postanowiliśmy powtórzyć naszą akcję. I tu niespodzianka. Gdy przybyliśmy po następną partie owoców te były już sprzedawane po wyższej cenie. Chwila konsternacji. Zdecydowaliśmy się dokonać zakupu. Już nie poszło nam tak dobrze jak za pierwszym razem. Bujaliśmy sie trzy dni, a koncówki sprzedawaliśmy poniżej ceny zakupu. Bilans nie wypadł dobrze. Zamiast więcej, mieliśmy dużo mniej kasy niż na początku. Nie złamało nas to jednak. Wciągnąłem w nasze interesy mojego kolegę Wojtka. Do dziś nie wiem dlaczego to zrobiłem. Być może aby mieć dwuosobową widownię moich poczynań. Ani Tomek, ani Wojtek nie byli przebojowymi biznesmanami. Oni wierzyli we mnie

Po akcjach z jabłkami zaczęliśmy myśleć o jakimś poważniejszym interesie. Szczerze mówiąc nie mieliśmy zielonego pojęcia co robić. Pewnego dnia sięgnąłem po gazetę i mój wzrok padł na wielkie ogłoszenie zamieszczone przez poważną firmę konfekcjonującą różne rodzaje herbat. Goście szukali przedstawicieli regionalnych. Nie myśląc długo poszedłem do wujka Józia i zamówiłem rozmowę z Toruniem. Była krótka. Prezes poprosił nas o przybycie w celu omówienia warunków współpracy. Tomasz i Wojtek byli pod wrażeniem, gdy referowałem im moją rozmowę z prezesem. Nazajutrz udaliśmy się naszą nyską do Torunia. Podróż sama w sobie była wielką przygodą. Dwa razy zagotowała się woda w chłodnicy, potem coś zaczęło dudnić w okolicach wału napędowego. Jak samo zaczęło tak i samo się skończyło. Bagatela. Najgorsze jednak zdażyło się tuż pod siedzibą firmy. Poszliśmy oddać mocz i stanęliśmy nieszczęśliwie pod wiatr. Nie zauważyłem kropel na moich butach. Gdy zauważyłem, rozmawiałem już z prezesem. Mimo to nasza rozmowa okazała się bardzo owocna i gdy wracaliśmy do Bydgoszczy z toną herbaty na pace czuliśmy się jak prawdziwi biznesmeni. Układ był prosty. Dostawaliśmy towar na krechę z płatnością za dwa tygodnie i wyłączność firmy na województwo bydgoskie. Na czym polegała wyłącznośc? Proste. W Toruniu herbata kosztowała 4200 zł za paczkę, a my dostawaliśmy ją za 3600. I tak każdy kto pojechałby do Torunia kupować herbatę, a nie miałby układu z firmą, płaciłby sumę 4200 zł. Póżniej okazało się, że było wielu mądrych, którzy usiłowali nas przeskoczyć, a gdy wjeżdżali na giełdę w Bydgoszczy nie mogli zrozumieć jak to możliwe, że my mieliśmy ceny toruńskie. My zaś proponowaliśmy cenę hurtową 3800 zł. Wielu naszych potencjalnych konkurentów stało sie naszymi klientami. Herbata szła jak woda, i wkrótce staliśmy się królami rynku herbacianego w Bydgoszczy. Sukces oszołomił nas. Po tygodniu, nie konsultując tego z nikim, kupiłem samochód osobowy fiat 125p w bardzo dobrym stanie. Wytłumaczyłem moim wspólnikom, że będzie potrzebny do obsługi naszych działań. W tej kwestii się nie pomyliłem. Któregoś dnia, handlujący na giełdzie przemytnik zaproponował mi układ handlowy. Prosty. On przywozi, ja sprzedaję przemyconą z Niemiec herbatę owocową. Różne gatunki i rodzaje. Na początku też na krechę. Szok. W ciągu dwóch tygodni staliśmy się sławni i bogaci. Zaczęliśmy kręcić kasą, jakiej do tej pory nie widzieliśmy. Co tydzień jazda do Torunia po dwie tony herbaty. Połowa sprzedawana od razu w hurcie. Bajka. Zyć nie umierać. I tutaj zaczęliśmy popełniac pierwszy błąd, który jak się póżniej okazało kosztował nas życie. W naszej działalności opieralismy sie całkowicie na chłopakach z Torunia wierząc, że są nieskończenie silni, oraz, że nie trzeba już walczyć. Któregoś dnia natknąłem się na herbatę produkowaną przez mało znaną firmę ze Srody Wielkopolskiej. Kupiłem paczkę i przy okazji pobytu w Toruniu pokazałem ją naszemu prezesowi. Ten tylko roześmiał się i powiedział mi żebym się nie niepokoił. Nasza herbata jest o niebo lepsza. Miał rację. Nasza herbata zarówno w swej warstwie wizualnej-niemieckie opakowania, jak i smakowej biła na głowę wszystko to z czym sie do tej pory spotykaliśmy. I mimo, że herbata ze Srody kosztowała na giełdzie 3800 zł nie przejmowaliśmy się dokładnie niczym. I to był nasz kolejny błąd. Kupiliśmy Mercedesa. Nie stać nas było na niego. Nasze wyliczenia jednak nie wykazywały niczego co mogłoby nas niepokoić. Luty i marzec były miesiącami naszej hossy

Było to dokładnie 15 marca, gdy Tomasz oświadczył, że wycofuje się z interesu. Było to trochę jak ucieczka. Stwierdził, że praca dla firmy zbytnio koliduje z jego pracą zawodową, a ponadto Mirka, jego żona, jest niezadowolona, że często jest nieobecny w domu. Podał mi ponadto swoje wyliczenia dotyczące aktualnego stanu firmy. Wynikało z nich jasno, że gdybyśmy wszystko co mamy sprzedali obecnie po cenach zakupu to pozostałaby  jeszcze znaczna kwota, która byłaby naszym długiem. Zaniepokoiło mnie to, ale po konsultacjach z Wojtkiem doszliśmy do wniosku, iż są to prawdopodobnie tylko przejściowe trudności. Doliczyliśmy marżę i wyszło, że nie jest tak żle. Dług byłby nadal, ale dużo mniejszy niż ten podany przez Tomasza. Byliśmy optymistami, a tak naprawdę to właśnie Tomasz miał rację. Siedzieliśmy w szambie po szyję. Tomek zabrał ze spólki swoją nysę oraz wszystkie wniesione przedmioty. Nie chciał żadnych  pieniędzy. Chciał uciec jak najprędzej. Zdarza się.. 

Ta wiadomość  spadla na nas jak grom z jasnego nieba. Toruń nie miał herbaty. Gdy pewnego dnia, jak zwykle udaliśmy się po nasze 2 tony, okazało się, że herbata nie dotarła. Magazyn był pusty. Zapłaciliśmy dług sprzed dwóch tygodni. Wróciliśmy do domu w podłych nastrojach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zostaliśmy z następnym długiem, tym sprzed tygodnia i bez towaru ani pieniędzy. Na dodatek nasz przemytnik przestał przywozić towar i zażądał zapłaty za to co nam ostatnio dostarczył. Pojechaliśmy do konkurencji. Do Środy Wielkopolskiej. Za ostatnie pieniądze kupiliśmy tamtejszą herbatę. Interesu nie zrobiliśmy. Nikt nie chciał u nas kupować herbaty innej niż nasza dawna, dobra, droga. Sprzedaliśmy cały zapas po cenie niższej niż zapłaciliśmy. Dało to nam jakąś kasę, której postanowiliśmy nie zmarnować. Przemytnika spławiliśmy na jakis czas, a prezes z Torunia zrozumiał naszą trudną sytuację i obiecał, że da nam znać jak tylko otrzyma herbatę. Zaczęliśmy się miotać. Jeżdziliśmy i kupowalismy towar wszelakiego rodzaju. Nasi kontrahenci zaczęli się niecierpliwić. Zbyt długo oczekiwali obiecanych transportów naszej herbaty i w koncu zaczeli kupowac tą ze Srody. Szkoda tylko, że nie u nas. Wtedy to zrozumiałem pewną prawdę: jeżeli inni zaczną cię w pewnej chwili postrzegać jako człowieka sukcesu, ty zaś podupadniesz, oni się na ciebie obrażą, że zawiodłeś ich "zaufanie"...nie licz, że ci pomogą...będą cię kopać ze złością.

Trafiliśmy na producenta kawy. Była przebitka. Musielismy kupować za gotówkę. Ta się znalazła. Mój nieszczery wspólnik Wojtek miał zachomikowane pieniądze i dopiero teraz zdecydował się puścić je w obieg. Trochę póżno. Ale lepiej póżno niż wcale. Zaczęliśmy znowu kręcić kasą. Kawa, papierosy...hurt-detal. Wojtuś działał zadziwiająco dobrze. No, w końcu kręciliśmy jego kasą. Jeżdziliśmy po zapadłych wioskach, kupując w sklepach geesowskich markowe papierosy. Było to śmiesznie proste. Marlboro i Golden American były jeszcze po starych cenach. Mało który z rolników rozkoszował się aromatem wykwintnej mieszanki amerykańskich tytoni. Woleli popularne. Ceny tych fajek na hurcie były z reguły o przynajmniej jedną trzecią wyższe. Trwało to jakiś czas. Któregoś dnia dowiedziałem się, że pewna firma dysponuje całym kontenerem przemyconych papierosów. Udaliśmy się z Wojtkiem do znanego nam hurtownika fajek i sprzedaliśmy mu tę informację. W ramach wdzięczności przez długi czas otrzymywaliśmy papierosy po cenach bardzo dla nas korzystnych. Szło dobrze. Do czasu. Do czasu aż nasze mózgi znowu zostały pozbawione zdolności logicznego myślenia. Przyjęliśmy wspólnika.........Po co? Do dziś nie wiem. Facet był kuty na cztery nogi i poznał się na nas. Zaproponował nam układ, który z pozoru wyglądał na złoty interes. On włożył kasę, my towar. Było fajnie. Po miesiącu my nie mieliśmy ani kasy, ani towaru-on miał wszystko. Koniec, koniec spółek i układów. Wojtek wziął mercedesa niby do blacharza, a tak na prawdę po prostu uciekł. Wiedziałem o tym, ale nie chciało mi się już z nim walczyć. W odwecie zaprowadziłem fiata również do remontu blacharskiego. Moja nyska już od dawna stała na giełdzie hurtowej jako nasz sklep, magazyn i co tam jeszcze. Udało mi się ją uruchomić i sprowadzić pod dom. Fiat był uszkodzony na skutek szaleńczej jazdy mojego kolegi, któremu raz nieopatrznie dałem nim pojechać. Jazda niestety zakończyła się na drzewie. Na szczęście udało mi się wyciągnąć ubezpieczenie. A było to tak: fiat miał auto-casco, ja miałem przyjaciela, przyjaciel miał kolegę w PZU. Udaliśmy się tam pewnego dnia. Wypełnilem wniosek o odszkodowanie podając, że to ja uderzyłem w drzewo chcąc uniknąć przejechania dużego psa. Podałem wielu świadków. Pracowicie rysowałem plan sytuacyjny. Włożyłem pomiędzy papiery kwotę stanowiącą dziesięć procent spodziewanej sumy odszkodowania, wręczyłem to koledze mojego przyjaciela i ... po trzech dniach miałem pieniądze w domu

W lipcu próbowałem dokonać bilansu. Byłem bez kasy. Fiat stał u blacharza. Nie miałem go za co wykupić. Miałem trochę herbaty. Gatunek niechodliwy. Zero możliwości sprzedaży. Czego mi nie brakowało to długów. Było ich sporo. Tak sporo, że postanowiłem o nich na razie nie myśleć, ani się nimi przejmować

Dwa czynniki zadecydowały wtedy o mojej przyszłości. Jeden na krótko, drugi zaś na bardzo, bardzo długo. Pierwszy wydawał się być tym na co czekałem. Spotkałem kolegę. Mirek mu było. Znałem go z rynku, z zeszłego roku. Równy gość. Razem ze swoją żoną Kamilą i kolegą Waldkiem próbowali rozwinąć działalność gospodarczą w zakresie handlu spożywczego na rynku. Nie wiedzieli o moim bankructwie. Postrzegali mnie jako bardzo dobrego biznesmena. Nie wyprowadzałem ich z tej wizji. Zaproponowali mi układ partnerski. Zapoznałem się z ich stanem posiadania. Nie był zły. Dwa stragany w centrum miasta, fiat, żuk, sporo towaru i pewna ilośc gotówki. Było dobrze. Pomny tego co przytrafiło mi się jeszcze nie tak dawno postanowiłem nie popełniac błędów, które spowodowały mój upadek W tym też czasie pojawił się coś co początkowo zignorowałem. Dowiedziałem się o pewnej jednostce wojskowej wyprzedającej demobil. Udałem się nawet do tej miejscowości, lecz nie trafiłem do celu. Więcej się tym nie interesowałem.  

              Sierpień 1991. Pieśni by o nim śpiewać. Wspaniała pogoda. Przyjazna w grupie naszej atmosfera. Biznes się kręci. Plac Piastowski w Bydgoszczy. Dwa stragany. Jeden obsługuje Kamila . Drugi jeden z nas. Mirek, Waldek i ja jeżdzimy po towar. Mamy grafik. O czwartej rano dwóch z nas udaje się na hurt.  Oto dzień jak codzień. Wstaję o trzeciej. Ciemno. Piję kawę. Zapalam papierosa. Pod domem słyszę szum silnika żuka. Przyjechał Waldek. Jedziemy na hurt. Kupujemy owoce i warzywa. Ziemniaki i jabłka, marchew, pietruszkę, banany, mandarynki, wszystko, co potrzebne jest na naszych stanowiskach handlowych. Około siódmej jesteśmy na rynku. Mirek z Kamilą są już na straganach, które są przygotowane do pracy. Rozdzielamy towar. Biznes się kręci. Ja udaję się do domu. Moja zmiana to popołudnie. Waldek jedzie do pracy. O pierwszej zmieniam Kamilę. O trzeciej przybywa Waldek. Ustalamy już teraz jakie zakupy poczynić musimy jutro. Około osiemnastej kończymy dzień naszej ciężkiej pracy.  Jutro na hurt jadą Mirek i Waldek

Dostajemy wiadomość, że otwiera się nowy rynek w pobliżu. Można wynająć tam stragan. Udajemy się. Właściciel terytorium traktuje nas bardzo poważnie. Mamy stragan. Cena dzierżawy gruntu jest przystępna. Waldek przyprowadza Pawła. Facet trochę dziwny, ale ogólnie do przyjęcia. W dwa dni organizujemy nasze nowe stanowisko. Kupujemy teraz więcej, ale i więcej sprzedajemy. Znów kasa płynie do nas szerokim strumieniem.

Dzwoni do mnie Toruń. Mają towar i chcą współpracować dalej. Moi wspólnicy są pod ważeniem moich kontaktów. Jedziemy na rozmowy. Firma proponuje nam 3 tony brzoskwiń i ananasów w puszkach na termin płatności pięć dni. Zdaje sobie sprawę, że to dla nas jest niemożliwe do przeprowadzenia, ale nie odmawiam. Myślę intensywnie. Dokonuję bilansu. Nasz biznes idzie nie najgorzej, ale wydatki są niebagatelne. Dlaczego? Bo żyje z niego pięć osób. Za dużo. Trzeba dać każdemu zajęcie. Myślę sobie, że powinniśmy mieć pięć punktów przynoszęcych pieniądze. Po jednym stanowisku na łeb, a nadstany do wspólnej kasy. A, niestety , zauważam symptomy znanej choroby. Jest to tak zwane „dojenie”. Nie mogę upilnować kasy. Każdy podbiera na poczet wypłaty. Jest fajnie, ale zaczyna brakować środków na jakiekolwiek inwestycje. Jesteśmy jak stado trutni. Co zarobimy to przejadamy. Brak wolnej kasy.  Mówię o tym otwarcie. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami i ... robią swoje. Udaje mi się przekonać Waldka do brzoskwiniowego interesu. Jego wątpliwości rozwiewam mirażami bycia biznesmenami na poważną skalę. Musimy otworzyć hurtownię. Taka jest nasza decyzja. Kamila odchodzi z biznesu. Ryneczek, gdzie znajduje się stragan Pawła pada. Musimy coś działać. Waldek załatwia wynajem pomieszczeń w Nakle. Przy okazji nawiązuje kontakty z sadownikami z nie tak bardzo odległago miasteczka. Mają jabłka i gruszki.

Jest wrzesień 1991 roku. Zostawiamy sobie jeden stragan na Placu Piastowskim i ustawiamy znowu nysę na hurcie. Kradną nam żuka. Ot po prostu. Przyjeżdżam wieczorem do Mirka na kawę, wychodzę na ulicę, a żuka niema. Zmartwienie jest, ale Waldek mówi, że samochód ubezpieczony był od kradzieży na sumę 10 milionów. Nie jest żle. Nigdy byśmy go za takie pieniądze nie sprzedali. Kupujemy w komisie następnego żuka za 5 milionów. Niezły, zabudowany. Jest fajnie. Wynajmujemy pomieszczenie w pobliżu Placu Piastowskiego na hurtownię. Toruń nociska, abyśmy zdecydowali coś w sprawie dostaw. Decydujemy się. Mirek z Waldkiem jadą do Nakła a ja do Torunia. Podpisuję umowę. Tir ma wyjechać jeszcze dziś. Gnam co sił do Nakła. Zabieramy się za urządzanie hurtowni. Latamy po sklepach papierniczych i kupujemy folię samoprzylepną. Ustawiamy meble, biurka, lepimy reklamy. Gdy po jakimś czasie przybywa Tir, nasza hurtownia wygląda jakby działała w tym miejscy od długiego czasu. Kierowca kiwa z uznaniem głową.

Część towaru zabieramy od razu do Bydgoszczy. Rozdzielamy. Na hurt, do hurtowni, na rynek. Nikt z nas nie wierzy, że uda nam się sprzedać i spłacić cały towar w ciągu pięciu dni. Waldek zatrudnia panią Irenę. Siedzi ona sobie w hurtowni w Bydgoszczy i wygląda klientów. Niewielu ich jest. Ja próbuję sprzedać coś na hurcie, ale też nie odnoszę sukcesu. Waldek z Pawłem zwożą towar z Nakła do Bydgoszczy. Zaniedbujemy stragan. Po pięciu dniach sytuacja wygląda nieciekawie. Nie sprzedaliśmy nawet  5 procent towaru, a pieniądze się rozeszły. Przyjeżdża toruniak na hurt i zaczyna płakać. Ja też. Daje mu jakąś kasę. Dla niego mało, dla nas wszystko. Likwidujemy pomieszczenie w Nakle. Myślałem, że Waldek rozegrał to prawidłowo, a okazało się, że nic nie powiedział właścicielowi o naszej wyprowadzce. Tamten liczył na kasę. Dobrze, że Waldek mienił się być dyrektorem naszej firmy i w jej imieniu podpisał umowę najmu. Dobrze dla mnie oczywiście. Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli. Byliśmy jednymi z pierwszych pracodawców, którzy zalegali z wypłatami. Gdy okazało się, że hurtownia w Bydgoszczy przynosi tylko straty, Waldek zwolnił panią Irenę i coś tam jej obiecał. Obietnicy nie dotrzymał. Paweł pracował z nami już chyba tylko dla sportu. Niewiele mu płaciliśmy, a to i tylko wtedy, gdy już mocno nas naciskał. Mirek nie brał bezpośredniego udziału w naszym szaleństwie. Po malutku prowadził stragan na Placu Piastowskim i uważnie śledził nasze poczynania. Ja wiedziałem, że jest już kiszka. Drugi raz w ciągu roku. Waldek twierdził, że panuje nad sytuacją.

             Dzień 13 października 1991 mógł być dla nas dniem wielkim. Mógł być zwycięstwem. Okazał się klęską. A było to tak: Waldek przybył z wieścią, że załatwił dużą ilość tanich i dobrych jabłek. W sam raz do sprzedaży na hurcie. Trzeba za nie jednak zapłacić gotówką, której nie mieliśmy. Wtedy ja wpadłem na pomysł, aby część naszego towaru puścić w dumpingu do Poznania, zaś uzyskane środki przeznaczyć na kupno jabłek. Kalkulacja była prosta. Jeżeli w Poznaniu stracimy 10 procent, a na jabłkach możemy zarobić do piętnastu, to gra była warta świeczki. Waldek zapewniał, że dostawy owoców będą ciągłe. W nocy ja i Paweł ruszyliśmy do Poznania. Pogoda była dobra, rynek też. Bez większego problemu sprzedaliśmy towar wart 20 milionów za jakieś osiemnoście. Nie kupiliśmy nic. Wracaliśmy na pusto. W poniedziałek 14 października przekazaliśmy pieniądze Waldkowi, on zaś udał się po jabłka. Gdy następnego dnia pojechałem na hurt doznałem szoku. Waldek stał z żukiem wypełnionym owocami podobnymi do spadów. Zapłacił za to 6 milionów. Byłem załamany. Nikt nie chciał kupować naszego towaru, a na dodatek przypętał się toruniak po kasę. Zapłaciliśmy. Jabłka sprzedawaliśmy trzy dni tracąc za każdym razem. To już była plajta. Nie stać nas już było na poznański numer. Toruniak pilnował nas, tak więc każdy zarobiony grosz musieliśmy mu oddawać

             Wtedy też przypomniałem sobie o wyprzedaży demobilu w Grudziądzu. Pojechaliśmy tam z Waldkiem kilka dni później. Byłem pod wrażeniem. Nakupiłem klamotów za ostatnie milion trzysta tysięcy złotych. Hełmy, saperki, kolby do karabinów, puszki do amunicji, kabury do pistoletów. Kupe nikomu nie potrzebnych rzeczy. Stanąłem z tym na Placu Piastowskim i ... nie sprzedałem prawie nic. Ktoś jednak mi szepnął abym udał się z tym na giełdę towarową na stadion „Chemika”. Nie uczyniłem tego w najbliższą niedzielę. Jeszcze raz pojechałem do Grudziądza. Znowu nakupowałem klamotów. W miądzyczasie próbowaliśmy z Waldkiem jeszcze działać na hurcie sprzedając resztki naszej fortuny. Jedyne co wychodziło nam najlepiej to unikanie toruniak          

  Do udziału w pierwszej giełdzie przygotowałem się wcześniej. Wieczorem postawiłem moją nysę na wolnym miejscu i poszedłem do domu. Zawitałem spowrotem wcześnie rano i rozpakowałem swój kramik. Ku mojemu zdziwieniu odniosłem sukces. Klienci wyrażali duże zainteresowanie moim towarem. Sprzedałem sporo. Na tyle sporo, że we czwartek udałem się ponownie do Grudziądza i zakupiłem masę różności         

Był już listopad. Ten miesiąc był dla mnie przełomowy. Znów działałem jak w amoku i wszystko, czego się dotknąłem przynosiło dochód. Klamoty z demobilu zacząłem składować w swoim garażu. Zaczęli się do mnie zgłaszać różni ludzie proponując mi wszelakiego typu rzeczy pochodzące z armii. Część kupowałem. Część sprzedawałem od razu z zyskiem, część składowałem              

Akcja z hurtem upadła kompletnie. Te, z toruńskich towarów, które nie udało mi się sprzedać poprzednio dałem do sprzedaży Mirkowi. Waldek uciekł. Rozwiązaliśmy z nim spółkę. I dobrze. Zostawił mi w spadku Pawła. Mirek przejął żuka i działał na straganie na Placu Piastowskim. Oficjalnie byliśmy nadal wspólnikami. Wynikało to z jednej strony z ułatwień we wspólnym prowadzeniu ksiąg podatkowych, z drugiej zaś, łatwiej było pozbyć się wspólnika, niż likwidować całą, tak misternie zawiązaną działalność. Ucieczka Waldka była nam na rękę, gdyż mieliśmy na kogo zwalać nasze niegdysiejsze niedociągnięcia, których skutki nadal ciągnęły sią za nami jak smród.        

Mirek postanowił spróbować handlu artykułami militarnymi, ale skończyło się to zatrzymaniem go przez policję i gęstym tłumaczeniem się w komendzi

Wypadki zaczęły toczyć się w szalonym tempie. Ogarniałem wszystko. Zyłem jak w transie. Warto opowiedzieć o tym trochę szerzej. Moja wielka przygoda właśnie się rozpoczęła. Po pierwsze, zorientowałem się, że w Bydgoszczy działało kilka sklepów sprzedających artykuły militarne. Sprawdziłem. Mały wybór towaru i drogo. Obsługa niekompetentna. Po drugie, wiele hurtowni posiadało jakieś elementy umundurowania pochodzącego z demobilu Bundeswehry. Właściciele najczęściej nie wiedzieli co z tym fantem zrobić. Niektórzy traktowali mnie jak wybawiciela, gdy przybywałem i proponowałem kupno zalegających rzeczy. Gromadziłem coraz więcej towaru. Na giełdzie nawiązałem kontakty z przemytnikami wożącymi towar do Niemiec. Ci chętnie kupowali sprzęt polskiego wojska. Należy nadmienić, że sprzęt ten najczęściej pochodził z lat pięćdziesiątych, był w doskonałym stanie i stanowił nie lada kolekcjonerską gratkę. W Grudziądzu poznałem Marka P., który wprowadził mnie w temat noktowizorów. Zaprzyjaźniłem się też z kierownikiem magazynu giełdowego Ludwikiem J.-cywilnym pracownikiem wojska

We wszystkich tych działaniach dzielnie sekundował mi Paweł. Był bardzo pomocny. Nie było problemu, gdy trzeba było zająć miejsce na giełdzie w mróz i o piątej rano. Gdy przyjeżdżałem moją nyską Paweł już tam był i trzymał miejsce  

Mój daleki znajowy Jurek R. Otworzył sklep militarny M. na ulicy Sienkiewicza. Trafiłem nań przypadkiem i zaproponowałem współpracę. Jurek zgodził się, abym wstawiał swój towar do jego sklepu . Warunkiem było to, żebym zgodził się na zapłatę po sprzedaży. Nie bardzo mi to odpowiadało, ale... wtedy pierwszy raz pomyślałem o założeniu własnego sklepu. Puki co dałem ogłoszenie do prasy i zareklamowałem w nim mój garaż jako punkt sprzedaży. Garaż znajdował się w bardzo nieszczęćliwym miejscu, ale klienci jakoś tam trfiali. Co prawda niewielu, lecz nie przejmowałem się tym za bardzo. Dużą część towaru trzymałem w domu i  to właśnie miejsce wskazywałem na giełdzie klientom, którzy chcieli zawierać ze mną  transakcje.  

Współpraca z M-em układała się fatalnie. Jurek robił uniki i zawsze zalegał mi z zapłatą za rzeczy, które już dawno sprzedał. Zatrudnił ekspedientkę, która nie miała zielonego pojęcia o tym, co sprzedaje

Próbowaliśmy, z Pawłem ruszyć na rynki inne niż bydgoski, ale kończyło się to interwencją policji. Jak raz w Toruniu. Pojechaliśmy tam pewnego mroźnego dnia. Głównym celem tej wyprawy była  chęć rozmówienia się z moją dawną firmą i wytłumaczenie im dlaczego nie płacę i gdzie mam towar i tak dalej, po prostu ściema. Przy okazji postanowiłem spróbować handlu. Zostawiłem Pawła, a sam udałem się do prezesa. Ze dwie godziny płakałem nad swoją i jego biedą. Zrozumiał. Cieszył się z samego faktu, że w ogóle przybyłem, a nie olałem go kompletnie. Tak niestety postępowała większość jego dawnych klientów. Firma była bankrutem, a więc słaba. Leżała. A z leżącym nikt się nie liczy. Wtedy jaszcze tego do końca nie zauważałem. Ustaliliśmy, że zapłacę jak będę miał...czyli ...nigdy. Pożegnałem się z prezesem i udałem się na rynek. Nyska była zamknięta, a Paweł stał w asyćcie kilku policjantów i zawzięcie z nimi dyskutował. Pojechaliśmy na komendę. Policjanci nie wiedzieli co z nami zrobić. Przez zamknięte drzwi słyszałem słowa komendanta, wypowiedziane podniesionym głosem do funkcjonariusza, który doprowadził do naszego zatrzymania: „po ch..j  żeś ich k...wa zatrzymał! Co ja mam z nimi robić! Wieź ich na żandarmerie!”. Pojechaliśmy na żandarmerię, gdzie sympatyczny major w towarzystwie innych oficerów śmiał się do rozpuku ze stojących ze spuszczonymi głowami policjantów. Mówił:”...i co? Te ch..je was zatrzymali? Ha,ha, ha...”.a potem dodał: „dzwonili i mówili, że na rynku zatrzymali gości , którzy handlują mundurami i bronią. Ostrą bronią”. W taki sposób rodzą się legendy o Ruskich handlujących na rynku „kałachami” i wiadrami naboi.

Major spisał notatkę i pouczył nas abyśmy zawsze mieli przy sobie faktury z jednostki. „Co wojsko, to wojsko”myślałem sobie. Po tej akcji stwierdziliśmy, że nie będziemy handlować nigdzie poza naszym ukochanym CHEMIKIEM A na giełdzie szło coraz lepiej. Co tydzień jeździłem do Grudziądza po nowy towar, bardzo często pod zamówienie. Drugi raz pomyślałem o założeniu sklepu. Miałem już pewien krąg zarówno dostawców, jak i odbiorców. Zarabiałem pieniądze. Nie za duże, ale... Najciekawszy był fakt, że nikt z moich bliskich, rodziny, przyjaciół nie wierzył, że na tych klamotach można robić dobry interes. Jakikolwiek interes. To było dobre. Tylko Paweł znał prawdę, ale był bardzo dyskretny, mimo swojego gadulstwa

16 Listopada nadałem swojej firmie roboczą nazwę R-76. W grudniu udało mi sie namierzyć firmę, w której zaopatrywał się Jurek R. Dowiedziałem się również, że współpraca układa się kiepsko, bo Jurek nie płaci w terminie i ciągle z czymś zalega. Firma H-C znajdowała się w Poznaniu. Wywiad doniósł mi, że Jurek próbuje łatać swoje długi wobec H-C moim towarem, który był dla poznaniaków bardzo interesujący. Raz nawet zamówił u mnie 10 noktowizorów NSP-2. Drogie. Celowniki noktowizyjne do „kałacha”. Załatwiłem. Dość długo czekałem na rozliczenie ze strony Jurka.

Sporządziłem własną ofertę i wysłałem do Poznania. Po kilku dniach telefon. Są zainteresowani współpracą. Proszą o przybycie. Na giełdzie coraz więcej ludzi pyta o mundury polowe. Nie mam. Znikąd nie mogę zdobyć. Plamiak to rarytas. Namierzam firmę w Poznaniu produkującą ubrania dla myśliwych. Postanawiam tam jechać.. 

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1284
12
komentarze: 93 | wyświetlenia: 789
12
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1615
12
komentarze: 68 | wyświetlenia: 1012
12
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2041
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1418
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 450
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 818
11
komentarze: 72 | wyświetlenia: 789
11
komentarze: 9 | wyświetlenia: 504
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1523
11
komentarze: 31 | wyświetlenia: 2125
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1023
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  mss72,  07/01/2012

czekam niecierpliwie na ciąg dalszy..

  barkarz  (www),  21/03/2012

Świetne, to były czasy. Nikt z młodych nie jest w stanie w to uwierzyć.

Do bólu szczere. Super ciekawe



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska