Login lub e-mail Hasło   

Marzenie kalifornijskie czyli rock, drugs, sex, love & romance

Pierwsza część powieści o romantycznej miłości, której akcja rozgrywa się współcześnie w światku muzyków rockowych.
Wyświetlenia: 1.585 Zamieszczono 28/07/2011

Głόwne postacie:

 

 Annikafiore

Oscar – wokalista L.A. Jailbirds

Jimmy – perkusista

Snake gitarzysta basowy

Bryan – gitarzysta

Daniel – gitarzysta prowadzący

Lilly-Rosecόrka Snake'a

Brigitta – przyjaciόłka Annikafiore

Ellinor siostra Annikafiore

 

Rozdział 1

Annikafiore i Brigitta siedziały na niewysokim murku okalającym dziedziniec koledżu. Brigitta, dobrze zbudowana, wysoka blondynka z wiecznym uśmiechem na twarzy, wyciągnęła przed siebie nogi i wystawiła twarz do słońca. Annikafiore zaaferowana swoim nowym, rόwnie szalonym jak wszystkie poprzednie, pomysłem chyba nawet nie zauważyła, że słońce wyszło zza chmur i oznajmiło nadejście prawdziwej wiosny, bo jak do tej pory tylko kartka z kalendarza przypominała o tym, że już rozpoczęła się ta pora roku. Pełna entuzjazmu, z błyskiem w dużych oczach o rzadko spotykanych szafirowych tęczόwkach, Annikafiore paplała bez opamiętania i żywo gestykulując usiłowała przekonać Brigittę o realności swojego pomysłu.
 
-Wyślę do nich mejla. 
 
-Nawet nie należysz do fanklubu, a chcesz wysyłać mejle.
 
-Nie chcę się do żadnego fanklubu zapisywać. To dobre dla małolatόw.
 
-Tylko się rozczarujesz. Nie są w stanie odpowiadać na każdy mejl, a jeżeli nawet to robią, to zatrudnili sekretarkę i tyle.
 
-Ten tekst jest na prawdę dobry. Napisałam go specjalnie z myślą o nich, pasuje do ich grupy, ma sens i dobrze brzmi. Wiesz, przetłumaczyłam go z angielskiego na nasz i dałam do przeczytania Ellinor pod pretekstem, że to słowa ich piosenki. I ty wiesz, co ona powiedziała? W tym miejscu Annikafiore przerwała, wzięła głęboki oddech, popatrzyła na Brigittę i powiedziała naśladując surowy głos Ellinor: "Świetny. Tekst jest świetny, ale ich muzyka absolutnie mi się nie podoba. Taka rąbanina." -Tak właśnie powiedziała, a przecież ona ogromnie dużo czyta, zna się na literaturze i przed laty też interesowała się muzyką. Jeżeli ona mόwi, że świetny, to na pewno jest coś wart.
 
-Mnie też się podoba, ale boję się, że nic z tego nie będzie. Nie możesz tak po prostu wysłać im tego tekstu, bo jeżeli byłyby z tego pieniądze, a ty nic nie dostaniesz, to wtedy będziesz miała do końca życia podły nastrόj. Realistyczna Brigitta trzeźwo patrzyła na całą sprawę.
 
-Szkoda, żeby się zmarnował. Jak go wyrzucę, to już nigdy nie odtworzę go z pamięci. Ten tekst narodził się w mojej wyobraźni w jednej chwili, pod wpływem emocji, marzenia na jawie i ich muzyki w tle. Gdybyś teraz dała mi kartkę papieru oraz długopis nie umiałabym czegoś takiego napisać, choćbyś mnie torturowała.
 
-Nie chcę, żeby cię oszukali. Menadżerowie oszukują swoich podopiecznych, a co dopiero ciebie. Bądź rozsądna.
 
-Zaryzykuję i wyślę do nich ten mejl z tekstem. Poczekam, może skontaktują się ze mną.
 
-A tak w ogόle, to nigdy nie przypuszczałabym, że oni ci się podobają. Ty, taka słodka dziewczynka, zakochałaś się w grupie rockowej, składającej się z facetόw będących większość czasu na haju, ktόrych co drugie słowo to fuck*. I  ten ich frontman, ktόry tak zawrόcił ci w głowie, skacze jak małpa po scenie w spodniach sięgających do połowy łydki. Ja wstydziłabym się pokazać z takim facetem w towarzystwie.
 
-Przecież tobie też podobał się ich ostatni przebόj, sama mi powiedziałaś.
 
-Ale, jak ich zobaczyłam w teledysku, to od razu mi się odpodobali. Wytatułowani od stόp do głόw, pόłnadzy. Jeden miał rόżowe włosy i był odziany jak Adam z raju, tyle tylko, że zamiast listka figowego miał zawieszoną na pasku gitarę. Poza tym ten ich solista jest mały, a ty wiesz, że ja nie lubię niskich mężczyzn, takich kurdupli. Brigitta użyła tego słowa, aby dosadnie wyrazić swoją niechęć. Była zła, że tak trudno było jej znaleśźć chłopaka dużo wyższego od niej i zarazem inteligentnego, o jakim marzyła. Dla Annikafiore był to nieistniejący problem, praktycznie każdy chłopak był wyższy od niej, a w dodatku zawsze miała szczęście do tych najwyższych.
 
-Nawet mojej mamie podobają się dwie ich piosenki.
 
-Nie chce ci robić przykrości i dlatego tak powiedziała, a poza tym chyba na niej wymusiłaś to lubienie, bo inaczej w ogόle nie miałaby spokoju. Przyznaj się, ile razy dziennie odtwarzasz ich płytę kompaktową?
 
-No wiesz, tylko wieczorem tuż przed snem i w sobotę przy sprzątaniu, wtedy nastawiam tak głośno, że przebijam szum odkurzacza.
 
-Ty po prostu oszalałaś na ich punkcie.
 
-Nie jest aż tak źle. To tylko platoniczna miłość do lidera ich zespołu. Marzenie, ktόre pozwala mi zapomnieć o czekającym kolokwium i szybko usnąć.
 
-No już dobrze, ty zakochana marzycielko. Chodź idziemy na salę, za kilka minut rozpoczynamy ćwiczenia z arcyciekawej biochemii. Powiedziała z nieukrywaną ironią w głosie Brigitta.
 
Annikafiore i Brigitta, były przyjaciόłkami na dobre i na złe. Poznały się przy dokonywaniu wpisu na pierwszy rok studiów i od tego momentu stały się nierozłączne. Wstały niechętnie z nagrzanego promieniami słonecznymi murka. Zebrawszy skrypty i zeszyty poszły w kierunku olbrzymiego gmachu. "Najpierw ten sceptycyzm Brigitty, a teraz jeszcze okazuje się, że do dzisiejszych badań będzie potrzebny enzym ptialina zawarty w ślinie i każda dwuosobowa grupa musi w związku z tym wypełnić śliną trzy probόwki. Co to za ohyda! Nieszczęścia zawsze chodzą parami ", pomyślała Annikafiore i rozglądnęła się dookoła. Nikt nie kwapił się do plucia. Rozeźlony asytent skrzyżował ręce na okrągłym od tłuszczu brzuchu i czekał. Sarkastycznie stwierdził, że jemu się nigdzie nie śpieszy. "Obrzydliwość", plując do probόwki Annikafiore zamykała oczy, ale i tak nie mogła zahamować odruchu wymiotnego. Zaschło jej w gardle, lecz Brigitta absolutnie nie chciała w to uwierzyć i uważała za wykręt z jej strony.
 
-Annikafiore, teraz twoja kolej, pośpiesz się, przecież nie będziemy ślęczeć na sali ćwiczeń do dwunastej w nocy. Inne grupy mają już po dwie pełne probόwki, a my ciągle męczymy się nad tą pierwszą. Brigitta, ktόra najwyraźniej nie miała z pluciem aż takiego problemu, pośpieszała ją. Annikafiore poruszała językiem usiłując zebrać jak najwięcej śliny. Zamknęła oczy i podniosła do gόry szklane naczynko. Owoc jej ponadludzkiego wysiłku zamiast w probόwce wylądował na jej białym fartuchu.
 
 -Zmarnowałaś taką dużą porcję, można byłoby zapełnić nią pόł probόwki, ha, ha, ha. Stwierdziła Brigitta piszczącym głosem, zanosząc się od śmiechu.
 
Zwrόciły na siebie uwagę całej grupy. Każdy spostrzegł, co przytrafiło się Annikafiore i zaśmiewał się, patrząc jak najładniejsza dziewczyna z roku wyciera plamę na białym lekarskim kitlu. Sztywna atmosfera jaka do tej pory panowała, rozpierzchła się i bez większych oporόw każdy zbierał ślinę do naczynka.
 
Było już ciemno, gdy opuszczały budynek. W dalszym ciągu trudno było im rozstać się, chociaż odczuwały zmęczenie. Ciągle żywo rozmawiały i nigdy nie brakowało im tematόw. Z jednego tematu przeskakiwały automatycznie na drugi i zawsze jeszcze tyle pozostawało im do opowiedzenia sobie nawzajem. Tylko one dwie stały rozmawiając, gestykulując i śmiejąc się. Mijający ze zdziwieniem patrzyli na te dwie rozpromienione dziewczyny.
 
Jeszcze tego samego dnia, pόźnym wieczorem, Annikafiore usiadła przy komputerze i rozpoczęła pisanie mejla do swojego ulubionego zespołu, L.A. Jailbirds*. W pokoju panowała kompletna cisza. Tylko przez lekko uchylone okno dochodziły przytłumione odgłosy dużego miasta, ktόre tak na prawdę nigdy nie zamierało w bezruchu. Pozostali domownicy już spali. Właśnie teraz Annikafiore mogła w pełni skoncentrować się. "Co napisać i jak to ująć, żeby zwrόcili na moją e-mail uwagę, jedną z setek, a może i tysiąca, jakie każdego dnia otrzymują?", zastanawiała się. Kilkakrotnie zmieniała tekst, dobierała najwłaściwsze słowa, to złościła się, to uśmiechała się sama do siebie w zależności od rezultatόw swojego wysiłku. Ostateczna wersja tekstu była inteligentna i humorystyczna zarazem. Nie płaszczyła się przed nimi sławnymi, nie żebrała, nie zapewniała o uwielbieniu jakim ich darzyła. Po prostu chciała ich zaciekawić i stwierdziła, że chyba jej się udało. Nie mogła skonsultować treści mejla z siostrą, bo gdyby Ellinor wiedziała, o co chodzi, nie tylko, że wyśmiałaby ją, ale i ośmieszyła przed rodzicami. Annikafiore była zdana w tej kwestii wyłącznie na siebie. Przeczytała tekst kilka razy, sprawdzając czy nie ma w nim błędόw. Zamknęła oczy. "To be or not to be*,wysłać e-mail czy też nie wysyłać i zapomnieć o całej tej sprawie, dać sobie święty spokόj", zastanawiała się. Machinalnie włączyła przycisk uruchamiający płytę kompaktową. Ich muzyka wprowadziła ją w romantyczny nastrόj. "Ach, niech się dzieje co chce", pomyślała i kliknęła na okienko z napisem wyślij. Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się napisać tekstu piosenki. Obawiała się czy jest wystarczająco rytmiczny  i czy będzie im się podobał. Już w wieku siedmiu lat Annikafiore chciała pisać książki, ale po namyśle odłożyła ten pomysł do lamusa, bo wolała bawić się w parku i jeździć na rowerze. Nigdy jednak nie pozbyła się tego dziwnego uczucia chęci tworzenia, płynącego z głębi duszy. Wyłączyła komputer i przetarła swoje oczy w kolorze polnych chabrόw. Kiedy wreszcie położyła się do łόżka, dochodziła pierwsza w nocy. Zdążyła naszkicować w myślach twarz Oscara, lidera L.A. Jailbirds i zasnęła. Była tak zmęczona, że nawet nie miała siły pomarzyć sobie o nim tak, jak to zwykle robiła przed zaśnięciem lub na nudnym wykładzie. Spała oddychając miarowo. Jej gęste, jasne jak łan dojrzałego zboża, pόłdługie, proste włosy, rozsypane na poduszce, połyskiwały w świetle księżyca.
 
* Fuck - wulgarnie: odpieprz się
* L.A - skrόt Los Angeles
* Jailbirds - więźniowie, "ptaszki więzienne"
*To be or not to be - szekspirowskie być albo nie być
 
 

Rozdział 2

Minęła letnia sesja egzaminacyjna i rozpoczęły się wakacje dla tych szczęściarzy, ktόrym udało się zaliczyć egzaminy w terminie. Annikafiore zdała wszystkie za pierwszym podejściem, wywołując uczucie nieokiełzanej zazdrości u niektόrych kolegόw i koleżanek z roku. Należała do grona najlepszych, chociaż wcale o to nie zabiegała. Interesował ją wybrany kierunek studiόw. Lubiła uczyć się i z łatwością przyswajała sobie wzory chemiczne, łacińskie nazwy i synonimy leczniczych substancji chemicznych. Brigitta musiała powtόrzyć egzamin z biochemii. Inne zdała, ale jej oceny, mόwiąc językiem meteorologόw, plasowały się w dolnej strefie stanόw niskich. Przedmioty nie za bardzo ją interesowały, a poza tym i tak nie miała zbyt wiele czasu na naukę. Zdecydowanie wolała przeznaczyć go na liczne spotkania towarzyskie i prywatki, organizowane razem z bratem bliźniakiem dla grona niezliczonych, wspόlnych znajomych. Jej marzeniem na zawsze pozostało studiowanie medycyny, ale gdy ponownie odrzucono jej kandydaturę, zdecydowała się na farmację, rozstając z bratem, ktόremu tym razem dopisało szczęście. Po sesji Brigitta wyjechała do rodzinnego miasteczka. Telefonowały do siebie każdego dnia. Annikafiore sprawdzała, czy przyjaciόłka przygotowuje się do egzaminu poprawkowego, pomagała jej i zachęcała ją do nauki. Bardzo pragnęła, aby Brigittcie udało się zdać ten piekielnie trudny egzamin. Sama korzystała z wakacji: leniuchowała i czytała książki, ktόre zdążyła kupić, a na przeczytanie ktόrych nie miała do tej pory czasu. W weekend wyjeżdżali całą rodziną poza miasto na spacery po lesie i rowerowe wycieczki. Od czasu do czasu Annikafiore spotykała się z Rafaelem, żeby wspόlnie pόjść do kina lub do teatru. Rafael był dla niej czymś więcej niż tylko kolegą ze studiόw, ale nie myślała o nim poważnie. On zaś myślał o niej nie inaczej, jak tylko o swojej przyszłej żonie. Codziennie rano i wieczorem Annikafiore zaglądała do skrzynki mejlowej. Z wielkim rozczarowaniem stwierdzała za każdym razem, że był pusty i nie było w nim nawet spamu. Słuchanie muzyki  Jailbirdsόw potęgowało w niej uczucie smutku.
-Brigitta, cześć, to ja. Masz czas? Co robisz? Zapytała po uzyskaniu połączenia telefonicznego.
-Zgadnij.
-Uczysz się?
-To też. Powtarzam sobie biochemiczne cykle i maluję paznokcie u nόg. A ty?
-Dopiero co wrόciliśmy.
-Czy ty już wiesz? Zapytała enigmatycznie.
-Co niby mam wiedzieć? Naburmuszona odpowiedziała pytaniem na pytanie.
-Twoi ulubieńcy przyjeżdżają jesienią na koncert.
-Żartujesz sobie ze mnie. Annikafiore nie spodobał się ten żart.
-Ależ skądże. Widziałam na własne oczy w rozkładzie repertuaru na nowy sezon. Stwierdziła sucho trochę zła na nią, że podejrzewa ją o takie świństwo.
-Naprawdę? Annikafiore dalej nie mogła w to uwierzyć i wyrzucała sobie, że nie wie o tym jako pierwsza. Z emocji dostała wypiekόw na twarzy.
-Idziesz na ich koncert?
-Lepiej powiedz, idziemy na ich koncert.
-Mnie nie pociągają, przecież wiesz.
-Proszę, chodź ze mną. Sama boję się iść.
-Czego? Dookoła będą tysiące ludzi.
-No właśnie, tego się boję. Jakiś przygłupόw rozpalonych tabletkami extasy.
-Ci twoi też biorą, bo kto nie naćpany dałby radę skakać tak przez dwie godziny po scenie. Na pewno czymś się wspomagają.
-Wybaczam im to. Powiedziała wspaniałomyślnie Annikafiore i poprawiła na nosie niewidzialne rόżowe okulary.
-Za dużo im wybaczasz. Obnażanie się na scenie, wulgarne, nasączone seksem teksty, narkotyki, panienki.
-Wiem, że często używają niezbyt wyrafinowanych słόw, ale ich teksty nie są głupie, mają sens. Wolisz te słodkie wersety o miłości, w ktόrych jeden pusty slogan pogania inny, jeszcze bardziej pusty slogan typu: I love you*, kiss me*,I miss you*? Zapytała nie dając za wygraną i stając w ich obronie.
-Oni w ogόle do ciebie nie pasują. Skwitowała Brigitta.
-Cenię ich, bo sami piszą teksty i komponują muzykę. A nie jak inni wykonawcy śpiewają cudzy tekst  w rytm nie swojej muzyki lub z braku własnej inspiracji przerabiają cudzy przebój.
-Jeżeli o to chodzi, to masz rację, ale ten własnoręczny gniot musi jeszcze nadawać się do słuchania.
-Wiesz, ich utwory trzeba za pierwszym razem posłuchać w skupieniu, odkryć ich brzmienie. Przerwała, bo przecież powiedziała to już tyle razy.
-Brigitta, proszę idź razem ze mną. Błagalnym tonem wypowiedziała te słowa. -Kupię ci ciastko z kremem. Dodała.
-A… nie tylko, że chcesz zafundować mi bόl głowy, to jeszcze chcesz zafundować mi nowy wałek tłuszczu na brzuchu. Stokrotne dzięki. Od dwόch dni się odchudzam.
-Znowu?
Annikafiore w przeciwieństwie do Brigitty mogła jeść, co chciała i ile chciała. Była szczupła, a figury mogły pozazdrościć jej nawet modelki z kolorowych pism. Brigitta zaś odziedziczyła po matce skłonność do tycia. Odmawiała sobie słodyczy, łykała tabletki przeczyszczające, piła litrami wodę mineralną i torturowała się coraz to nowymi cud-dietami na odchudzanie, zresztą bez większych rezultatόw.
-Wiesz, schudłam już pόł kilo. Ta nowa dieta naprawdę działa. Powiedziała pełna nadziei i entuzjazmu.
-Pόł kilo w dwa dni? Niemożliwe! Jak tak dalej pόjdzie, to po wakacjach będę musiała kupić sobie mikroskop, żeby cię dostrzec.
-Nie przesadzaj. Chcę ładnie wyglądać dla Joakima. Być może nasza znajomość się rozkręci. Poprzednim razem kilka razy poprosił mnie do tańca i ukradkiem całował mnie po szyi, co bardziej mnie podniecało niż pocałunki w usta. Wiesz, chyba już wkrόtce to zrobimy. Powiedziała tajemniczo ściszając głos.
Rozmawiały tak jeszcze przez godzinę. Brigitta zachwycała się Joakimem. Annikafiore nie śmiała dłużej zanudzać jej swoim zespołem. Wiedziała, że ostatnimi czasy stała się monotematyczna. Myślała o nich przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i mogła mόwić tylko o nich. Ożywiała się na wspomnienie o Jailbirdsach. Tym nie mniej, nie zdecydowała się iść sama na ich koncert. Widziała w telewizji fragmenty z koncertόw Jailbirdsόw oraz innych grup rockowych. Oni, szalejący na scenie, publiczność wykrzykująca słowa piosenki i falująca w rytm muzyki. Brutalne szaleństwo, ekstremalna ekscytacja i jak okiem sięgnąć morze rozpalonych młodych ludzi. Bała się, że dojdzie do jakiś ekscesόw na widowni lub wśrόd publiczności i jej bezkrytyczne uwielbienie dla L.A. Jailbirds zostałoby nadwątlone. Nie chciała stracić tej swojej platonicznej miłości bez skazy. Wolała bez zakłόceń słuchać perfekcyjnie doszlifowanych w studio utworόw z płyty i snuć landrynkowe marzenia o grupie rockowej. Nie pasowała do całej tej bandy fanόw. Nie wiedziała, co niby miałaby na siebie włożyć, żeby nie wyrόżniać się w tłumie; mini skόrzaną spόdniczkę, obcisły top, a na goły brzuch nakleić gigantyczny tatuaż w kształcie motyla, zaś włosy ufarbować we wszystkich kolorach tęczy?!  Nie, to nie było dla niej. To nie był jej styl. Mogła to zrobić w myślach. W rzeczywistości nigdy nie odważyłaby się na coś takiego. Nie chciała tego robić tylko dlatego, żeby upodobnić się do innych. Absolutnie nie miała charakteru zwierzęcia stadnego. Orzeźwiające, leśne powietrze i promienie słoneczne nadały jej twarzy zdrowego wyglądu po długich dniach spędzonych w budynkach Uppsali*. Ten, kto zadał sobie trochę trudu i wyszukał jej filigranową postać, mόgł dostrzec jej niepospolite, finezyjne piękno. Z reguły chłopcy nie zadawali sobie tyle trudu, zwracali się w kierunku krzykliwych, rzucających się w oczy, ostro umalowanych i wyzywająco ubranych lalek Barbie, łatwych do zdobycia, pustych w środku, nudnych już pod koniec pierwszego spotkania, albo wybierali brzydkie i grube, ktόre patrzyły w nich jak w święty obraz, gotowe przynosić im kapcie w zębach i służyć swoim panom na wzόr niewolnic.
W połowie wakacji Annikafiore wyjechała z Ellinor na trzy tygodnie do Szwajcarii. Zapisała się na kurs doskonalenia jazdy konnej, kiedy tylko dostrzegła ogłoszenie przed wejściem do pensjonatu. Czuła ogromną sympatię do tych zwierząt i wierzyła niezbicie, że istnieje między nimi i nią intuicyjne porozumienie. Według horoskopu chińskiego była przecież też koniem. Jej radość nie miała granic, gdy w przedostatni dzień pobytu mogła osiodłać dziesięcioletnią kasztankę i udać się na samotną przejażdżkę po okolicy. Siedząc na jej grzbiecie widziała znacznie więcej szczegόłόw, a jej wzrok sięgał znacznie dalej niż gdyby udała się na pieszą wędrόwkę. Była sama, ale nie czuła się osamotniona. Kasztanka dotrzymywała jej towarzystwa i razem z nią rozkoszowała się widokiem gόr i lasόw oraz szumem rwistych potokόw. Annikafiore odcięta od reszty cywilizowanego, zindustrializowanego i zglobalizowanego świata, zapomniała o zdobyczy technicznej dwudziestego wieku jaką był internet. Od czasu do czasu opierała głowę o ciepły grzbiet konia i rozmarzona przymykała oczy.

* I love you - kocham cię
* Kiss me - pocałuj mnie
* I miss you - tęsknię za tobą
 

Rozdział 3

Zaraz po powrocie z wakacji zatelefonowała do Brigitty. Chciała wiedzieć, czy ustalono już termin egzaminu poprawkowego, aby iść razem z nią i podtrzymać ją na duchu. Nie wyobrażała sobie swojego życia bez przyjaźni Brigitty. Była pewna, że bez niej nie przetrzymałaby trudόw studenckiego życia. Wzajemnie uzupełniały się: odważna Brigitta była dobra w praktyce, zaś Annikafiore nie miała sobie rόwnych w teorii. Dopiero następnego dnia włączyła komputer i gdy na ekranie w małym kwadraciku ukazał się tekst informujący, że nowa wiadomość była w skrzynce mejlowej, klikając szybko otworzyła ją. W rubryce nadawca ujrzała czteroliterowy skrόt nazwy swojego zespołu. Z wypiekami na twarzy przeczytała krόtki tekst. Jej serce biło jak oszalałe i nie mogła zebrać myśli. Przeczytała go ponownie, ale w głowie miała kompletny zamęt. Po kilku minutach uczucie euforii trochę osłabło. Teraz ogarnęła ją panika i powątpiewanie. "Czy ten mόj tekst jest na prawdę na tyle dobry? A co będzie, jeżeli okaże się mało melodyjny? Boże, żeby tylko nie chcieli zrobić z niego wersji rap. Nie chcę rapu, tylko nie to! A jeżeli okażą się nieprzyjemni i prostaccy? A jeżeli zmienią tekst nie do poznania, albo co gorsza dadzą innemu zaprzyjaźnionemu artyście, ktόrego ja absolutnie nie lubię?", te pytania kłębiły się w jej głowie i pozostawały bez odpowiedzi. Pod listem podpisał się ich menadżer, Eric Palmer. Nie omieszkał zaznaczyć, żeby nie robiła sobie zbyt dużo nadziei na przyszłość. "Ach, ci Amerykanie są tacy merkantylni, nic tylko biznes i ani odrobiny uczucia", pomyślała. Przestrzegł, że nie może się spόźnić, bo przeznaczył dla niej tylko dziesięć minut i jak się spόźni, to wszystko przepadło, koniec, cześć. Miała być obecna o szesnastej pięćdziesiąt w sekcji hotelowej pawilonu imprezowego Sas Crown. Annikafiore jeszcze raz przeczytała szczegόłowe instrukcje, aż wyryły się jej w pamięci, po czym zaznaczyła ten dzień w kalendarzu, czwartek. Tego dnia wieczorem dawali koncert w jej rodzinnym mieście. "Nie będzie to takie łatwe, ze względu na zajęcia na uniwersytecie", pomyślała. "Wymyślę coś do tego czasu", pocieszyła się. Zgodnie z teorią Josepha Murphy'ego starała się zawsze zachować optymizm i nie popadać w czarną rozpacz. W tym momencie była jednak cała roztrzęsiona i nie mogła skoncentrować się na logicznym myśleniu.
Brigitta zdała egzamin z biochemii ledwo, ledwo. Dla Annikafiore najważniejsze było jednak to, że jej przyjaciόłka nie musiła powtarzać roku i znowu mogły być razem, zaś gdy były razem, nic nie było dla nich straszne i wydawało im się, że razem były w stanie przenosić gόry. Dni wypełnione nauką i codziennymi obowiązkami mijały szybko jeden za drugim, za każdym razem przybliżając dzień jej spotkania z Jailbirds. Annikafiore długo zastanawiała się jak się ubrać. Nie mogła się zdecydować, czy ma zachować własny styl, czy pόjść za modą, czy też dopasować się do ich stylu. Kapryśna jesienna pogoda wszystko dodatkowo utrudniała. Ostatecznie Annikafiore włożyła tak zwaną małą czarną, krόtką, obcisłą,  wełnianą sukienkę z żakietem, czarne rajstopy i czarne lakierowane pantofelki oraz długi, jasny, kaszmirowy płaszcz z seksownym rozcięciem z tyłu, ktόry zamierzała zdjąć, będąc w hotelu. Ten dość monotonny ubiόr rozjaśniały liczne sznureczki drobniόtkich, kremowych pereł splecionych ze sobą i lśniących na jej wysmukłej szyi. "Żeby tylko udał mi się makijaż", pomyślała nasączając wacik tonikiem do twarzy. Zawsze lepiej wychodził jej w dni powszednie, niż gdy była umόwiona z chłopakiem. Tego dnia wszystko jej sprzyjało. Kreski pod oczami były rόwne, tusz rozprowadził się po rzesach rόwnomiernie i bez zlepiania, a puder wygładził jej cerę. Na usta nałożyła jaskrawo czerwoną pomadkę dopasowaną odcieniem do lakieru na paznokciach. Ten kolor doskonale podkreślił jej jasną karnację i blond włosy oraz ożywił czerń ubrania. Włosy spięła do tyłu spinką z masy perłowej w kształcie dwόch połączonych ze sobą ogonkami liści, ozdobioych figlarnie złotym drucikiem, ktόrej używała tylko na specjalne okazje.
-Mamo, jak wyglądam?
-Ładnie. A gdzie idziesz? Masz spotkanie z chłopakiem?
- No, prawie. I to nie z jednym, a z pięcioma. Uśmiech rozjaśnił jej twarz, bo lubiła o nich mόwić.
-A, więc to dzisiaj… Tylko matkę wtajemniczyła w całą tą sprawę.
-Popatrz, znowu pada deszcz. Annikafiore zasmuciła się.
-Weź taksόwkę, w przeciwym razie jak tam zajedziesz, będziesz wyglądać jak zmokła kura.
-Hym … Annikafiore westchnęła, wykrzywiła usta i zmarszczyła nos. Matka popatrzyła na nią i bez problemu domyśliła się, o co jej chodziło.
-Nie masz pieniędzy? Już wszystko zdążyłaś wydać? Zapytała.
-Aha. Odpowiedziała zawstydzona.
-Bez względu na to, ile dostajesz pieniędzy, prawie zawsze zabraknie ci przed końcem miesiąca. Kupujesz za dużo dupereli. Jestem pewna, że twoje koleżanki muszą sobie poradzić, mając znacznie mniejsze kieszonkowe niż ty. Wypowiadając tą reprymendę, wyciągnęła kilka banknotόw i podała cόrce.
-Dzięki, jesteś kochana. Powiedziała i pocałowała matkę w policzek.
Ucieszyła się, że nie będzie musiała tłuc się autobusem. Nie musiała martwić się, że popryska rajstopy kroplami deszczu.
Ze zdenerwowania przed spotkaniem z menadżerem Jailbirdsόw, Annikafiore lekko drżały ręce i głos. Stres i emocje trochę się zmniejszyły dopiero, kiedy stała tuż przed wejściem do hotelu. Zameldowała się w recepcji. Była dużo przed czasem, ale głupotą byłoby spόźnić się i stracić te dziesięć minut podarowane jej przez menadżera zespołu. Brigitty jeszcze nie było. Obiecała, że przyjdzie dotrzymać jej towarzystwa. Z każdą minutą narastał w niej niepokόj i czuła skurcze w jelitach. Rano mało zjadła i wypiła tylko pόł filiżanki herbaty, absolutnie nie chciała spędzić tych drogocennych chwil w toalecie. Skurcze nasilały się. Zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez rękę. Usiadła w obszernym skόrzanym fotelu. Nerwowe napięcie było trudne do opanowania. Popatrzyła na zegarek. Dochodził kwadrans po szesnastej. Rozejrzała się po obszernym, ekskluzywnym holu. Poprzez odgłosy rozmόw dochodziła do jej uszu cicho sącząca się muzyka z głośnikόw ukrytych gdzieś w ścianie. Usłyszała znaną piosenkę Blondie "The tide is high" i uśmiechnęła się sama do siebie. Nie znała jej słόw na  pamięć. Wyłapywała tylko niektόre pojedyncze fragmenty, które idealnie pasowały do tego, co czuła i czego w skrytości ducha pragnęła, myśląc o Oscarze. Kiedy piosenka skończyła się, ustępując miejsca nowej, w obrotowych drzwiach ujrzała Brigittę.
-No, nareszcie. Annikafiore odetchnęła z ulgą.
-Mamy jeszcze tyle czasu. Odpowiedziała ze stoickim spokojem Brigitta i nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby usprawiedliwić swoje spόźnienie.
-Jak wyglądam?
-Boże. Brigitta dopiero teraz zlustrowała ją z gόry na dόł.
-Co? Źle? Annikafiore przestraszyła się nie na żarty.
-Dziewczyno, przecież ty nie idziesz do teatru, ani na bal bankierόw z Wall Street* . Masz spotkanie z menadżerem grupy rockowej. To nie jest facet w typie dyrektora filharmonii narodowej.
Annikafiore uzmysłowiła sobie, że popełniła błąd. Niestety było za pόźno, żeby cokolwiek zmienić. Brigitta w swojej czerwonej mini i czerwonych długich do kolan kozaczkach wyglądała seksownie i mogłaby nawet iść tak ubrana na ich koncert.
-I co ja mam teraz zrobić? Annikafiore była zdruzgotana. Ubrała się tak jak lubiła, czyli klasycznie, bo to dodawało jej pewności siebie, ktόrej tak bardzo w tym dniu potrzebowała.
-Nic. Brigitta wzruszyła ramionami. Wyglądasz ładnie, ale odstajesz od tej bandy wytatułowanych gorszycieli i tyle.
-Tak się boję. Annikafiore wypowiadając te słowa szczękała zębami i trzesła się niczym ostatni liść na drzewie szarpany październikowym wiatrem.
-Coś ty, przecież cię nie zgwałcą. Hmm, chociaż nie wiem, nie wiem, oni są zdolni do wszystkiego. Brigitta udawała, że mόwi to całkiem serio. Annikafiore podchwyciła ten jej głupkowaty żart.
-Na wszelki wypadek włożyłam dwie pary majtek. Czytałam w czasopiśmie dla kobiet, że to może zniechęcić napastnika, a jeszcze bardziej odstraszająco działa podpaska, albo trzeba powiedzieć, że ma się okres. Annikafiore paplała bez opamiętania. Brigitta popatrzyła na nią z pobłażliwością, jak na niegroźną dla otoczenia zwariowaną idiotkę.
- Dlaczego mi nie wierzysz? To był wywiad z policjantką z wydziału do zwalczania przestępczości i agresji seksualnej.
-Ach, tak. Brigitta popatrzyła na nią bardziej niż poważnie, marszcząc przy tym czoło i brwi.
Obie wybuchnęły głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę otoczenia.
-Przestań! Brigitta opamiętała się jako pierwsza. Zaraz zwrόcą nam uwagę, że zachowujemy się niewłaściwie.
-Ty mi nie wierzysz, ale tak właśnie było napisane w tym czasopiśmie. Upierała się Annikafiore. Kiedy tak przekomarzały się, podszedł do nich wysoki, mocno zbudowany mężczyzna w ciemnoszarej marynarce z dyskretną mikrosłuchawką w uchu.
-Miss* …I tu wymienił nazwisko Annikafiore, przekręcając je.
-Yes.Odpowiedziała po angielsku.
-Proszę pόjść za mną. Mister Eric Palmer już czeka.
Brigitta bez skrępowania  zmierzyła go wzrokiem. Był wysoki i przystojny, ale jego szelmowska gęba absolutnie jej nie odpowiadała. Podniosła się z fotela, aby iść razem z koleżanką. Powstrzymał ją ruchem ręki.
-Tylko miss. I ponownie zamerykanizował nazwisko Annikafiore.
Annikafiore popatrzyła na Brigittę prawie ze łzami w oczach.
-Idź już, idź. Kto wie, może już zaczęli odliczać te twoje dziesięć minut? Ponagliła ją.
-Zaczekaj tu na mnie. Błagalnie wypowiedziała te słowa.
-Zaczekam, ależ oczywiście. Trzymam za ciebie kciuki. No, idź już, idź. Brigitta ponownie pospieszyła ociągającą się Annikafiore, widząc jak nieprzychylnie patrzy na nich agent ochrony.
Z sercem w gardle Annikafiore przewiesiła przez ramię małą, czarną lakierowaną torebkę na długim, wąskim pasku. Odwrόciła się i poszła za "gόrą mięśni".
Brigitta wyciągnęła ze sterty czasopism leżących na okrągłym stoliku  to, ktόrego tytuł artykułu już dawna przyciągnął jej uwagę: "Jak schudnąć 25 kilo w trzy dni" i usadowiła się wygodnie w głębi olbrzymiego fotela. Nie, nie Brigitta przejęzyczyła się. Autorka obiecywała jedynie bezpowrotne schudnięcie dwa i pόł kilograma w trzydzieści dni. Pogrążyła się w lekturze. W głębi odczuwała dziwny niepokόj o przyjaciόłkę i postanowiła zagłuszyć go czytaniem.
 Annikafiore razem z ochroniarzem wjechała windą na szόste piętro molocha hotelowo-imprezowego. Przed drzwiami do suity L.A. Jailbirds był jeszcze jeden ochroniarz, zaś w korytarzu stały dwie kilkuosobowe grupki ludzi. Sądząc po aparaturze, byli dziennikarzami, czekającymi na przeprowadzenie wywiadu. Starszy z ochroniarzy pokazał jej na migi, żeby otworzyła swoją torebkę. "Co za brak wiary w intencje drugiego człowieka", pomyślała Annikafiore.
-Jest za mała, abym mogła ukryć w niej kałasznikowa. Powiedziała rozśmieszona jego nadmuchaną powagą.
Nawet nie zwrόcił uwagi na jej żarcik. Nie ufał nikomu, kto nie przysięgał wierności amerykańskiej fladze i miał wyraźną niechęć do Europejczykόw. Uważał ich za naiwniakόw i przesadnych intelektualistόw, cokolwiek to ostatnie słowo dla niego oznaczało. Kazał jej podnieść ręce do gόry, aby skontrolować czy nie ukryła czegoś pod ubraniem. Annikafiore zezłościła się i odskoczyła na bok, unikając w ten sposόb jego dotyku. Była szczupła i miała na sobie obcisłą sukienkę, dla niej było jasne jak słońce, że nie schowała do rękawa noża sprężynowego. Takie obmacywanie uważała za poniżające. Zdjęła żakiet i rzuciła na jego ręce. Przejrzał go, nie spuszczając z niej swojego przeszywającego do szpiku kości wzroku. Uniosła lekko do gόry sukienkę i obrόciła się dookoła pokazując mu, że nie ukryła pod nią rakiety przeciwlotniczej. 
-Super nogi, yeah*. Skwitował ten młodszy, umięśniony prostaczek i puścił do niej oko.
Wystawiła mu język. Stojący tuż obok młodzi dziennikarze zauważyli jej popisy i odpowiedzieli śmiechem. Obrόciła się na pięcie i podeszła do okna. Była zła i fatalnie się czuła. Pusty żołądek skurczami przypominał jej o swoim istnieniu. Wyciągnęła z torebki czekoladkę i wsunęła do ust. Nagle wszystkiego jej się odechciało, nawet tego całego spotkania.
Z pokoju wyszły dwie młode dziennikarki i natychmiast wszedł inny facet z profesjonalną kamerą przewieszoną przez ramię. Czekała. Było jej gorąco i czuła, że ma wypieki na twarzy. Tak zdenerwowana nie była nawet przed egzaminami. Widok Stockholmu w jesiennych, nikłych promieniach słonecznych przebijających się od czasu do czasu przez ciemne, deszczowe chmury przynosił jej ukojenie. Nie wiedziała o tym, że najgorsze miało dopiero nadejść.
-Teraz ty. Młody ochroniarz podszedł do niej i położył na jej kruchym ramieniu swoją ciężką dłoń. W tym właśnie momencie żałowała, że nie była mężczyzną, jakimś mistrzem, no powiedzmy, wagi pόłciężkiej w boksie. Zaserwowałaby mu prawy sierpowy tak, żeby raz na zawsze odechciało mu się cielesnego spoufalania. 
 
* Wall Street - ulica w dzielnicy wielkich finansόw w Nowym Jorku
* Miss - panna
* Yeah - no, no

Rozdział 4.

Weszła do środka. W saloniku na kanapie siedział mężczyzna w średnim wieku, wyprostowane nogi skrzyżował i oparł o blat stolika. W lewej ręce trzymał szeroką szklankę z drinkiem i popijając pobrzękiwał kawałkami lodu.

- Jestem Eric - powiedział. Bez skrępowania wpatrywał się w jej piersi i szybko doszedł do wniosku, że były jak na jego gust za małe. Czuła na sobie jego wzrok i straciła resztkę wiary w siebie, jaką jeszcze miała. -A ty jesteś Miss ... - spojrzał w stos papierόw leżących tuż obok niego na kanapie i z teksańskim akcentem wypowiedział jej szwedzkie nazwisko.

W pokoju panował pόłmrok i tylko przez nie do końca zasłonięte żaluzje przeświecało dzienne światło. W rogu stała zapalona lampa. 

- A więc, to ty napisałaś ten tekst piosenki? - zapytał, kontynuując rozmowę.

- Tak - odpowiedziała zrezygnowana i zmęczona. "Nawet nie poprosił, żebym usiadła. Grubianin!", pomyślała o nim i sama pozwoliła sobie, żeby usiąść na krześle na przeciwko niego.

- To ty jesteś ta dziewczyna z piosenki - stwierdził nachalnie."Spryciarz", pomyślała. Zaszokował ją tym porόwnaniem. "Skąd wie, że dziewczyna z tekstu to ja, tyle tylko, że nie w rzeczywistości, ale w marzeniach", zastanowiła się przez chwilę.

- Ona, to nie ja - skłamała bez zmrużenia okiem, a on uśmiechnął się, prezentując swoje białe i proste zęby za kilkanaście tysięcy dolarόw.

- Nie wiem, nie wiem "babe"... - powiedział i podniόsł do ust szklankę.

- Nie jestem "babe" - zareagowała jak przystało na feministkę. Przyczepiła się, bo rozzłościło ją jego zachowanie, sposόb mόwienia i ten przesadny luz.

-Nie "babe", to kto? Oh, yes Madam - wypowiedział, naśladując żołnierski styl, bo przekomarzanie się z tą małą osóbką najwyraźniej go bawiło.Uśmiechnęła się ironicznie. Wiedziała, że często była nieznośna, ale nie cierpiała takich męskich przejawόw wyższości nad kobietami.

- Bryan, przyjdź tu proszę - zawołał, odwracając głowę do tyłu.

"A więc, umie być grzeczny, ale nie w stosunku do mnie", zauważyła. Po chwili do salonu wszedł Bryan, gitarzysta Jailbirdsόw. Wysoki i chudy, w wygniecionym, białym, bawełnianym podkoszulku i błękitnych dżinsach powycieranych na udach i kolanach. Jego długie do ramion włosy nadawały jego twarzy, widzianej z daleka, prawie dziewczęcy wygląd. W porόwnaniu do wizerunku z fotografii i plakatόw wyglądał niepozornie.

- Cześć - powiedział nieśmiało i wyciągnął do niej swoją szczupłą dłoń o bardzo długich, kościstych palcach. Menadżer podał mu tekst. Kosmyki włosόw zakryły twarz Bryana, gdy pochylony nad kartką papieru jeszcze raz uważnie przeczytał piosenkę.

- Mnie się podoba - odpowiedział, nie mając odwagi spojrzeć na Annikafiore. Ze spuszczoną głową wyszedł do drugiego pokoju nic więcej nie mόwiąc. Kiedy Bryan zamknął za sobą drzwi, Eric przystąpił do kontynuowania rozmowy.

- Ile chcesz za ten tekścik? - wycedził przez zęby. Był to dopiero sam początek jego popisowej przemowy. Po kilku minutach miała łzy w oczach i powstrzymywała je ogromnym wysiłkiem silnej woli. "Nie będę płakać przed takim, takim ... ", szukała właściwego słowa na określenie Erica, ale nie mogła go znaleźć. "Obleśny playboy", przyszło jej na myśl. " Poza tym stanę się pośmiewiskiem dla tych pismakόw, stojących tuż za drzwiami, jak zobaczą mόj rozmazany makijaż", zdenerwowała się. W marzeniach nie przewidziała takiego finału. Prawdę mόwiąc, nie zastanawiała się, co będzie dalej. Nie przyszła, żeby żebrać o pieniądze. Nie miała milionόw tak jak oni, ale miała inne rzeczy. W myślach zaczęła wymieniać miłość rodzicόw i siostry, przyjaźń Brigitty i Rafaela, szczęśliwe dzieciństwo, sukcesy na studiach... "No tak, ale co to oznacza dla niego? Nic, po prostu nic! Za to nie kupi się willi w Beverly Hills, ani nie pogra w kasynie w Las Vegas. Gdyby potraktowali mnie po ludzku, mogliby dostać ten tekst tak po prostu, ale ten Eric traktuje mnie jak śmiecia", rozważała. Annikafiore poczuła do niego obrzydzenie. 

- Dużo trzeba w nim zmienić, jest dość słaby... - kontynuował, wbijając jej nόż w samo serce. 

Nie słyszała potoku jego słόw, ktόrych celem było pozbawienie jej pewności siebie i doprowadzenie do bezwzględnej uległości, całkowite poddanie się jego woli. Drżącym, ale mocnym głosem zaczęła na niego krzyczeć.

- Przestań! Przestań! Zachowujesz się okropnie. Jej wzburzenie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. W dalszym ciągu siedział rozwalony na kanapie z nogami opartymi o stolik.

- Uspokόj się "babe" - powiedział przez zęby. 

Rzeczywiście to nie miało sensu. Wstała i wzięła swoją torebkę, ktόrą wcześniej przewiesiła przez oparcie krzesła. Nie miała mu już nic więcej do powiedzenia. Odwrόciła się w kierunku drzwi. Chciała jak najszybciej stąd wyjść i zamknąć ten epizod w swoim życiu. Nagle drzwi po drugiej stronie salonu otworzyły się i stanął w nich Jimmy, perkusista zespołu. Nie możliwe było nie czuć przed nim respektu. Jego twarz okalały długie dredy, zebrane częściowo do tyłu. Kobiecy krzyk wywoływał w nim zawsze dziwne uczucie. Przypominało mu się wtedy, jak jego matka właśnie krzykiem usiłowała ratować swoje małżeństwo, ostatecznie doprowadzona postępowaniem jego ojczyma do samobόjczej śmierci. Był wtedy za mały, aby mόc coś zrobić, czuł się bezsilny, ale teraz mόgł bez najmniejszego problemu rozpłaszczyć Erica na ścianie. Wiedział, że to świnia, szczegόlnie w stosunku do słabszych od niego kobiet. Nie chciał się wtrącać, ale jakaś siła wyższa zmusiła go do zainterweniowania. Zdawał sobie sprawę, że ich menadżer zachowywał się niewłaściwie.

- Eric, co ty wyprawiasz?! Znowu się zagalopowałeś, stary? - mόwiąc to przeniόsł swόj wzrok z Erica na Annikafiore.

Spuściła głowę. Nie chciała, żeby widzieli jej błyszczące od łez oczy. Będąc w pokoju obok Jimmy mimo woli słyszał całą ich rozmowę. "No tak, ona nie jest ani "babe", ani "madam". To jest mała "lady", pomyślał. Ta jej inność w każdym calu przykuła jego uwagę. Była tak odmienna od dziewcząt, ktόre do tej pory miał lub znał, ktόre kręciły się wokόł ich grupy. Wydawało mu się, że przybyła na ziemię z innej, jakiejś lepszej planety. Nie łatwo było go wzruszyć, bo wiele już w życiu zdążył przejść i dużo widział. Nie mόgł oderwać oczu od Annikafiore. Było mu przykro, że tak zranili tę niewinną istotę. Wstydził się za Erica.

Annikafiore wyszła, potrącona przez dziennikarza, ktόry niecierpliwie oczekiwał na swoją kolejkę i gdy tylko otworzyła drzwi, wślizgnął się do środka. Miała szum w uszach, kręciło jej się w głowie, a gdyby zmierzono jej tętno, wynosiłoby przynajmniej sto dwadzieścia uderzeń na minutę. W toalecie zmoczyła chusteczkę wodą. Nie chciała pokazywać się przyjaciółce w takim stanie. "Co ja jej powiem? Jak ja jej wytłumaczę? Za dużo sobie obiecywałam po tym spotkaniu! Myślałam naiwnie, że się ucieszą, a oni mają mnie i ten mόj tekst gdzieś", rozczarowana ocierała łzy, analizując. Wyszła i ukryła się za drzwiami prowadzącymi do wyjścia bezpieczeństwa.

- Coś ty najlepszego zrobił? - zawsze spokojny i opanowany Jimmy zbeształ Erica. Nie ukrywał poirytowania. Dłużej się nie zastanawiając, wyszedł z salonu na korytarz. Jego nagłe i niespodziewane pojawienie się wywołało sensację wśrόd przedstawicieli prasy.

- W ktόrą stronę poszła? - zwrόcił się z pytaniem do ochroniarza.

- Do windy - odpowiedział, nie rozumiejąc o co mu chodzi.

Jimmy szybko pobiegł w tamtą stronę, wymykając się fleszom reporterόw. Za wszelką cenę musiał ją odnaleźć. Rozejrzał się dookoła. Hol przy windach był całkowicie pusty. Nacisnął przyciski zdecydowanym ruchem ręki. "Nie mogła rozpłynąć się w powietrzu", pomyślał. Winda nie nadjeżdżała. Ponownie rozejrzał się po holu udekorowanym dwoma rozłożystymi filodendronami w olbrzymich ceramicznych donicach. Po prawej stronie zobaczył napis "Wyjście bezpieczeństwa" i sprintem pobiegł w tym kierunku. Mocno pchnął oszklone drzwi i gdy zbiegał w dόł, ujrzał ją na pόłpiętrze. Ostro wyhamował, aby uniknąć zderzenia. Zatrzymał się tuż przed nią. Stała przykładając chusteczkę do rozpalonej twarzy i błędnym wzrokiem patrzyła jak miasto pogrążało się w ciemnych deszczowych chmurach. Na odgłos zbiegania po schodach i jego widok wzdrygnęła się. Oto stał przed nią ubrany w śmieszne kolorowe spodnie na szelkach, bez koszuli, obnażając klatkę piersiową i przedziwne tatuaże zdobiące jego ramiona. Bystre, wilcze oczy wpatrywały się w nią wyczekująco. Zamarła z przerażenia. Nie wiedziała czego od niej chce, a on nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Nieoczekiwanie objął ją swoim ramieniem.

- Przepraszam za Erica. Twoja piosenka nam się podoba. Wszyscy chcemy cię poznać. "Ja najbardziej", pomyślał nie zdradzając jej tego szczegόłu. Nieprzerwanie wpatrując się jak zahipnotyzowany w jej szafirowe oczy, otarł delikatnie koniuszkiem kciuka plamę z tuszu pod jej lewym okiem. Ujął ją swoim czułym gestem.- Jestem Jimmy, ale to już na pewno wiesz - powiedział. Uśmiechnęła się samymi kącikami ust i wypowiedziała swoje imię.

- Annikafiore.

Powtόrzył po niej i pomyślał, że właśnie ten jej uśmiech ma na niego taki magiczny wpływ. Annikafiore, Annikafiore, Annikafiore, w myślach z tysiąc razy powtόrzył jeszcze raz jej imię. Usłyszał je po raz pierwszy w życiu i po raz pierwszy w życiu zakochał się od pierwszego wejrzenia.

- Annikafiore to jest Oscar, a to jest Snake. Bryana już zdążyłaś poznać. Zwrόcił się do niej, kiedy weszli do hotelowego pokoju. Chłopcy jakoś dziwnie popatrzyli na nią i na Jimmy'ego i bynajmniej nie tylko z tego powodu, że ona była biała, a on czarny. W grupie rockowej było miejsce tylko dla dziewczyn na jedną noc lub na krόtką , nic nie znaczącą znajomość. Zdziwiło ich zachowanie Jimmy'ego, bo nigdy nie umawiał się z fankami . Nie przypuszczali, że przyprowadzi dziewczynę. Siedząc wspόlnie przy stole nie czuli się skrępowani jej obecnością. Byli przyzwyczajeni do tego, żeby stać w centrum zainteresowania i być obserwowanym przez tysiące oczu. Żartowali między sobą i opychali się jedzeniem. Tylko od czasu do czasu zadawali jej jakieś pytanie, zdradzając tym swoją ciekawość. Jimmy nie spuszczał z niej wzroku. Bez jakiegokolwiek skrępowania wpatrywał się w nią zauroczony jej osobą. Zaostrzyła wszystkie jego zmysły i podniosła w mόzgu poziom serotoniny. W tym momencie był w stanie zrobić dla niej wszystko i to bez zastanowienia. Nie przypuszczał, że ktoś może mieć na niego aż tak silny wpływ, że zakocha się bez opamiętania. Nigdy nie wierzył w fenomen miłości od pierwszego wejrzenia, choć w skrytości ducha marzył o takiej właśnie wielkiej miłości, jedynej na całe życie. Pilnował, żeby choć trochę zjadła. Zamknięty w sobie Bryan pobrzękiwał coś na gitarze i nie brał udziału w rozmowie. Nie wiedzieli, że układał muzykę do słόw jej piosenki. Muzykę, ktόra cichuteńko brzmiała w głębi jego szarych komόrek. Wyczuł, że była nieśmiała tak jak on. Zerkał na nią od czasu do czasu, tak aby nikt tego nie zauważył, a jej twarz o regularnych i delikatnych rysach wyzwalała w nim natchnienie. Dobierał pasujące do słόw nuty. Wyprόbowywał i dopasowywał je tak, jak jubiler szlifuje diamenty, aż przeistoczą się w oślepiająco piękne brylanty. Czekał na moment, w ktόrym słowa oraz muzyka zleją się w jedną całość i już na wieczność pozostaną ze sobą razem. Jego gitara i po mistrzowsku opanowana technika gry były medium służącym do tworzenia dźwiękόw. Oscar wygłupiał się i stroił miny. Bawił się jedzeniem, insynuując seksualne podteksty. Z trudem udawało jej się go zrozumieć. W jego sposobie mόwienia pełno było słόwek, ktόrych nie uczyli w szkole. W dodatku mόwił bardzo szybko i z wyraźnym akcentem. Oscar, w ktόrym była platonicznie zakochana, tak jak wiele, wiele innych dziewcząt na całym świecie, nawet na nią tego wieczoru nie spojrzał! Jego długie, proste jak drut ciemno-blond włosy, związane hipisowską gumką z tyłu, sięgały prawie do ramion. Były rock i funk zarazem, tak jak ich muzyka. Poważna i inteligentna, co też mogło ją tak silnie pociągać w tym błazeńskim idiocie? Nie wiedziała tego nawet ona sama. Widząc go lub słysząc jego głos doznawała w środku dziwnego, niemożliwego do opisania słowami uczucia. W porόwnaniu z Jimmy'm wydawał się mało dojrzały psychicznie i nieodpowiedzialny. Chudy i niewysoki. Gdyby nie fakt, że był sławny i imponował agresywnym zachowaniem, to nigdy nie miałby w swoich objęciach tylu dziewcząt. Leżały u jego stόp, płaszczyły się przed nim, żebrały choćby o odrobinkę jego zainteresowania, jedno przelotne spojrzenie, dotknięcie czy autograf swojego idola. Kiedy kończyli posiłek dołączył do nich Daniel. Jak to określił robił zakupy. Rzucił Oscarowi małą paczuszkę. Nie zwrόcił uwagi na obecność Annikafiore. Do pokoju wszedł Eric. Unikał wzroku Jimmy'ego.

- Za kwadrans repetycja. Pośpieszcie się! Sprzęt jest już gotowy - zakomunikował i wyszedł.

Grupa rozbawionych chłopcόw została przywołana do porządku. Oscar przedrzeźniał Erica, ale dobrze wiedział, że firma płytowa inwestowała w nich i ich obowiązkiem było występowanie oraz trzymanie się regulaminu kontraktu. Nie wszystko było tak spontaniczne i dobrowolne, jak wyobrażali to sobie fani zespołu. Przepisy, nakazy i zakazy, ktόrych musieli przestrzegać doprowadzały ich czasami do czystego szaleństwa i rodziły potrzebę buntu. Snake przez cały czas patrzył nieufnie na Annikafiore. Miał ku temu powody. Jego dziewczyna, a w zasadzie żona, bo przecież byli po ślubie, kilka lat temu ni stąd ni zowąd odmόwiła opieki nad ich wόwczas trzyletnią cόreczką i podrzuciła małą jego rodzicom nieczekając, aż on wrόci z trasy koncertowej po drugiej stronie oceanu. Jego starzy nie zamierzali opiekować się Lilly-Rose. Oni nie opiekowali się nawet nim, gdy był dzieckiem. Snake musiał uregulować całą sprawę telefonicznie. Oddał Lilly-Rose w ręce poczciwej prababci. Mimo wszystko był niespokojny. "Dlaczego Lilly-Rose musi mieć takie przesrane dzieciństwo tak jak ja? Dlaczego Ann ode mnie odeszła?", te pytania nigdy go nie opuszczały. Oddalony od cόrki o kilkanaście godzin lotu samolotem, nie był w stanie być przy niej, gdyby coś się stało. Raz na zawsze po tym, co wykręciła mu Ann, stracił zaufanie do kobiet. Chciał jej wszystko wybaczyć i o wszystkim zapomnieć, a mimo to Ann wybrała, jak to określiła, wolność. Nie chciała dłużej marnować życia na opiekowaniu się jego cόrką i czekaniu miesiącami na jego powrόt. Żyła teraz intensywnie wpadając z ramion jednego początkującego lub podupadłego muzyka w ramiona drugiego, za każdym razem zatapiając smutek rozstania w alkoholu. I tylko na święta Bożego Narodzenia, o czym przypominały jej udekorowane wystawy sklepόw, przysyłała pocztą prezent dla Lilly-Rose.

- Jimmy, muszę już wracać - Annikafiore zwrόciła się niego.

- Nie chcesz być na naszym koncercie?

- Nie. Muszę wracać. Czekają na mnie - nawet nie wspomniała o przyjaciółce, ktόra jej zdaniem, na pewno zapuściła w recepcji korzenie i zamieniła się w sztuczną palmę. Pożegnała się. Jimmy odprowadzał ją do wyjścia, gdy Eric podsunął jej do podpisania papier.

- Nigdy nie ufaj Ericowi. On dba tylko o własne interesy - powiedział Jimmy i szybko przeczytał dokument. -Jest w porządku, możesz go podpisać. To standardowa gaża dla tekściarzy -zadecydował.

Annikafiore było obojętne. Miała jeden wielki chaos w głowie. Podpisała się, a kopię złożyła niestarannie i wcisnęła do torebki.

- Dziękuję za miły wieczόr - powiedziała trochę sztywno, odwracając głowę w ich kierunku, bo nic lepszego nie przyszło jej na myśl. Przy tym kolosie wydawała się sobie samej taka mała, jeszcze mniejsza niż była w rzeczywistości.

- Zostań. Proszę. Po koncercie będziemy mogli jeszcze trochę porozmawiać - patrzył na nią czekając na jej odpowiedź.

Zaskoczył ją tym, co powiedział. Jego miękki głos i smutny wyraz oczu wzbudziły w niej uczucie uległości. Nie śmiała mu odmόwić, bo wiedziała, że sprawiłaby mu tym przykrość. Zrobiło jej się go żal.

- Dobrze - powiedziała i skinęła głową na znak, że się zgodziła - muszę tylko zatelefonować do domu i poinformować swoich starych, żeby się o mnie nie martwili - dodała.

- Powiedz, że to wyjątkowa sytuacja, że odwiozę cię z powrotem. Włos nie spadnie ci z głowy - mόwiąc to popatrzył na nią tak, jak jeszcze żaden inny chłopak nigdy na nią wcześniej nie patrzył, skrzyżowawszy na sercu dwa palce jak do przysięgi. Rozczulił ją. Dopiero teraz zauważyła, jakie miał piękne dłonie. Mocne i delikatne zarazem.

Jimmy zaczął przygotowywać się do koncertu. Kiedy już miał wychodzić podszedł do niej bardzo blisko i pogładził jej policzek.

- Obiecaj mi, że na mnie zaczekasz.

Skinęła potakująco głową i uśmiechnęła się. Intuicja podpowiedziała jej, że gdyby mu odmόwiła, złamałaby mu serce. Jeszcze nie w pełni do niej dotarło to, co się wydarzyło. Zjechała windą do recepcji. Brigitta rozmawiała tam z przypadkowo spotkaną kobietą.

 
 

Rozdział 5

-No, nareszcie. Tak długo musiałaś czekać na te swoje dziesięć minut? - zapytała ironicznie Brigitta.
-Nie, nie - Annikafiore zaprzeczyła. Była rozgorączkowana. -O, Boże! Nie wiem od czego zacząć - westchnęła i chaotycznie zaczęła jej opowiadać o tym, co jej się przytrafiło w ciągu ostatnich dwόch godzin.
-Ależ, tobie podoba się Oscar! - wykrzyknęła Brigitta. - O Jimmy'm nigdy mi nie wspominałaś. Czy to nie ten ciemny? - zapytała. Annikafiore skinęła potakująco. -Wygląda na to, że ty podobasz się jemu, a nie Oscarowi. Brigitta szybko wyciągnęła wnioski. Annikafiore nic nie odpowiedziała, więc Brigitta kontynuowała.  -Już nic z tego wszystkiego nie pojmuję. Czyżbyś zapomniała o Rafaelu, z ktόrym regularnie chodzisz do kina? Nie mogła zrozumieć Annikafiore, dla niej jako zodiakalnego raka liczył się tylko związek z jedną osobą. Była monogamiczna do szpiku kości, gdy już zdecydowała się z kimś być. -Uważaj na siebie - dodała na koniec i poklepała Annikafiore po ramieniu. Nie chciała robić jej przykrości, za bardzo lubiła swoją przyjaciόłkę.
Rozstały się. Annikafiore wrόciła do pokoju, chłopcόw już  w nim nie było. Dookoła panował przeogromny bałagan. Porozrzucane ubrania, tysiąc i jeden drobiazgόw przed lustrem, papiery i puste opakowania po chipsach, czekoladowych batonach, puszki po piwie i Coca-Coli, nadgryziony toast z masłem orzechowym i dżemem truskawkowym. Artystyczny nieład. Włączyła wentylator, aby pozbyć się zapachu tytoniowego dymu. Usiadła na kanapie, tej samej, na ktόrej siedział Eric, ale nie na środku tam, gdzie on siedzał, tylko w samym rogu. Zamknęła oczy. Starała się zebrać myśli. Monotonny szum wentylatora działał jak najlepszy środek nasenny. Podciągnęła kolana pod brodę i usnęła.
 
Po koncercie, trwającym ponad dwie godziny razem z dwoma bisami, zeszli ze sceny ociekający potem. Jimmy pierwszy wziął prysznic i włożył czysty, czarny,  bawełniany podkoszulek i dżinsy. Oscar w dalszym ciągu tryskał energią i kręcił się bez sensu po całej garderobie. Dla niego był to styl życia. Żył od koncertu do koncertu i na trasie czuł się w swoim żywiole. Pieniądze nie odgrywały dla niego większej roli. Inaczej po prostu nie umiał żyć i nic innego poza byciem wokalistą nie chciał i nie umiał robić. Ubόstwiał stać w centrum zainteresowania.
-Fałszowałeś - powiedział Snake do Oscara.
-Wcale nie! - odgryzł się brutalnie.
-Tak i to od początku do końca.
-Odczep się!
Oscar i Snake kłόcili się, ale Jimmy tym razem nie zwracał na nich większej uwagi. Nie dzisiaj. Annikafiore czekała na niego, więc musiał się pośpieszyć. Obawiał się, czy zastanie ją w hotelowym pokoju. Ponad wszystko nie chciał jej stracić. Myślał tylko o niej od kiedy zobaczył ją, taką bezbronną i ze łzami w oczach.
-Uspokόjcie się. Publiczność szalała. Nie było aż tak źle, chociaż mogło być lepiej -Jimmy prόbował ich pogodzić.
-To przez to białe świństwo - Snake nie krył swojego niezadowolenia. Wiedział, że Daniel i Oscar już od pewnego czasu biorą. Jemu wystarczał skręt z marihuaną i butelka prawdziwej szkockiej whisky. Rozebrał się do naga i wszedł pod prysznic zostawiając szeroko otwarte drzwi. Obecność pozostałych nigdy go nie krępowała.
-Będziemy na drinku w tym panoramicznym barze na ostatnim piętrze - Oscar rzucił w kierunku Jimmy'ego opuszczającego ich garderobę.
Jimmy ostrożnie otworzył drzwi do hotelowego salonu. W żόłtym świetle lampy ujrzał ją śpiącą. Przyglądał się tej małej, słodkiej istocie, ktόra w jednej chwili zawładnęła całym jego sercem. Podobała mu się. Wywoływała w nim silną chęć otoczenia ją opieką i zapewnienia jej bezpieczeństwa. Wspomniał swoje dwie młodsze siostry, dla ktόrych zawsze był tym starszym bratem, do ktόrego w każdej chwili mogły zwrόcić się o pomoc. Aktualnie obie założyły własne rodziny, a on podrόżował po całym świecie i ich wspόłne kontakty zostały zredukowane do minimum. Bycie jednym z Jailbirdsόw do wczoraj całkowicie wypełniało jego życie i nadawało mu sens. Stał nieruchomo i przyglądał się Annikafiore. Dochodził kwadrans po dwunastej w nocy. Dotknął jej jasnych włosόw.
-Annikafiore, Annikafiore, obudź się - powiedział delikatnie.
Wybudzona z głębokiego snu i zdezorientowana, widząc twarz Jimmy'ego tak blisko swojej, przestraszyła się i wcisnęła głębiej w oparcie kanapy. Ujął jej dłoń i popatrzył w jej szafirowe oczy niczym z bajki. Uśmiechnęła się.
-Ile mamy czasu? - zapytała.
-O jedenastej rano odlatujemy do Londynu - powiedział z nieukrywanym smutkiem.
-Gdzie reszta chłopcόw?
-Siedzą w barze. Nie chcieli nam przeszkadzać. 
Ostatnie zdanie zabrzmiało tak dziwnie, że Annikafiore pomyślała, że on chce pόjść z nią do łόżka. Drugs, sex and rock & roll* ta słynna sentencja kołatała się w jej myślach. "Jimmy jest inny", pomyślała przeciwstawiając się tym trzem słowom określającym byt sławnego muzyka rockowego. Jeszcze silniej wcisnęła się w kanapę i podkurczyła ścierpnięte nogi pod samą brodę, jakby chciała się przed nim ukryć.
-Chodź, pokaż mi swoje miasto - powiedział i lekko pociągnął ją za rękę.
Pomysł bardzo jej się spodobał. Miała dosyć hotelowego pokoju. Podał jej płaszcz, a sam włożył czarną, skόrzaną kurtkę. Zwiedzali całkiem puste o tej porze centrum miasta. Chodzili po uliczkach, oglądali sklepowe wystawy, a Annikafiore od czasu do czasu coś mu objaśniała. Sztokholm był piękny. Lubiła swoje miasto. W pewnej chwili, gdy zatrzymali się przed jedną z wystaw, Jimmy objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Popatrzyli sobie w oczy. Annikafiore oparła głowę o jego ramię. Czuła się przy nim bezpieczna i pozwoliła mu obejmować się i składać drobne pocałunki na swojej twarzy. Drżała na całym ciele, ale nie z zimna. Pieszczoty Jimmy'ego sprawiały jej przyjemność. Były delikatne i wyrafinowane. Dotyk jego rąk wywoływał w niej dreszcze. Te ręce, wydobywające przerażająco głośne i dynamiczne dźwięki z perkusji, były dla niej takie czułe. Podniosła do gόry twarz. "Boże, dlaczego on nie jest Oscarem?", pomyślała i jej dusza zawyła z bόlu. Widok jej błyszczących od łez oczu rozczulił go. Pochylił się nad nią i dotknął swoimi rozpalonymi ustami jej ust. Zamknęła oczy i nie stawiała oporu,  gdy przycisnął ją mocniej do siebie. Stali połączeni w pocałunku, ich pierwszym, ale nie jedynym tej nocy. Jej giętkie ciało przylgnęło do ciała tego silnego mężczyzny. Poddała się magicznemu dotykowi jego dłoni i ust. Obydwoje pragnęli wspόlnej cielesnej bliskości. On zakochał się w Annikafiore od pierwszego spojrzenia, zaś ona nie chciała robić mu przykrości odrzucając jego uczucie, widząc jak bardzo był w niej zakochany. Włόczyli się po romantycznie oświetlonych uliczkach starego miasta. Dopiero kiedy zaczął kropić drobny deszcz zdecydowali się wrόcić do hotelu. Pόłsenna recepcjonistka popatrzyła na dwoje zakochanych jakby przybyli tu z Marsa. Windą wjechali na ostatnie piętro. Tu, w barze z widokiem na całe miasto, Oscar, Daniel, Bryan i Snake dochodzili do siebie po koncercie nad szklanką whisky on the rocks*. Bryan, ktόry najwyraźniej zdążył już spożyć potężną porcję tego trunku, pobrzękiwał coś na swojej gitarze, z ktόrą prawie nigdy się nie rozstawał. Zresztą niewiele potrzebował, żeby poczuć lekkość w głowie i rozluźnienie w napiętych po występie mięśniach. Daniel siedział uśpiony zastrzykiem heroiny. Oni też popatrzyli na Jimmy'ego i Annikafiore tak, jakby właśnie spadli z księżyca na ziemię. Jimmy promieniował jakąś superpozytywną energią. Jeszcze nigdy przedtem Oscar nie widział go w takim stanie.
 -Oh, lord*, on naprawdę się zakochał. Nasz perkusista zakochał się w skandynawskim aniele - powiedział Oscar do Snake'a, wpatrując się w szklankę z whisky połyskującą w promieniach sztucznego oświetlenia.
Snake wybuchnął śmiechem. Porόwnanie Annikafiore do anioła wydawało mu się bardzo trafne. Nie lubił jej, chociaż prawie wcale jej nie znał. Popatrzyli na nią i Jimmy'ego stojących obok siebie na oszklonym tarasie.
-Jeszcze stracimy dobrego perkusistę z powodu tej gęsi! - warknął Snake. Wściekł się. Ta złość wzbierała w nim już od dawna. Roztrzaskał o podłogę szklankę z resztką alkoholu, zwracając  na siebie uwagę nielicznych o tej porze nocy bywalcόw baru. Zamierzał pόjść i powiedzieć im, co on o tym wszystkim sądzi.
-Zakochani poszybują między gwiazdami przez bezkresne przestrzenie nieba - wyrecytował bez sensu Daniel wyrwany z narkotycznego snu, proponując Snake'owi, aby zrzucił ich z tarasu. Bryan zachichotał nad gitarą. Oscar powstrzymał Snake'a ruchem ręki.
-Zostaw ich. To mu minie. Ona sama od niego odejdzie. Nie trudź się.
Snake usiadł i jednym tchem wypił nową porcję złocistej cieczy. Kostki lodu nie zdołały się jeszcze ani trochę rozpuścić.
Jimmy odwiόzł Annikafiore do domu taksόwką. Dochodziła όsma rano. Długo nie mogli się rozstać stojąc przed bramą. Obiecał, że będzie telefonował, że nie zapomni, ale Annikafiore jakoś nie mogła uwierzyć w te zapewnienia. Z oczu, tych oczu, ktόrymi zwrόciła na siebie jego uwagę, popłynęły wielkie i słone łzy. Ostatni pocałunek, ostatni dotyk, ostatnie spojrzenie. Rozstanie.
-Uważaj na siebie, my little darling* - poprosił zatroskany.
-Dobrze - odpowiedziała. Była smutna.
-Obiecujesz? - zapytał podnosząc kciukiem jej brodę i patrząc w oczy.
-Tak. Ty też bądź ostrożny - powiedziała dotykając nieśmiało jego ramienia. -Idź. Nie możesz spόźnić się na samolot - dodała.
Pomachała mu na pożegnanie i weszła do środka, gdy taksόwka odjechała. Emerytowana sąsiadka z apartamentu na pierwszym piętrze uważnie ich obserwowała przez okno, jedząc jednocześnie śniadanie. Annikafiore zawstydziła się. To nie był jej styl, żeby całować się w miejscu publicznym i to na pierwszej randce. Wjechała windą na gόrę. Rodzice już wyszli do pracy, a Ellinor właśnie szykowała się do wyjścia.
-Ładnie, ładnie - przywitała ją w drzwiach kiwając głową z dezaprobatą. Matka czekała na ciebie przez całą noc. Jak ty wyglądasz? Obraz nędzy i rozpaczy! - kontynuowała swόj monolog.
-Przecież do was zatelefonowałam, nie musieliście się o mnie martwić. Poza tym jestem już dorosła. Gdybyś wiedziała, co wyprawiają moje koleżanki z roku…
Ellinor nie dała się przekonać, dla niej Annikafiore już na zawsze pozostała tą młodszą siostrą, którą trzeba było cały czas pouczać.
-A co będzie z dzisiejszymi zajęciami na uczelni? - zapytała jak zwykle trzeźwo myśląca Ellinor.
Dopiero teraz Annikafiore uświadomiła sobie, że poza L.A. Jailbirds istnieje jeszcze inny wymiar rzeczywistości. Rozpłakała się.
-Wiesz Ellinor, chyba zakochałam się.
-Nie chyba, a na pewno. Tylko w kim?!  I czy on jest tego wart?! Szybko doprowadź się do porządku i marsz na zajęcia. Zawsze lepiej jest spόźnić się niż stracić cały dzień - uświadomiła jej, mająca zawsze świętą rację, starsza siostra.
Annikafiore zmyła resztki makijażu z twarzy. Większość tuszu i tak zdążyła wytrzeć w kurtkę i podkoszulek Jimmy'ego. "Dobrze, że były czarnego koloru", pomyślała. Jimmy nie miał jej tego za złe. W samolocie czuł jeszcze na swoim prawym ramieniu delikatny zapach jej perfum, zapach Annikafiore. Zapach dziewczyny, ktόra w jednej chwili zawładnęła nim, z ktόrą chciały pozostać już na zawsze aż do śmierci.
 

 
* Drugs, sex & rock and roll - narkotyki, seks i rock and roll
* Whisky on the rocks - whisky z kostkami lodu
* Lord - Bόg, pan wszechmogący
* My little darling - moja kochana
 

 

Rozdział 6

Jimmy, tak jak obiecał, telefonował co drugi dzień, prawie za każdym razem z innego miasta, innego kraju czy nawet innego kontynentu. Ich funckowo-rockowy styl podobał się zbuntowanej młodzieży i studentom. Promowali swόj trzeci album i byli w trakcie drugiego światowego tournee. Pierwszym krążkiem zdobyli popularność w rodzinnej Kalifornii, drugi pozwolił im dostać się do pierwszej dziesiątki Billboardu, a ten był już oczekiwany przez setki tysięcy fanόw na całym świecie. W domu Annikafiore zdążyli przywyknąć do telefonόw Jimmy'ego. Ellinor nie mogła zrozumieć, dlaczego jej siostra wybrała tego czarnego Amerykanina, mając tak wspaniałego chłopaka, jakim był w jej mniemaniu Rafael. Była niechętna mężczyznom, ale Rafael jako jedyny zaskarbił sobie jej sympatię. Wymawiała młodszej siostrze, że nie kieruje się rozumem. Nie ukrywała swoich rasistowskich poglądόw, mόwiąc o Jimmy'm nie inaczej, jak tylko "ten czarny".  Matka Annikafiore, romantyczka czytająca przed snem wiersze, była dla niego łaskawsza. Intuicyjnie wyczuwała, że nie ma w stosunku do jej cόrki złych zamiarόw,  że pod kamuflażem dzikiego rockmana ukrywa się wrażliwy człowiek. Wiedziała, że jedni w swoich wyborach kierują się impulsem, zaś inni wszystko racjonalnie planują. Niestety ani jedni, ani drudzy nie posiadali patentu na sukces. Stwierdziła, że gdyby był normalnie ubrany, ogolony i uczesny, to byłby z niego całkiem fajny chłopak. Jako adwokat działała społecznie w międzynarodowej organizacji dla uciekinierόw politycznych i dyskryminowanie go z powodu koloru skόry byłoby wbrew jej osobistym przekonaniom. Występowanie w obronie praw humanitarnych anonimowego człowieka było jednak czymś zupełnie innym niż przyjęcie do własnnej rodziny osoby odmiennego koloru skόry i odmiennego pochodzenia. Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym jak wyznawane ideały mogą nieoczekiwanie zostać wystawione na prόbę poprzez życie. Zaakceptowała wybόr Annikafiore i polubiła Jimmy'ego, ale Bόg jeden wie, ile dyskusji stoczyła sama ze sobą, będąc jednocześnie swoim własnym oskarżycielem, obrońcą i ostatecznie sędzią. Pogodziła się z tym, że do ich rodziny o wielowiekowej tradycji, rodziny, ktόra wydała na świat znanych malarzy, poetόw i prawnikόw wstąpi niewątpliwie utalentowany chłopak, ale mający swoje korzenie gdzieś w podupadłej, czarnej dzielnicy miasteczka Vallejo. Na zawsze zapamiętała dzień, kiedy stało się jasne, że jej cόrka chce kontynuować na poważnie tą znajomość. Jak zwykle w niedzielę siedziała przy pianinie grając na cztery ręce razem z mężem Drugą Rapsodię Węgierską Liszta, gdy Annikafiore podeszła do nich i tak po prostu powiedziała, że po ukończeniu studiόw chce wyjechać do Ameryki, do Jimmy'ego. Nawet nie prόbowali jej powstrzymywać, ani też nie usiłowali odwieść jej od tej decyzji, bo i tak nigdy nie udałoby im się tego dokonać. Annikafiore nigdy ich nie słuchała. Robiła to, co chciała. Bali się o nią, o jej bezpieczeństwo i przyszłość.  Nie chcieli, żeby zmarnowała swoje młode życie. Wiedzieli, że była dorosła, tym niemniej chcieli w dalszym ciągu mieć ją przy sobie i ochraniać przed wszelkim złem. "Wiesz, że jeżeli byłoby ci źle, to zawsze możesz wrόcić do rodzinnego domu, my zawsze będziemy na ciebie czekać: ja, ojciec i Ellinor", to wszystko co mogła powiedzieć córce. Tego dnia nie była już w stanie skupić się dłużej nad pianinem. Myliły jej się ręce i nuty. Nawet granie jednego z jej ulubionych utworów Bacha nie przyniosło jej oczekiwanego ukojenia. Zrezygnowała. Odeszła od pianina. Chciała w samotności pogodzić się z decyzją Annikafiore. Tylko Ellinor mόwiła: "Ależ puście ją, niech jedzie, tym prędzej wyleczy się z tego błazeńskiego odurzenia". Nie miała dla Annikafiore litości i wcale się z tym nie kryła. Nie wiadomo dlaczego Annikafiore obstawała przy swoim wyborze i kontynuowała znajomość. Ojciec udawał, że nie okazuje zbyt wielkiego zainteresowania ani Jimmy'm, ani tym całym ich zespołem. Uważał, że to tylko cielęca miłość, ktόra zniknie tak samo nagle jak się pojawiła. Nie zdradzał jednak swojej opinii, bo nie chciał zostać nazwany grubianinem. Pragnął szczęścia dla Annikafiore, ale absolutnie nie był pewien, czy ten właśnie młody mężczyzna był w stanie stanąć na wysokości zadania. Potajemnie zdobywał bieżące informacje o Jailbirdsach. W supermarkecie w dzielnicy najbardziej oddalonej od tej, w ktόrej mieszkali, wczesnym rankiem z dużymi okularami o przyciemnionych szkłach na nosie kupował bulwarowe tygodniki i czasopisma muzyczne. Szybko płacił przy kasie gotόwką i chował je do swojej skόrzanej aktόwki, aby nie zostać przyłapanym na gorącym uczynku. Będąc w pracy zamykał drzwi do swojego gabinetu i pouczał sekretartę, aby mu nie przeszkadzano. Skrupulatnie przeglądał wszystkie tygodniki od deski do deski poszukując wzmianek i artykułόw o L.A. Jailbirds. Brał wszystkie informacje na serio, marszczył czoło i zagryzał wargi. Był pewen, że ich związek nie wytrzyma prόby czasu i wcale nie byłoby mu z tego powodu przykro. Po przeczytaniu wkładał czasopisma do szarej teczki z napisem "ściśle tajne" i osobiście wrzucał do zaplombowanego pojemnika na poufne dokumenty przeznaczone do zniszczenia. Tego zadania nie powierzyłby nawet swojemu osobistemu adiutantowi. Najchętniej wcieliłby wszystkich Jailbirdsόw obowiązkowo do wojska. Dyscyplina i rygor wybiłyby im z głowy narkotyki, seks i ekscesy na scenie. Naiwnie zapomniał o tym, że tym chłopcom płacono między innymi za szokowanie publiczności i dostarczanie mocnych wrażeń, że względy komercyjne często liczyły się dla firmy nagraniowej bardziej niż tworzenie muzyki. Służbę wojskową uznawał za najlepsze lekarstwo dla młodych i zbuntowanych. Ubolewał nad faktem, że w ich kraju była ona całkowicie dobrowolna. Matka odrabiała zaległości czytelnicze podczas cotygodniowej wizyty u fryzjera. Przeglądała sterty czasopism zwracając szczegόlną uwagę na ewentualne wiadomości o Jailbirdsach. Annikafiore ograniczyła swoje kontakty z Rafaelem, ktόry nie mόgł się z tym pogodzić. Wiedział, że oszalała na punkcie tego zespołu, ale traktował to jako nieszkodliwy kaprys. Nie spodziewał się, że sprawy przybiorą tak niespotykany obrόt i pozbawią go ukochanej dziewczyny. Wierzył, że wcześniej czy pόźniej, a raczej wcześniej niż pόźniej Jimmy porzuci ją dla innej dziewczyny, łatwiejszej i gotowej na każde skinienie. Annikafiore absolutnie nie nadawała się na dziewczynę dla amerykańskiego perkusisty rockowego zespołu, znanego z obscenicznego zachowania i rόżnych skandali. Nie chciał, żeby została skrzywdzona, bo chociaż odchodząc od niego zadała mu nieznośny bόl, to on w dalszym ciągu ją kochał. Czekał na moment, gdy przyjdzie na wykłady z opuchniętymi i czerwonymi od płaczu oczami i poprosi go o wybaczenie. On wspaniałomyślnie wybaczyłby jej i już więcej nie pozwoliłby, żeby jakiś rockman zawrόcił jej w głowie. Po raz pierwszy w życiu żałował, że kobiet nie obowiązywały w ich kraju prawa islamu, wtedy przynajmniej życie byłoby dla niego o wiele łatwiejsze. Brigitta też nie mogła do końca zrozumieć postępowania swojej najbliższej przyjaciόłki i uparcie twierdziła, że razem z Rafaelem byli dla siebie stworzeni. Zarazem było jej żal Annikafiore, że musiała czekać od jednej rozmowy telefonicznej do drugiej i nigdy nie mogła być pewna wierności Jimmy'ego. W myślach Brigitta zastanawiała się, dlaczego jej przyjaciόłka zdecydowała się na związek z perkusistą, chwilowo zapominając o  Oscarze  i odrzuciła poważny związek z Rafaelem.

 

 Rozdział 7

Pod koniec trasy koncertowej byli wykończeni i w skrytości ducha marzyli o powrocie do domu, choć tak naprawdę żaden z nich nie miał domu z prawdziwego zdarzenia. Widok poruszającej się w rytm muzyki i świetnie bawiącej się widowni dodawał im sił, żeby kontynuować trasę występόw. Już dawno minęły te czasy, gdy ich studio znajdowało się w garażu ojca Oscara, gdzie godzinami ćwiczyli i wygłupiali się po powrocie z liceum, produkując dziesiątki decybeli, a instrumenty opłacali z pieniędzy zarobionych przy pracy na stacjach benzynowych i w McDonaldach. Już nie musieli prosić się o występ w podrzędnych klubach. Wchodzić tylnym wejściem i przebierać w toalecie, a po zejściu ze sceny namawiać rozgrzanych ich żywiołowym występem bywalcόw do kupna kasety z piosenkami. Prawie zapomnieli o tym, jak przemieszczali się zardzewiałym mikrobusem z jednego kalifornijskiego miasteczka do drugiego, prezentując się publiczności i usiłując pozyskać sobie jej względy. Sława odmieniła w ich życiu po prostu wszystko. Teraz to publiczność przychodziła do nich, chciała wysłuchać ich koncertu, zobaczyć ich na żywo szalejących na scenie i znaleźć się w psychedelicznym transie. Początki były tak niewyobrażalnie trudne i zniechęcające. Właśnie wtedy, gdy sukces nie przychodził i ich wiara we własne siły topniała, sfrustrowany Daniel pierwszy sięgnął po narkotyki.

Od samego początku tworzyli zgraną paczkę, pięciu chłopcόw z tej samej szkoły średniej, połączonych wspόlną pasją do muzyki. Z inicjatywy Oscara powstała wόwczas ich grupa. Był nie tylko wokalistą, ale także głόwnym twόrcą wszystkich tekstόw i duszą grupy. On wymyślił ich nazwę, bo po prostu  kochał swoje miasto, będące konglomeratem sprzeczności. Marząc o karierze w show-biznesie dobrowolnie stał się więźniem Hollywoodu. Podły był z niego gitarzysta, ale umiał akompaniować sobie na fortepianie. Stanowił jakby nowoczesną wersję młodego, zbuntowanego, gniewnego poety-filozofa w powycieranych dżinsach i bawełnianym podkoszulku. Był gotowy poświęcić wszystko, byle tylko wybić się. Snake grał na gitarze basowej, a Daniel, cichy i małomόwny, istne przeciwieństwo żywego jak rtęć Oscara, na gitarze prowadzącej. Bryan, młodszy od nich o rok, wspomagał grę Daniela. Jimmy na perkusji dodawał grupie wulkanicznego brzmienia. Zyski dzielili na pięć rόwnych części, bo tak właśnie się umόwili. Oscar w pełni zdawał sobie sprawę z tego, że nie mόgłby istnieć bez grupy, zaś Jailbirds bez Oscara to po prostu nie byliby żadni Jailbirds. Na pierwszym miejscu byli przyjaciόłmi, a dopiero na drugim miejscu muzykami i twόrczymi partnerami. Ta przyjaźń była widoczna w ich zachowaniu na scenie i pozyskiwała im jeszcze większą sympatię widowni. Oscar był w stanie każdego zauroczyć swoim wdziękiem i pozytywnym nastrojem, ale biada jego wrogom. Jako zodiakalny skorpion umiał walczyć i co najważniejsze zawsze wychodził z tej walki zwycięsko. Nauczyli się przebywać wspόlnie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, tolerować wzajemną odmienność obyczajόw i zwykłe ludzkie wady. Z biegiem czasu grupa stała się ich rodziną, zresztą jedyną jaką do tej pory mieli, bo jak na ironię losu większość z nich pochodziła z rodzin rozbitych. Ich wychowaniem zajmowała się ulica w mieście snόw i marzeń. Tylko Bryan miał ojca i matkę, ktόrzy regularnie opłacali mu lekcje gry na gitarze w szkole muzycznej. Surowe warunki kontraktόw z firmą nagrań pozbawiły ich złudzeń i rozsypały w proch młodzieńcze marzenia. Wyczerpujący styl życia wysysał z nich całą energię. Danielowi przestał już wystarczać skręt z marihuaną, żeby się rozluźnić, zapomnieć o parszywości tego świata i mόc tworzyć oraz za każdym razem dawać z siebie wszystko na koncercie. Kiedy zaaplikował sobie porcję, miał dobry humor i był przez wszystkich lubiany, takie przynajmniej odnosił wrażenie. Nie ukrywał swojego uzależnienia przed Oscarem. Ten nie raz widział jak Daniel wkłuwał się w żyłę. I chociaż Daniel nie nazywał heroiny inaczej niż "to świństwo", pewnego dnia Oscar postanowił sam sprόbować. Daniel zobaczył go siedzącego w rogu pokoju z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Nie miał złudzeń. "Ty, idioto!", powiedział i zaczął szarpać go za ubranie. Rozpłakał się. Szlochał jak małe dziecko. Oscar nie przewidywał, że Daniel zareaguje w ten sposόb. Myślał, że będzie z niego dumny, ale nic z tego. Daniel wiedział, że z heroiną nie było żartόw, że coś takiego jak pierwszy i ostatni raz praktycznie nie istniało. Potem, kiedy stracił nadzieję, że Oscar zrezygnuje, nauczył go jak odrόżniać dobry towar od barachła, jak rozpuszczać, nabierać do strzykawki i wkłuwać się do żyły. Z czasem heroina coraz natarczywiej wypełniała ich życie. Stali się niewolnikami menadżera, firmy płytowej i białego proszku. Bezsilnie poddawali się otaczającej ich rzeczywistości. Właśnie teraz znacznie bardziej niż na początku kariery czuli się nierozumiani przez otoczenie i osamotnieni. Żaden z nich nie chciał się przyznać do tego, że w duszy coraz częściej zadawał sobie pytanie, czy to właśnie było to, czego pragnęli i o czym marzyli. Poprawa sytuacji finansowej i uznanie fanόw wbrew ich oczekiwaniom nie rozwiązały problemόw, z ktόrymi już wcześniej sobie nie radzili, ale przysporzyło im nowych.

Annikafiore uważnie śledziła wszystkie wzmianki o Jailbirds w czasopismach i telewizji. Nie zawsze dawały jej powόd do zadowolenia. Instynktownie czuła, że Jimmy kochał ją bezgranicznie, że jej nie zawiedzie. On nie mόgł o niej zapomnieć, chociaż dookoła kręciło się tyle seksownych dziewczyn, gotowych oddać się za jedno skinienie palcem. Pozostawiła trwały ślad w jego sercu i umyśle. Jakaś niewidoczna nić połączyła ich. Ani ona, ani on nie byli w stanie powiedzieć, co tak naprawdę pchnęło ich ku sobie. Czyżby przeznaczenie? Jimmy czytał jej przez telefon ich nowe teksty. Cenił jej uwagi. Zapisywał je i przekazywał chłopcom, nie zawsze jednak mόwił, że pochodziły od Annikafiore. Snake po prostu jej nie tolerował i od momentu ich koncertu w Sztokholmie odnosił się do Jimmy'ego ozięble. Między członkami zespołu istniała niepisana reguła nieangażowania się w poważne związki. Im bardziej stawali się popularni, tym mniej mieli czasu na życie prywatne. Zielony dolar dyktował żelazne zasady gry na rynku muzycznym. Jimmy mniej uwagi poświęcał temu, czym inni zajmowali się po prόbach w studio czy też po koncertach. Odpowiedzialny i rozsądny, wcześniej często hamował szaleńcze pomysły Oscara i sprowadzał go na ziemię. Nie wiedział, że będą musieli zapłacić najwyższą cenę za wymknięcie się spod kontroli i zachłyśnięcie wolnością. Duże pieniądze osłabiły potrzebę przyjaźni. Tyle rόżnych rzeczy można było za nie kupić, kupować bez  końca i zaspokoić bez wyjątku każdą zachciankę ciała. Upajali się tą wolnością aż do całkowitego zapomnienia. Snake niby motyl zmieniał dziewczyny. Od kiedy Ann porzuciła go, przestał wierzyć w trwałość i uczciwość w związkach między kobietą i mężczyzną. Ubolewał, że Lilly-Rose nie ma matki, ale sam też nie poświęcał dziecku czasu. Uzależnienie Daniela i Oscara długo pozostawało niezauważone przez innych. Dopiero, gdy nałόg całkowicie pozbawił Daniela samokontroli, a Oscar codziennie wstrzykiwał sobie w żyły po kilkaset dolarόw, Jimmy i cała reszta zorientowali się jak daleko, w jakże krόtkim okresie czasu, zaszły te sprawy. Daniel był chyba najwrażliwszy z nich wszystkich. Wymyślał w tekstach rządnym władzy i pieniędzy pieprzonym politykom, zaspokajającym osobiste ambicje. Ubolewał nad chorym moralnie, pruderyjnym społeczeństwem, pogwałconą przez ludzkie poczynania matką ziemią i brakiem pokoju na świecie. Teraz on staczał się na samo dno egzystencji, eksperymentując na własnym ciele. Na przemian, wstrzykiwał heroinę dla uspokojenia rozdygotanej duszy i zapadnięcia w błogi sen lub wciągał do nosa kreskę kokainy, aby pokonać wszechogarniającą senność i pobudzić zdrętwiałe ciało. Popijał czystą whisky.  Nie był lepszy od innych. Był tak samo parszywy jak inni i ta świadomość zabijała go. Notorycznie spόźniał się na występy. Na scenie  zapominał teksty oraz muzykę. Nie w pełni zdawał sobie sprawę z tego, co działo się dookoła.  Mieszał dźwięki, improwizował. Fani lubili jego nieoczekiwane, komponowane ad hoc psychedeliczne, gitarowe popisy. Takie wstawki zdarzały się jednak coraz częściej i zaczynały denerwować pozostałych. Oderwany od rzeczywistości wyobrażał sobie, że unosi się na skrzydłach rajskiego ptaka ku wzgόrzom Edenu. Snake zaprotestował, że tak dłużej być nie może. Twierdził, że Daniel wyizolował się z grupy i nie można nawiązać z nim normalnego kontaktu. Odważył się wypowiedzieć, te strasznie brzmiące słowa, że Daniel od pewnego czasu przestał pasować do zespołu, sprawiał same kłopoty i postawił reputację Jailbirds w mediach pod znakiem zapytania. Chciał, żeby na pewien czas wyrzucili go z grupy, aby w ten sposόb zmusić go do zastanowienia się, otrząśnięcia i zerwania z narkotykiem. Oscar stanął w obronie Daniela, swojego najbliższego przyjaciela i wspόłzałożyciela grupy, bez ktόrego nie wyobrażał sobie dalszego istnienia Jailbirds. Także Jimmy stanął w jego obronie, narażając się po raz kolejny Snake'owi. Uważał, że właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek, Daniel potrzebował ich obecności, wsparcia i pomocy. Odetchnęli, kiedy ich samolot wylądował w Los Angeles po kilkumiesięcznej trasie koncertowej. Przed rozstaniem Daniel obiecał, że zgłosi się do kliniki na odwyk, ale zamiast tego zamknął się w swoim małym mieszkaniu i słuchając gry swojego gitarowego idola, Hendrixa, wstrzykiwał bez opamiętania porcję za porcją. Zdawał sobie sprawę, że coraz bardziej odstaje od grupy, rozsadza ją od środka i cierpiał z tego powodu. Nie chciał zniszczyć tego, co udało im się wspόlnie osiągnąć. Był jednak za słaby, żeby podjąć jakąkolwiek akcję. Zniknęły powody, dla ktόrych kiedyś zaczął brać. Jego nazwisko coraz częściej pojawiało się w czasopismach muzycznych, krytycy roztkliwiali się nad jego stylem gry. Był znany, on wirtuoz gitary elektrycznej. Problem polegał jednak na tym, że aktualnie, gdy nie musiał już zażywać, po prostu nie był w stanie przestać. Wiedział, aż za dobrze, co kryło w sobie określenie środek uzależniający. Z trudem zwlekał się z łόżka, żeby otworzyć drzwi  dilerowi. Matkę telefonującą do niego z Nowego Jorku oszukiwał mόwiąc, że wrόcił z trasy z grypą. Wstydził się swojego uzależnienia. "Gdyby ona wiedziała, jak ja bardzo się tego wstydzę! Matka wypruwała sobie żyły, żeby mnie przyzwoicie wychować i opłacić szkołę. Za nadgodziny kupiła mi pierwszą w życiu elektryczną gitarę, a ja? No, właśnie, a ja zawiodłem ją, okłamuję, nie dbam", rozmyślał w samotności. Po szocie zapominał o problemach i w uczuciu błogostanu zasypiał. Przygotowywał sobie koktajle, ale wychudzone ciało coraz oporniej reagowało, pomimo zwiększania dawek. Kiedy Oscar odwiedził go, Daniel leżał od kilku godzin w stanie narkotycznego głodu. Nie miał siły zadzwonić po dilera, nie miał siły iść do banku po pieniądze, po prostu na nic nie miał siły nawet, żeby żyć. Jego zaniedbane, brudne, śmierdzące ciało drżało wstrząsane od czasu do czasu spazmami. Czuł się fatalnie i jedyne czego pragnął, to było umrzeć. Bόl był nie do wytrzymania. Bolało go wszystko i wszędzie. Tracił przytomność. Nie widział dalszego sensu życia. Był pewien, że to już koniec. Nie znajdował dla siebie miejsca na tej planecie. Oscar przestraszył się widząc jego wyblakłe oczy zapadnięte w podkrążonych oczodołach. Zrobił mu zastrzyk i zaciągnął przyjaciela do łazienki. Danielowi od razu zrobiło się lepiej, ale marazm i bezsilność narkotycznego głodu ciągle mu się przypominały. Obsesyjnie dręczyły go. Był przekonany, że nie ma już dla niego ratunku. Nie chciał ponownie poczuć się tak, jak wtedy, tego pamiętnego dnia, to było gorsze niż śmierć. Nie chciał tak dłużej żyć. Bał się. Od kilku dni zamieszkali razem i po raz enty postanowili, że wspόlnie zerwą z heroiną. W momentach umysłowej przytomności Daniel błagał Oscara, żeby przestał i nie doprowadził się do takiego stanu jak on, ktόry określał jako punkt bez możliwości odwrotu. Niestety i tym razem skończyło się na szczytnym postanowieniu. Nie brakowało im zielonych, więc o wiele łatwiej było kupić sobie działkę i odpłynąć, niż męczyć się na odwyku. Swόj ostatni tekst napisał z myślą o matce i kolegach z zespołu, w ten sposόb łatwiej było mu powiedzieć, jej i im, dlaczego stało się tak, a nie inaczej, wyjaśnić zawiłość swoich doznań. Nie odważył się na rozmowę z matką w cztery oczy. Wieczorem postanowili obydwoje, że następnego dnia razem, już na pewno, pojadą do renomowanej kliniki leczenia uzależnień. Niestety, rankiem, gdy Oscar spał w ramionach jakiejś przypadkowo poznanej wczorajszego wieczoru dziewczyny, ktόrą przyprowadził na noc do mieszkania, Daniel wymknął się niepostrzeżenie. Włόczył się po ulicach ukochanego Los Angeles budzącego się do życia. Przypatrywał się ludziom spieszącym do pracy. Wydawali mu się tacy pełni energii, szczęśliwi, mający cel w życiu. Gapił się na dziewczyny całujące swoich chłopakόw przed rozstaniem. Jemu do tej pory nie udało mu się znaleźć takiej, ktόra zaakceptowałaby go takim, jakim był i chciała dzielić razem z nim blaski i cienie egzystencji oraz zrozumieć jego pasję do muzyki. Pokochać go tak po prostu, jego, prostego chłopaka z gitarą. Od znajomego dilera kupił kilka porcji. Usiadł na ławce. Wstrzyknął dwie na raz. Poczuł się jak bόg, tak przynajmniej mu się wydawało. Kiedy brał nie musiał ani jeść, ani pić, dokładnie tak samo jak bogowie na Olimpie. W myślach wydawało mu się, że unosi się na obłoku ponad ośnieżonymi szczytami Nepalu, skąd obserwuje cały świat. Pogroził palcem senatowi, zabierał bogatym i rozdawał biednym, bawiąc się w Robin Hooda, darł na kawałki absurdalne kontrakty z firmami muzycznymi i grał dla tłumόw wydobywając boskie dźwięki ze swojej gitary. Nie dawał sobie rady z samym sobą. Panicznie bał się, że kiedyś ponownie będzie na głodzie. Postanowił skończyć z tym raz na zawsze, uciec. Rozpuścił na metalowej łyżeczce, podgrzewając zapalniczką pozostałe porcje i brudną strzykawką, z kroplami zaschniętej krwi na igle, wbił się w stwardniałą żyłę przedramienia. "Uciekłem. Udało mi się. Jestem już tylko niematerialną cząstką energii unoszącą się gdzieś we wszechświecie, ciałem astralnym",  pomyślał. Wtedy usłyszał jej wołanie. "Matka", uzmysłowił sobie ostatnim wysiłkiem woli. Wydawało mu się, że tak jak każdego ranka, gdy był małym chłopcem, budzi go przed pόjściem do szkoły. Spuścił głowę. Zawstydził się. "Zostawiłem ją samą. Ale ze mnie egoista! Stchόrzyłem", pomyślał. Przypomniało mu się w ostatniej chwili życia, że obiecał jej wspόlną podrόż dookoła świata na luksusowym statku wycieczkowym. Chciał zawrόcić i spełnić daną jej obietnicę, ale było już za pόźno. Umarł samotnie w wielomilionowym mieście, ktόrego sloganem reklamowym była obietnica spełnienia najskrytszych marzeń i snόw przybywających do niego turystόw. On też przybył tu kilka lat temu razem z matką w poszukiwaniu lepszego życia. Ona powrόciła do Nowego Jorku, kiedy tylko Daniel usamodzielnił się. Los Angeles absolutnie nie ziściło i jego marzeń, a raczej sprawiło, że wyzbył się wszelkich złudzeń.  Znalazł go piesek pewnej starszej pani i strasznie się rozszczekał. Nikt nie wiedział czy szczekał tak dlatego, że potępiał go jako odszczepieńca sprzeciwiającego się społeczeństwu sukcesu, czy też ubolewał nad jego losem. Daniel już nie żył, kiedy nadjechał ambulans. Jego sztywniejące ciało wsunięto do czarnego plastikowego worka i zasunięto zamek. Na noszach przeniesiono do karetki. Dla Daniela przedstawienie skończyło się i raz na zawsze zapadła czarna kurtyna. Właśnie tymi słowami zakończył wczoraj swόj ostatni tekst.

Oscar wpadł w panikę, gdy Daniel długo nie wracał. Wiedział, że nękają go samobόjcze myśli i robił sobie wyrzuty sumienia, że pozostawił go bez opieki. Spławił panienkę i wybiegł na ulicę poszukać go. Pobiegł na rόg, gdzie zawsze zaopatrywali się w biały proszek. Nie dostrzegł twarzy żadnego znajomego dilera wśrόd przechodniόw. Przestraszeni przedawkowaniem Daniela uciekli z miejsca zbrodni, niczym szczury opuszczające pokład tonącego statku. Nigdzie nie mόgł go znaleźć. Przeczuwał, że stało się coś niedobrego. Usiłował dodzwonić się do reszty chłopcόw, ale zastał jedynie Jimmy'ego. Razem telefonowali do wszystkich szpitali w mieście, mających w tym dniu ostry dyżur. Daniel nie miał przy sobie dokumentόw. Poprosili ich o zidentyfikowanie zwłok dwudziestokilkuletniego, ciemnowłosego mężczyzny, ktόry zmarł z przedawkowania wczesnym rankiem i został znaleziony na skwerze w parku niedaleko od ich apartamentu. Nie mieli wątpliwości, ale do samego końca łudzili się, że być może stanie się cud,  że ten ktoś to nie ich kompan z zespołu. Oscar był cały roztrzęsiony. Do szpitala pojechali jego samochodem, ale prowadził Jimmy. W prosektorium Oscar na widok martwego przyjaciela, leżącego na kamiennym stole, dostał zapaści i został natychmiast przetransportowany na oddział intensywnej terapii. Kilka pięter wyżej walczył o swoje życie. Kochał Daniela, ale w przeciwieństwie do niego nie chciał rozstawać się z tym światem, nawet pomimo całej jego parszywości. Kochał życie i lubił korzystać ze wszystkiego, co miało do zaoferowania. Jimmy skontaktował się z pozostałymi. Eric wziął na siebie rozwiązanie wszystkich formalności pogrzebowych. Po pewnym czasie w szpitalu zjawili się Bryan i Snake, a także ojciec Oscara. Grywał drugoplanowe role w podłych filmach. Nadał mu to właśnie imię, żeby mόgł nabierać na swόj dowcip o posiadaniu Oscara kolegόw aktorόw, reżyserόw i scenarzystόw. Z czasem już wszyscy ludzie pracujący na planie filmowym znali ten jego żart i prawdę mόwiąc mieli go serdecznie dosyć. Nie ukrywał, że to właśnie on był ojcem Oscara, gdy Jailbirds stali się sławni. Nigdy nie interesował się przesadnie synem. Jeżeli nie miał pieniędzy, to jeździł z jednego kastingu na drugi w poszukiwaniu roli do zagrania, a kiedy je wreszcie zarobił, to rzucał się bez opamiętania w wir hollywoodzkiego życia. Dziewczyna Oscara nie przyszła do szpitala, żeby go zobaczyć. Tego ranka zerwali ze sobą. Nazwała go pieprzonym ćpunem i odeszła.

Nikt nie śmiał zatelefonować do matki Daniela. Zdawali sobie sprawę, że w jego przedwczesnej śmierci było dużo ich winy. Przyleciała pierwszym samolotem, ktόry odlatywał zaraz po rozmowie telefonicznej z Jimmy'm. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Płakała. Była pewna, że miał tylko grypę. Nic nie wiedziała o tym, że się narkotyzował. Robiła sobie wyrzuty sumienia, że go nie dopilnowała, ale przecież nie mogła jeździć za nim po całym świecie i trzymać go za rękę. Często rozmawiała z nim o narkotykach, gdy był kilkunastoletnim chłopcem, ostrzegała. "A może nie zrobiłam w tym celu wystarczająco dużo, myśląc, że miłość do muzyki całkowicie wypełniła jego życie?", te myśli kłębiły się w jej głowie. "Dlaczego odebrał sobie życie? Przecież dobrze wiedział, że całym swoim sercem i duszą pomogłabym mu wyjść z uzależnienia", pytała samą siebie. Kiedy było jej ciężko, a takich chwil nie brakowało w jej życiu, matki samotnie wychowującej syna, brnęła do przodu, bo czuła się odpowiedzialna za Daniela i pragnęła zapewnić mu wszystko na co mόgłby liczyć wychowując się w pełnej rodzinie. Ona miała tylko jego, a on miał tylko ją. Wstawała do pracy o piątej rano, żeby przed wyjściem zrobić dla niego kanapki na śniadanie. Wracała wyczerpana pόźnym wieczorem. Ktoś musiał mieć stały dochόd, żeby zapewnić im utrzymanie. Zanim przyszedł sukces wspomagała go finansowo. Zabrakło im po prostu czasu, żeby razem dogłębnie porozmawiać, zastanowić się i choć na moment zatrzymać mordercze tempo życia w dwudziestym pierwszym wieku. Marzyła o dziewczynie dla niego. Nie musiała być oszałamiająco piękna, byle byłaby dobra i czuła dla jej syna. "Dlaczego nic mi nie powiedział? Dlaczego wszystko tak starannie przede mną ukrywał? Dlaczego żaden z jego przyjaciόł ze mną nie porozmawiał?", rozmyślała.  Nie znajdując odpowiedzi na swoje pytania obarczyła siebie winą za samobόjczą śmierć syna.

Jimmy opuścił szpital dopiero o drugiej w nocy, gdy stan Oscara na tyle poprawił się, że lekarze określili go jako stabilny. Wrόcił do swojego apartamentu. Usiadł i schował twarz w dłoniach. Ze stanu odrętwienia wyrwała go pani Zosia, polska emigrantka, ktόra sprzątała jego apartament, kupiony za tantiemy z ich drugiej, multiplatynowej płyty. Pomyślał, że musiała już dochodzić dziewiąta rano. Uświadomił sobie, że przesiedział tak resztę nocy i nawet zapomniał zatelefowować do Annikafiore. "Ktόra u niej teraz może być godzina?", zastanawiał się, prόbując zebrać myśli. Wykręcił z pamięci numer jej telefonu. Odebrała Ellinor. Annikafiore nie było w domu.

-Wczoraj czekała przez cały wieczόr na telefon od ciebie. A może nawet i całą noc. Dzisiaj poszła pόłprzytomna na zajęcia - wyjaśniła w szczegόłach Ellinor, zła, że ktoś tak igra sobie z uczuciami jej ukochanej siostry i odłożyła niezbyt delikatnie słuchawkę.

Swoimi słowami powaliła go na ziemię bardziej skutecznie niż zrobiłby to mistrz świata wagi ciężkiej w boksie. Nie umiał przewidzieć, jak potoczy się dzisiejszy dzień. Przyczepił na drzwiach karteczkę z informacją, żeby nie zapomnieć zatelefonować do Annikafiore. Wypił pόł dzbanka kawy świeżo zaparzonej przez panią Zosię. Widziała w jakim był stanie, o nic nie musiała pytać. Wyszedł. Nawet jego ulubiony Porsche nie poprawił mu nastroju, chociaż zawsze tak lubił słuchać specyficznego dudnienia silnika o mocy kilkuset koni mechanicznych. Pojechał prosto do szpitala. Przed wejściem już od samego rana stał tłum reporterόw i dziennikarzy żądnych sensacji. Włożył ciemne okulary przeciwsłoneczne i wślizgnął się do środka tylnym wejściem dla dostawcόw. Z Oscarem było dużo lepiej. Eric poinformował ich, że jutro odbędzie się konferencja prasowa. Przestrzegł, żeby sami nie rozmawiali z mediami, tylko czekali na jego oficjalną, wypolerowaną wersję wydarzeń. Ten fircyk nic sobie nie robił z faktu odejścia Daniela, ale planował tak pokierować całą sprawą, żeby wykorzystać to, co się wydarzyło jako chwyt reklamowy. Jimmy słysząc tę jego wypowiedź dałby mu najchętniej w zęby. Zrobił to za niego mniej opanowany Snake i w mgnieniu oka pod drzwiami do szpitalnej sali wywiązała się bijatyka. Rozdzieliła ich szpitalna służba bezpieczeństwa. Nie tylko Snake okładał pięściami Erica. Jimmy i Bryan pomagali mu. "Gnojki, dzieciaki, ćpuny, nie znacie się w ogόle na biznesie!", skwitował. Otrzepawszy klapy swojego granatowego garnituru od  Armaniego wyszedł.

Pόłżywy Oscar był obecny na konferencji prasowej. Wpadnięte, podkrążone oczy i zapadłe z wyczerpania policzki mόwiły same za siebie. Jimmy przeczytał ich wspόlne oświadczenie. Kolorowe czasopisma i gazety zamieściły informację o śmiertelnym przedawkowaniu Daniela z zespołu rockowego L.A. Jailbirds. Annikafiore dowiedziała się o wszystkim właśnie w ten sposόb, z taniej gazety pozostawionej w metrze przez  jednego z pasażerόw. Po burzliwym spotkaniu z dziennikarzami, z trudem i tylko dzięki ochroniarzom, udało im się przecisnąć przez tłum przedstawicieli mediόw i fanόw oczekujących na ich wyjście. Jimmy zawiόzł Oscara prosto na lotnisko. Tu w Ameryce nie było dla niego miejsca, w ktόrym mόgłby się anonimowo schronić. Trzymał w ręce bilet lotniczy do San Jose, stolicy Kostaryki. Uciekał. Jeżeli chciał ocalić samego siebie i grupę, jasne było, że musiał zerwać z heroiną. Uznał, że zrobi to sam, bez pomocy lekarzy w luksusowej klinice dla majętnych nałogowcόw, chociaż był świadomy, że nagłe odstawienie heroiny na jego poziomie zaawansowanego stosowania mogło zakończyć się śmiercią, lecz we własnych oczach nie zasłużył sobie na przywilej odwyku w klinice podobnej do pięciogwiazdkowego hotelu. Chciał świadomie ponieść konsekwencje swojego postępowania i własnym bόlem odpokutować za śmierć ukochanego przyjaciela. Uważał, że tylko wtedy będzie miał prawo do dalszego życia. Wrzucił do toalety resztkę białego proszku, ktόrą miał przy sobie i spuścił dwukrotnie wodę. W kafejce portu lotniczego zażył tabletki metadonu, aby w czasie podrόży uniknąć objawόw odstawienia. Zgasił dwudziestego szόstego papierosa, ktόrego zdążył już w tym dniu wypalić. Zostawił paczkę z pozostałymi na kawiarnianym stoliku. Nie był obecny na pogrzebie Daniela. Nie śmiałby spojrzeć w oczy jego matce. Czuł się winny. Poprzysiągł sobie, że kiedy umrze, to odszuka Daniela tam w niebie, czy gdziekolwiek było to miejsce, do ktόrego dusze wędrują po śmierci, i przeprowadzą bardzo, bardzo długą, wspόlną rozmowę. Na czas nieokreślony L.A. Jailbirds zawiesili działalność bez podawania prawdziwych powodόw. Media prześcigały się w ich wynajdywaniu. Przez długi okres czasu nie schodzili z pierwszych stron kolorowych pism. Przypuszczano, że wszyscy członkowie grupy są uzależnieni. Dalsze losy tej obiecującej grupy rockowej zawisły w niepewności. Niektόrzy przewidywali nawet całkowite jej rozwiązanie. Eric odchodząc wytoczył grupie proces sądowy i starał się doszczętnie oczyścić ich bankowe konta. Zerwanie z nim kontraktu o mały włos nie doprowadziło ich do bankructwa. Oscar sprzedał swoją willę położoną w słynnych wzgόrzach Hollywoodu. Bez najmniejszego żalu rozstał się z dwoma szybkimi bolidami, żeby tylko spłacić Palmera i raz na zawsze uwolnić się od widoku jego podłej gęby. Jeszcze przed chwilą Oscar miał wszystko. Właśnie miał. W jednej chwili stracił przyjaciela, grupę i większość swojego stanu posiadania. Pozostały mu tylko żal i wyrzuty sumienia po  śmierci Daniela oraz uzależnienie od heroiny i koki. Nic, czym można byłoby pochwalić się w liście do rodzicόw.

Jimmy rozpoczął poszukiwania nowego menadżera. Wierzył, że wcześniej czy pόźniej wyjdą na prostą. Rozmowa telefoniczna z Annikafiore nie kleiła się. Jimmy nie chciał opowiadać o szczegόłach. Prawda bolała go.

-Jimmy, czy ty też? - zapytała nieśmiało.

-Nie, ja nie - odpowiedział zgodnie z prawdą.

Milczeli przez większość czasu tej dziwnej rozmowy. Dzieląca ich odległość okazała się bardzo niewygodna w takich sytuacjach. Obydwoje żałowali, że nie byli obok siebie, wtedy wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, tak im się przynajmniej wydawało. Dotyk, spojrzenie, wyraz twarzy lub jakiś czuły gest pomogłyby im przełamać dzielącą ich barierę i nawiązać kontakt. Narkotykowa afera z Jailbirds szybko rozeszła się w prasie i telewizji. Matka Annikafiore była poruszona.

-Dziecko, trzeba z tym skończyć, to nie dla ciebie. Nie wychowujemy cię po to, żeby ktoś inny zniszczył twoje życie. Zastanόw się. My chcemy tylko twojego dobra - powiedziała kończąc swόj monolog. Wyszła do kuchni robić kolację. Musiała czymś się zająć, żeby nie zwariować. Drżały jej ręce. Annikafiore nie wiedziała co ma jej odpowiedzieć, bo sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim sądzić. Rozpłakała się. Ellinor sarkastycznie zaoferowała, że chętnie wyniesie do piwnicy wszystkie ich kasety albo jeszcze lepiej wyrzuci na śmietnik, bo tylko na to zasługiwali.

- Nie. Jimmy nie zrobił nic złego. On nie jest taki jak sądzisz. Jest inny - cichym głosem zaprotestowała w jego obronie.

 

Rozdział 8

Dla Oscara rozpoczął się czas największej prόby. Poczuł pierwsze zwiastuny narkotycznego głodu, gdy gazik podskakiwał na wyboistej drodze prowadzącej do małej kostarykańskiej wioski. Przez myśl przemknęło mu, żeby zawrόcić. Zdążyłby dotrzeć do bardziej cywilizowanego świata i kupić nową porcję, zanim zacznie się prawdziwe piekło. Mętnym  wzrokiem patrzył beznadziejnie na mijane plantacje zielonych cytryn, bananόw i domki tubylcόw. Po kilkudziesięciu minutach stary Kostarykanin, o imieniu Joe, otworzył mu drzwi do małej drewnianej chaty z widokiem na plażę i morze. Stała na skarpie w pobliżu lasu. Obiecał, że będzie do niego od czasu do czasu zaglądał i przywoził mu zaopatrzenie z wioski, tak jak umόwili się z Jimmy’m. Oscar z trudem wziął z tylnego siedzenia swόj plecak i wszedł do środka. Stary uważnie przyglądnął się jego twarzy. Twarz Oscara  była wychudzona i pożόłkła. Ten leśnik, żyjący od urodzenia na łonie natury, instynktownie wiedział, że coś było nie tak z młodym Amerykaninem. Oscar z niecierpliwością czekał aż Kostarykanin odejdzie i zostanie sam. Narastało w nim uczucie agresji. Wszystko go denerwowało i irytowało. Najchętniej dałby komuś w zęby, żeby wyładować rozsadzającą go od wewnątrz złość. Z trudem opanowywał drżenie nόg. Wyszedł do środka i od razu rzucił się na twarde łόżko. Czekał, czekał na swόj wyrok. Czuł się podle. Wiedział, że najgorsze dopiero miało nadejść. Postanowił walczyć, walczyć do samego końca. Na zewnątrz panował upał, a on trząsł się z zimna. Jego ciało pokryte gęsią skόrką oblewał zimny, lepki pot. Nakrył się kocem, ale to nic nie pomogło. Zdrętwiałym ciałem wstrząsały dreszcze. Zasnął. Niesamowite wizje wywołały w nim po przebudzeniu niewyobrażalny wprost lęk. Na przemian przysypiał lub budził się przerażony makabrycznym snem. Dostał okropnych nudności. Z ogromnym wysiłkiem zwlekł się z łόżka i skręcony z bόlu, powłόcząc nogami, podszedł do zlewu. Zwymiotował jakąś kwaśną, żόłto-brunatną treścią. Zdziwił się, że jeszcze coś mogło być w jego żołądku, bo od kilku dni praktycznie nic nie jadł. Nie czuł głodu. Żałował, że nie miał przy sobie papierosόw. "Zresztą i tak nie miałbym siły zapalić", pomyślał. Trzymał się obłupanego, żeliwnego zlewu. Nie był w stanie stać o własnych siłach. Był przekonany, że zaraz wypluje z siebie wszystkie jelita szarpany odruchami wymiotnymi. Trzymając się ścian powrόcił do łόżka. Zapadł zmrok. Bόl wszystkich mięśni i kości stawał się nie do wytrzymania. Od czasu do czasu spazm wstrząsał jego ciałem. Na chwilę stracił przytomność. Majaczył. Gdyby tylko miał przy sobie działkę, to bez zastanowienia zrobiłby w tejże samej chwili zastrzyk. "A może Daniel miał rację, że lepiej przedawkować niż przechodzić przez to piekło?", pomyślał. On, Oscar szalejący na scenie, superatrakcyjny w oczach fanek, a teraz on, ten sam Oscar, żywy trup - tragiczny, groteskowy kontrast. Czekał. Przypomniał mu się ten pierwszy raz. To było takie cudowne uczucie. Odkrył świat nowych wrażeń. Pisał teksty i układał muzykę. Rozpierała go inspiracja. Początkowo wstrzykiwał tylko w niedzielę i traktował całe wydarzenie jak wielkie święto. Potem w weekendy, żeby było jeszcze fajniej. Następnie co trzeci, co drugi dzień. Wreszcie rytuał spowszedniał i powtarzał się każdego dnia. Wmawiał sobie, że nie był uzależniony i dla udowodnienia samemu sobie tej nieprawdy powstrzymywał się na dzień lub dwa dni, wierząc niezbicie, że skoro to potrafił, to nie był wcale uzależniony. Widział, tak jakby to było dopiero co wczoraj, jak Daniel uczył go fachowo rozpuszczać, nabierać i wstrzykiwać. To znowu słyszał przeraźliwe szlochanie przyjaciela na wieść o tym, że po raz pierwszy zrobił sobie zastrzyk. Zastanawiał się, dlaczego tak właściwie zaczął brać: z ciekawości, z głupoty, dla żartu czy żeby dotrzymywać Danielowi towarzystwa. Nie znajdował jednoznacznej odpowiedzi. Wydawało mu się, że nie miał powodόw, żeby się narkotyzować. Ich dom nie odbiegał od przeciętnego standardu. Kiedy mieli pieniądze kupowali bez opamiętania zarόwno potrzebne jak i zupełnie zbyteczne rzeczy, odurzeni samym faktem dokonania zakupu i możliwością zaimponowania znajomym i sąsiadom. Na Święto Dziękczynienia matka sama piekła indyka i był to jedyny moment w roku, gdy korzystała z piekarnika, zaś na Święta Bożego Narodzenia pomagał ojcu udekorować dom tysiącem kolorowych światełek. Niby wszystko było takie normalne. Idealna rodzinka na pokaz. Domek, drzewko, samochόd na podjeździe do garażu, rόwno przycięty trawnik. A jednak chętnie wymykał się z domu. Pustka, to słowo przyszło mu na myśl w skojarzeniu z rodzinnym domem. Wszyscy chętnie wychodzili z domu: ojciec do swoich aktoreczek, matka do koleżanek, on powłόczyć się bez celu i dlatego znał każdą dzielnicę tej gigantycznej aglomeracji miejskiej, od tych najbiedniejszych po te najbogatsze. Nigdy nie było dokładnie wiadomo, gdzie kto był i kiedy wrόci. Oszukiwali siebie nawzajem,  wymyślając coraz to nowe preteksty lub odwoływali się do tych już sprawdzonych. Każdy z nich miał swόj własny świat. Nic ich nie łączyło poza więzami krwi. Oscar szperał w lodόwce w poszukiwanniu czegoś nadającego się do zjedzenia jak był głodny. Nakłuwał plastikowe opakowanie w kilku miejscach i podgrzewał w magnetronie. Po kilku minutach wyjmował ciepłą, pachnącą sztucznymi środkami zapachowymi breję i pałaszował popijając zimną kawą pozostałą  ze śniadania. Nie trudził się, żeby wyłożyć kulinarne cudo na talerz. Jadł prosto z opakowania plastikowym widelczykiem, bo matka nie znosiła mycia naczyń.  Usiłował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zasiedli wspόlnie do stołu. Zresztą, to nie miało żadnego sensu, bo zawsze kończyło się kłόtnią, a potem każdy wychodził trzaskając drzwiami i jeszcze przez dobry tydzień matka i ojciec nie rozmawiali ze sobą. Majaczył w gorączce. Wydawało mu się, że po raz drugi przechodzi swoją inicjację seksualną z Laną, piętnaście lat od niego starszą aktorką, ktόrą poznał na planie filmowym u ojca. Miał wtedy szesnaście lat i imponowało mu, że jego stary z nią sypiał. Potem przypominało mu się, jak odbierał świadectwo w liceum i zdawał egzamin na kierunek nauk politycznych, na jednym z kalifornijskich uniwersytetόw. Kiedy przyszedł pierwszy sukces ich zespołu, wybόr stał się jasny i Oscar porzucił dalszą naukę.

Nie wiedział, ile dni i nocy spędził w kostarykańskiej chacie, bo całkowicie zatracił poczucie czasu. Przed oczami niczym film przesuwały się wydarzenia, ktόre miały miejsce w jego życiu. "Czyżbym miał umrzeć?", zastanawiał się, ale nawet w chwilach bόlu, przeszywającego go do szpiku kości, nie chciał rozstawać się z życiem. Pot ściekał mu z czoła i piekł w oczy. Stary Kostarykanin zgodnie z daną Jimmy'emu obietnicą zaglądał co dzień rano i wieczorem przez okno do chaty. Nie interweniował. Wiedział, że ten zepsuty dobrobytem Amerykanin sam będzie musiał pokonać własne słabości, żeby stać się mężczyzną i nie załamywać się już więcej byle niepowodzeniem, śmiało stawiać czoła przeciwnościom losu i wspierać swoim ramieniem tą jedyną, wybraną na całe życie kobietę. Jego zdaniem prawdziwy mężczyzna nie brał takiego świństwa, żeby się wyluzować, to było dobre tylko dla mięczakόw. "Po całym dniu ciężkiej pracy prawdziwy mężczyzna, co najwyżej, zapala aromatyczne cygaro", stwierdził, po czym wyjął z ust grube cygaro i obracając je ostrożnie między palcami uważnie mu się ze wszystkich stron przyglądał.

Powoli, okropnie powoli mięśnie Oscara stawały się giętkie i ustępował bόl w kościach i stawach. Ciałem nie wstrząsały już skurcze i powracała mu przejrzystość umysłu. Tego ranka obudziło go wschodzące słońce. Promienie słoneczne nieomal go oślepiły. Usiadł na łόżku i wziął głęboki oddech. Przebudził się, dosłownie i w przenośni. Zacisnął rękę w pięść, aby sprawdzić, czy powrόciła mu siła. Ręka posłusznie wykonała jego polecenie. Zacisnął tak mocno jak tylko potrafił. Mięśnie napięły się, aż na wierzch wyszły grube niczym powrozy żyły. Nie czuł żadnego bόlu. Czuł się o wiele lepiej niż na haju. Był czysty. Wybiegł z chaty.

Na plaży zrzucił z siebie przepocone ubranie i wskoczył nago do wody. "Nie do wiary! O, Boże, nie do wiary!", pomyślał pluskając się w wodzie. Pływał, nurkował, nabierał kryształowo czystą wodę do ust. Po raz pierwszy poczuł się panem samego siebie. Nie musiał odmierzać czasu wstrzyknięciami jak przez ostatnie lata. Wyszedł na brzeg niczym nowonarodzony, ktόry przyjął pierwszy chrzest. Chociaż zwiedził prawie cały świat, dopiero teraz uzmysłowił sobie, jaki świat może być piękny. Był pewny co do tego, że warto było żyć. Wyjadł za jednym zamachem wszystkie zapasy żywnościowe, po czym powędrował pieszo do wioski, żeby zrobić zakupy. Gdy wieczorem siedzieli przy ognisku, stary Kostarykanin podszedł do niego i poklepał go po ramieniu. Po trzech miesiącach żywienia się pieczonymi rybami i bananami oraz  robienia codziennych, kilkukilometrowych, pieszych wędrόwek wzdłuż wybrzeża, Oscar powrόcił do Los Angeles, odtruty i silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Pomagając Joe przy usuwaniu chorych lub złamanych drzew z lasu nabrał tężyzny fizycznej. Nie tylko zmężniał, ale i wydoroślał.

Rozdział 9

Pierwszy dzień po powrocie był najtrudniejszy. Oscarowi ciężko było spojrzeć kolegom prosto w oczy po tym wszystkim, co się wydarzyło i zacząć od nowa. Brakowało im dawnego entuzjazmu. Oscar przekonywał ich, żeby zrobili nowy album i uczcili nim pamięć Daniela. Był absolutnie pewny, że ich przyjaciel okrutnie cierpiałby, gdyby ich grupa rozpadła się. Wierzył, że muzyka, ktόra kiedyś ich połączyła teraz pomoże im przetrwać ten skomplikowany okres. Jimmy znalazł nowego menadżera. Chłopak pracował wcześniej jako prezenter muzycznego kanału telewizyjnego. Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia, ale dobrze patrzyło mu z oczu i miał układy w show-biznesie. Był istnym przeciwieństwem swojego poprzednika. Oscar nie zgodził się, żeby przyjęli do grupy nowego muzyka na miejsce Daniela. "Jeżeli nie on, to nikt inny. Daniel był jedyny na całym świecie, niepowtarzalny", powiedział stanowczo. Zastąpienie przyjaciela oznaczało w jego mniemaniu zdradę. Tak więc od tego momentu L.A. Jailbirds istniało w składzie czteroosobowym: wokalista Oscar, Snake na gitarze basowej, Bryan na gitarze i Jimmy na perkusji. O dziewiątej rano przekraczali prόg studia, aby wspόlnie tworzyć muzykę. Opuszczali je po dziesięciu, a czasem nawet dwunastu godzinach, bo szkoda im było przerywać, gdy akurat mieli dobrą passę. Bardzo osobiste teksty, mόwiące o ich tragicznych przeżyciach, Oscar napisał podczas pobytu na Kostaryce. Mistyka tworzenia muzyki pojednała ich. Niestety negatywne wzmianki prasowe i telewizyjne nie kazały długo czekać na swoje efekty. Wiele stacji radiowych odmόwiło nadawania ich utworόw. Po przyznaniu się Oscara do zażywania w jednym z wywiadόw zostali napiętnowani. Inni artyści zażywali i byli wychwalani, bo robili to ukradkiem, ich bojkotowano, bo odważyli się na szczerość. Na własnej skόrze mogli przekonać się o szerzącej się hipokryzji. Nastały przykre czasy dla zespołu i gdyby nie wierni fani rozproszeni po całym świecie, ich los byłby być może przesądzony. Oscar zaproponował, żeby odejść od funkowego brzmienia w kierunku melodyjnego rocka, ktόry bardziej pasował do ich nowego oblicza i tekstόw o życiowej prawdzie. Nowe brzmienie dodało im sił i wiary w siebie. Dotychczas obecni w tle gitarzyści wysunęli się na pierwszy plan z partiami solowymi brzmiącymi raz romantycznie, innym razem dziko i agresywnie. Oscar nie miał problemόw z głosem, ani z utrzymaniem melodii, co często zdarzało mu się podczas używania heroiny. Jego głos brzmiał głęboko i czysto. Znaczną część pieniędzy zainwestowali w nowy teledysk, promujący ich numer tytułowy. Snake, zagorzały wielbiciel komiksόw, wpadł na pomysł, żeby połączyć ujęcia filmowe z elementami filmu rysunkowego i komputerowej animacji. W ten sposób powstały rysunkowe postacie Oscara, Snake’a, Bryana i Jimmy’ego. Sukces całej czwόrki zależał teraz od powodzenia ich powrotu na scenę. Po pόł roku czwarty album był gotowy. Byli zadowoleni z efektu, ale to nigdy nie dawało pewności co do tego, jak zareagują fani i czy ludziom będzie podobało się ich nowe CD. Oscar po powrocie zamieszkał w apartamencie Jimmy’ego. Po prostu nie miał gdzie się podziać. Nikt nie chciał udzielić im kredytu, więc sprzedał wszystko, co mu pozostało, żeby sfinansować nowy projekt. On wplątał ich w bagno i on musiał ich z tego wyciągnąć, tak rozumował. Osobiste rzeczy Oscara plątały się po całym mieszkaniu Jimmy'ego. Był z niego niewiarygodny wprost bałaganiarz. Ubrania na oparciach krzeseł, kasety, papiery, zdjęcia porozrzucane po stołach, pamiątki z podrόży w przeogromnych pudłach w rogu pokoju, niedomknięta lodόwka i urwany kawałek obeschniętej pizzy na obrzeżu wanny.

- Stary, na co ci te wszystkie klamoty? - zapytał Jimmy. Oscar nie mόgł zrozumieć, dlaczego Jimmy zadaje tak oczywiste pytania.

- To wszystko wspomnienia. Najlepsze momenty z mojego życia tkwią w tym pudle - wyjaśnił.

- Może jeszcze masz pierwsze krόtkie spodenki i strzały do łuku?

- Gdybym poszukał, na pewno coś by się znalazło. Łuk miałem, bo bawiłem się w Winnetou, a jeżeli chodzi o krόtkie spodenki …  Hym, już wtedy wolałem bez.

Jimmy uśmiechnął się, nie od dzisiaj wiedział, że Oscara nie peszyła własna nagość.

- Tylko nie, jak będzie Annikafiore. Chyba nie będziesz robił mi konkurencji?

- Coś ty, tylko same dobre rzeczy będę jej o tobie opowiadał od rana do wieczora.

Pani Zosia miała teraz dziesięć razy więcej pracy co dawniej, ale pomimo tego bardzo lubiła Oscara. Rzeczywiście, trudno było go nie lubić i nie ulec jego osobistemu urokowi. Zawsze w dobrym humorze, wesoły i skory do żartόw. Jego chłopięcy urok podobał się dziewczynom i dorosłym kobietom. Jednak była to tylko zewnętrzna powłoka. W głębi duszy i jego nękały lęki, zmartwienia i niepewność. Raz zdradzony już nigdy nie wybaczał i bez pardonu potrafił odmόwić. Stres związany z wydaniem albumu rozładowywał spijając zapas bourbona i udając się na długie spacery ze Snowballem, białym owczarkiem kanadyjskim. Najczęściej wracał ze spacerów z jakąś dziewczyną. Po wspόlnie spędzonej nocy okazywało się jednak, że ani on nie odpowiadał jej, ani ona nie odpowiadała jemu, więc rozstawali się bez żalu jeszcze przed nastaniem południa. Oscar nawet nie spostrzegł, jak wplątał się w wir erotycznych przygόd, wypełniając nimi pustkę pozostałą po heroinie.

Snake wściekł się na Jimmy'ego, gdy ten oznajmił, że nie będzie obecny na uroczystości związanej z wydaniem ich nowego albumu, bo zamierza zrobić Annikafiore niespodziankę i być obecny na jej rozdaniu dyplomόw. Obydwie uroczystości dość niefortunnie dla Jimmy'ego miały miejsce w tym samym dniu. Był taki dumny ze swojej dziewczyny. Jemu udało się zaliczyć niecałe dwa lata szkoły policyjnej, po czym zrezygnował na rzecz muzyki. Gdyby Annikafiore była w pobliżu, wtedy Snake niewątpliwie rozszarpałby ją na sto jeden kawałkόw, a tak tylko przetrącił na kolanie gitarę i z całej siły rzucił przed siebie. Powirowała w powietrzu i roztrzaskała się o podłogę w studio. Snake zawsze był taki, w gorącej wodzie kąpany. Z reguły, kiedy mu przeszło, żałował tego, co zrobił, ale teraz nic nie było w stanie go ochłodzić. Kopnął w perkusję Jimmy'ego i wyszedł. Oscar pobiegł za nim. Jimmy nie mόgł zrozumieć jego zachowania. Oczywiście, że uważał, iż lepiej byłoby, gdyby wszyscy byli obecni na promocji albumu, ale dla Jimmy'ego liczyły się też inne sprawy. "Czyżby Snake wymagał ode mnie, żebym zrezygnował nawet ze swojej ukochanej dziewczyny?", zastanawiał się. Do apartamentu wrόcili w milczeniu. Przez całą drogę Jimmy rozmyślał nad  rozwiązaniem tej skomplikowanej sytuacji. Wziął książkę telefoniczną i zadzwonił do informacji lotnicznej. Razem ze stewardesą obliczali czas przelotu i rόżnicę czasową między L.A. i Sztokholmem. Ostatecznie wyszło na to, że może spędzić z Annikafiore trzy godziny, po czym musi wracać, jeżeli chce być obecny na wieczornej promocji płyty w Nowym Jorku. "To lepsze niż nic", pomyślał i wykupił bilet. Popatrzył w lustro przyglądając się uważnie swojemu odbiciu. Własny wygląd nie przypadł mu do gustu. Absolutnie nie pasował na uroczystość wręczenia dyplomόw. Nie chciał wprawić Annikafiore w zakłopotanie swoim ekscentrycznym obliczem. Doszedł do wniosku, że nie musiał zawsze i wszędzie szokować. Skierował swoje kroki prosto do salonu fryzjerskiego, dredy znudziły mu się już jakiś czas temu. Kazał bardzo krόtko obciąć swoje włosy. Po powrocie wziął prysznic i spakował kilka rzeczy na drogę. Był mistrzem w pakowaniu się. Z zadowoleniem spoglądał teraz w lustro. Za dwie godziny odlatywał jego samolot. Oscar gdzieś się ulotnił nic nie mόwiąc. "Może to i dobrze", pomyślał Jimmy, bo nie był pewny, jak ten zareagowałby na zmianę w jego wyglądzie. Nie wiedział, że Oscar też postanowił zmienić co nieco w swoim wizerunku. Rozstał się z długimi włosami. Krόtko obcięte kazał rozjaśnić na platynowy blond. Lubił eksperymentować. Często popadał przy tym z jednej skrajności w drugą. Resztę dnia spędził w siłowni. Wysportowana sylwetka o wyraźnie zarysowanej muskulaturze była dla niego powodem do satysfakcji oraz czule łechtała jego męską dumę. Mięśnie i tatuaże zdobiące jego ciało miały za zadanie odwrόcić uwagę od jego niskiego wzrostu. Miał na tym punkcie kompleks niższości, dosłownie i w przenośni. Dobrze wiedział, że szczegόlnie dziewczyny leciały nie tylko na ich muzykę i sławę, ale rόwnież zwracały szczegόlną uwagę na atrakcyjność fizyczną. Snake zmienił po raz setny kolor swoich gęstych, kręconych włosόw. Tym razem na zielony, żeby było śmieszniej. Bryan kupił nową gitarę do swojej kolekcji. W sklepie długo jej się przyglądał i dotykał tak, jakby była ciałem przepięknej kobiety. Ciemno szafirowa, błyszcząca gitara kojarzyła mu się z tajemniczymi oczami dziewczyny Jimmy'ego. Nie wariował na punkcie swojego wyglądu, akceptował siebie takim jakim był. W show-biznesie wygląd był połową sukcesu, ale dla nich zawsze na pierwszym miejscu liczyła się muzyka i tylko muzyka.

  

Rozdział 10

Uroczystość wręczania dyplomów już się rozpoczęła, kiedy wreszcie przybył na miejsce. Stanął z tyłu auli i oparł się o jeden z filarόw. Szukał Annikafiore wśrόd innych absolwentόw. Nie spuszczał z niej wzroku, gdy wreszcie ją dojrzał. Brigitta machinalnie odwrόciła się do tyłu. Szturchnęła Annikafiore w ramię. Nie mogły uwierzyć, że przyjechał. Jego niebieskooka dziewczyna nie umiałaby powiedzieć, co wywarło na niej większe wrażenie: jego przybycie czy zmiana w wyglądzie. Wyrόżniał się nie tylko kolorem skόry, ale także wysoką i wysportowaną sylwetką. W garniturze wydawał jej się szalenie przystojny. Gdyby nie to, że Annikafiore już była w nim zakochana, to mogłaby zakochać się w nim po raz drugi. Uśmiechnęła się do niego. Kiedy wywołano jej nazwisko odebrała z rąk rektora dyplom z wyrόżnieniem. Po gratulacjach nie wrόciła na swoje miejsce, ale podeszła do Jimmy'ego. Blask w jej oczach i lekki uśmiech na jej twarzy ponownie oczarowały go. Objął  ją jednym ramieniem i przycisnął do siebie. W drugiej ręce trzymał bukiet czerwonych rόż. Przyleciały razem z nim z Ameryki. Nie wiedział, jakie kwiaty lubi. Rόże wydawały mu się najpiękniejsze.

- Moja mała dziewczyna jest już dorosłą  i poważną panią magister. Tak się cieszę.

- Przyjechałeś. A mόwiłeś, że chyba nie dasz rady. Do samego końca mnie zwodziłeś.

- Chciałem zrobić ci małą niespodziankę, a poza tym - urwał w połowie zdania. Nie chciał psuć jej dobrego nastroju, w tak szczegόlnym dla niej dniu, opowieścią o wszystkich perypetiach, ktόre musiał pokonać, aby być przy niej.

- Jeszcze nie mogę w to uwierzyć, że tu jesteś - powiedziała i figlarnie uszczypnęła go.

- Aj, to taka jest twoja wdzięczność? A ja mam dla ciebie jeszcze coś - powiedział, bo w tej właśnie chwili przypomniało mu się o kwiatach.

-Dla mnie? Hym, są piękne - powiedziała trochę zawstydzona. Po czym uszczypnęła go jeszcze raz w to samo miejsce, robiąc przy tym bardzo poważną minę.

- Nie czas na żarty. Twoja przyjaciόłka odbiera dyplom - powiedział odwracając ją twarzą do sceny i opierając jej plecy o siebie.

Rafael zauważył, że Annikafiore nie wrόciła na swoje miejsce, ale przeszła na koniec sali. Odwrόcił głowę. Na własne oczy zobaczył, jak jakiś rocker obejmuje czule jego ukochaną dziewczynę. Dopiero w tym momencie stało się dla niego jasne, że utracił ją na zawsze. Dostał wypiekόw na twarzy. Pękało mu serce. Mόgłby wyć z bόlu i ze złości. Bezsilność doprowadzała go do pasji, krew bulgotała w żyłach. Nic nie słyszał i nic poza nimi nie widział, zatracił całkowicie kontakt z rzeczywistością. Myśli wirowały w jego głowie, a przed oczami pojawiły się czarne płatki, zwiastun nieuchronnie zbliżającego się napadu migreny. Otarł ręką pot z czoła i przymrużył oczy. Światło raziło go dotkliwie. Poddał się. Nagle wszystko stało się dla niego obojętne. Annikafiore spostrzegła jego martwy wzrok utkwiony w nich obojgu. Spuściła głowę i lekko odsunęła się od Jimmy'ego Było jej smutno z powodu Rafaela. Jimmy imponował jej pod wieloma względami, podczas gdy Rafael cały czas zastanawiał się, czym taki brutalny prostak mόgł jej zaimponować w porόwnaniu z nim. Opadł na fotel. "Żeby tylko była z nim bardziej szczęśliwa niż byłaby ze mną ", pomyślał. Wciąż ją ubόstwiał i nie byłby w stanie pogodzić się z myślą, że byłaby nieszczęśliwa. Na zawsze pozostawiła niezapomniane uczucie w jego sercu. Ona, jego niedoszła żona, niedoszła matka ich dzieci. Zamknął oczy, pragnął utrwalić w pamięci jej wygląd. Annikafiore odetchnęła, gdy Rafael wreszcie przestał się w nią wpatrywać. Podniosła do gόry bukiet rόż. Ich delikatny zapach przyniόsł jej ukojenie. Ukryła w nim twarz i zaczekała, aż dwie duże łzy wypłynęły z jej oczu i niby krople porannej rosy osiadły na czerwonych płatkach. Po uroczystości pozostało im tak niewiele czasu. Przespacerowali się po parku i wstąpili do małej kawiarenki na kawę i jej ulubione ciastko z masą śmietankowo-maślano-migdałową. Nie umiała dać Jimmy'emu jednoznacznej odpowiedzi, gdy poprosił, żeby pojechała razem z nim do Ameryki, pomimo że w domu zapowiedziała, że jak tylko skończy studia, to zaraz wyjeżdża. Niespodziewanie zaoferowano jej pracę naukową na uczelni, czyli to o czym marzył każdy dobry student. Wyczuł jej niezdecydowanie i przygnębienie. Był przekonany, że jej starzy nie chcą jej puścić.

- Będę się o ciebie troszczyć- powiedział poważnie.

- Wiem - odpowiedziała nie patrząc na niego. Podparła brodę o lewą ręką i zamyśliła się głęboko.

- Twoi starzy naprawdę mogą mi zaufać.

- Wiem.

- Będziesz mogła ich odwiedzić, kiedy tylko zechcesz.

- Wiem.

- Może w Kalifornii znajdziesz dla siebie jakieś ciekawe zajęcie na jednym z wielu uniwersytetόw lub placόwek naukowych?

- Wiem - powtόrzyła kolejny raz to samo słowo bezbarwnym głosem.

- Kocham cię - powiedział trzymając jej dłoń w swojej i patrząc jej prosto w oczy. Za wszelką cenę chciał ją przekonać. Tęsknił i czekał na nią. Był wierny i nie skorzystał z żadnej łόżkowej propozycji, ktόrych mu nie brakowało. Marzył o Annikafiore, o niej śnił i fantazjował. Nie udało mu się rozwiać wszystkich jej wątpliwości. Nie wiedziała, jak powinna postąpić, co wybrać, a z czego zrezygnować, bo nie mogła mieć obu rzeczy na raz.

Matce Annikafiore spodobała się zmiana w wyglądzie Jimmy'ego oraz fakt, że przyjechał na uroczystość wręczenia dyplomów. Pozostawiła córce wolny wybόr. Zaczytana w "Tristanie i Izoldzie", "Romeo i Julii" oraz "Wojnie i pokoju", idealizowała i uromantyczniała ich związek.

Natomiast Brigitta patrzyła trzeźwo na całą tą sprawę.

- Annikafiore, kogo ty właściwie kochasz? - zapytała przyjaciόłkę bez owijania w bawełnę.

- Jak to kogo? - Annikafiore nie zrozumiała, o co jej chodziło.

- Byłaś z Rafaelem. Podkochiwałaś się w tym idiocie Oskarze. Zawsze tylko Oscar to, Oscar tamto, Oscar przed, Oscar po. A teraz jesteś z Jimmy'm. Czy ty go kochasz? Czy chcesz być z nim tylko dlatego, żeby być bliżej Oscara? Nie łam chłopakowi serca.

- Wiele rzeczy podoba mi się w Jimmy'm. Jest taki dojrzały emocjonalnie i opiekuńczy. Pod tym względem Oscar nie dorasta mu do pięt. Poza tym Oscar nie planuje na razie żadnej poważniejszej znajomości, z nikim. Tym niemniej jest coś takiego w jego głosie, jego zachowaniu, jego osobie, co sprawia, że kiedy go widzę, to doznaję w środku jakiegoś dziwnego, niemożliwego do opisania słowami uczucia. Działa na mnie elektryzująco. Mόwiąc to zaśmiała się sama z siebie.

- Czy wiesz, że Rafael prawie popłakał się, gdy was razem zobaczył?

- Nie. Naprawdę?

- Tak. Zawsze bardzo cię lubił i był na każde twoje skinienie.

- Brigitta, to co ja mam teraz zrobić?

- Nie rozkochiwać w sobie faceta tylko po to, żeby go potem porzucić dla innego. Wbrew upodobaniu do supermodnych i wyzywających ubrań, Brigitta miała bardzo konserwatywne podejście do spraw miłości i małżeństwa.

- Ja tego nie planowałam. Marzyłam o Oscarze, lecz los dał mi Jimmy'ego. Boże, co ja mam teraz zrobić?

- Hym - Brigitta westchnęła. - Nie mam dla ciebie gotowego rozwiązania - dodała i podała jej paczkę chusteczek higienicznych, bo Annikafiore rozpłakała się na całego.

Zaczęły dręczyć ją wyrzuty sumienia, tym bardziej, że matka i Ellinor w dalszym ciągu wychwalały Rafaela, natomiast niezbyt wiele dobrego mogły powiedzieć o Jimmy'm. Artykuły w czasopismach  muzycznych dotyczące ich stylu były bardzo obiecujące, ale wzmianki o ich scenicznych i poza scenicznych wybrykach mogły przyprawić jej rodzicόw o zawał serca. "Będziesz głupia, jeżeli pojedziesz za nim w świat", nieustannie powtarzała Ellinor. Lecz Annikafiore, pomimo ostrzeżeń, nic nikomu nie mόwiąc, zrezygnowała z  propozycji pracy naukowej i jeszcze tego samego dnia zaczęła przeglądać swoje szpargały pod kątem tego, co zabierze z sobą do Ameryki.

Po studiach Brigitta podjęła pracę w jednej ze sztokholmskich aptek. Za nic w świecie nie chciała wracać do spokojnego, rodzinnego miasteczka, w ktόrym, jej zdaniem, nigdy nic się nie działo. Wynajęła małe mieszkanko i urządziła je nowoczesnymi i tanimi meblami z sieciówki.

 

Rozdział 11

Jimmy przyleciał na czas do Nowego Jorku. Odczuwał jednak negatywne skutki braku snu, pomimo że udało mu się na kilka godzin zdrzemnąć w samolocie. Prosto z lotniska wziął taksόwkę do centrum radiowego, w ktόrym odbywała się prezentacja ich nowego krążka. Chłopcy już tam byli. Wypił dwa kubki gorzkiej, lurowatej kawy z automatu. Snake dowiedział się od Oscara, że Jimmy będzie obecny na promocji. Nie interesowało go, jak pogodził ze sobą te dwie sprawy. Był szczęśliwy, że byli obecni w komplecie. On nie dopasowywał rozkładu zajęć do potrzeb cόrki. Co więcej, nawet mało kto wiedział o jej istnieniu. Pomijając fakt, że gdy między nim i Ann zaczęło się psuć, zabierał Lilly-Rose ze sobą i mała spędzała długie dni w studio ze słuchawkami na głowie, pod czujnym okiem jednego z technikόw dźwięku, zaś on mόgł skoncentrować się na grze. Potem podrzucił ją swojej babce. Wiedział, że u niej będzie bezpieczna. Jemu też przez długie lata matkowała, zanim jako nastolatek zdecydował się opuścić raz na zawsze dom i rozpocząć życie na własny rachunek. Stara kobieta żałowała, że nie ma lepszego zdrowia i więcej siły. Szkoda jej było małej Lilly-Rose oraz Snake'a i Ann, ktόrych związek, choć powstały z wielkiej miłości, nie wytrzymał prόby czasu. Lilly-Rose kochana przez prababcię, nie mogła pozbyć się pragnienia, żeby tak samo jak jej koleżanki móc chodzić na zakupy z młodą, ładną mamą. Jej ukochana prababcia nie była już ani młoda, ani ładna, a z domu wychodziła tylko wtedy, kiedy naprawdę musiała coś załatwić. Lilly-Rose nie marzyła, jak jej rόwieśniczki, o nowej lalce, ani o wakacjach na Florydzie, ktόrymi mogłaby pochwalić się w szkole. Fantazjowała, że mieszkają razem z matką, że Snake każdego wieczoru wraca po pracy do domu, jak ojcowie jej przyjaciόłek, albo że pewnego dnia przyprowadza do domu nową mamę. Nadawała jej wygląd znanej spikerki telewizyjnej albo swojej ulubionej nauczycielki, czy zawsze dla niej uprzejmej ekspedientki ze sklepu, a potem w jej marzeniach szli w trόjkę na długi spacer zakończony podwόjną porcją lodόw waniliowo-truskawkowych, ktόre najbardziej lubiła. Posiadanie matki stało się dla niej w pewnym sensie obsesją. Całymi popołudniami mogła siedzieć w ogrόdku z zamkniętymi oczami i myśleć jak mogłoby być, ale nie było.

- Zaczynamy! Na scenę!

Ostro wypowiedziane słowa Oscara wyrwały Snake'a z zamyślenia. Chwycił swoją gitarę basową i jak gdyby nigdy nic się nie stało, pełny energii pobiegł za innymi. Światła telewizyjnych reflektorόw, oślepiające błyski fleszόw, oklaski, piski i krzyki podekscytowanej publiczności. Po  ponad rocznej przerwie znowu stali w centrum zainteresowania. Zagrali trzy numery z nowego albumu. Te, ktόre Oscar uznał za najlepsze. Nie był to łatwy wybόr, albowien ze wszystkimi był związany uczuciowo. Jego głos brzmiał jednocześnie mocno i czule. Głos niepowtarzalny i nie możliwy do naśladowania. Piosenki zostały entuzjastycznie przyjęte przez widownię i krytykόw. Zawsze bardzo dobrze brzmieli na żywo, czego nie można było powiedzieć o wielu, wielu innych zespołach i artystach, sztucznie sfabrykowanych przez jakiegoś menadżera lub wyłonionych podczas jakiegoś plebiscytu na idola. Ich żywiołowość, entuzjazm i wzajemne zgranie podbijały serca fanόw. Dziennikarze zarzucili ich ogromem pytań. Najtrudniejsze były te, ktόre dotyczyły przeszłości i Daniela. Wrodzona pewność siebie i spora porcja sprytu pomogły Oscarowi szczęśliwie przez nie przebrnąć. Jimmy, w czarnym kapeluszu na głowie, nie wtrącał się do rozmowy. Wiedział, że wygadany Oscar świetnie poradzi sobie bez jego pomocy. Zawsze naśmiewali się, że rόwnie dobrze mόgłby zostać politykiem. Snake, z żartobliwą seledynową czupryną i nowym tatuażem pokrywającym gόrną część jego plecόw, potakiwał i od czasu do czasu dorzucał coś do odpowiedzi lidera. Po zagraniu pierwszego utworu zrzucił z siebie koszulę. Ubranie krępowało mu ruchy ciała. Założenie krawata było dla niego prawdziwą torturą. Miał uczucie, że się w nim dusi. Oscar także szybko rozbierał się na scenie, ale jemu było po prostu za gorąco. Intensywne ruchy ciała nieco w stylu kung-fu wyzwalały w nim ogrom energii cieplnej, niczym łańcuchowa reakcja chemiczna w reaktorze atomowym. Także jego plecy zdobił od pewnego czasu imponujący tatuaż. Za dwa tygodnie leciał ponownie do Amsterdamu, żeby tatuaż został ostatecznie dokończony. Wykonanie go kosztowało kilka sesji. Prawdziwą sensacją okazało się jednak skrόcenie i rozjaśnienie na platynowy blond jego ciemnych z natury włosόw. Jedni fani od razu pokochali nowy wygląd, inni opłakiwali stratę długich do pasa włosόw falujących w rytm muzyki funk rockowej i seksownie opadających na jego nagie plecy. Snake ignorował Jimmy'ego, ale udany wieczόr wprawił go w tak dobry humor, że pod koniec programu podszedł do niego i objął wyższego o pόł głowy od siebie Jimmy'ego ramieniem. Nie musiał nic mόwić, bo rozumieli się bez słόw. Fani zauroczeni tym czułym gestem skandowali, choć nikt z nich nie wiedział, o co chodzi. Jimmy potarmosił seledynowe włosy kompana. Byli przyjaciόłmi i pragnęli, żeby już na zawsze tak pozostało. Jimmy nie był zły na Snake'a. W mgnieniu oka zapomniał o trudach podrόży i wszechogarniającym zmęczeniu, ktόre coraz bardziej dawało mu o sobie znać, pomimo kilku kubków czarnej kawy, ktόre wypił.

Po promocji w Nowy Jorku nastąpił szereg wystąpień w innych dużych miastach. Codziennie przelatywali z jednego miasta do drugiego, przemierzając USA z jednego końca w drugi. Za każdym razem byli gdzie indziej. Nowy hotel, nowi ludzie i tylko wszędzie takie samo było serwowane jedzenie. Niekończące się pasma wywiadόw, pytanie i odpowiedź, pytanie i odpowiedź, i tak w kόłko, zamknięci w pokoju hotelowym przez kilkanaście godzin dziennie. Nowy dziennikarz, ale prawie takie same pytania, tylko trochę inaczej sformułowane, istny koszmar, ale wieczorem koncert, czyli to co naprawdę lubili i pragnęli robić w życiu.

Jimmy nie zapomniał o Annikafiore, telefonował. Nie pisał, bo nie umiał pisać listόw, a poza tym wszystko zmieniało się tak szybko, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Zdecydowała się przyjechać do niego na wakacje. Układał plany, gdzie pόjdą, co zobaczą i jak to pogodzić z terminarzem występόw. Siedząc w samolocie zamykał oczy i w myślach malował z pamięci jej wizerunek, delikatną twarz i drobną postać. Przez przypadek dowiedział się, że  chłopcy pod jego nieobecność nazywają ją Poppy, bo tak właśnie przy nim, wysokim i silnie zbudowanym, czarnym mężczyźnie wyglądała: piękna i krucha niczym pozłotka - kalifornijski maczek.

Po serii promocyjnych występόw mieli kilkanaście dni przerwy, po czym rozpoczynali objazd po rodzinnej Kalifornii. Latem brali też udział w licznie organizowanych w tym czasie festiwalach rockowych, występując przed tysiącami młodych ludzi. Nowy album podobał się nie tylko publiczności, ktόra znała ich zespόł. Nowe brzmienie, z gitarowymi popisami rockowymi na najwyższym poziomie, pozyskało im rzesze nowych fanόw na całym świecie. Odejście od funk rock bardziej w kierunku pop rock okazało się strzałem w dziesiątkę. Ostatecznie dwa numery z albumu zajęły dwa miejsca w gorącej dziesiątce Billboardu, a dwa inne były znalazły się w drugiej i trzeciej dziesiątce. Utrzymując się od kilku do nawet kilkunastu tygodni. Stanowiło to prawdziwy sukces na rynku muzycznym. W pewnym momencie nie mieli sobie rόwnych. Płyta uzyskała bez problemu status platynowej. Ich przeboje znali i nucili ludzie od szόstego do sześćdziesiątego roku życia. Nawet ambitny Oscar nie przypuszczał, że uda mu się osiągnąć sukces na tak szeroką skalę. W ten oszałamiający sposόb rozpoczął się nowy etap w karierze ich czteroosobowej grupy rockowej. Cień Daniela był zauważalny w tekstach Oscara, mόwiących o braterstwie dusz, przyjaźni, poszukiwaniu sensu życia i rozterkach młodego wieku, a także o negatywnych skutkach komercjalizacji dla ludzi i kuli ziemskiej. Dni wypełnione były od wczesnego ranka do pόźnych godzin nocnych. Notorycznie brakowało im czasu na sen, nie wspominając już o innych rzeczach. Ćwiczyli i grali, przemieszczając się z miejsca na miejsce prywatnym jetem lub specjalnym autobusem w zależności od odległości. Wirowali w szaleńczym tempie w muzycznym świecie biznesu. Urodzeni, żeby zabawiać innych, jak to określił Oscar w jednym z wywiadόw radiowych, nie umieliby żyć inaczej, przynajmniej nie teraz, gdy trwało ich własne pięć minut sławy. We wszechświecie istniejącym miliardy lat oznaczało to dokładnie tyle co nic. Osobisty asystent dbał, żeby ich garderoba była wygodna i urządzona na czas, według ich gustu, potrzeb i upodobań. Wszyscy chcieli ich u siebie gościć i oglądać. Był to przywilej bycia sławnym i bogatym. Właśnie wtedy, kiedy pięli się w gόrę po listach przebojόw Europy, obu Ameryk, Australii, Nowej Zelandii i Japonii, Oscar zrobił coś, czego sam nie mόgł do końca zrozumieć. Jego destruktywna połowa zawładnęła jego postępowaniem i po raz kolejny rzuciła cień na ich zespόł.

 

Rozdział 12

Walizki stały spakowane w holu. Annikafiore odliczała godziny do odlotu. Jak zwykle w sobotę kupiła kilka tygodnikόw, szukając informacji o L.A.Jailbirds. Była ciekawa co nowego o nich piszą. "Oscar Norton z L.A. Jailbirds obnaża się po koncercie w miasteczku uniwersyteckim przed nieletnią" - ten tytuł artykułu ukłuł ją w samo serce. "Jak on mόgł coś takiego zrobić i dlaczego, po co?", zastanawiała się. Obok zamieszczono jego zdjęcie z koncertu. Goły od pasa w gόrę, klęczy w pozycji imitującej stosunek seksualny. Nic dodać, nic ująć. Szybko schowała czasopisma pod stertą innych papierόw w ostatniej szufladzie biurka. Wstydziła się za Oscara i nie znajdowała odpowiedzi na swoje pytanie. Wiedziała, że Oscar lubił żarty z podtekstem erotycznym. "Czyżby zapomniał, że ta afera może zrujnować jego karierę?", rozmyślała czekając na telefon od Jimmy'ego. Nie śmiała zapytać go o ten najświeższy wybryk Oscara, a on nie rozmawiał tym razem o losach chłopcόw z grupy. Chciał wiedzieć, czy była gotowa do podrόży i jak jej starzy zareagowali na jego list i kwiaty, ktόre przesłał przez kuriera. Osobiście chciał ich zapewnić o swoich uczuciach do ich cόrki i Annikafiore musiała przyznać, że swoim gestem udobruchał nawet jej siostrę Ellinor, ktόra od tego momemtu najwyraźniej powstrzymywała się od złośliwych komentarzy i co najwyżej wzdychała. Wieczorem Annikafiore wrzuciła magazyny do zsypu. "Nie rozumiem muzykόw rockowych. Czy kiedykolwiek uda mi się ich zrozumieć? ", smutna zapytała w myślach samą siebie.

- Dlaczego to zrobiłeś? Oscar, do ciebie mόwię. Dlaczego? - zapytał Jimmy.

Nie był w stanie pojąć jego zachowania. Oscar był zły i agresywny. Dopiero co przebrnął przez kordon napierających na niego dziennikarzy, podstawiających mu pod sam nos swoje mikrofony. Czuł się jak osaczone zwierzę. Nie odpowiedział na zadane mu pytanie. Siedział bez ruchu. Snake stał na uboczu i nie wtrącał się. Sam miał na swoim koncie wiele podobnych wpadek, tyle tylko, że przeminęły bez rozgłosu, natomiast Oscar trafił na pierwsze strony gazet. Bryan siedział pod oknem. Nerwowo zginał i rozprostowywał palce u rąk. Bał się cokolwiek powiedzieć. Zawsze bał się Oscara, kiedy ten był w podłym nastroju.

- Oscar, czy ty mnie słyszysz? Dlaczego? - powtόrzył Jimmy, przybliżywszy się do niego.

- Gdybyś ją zobaczył, to nigdy byś nie uwierzył, że ma dopiero szesnaście lat. Wdzięczyła się. Dałbym jej przynajmniej ze dwadzieścia! Wyrzucił z siebie jednym tchem. Napiął mięśnie prawej ręki zwijając dłoń w pięść aż do bόlu. Utkwił wzrok na tatuażach i pogrubionych żyłach, pamiątce po wstrzyknięciach heroiny. Nie uważał się za winnego czynu lubieżnego. Nie mieściło mu się w głowie, że ta dziewczyna oskarżyła go o szok spowodowany widokiem jego nagiego penisa i zażądała odszkodowania. Zresztą nie był pewien, czy w ogόle go zobaczyła.

- Po prostu trochę opuściłem spodnie, aż ukazały się włosy łonowe i co w tym takiego złego? - zapytał rozumując po swojemu. -Jestem pewien, że widziała nagiego mężczyznę już nie raz i zapewne przespała się z chłopakiem już nie raz w swoim życiu - bronił się zaciekle.

Jimmy zdawał sobie sprawę, że niektόre małolaty przychodzące na ich koncerty z wyglądu bardziej przypominały początkujące aktorki porno niż nieśmiałe bohaterki z powieści Jane Austen. Narzucały się, bez skrępowania prezentując swoje kobiece wdzięki.

- Nie pomyślałeś, że możesz nie mieć racji? Jimmy, jak zawsze dżentelmen, stanął w obronie dziewczyny.

- Wiem, że jestem idiotą - skwitował i zapalił kolejnego papierosa. Po wielu nieudanych i krόtkotrwałych relacjach Oscarowi było wszystko jedno z kim pόjdzie na randkę, a potem do łόżka. Bez zastanowienia zaproponował, w niezbyt wyszukany sposόb, tej nastolatce jego zdaniem tylko z metryki, zrobienie tego w ciemnym korytarzu. Chciało mu się, a ona nie odstępowała go ani na krok.

- Zawiąż supeł na swoim nieposkromionym penisie, skoro nie masz nad nim władzy umysłowej! I nie usprawiedliwiaj się rozmiarem stanika, bo sam z siebie robisz błazna - skrytykował go Jimmy.

Oscar obruszył się na stwierdzenie Jimmy'ego. Bryan wybuchnął śmiechem, ale szybko zaprzestał, widząc wściekłe spojrzenie lidera. Nastała długa cisza. Jimmy podszedł do Oscara, chcąc poklepać go po plecach, lecz Oscar zrzucił jego rękę gwałtownym ruchem.

- Hej, stary jesteśmy z tobą. Teraz, zawsze, bez względu na wszystko - powiedział Jimmy.

Oscar zmiękł słysząc słowa wypowiedziane przez przyjaciela. Kiedy ten po raz drugi objął go swoim ramieniem, już się nie przeciwstawiał. Jak gdyby na potwierdzenie tych słόw, także Snake i Bryan podeszli do Oscara. Stał otoczony grupą kompanόw na śmierć i życie. Wbił wzrok w ziemię. Wybaczyli mu. Po raz kolejny wybaczyli mu. Zrozumiał, że byli razem na dobre i na złe. Podniόsł głowę i posłał im swόj szelmowski uśmiech. Na znak zgody uścisnęli wzajemnie swoje ręce. Na myśl przyszły Oscarowi słowa piosenki jednego z ich ulubionych zespołόw, Queenu: "Friends will be friends, right to the end".  Jimmy zmierzwił kosmyki jego rozjaśnionych na blond włosόw.

-Kiedy ty wreszcie wydoroślejesz? - zapytał go niczym starszy brat młodszego brata.

Za radą menadżera Oscar zaczął codziennie uczęszczać na siłownię. Kupił też rόżne przyrządy i zabierał je ze sobą w trasę, gdy byli w rozjazdach. Każdą wolną chwilę wykorzystywał na ćwiczenia. Nazywali go zapaleńcem, bo trenował jak oszalały. Znajdował zadowolenie oglądając w lustrze silnie umięśnione ciało. Tatuaże na wyraźnie zarysowanych bicepsach prezentowały się o wiele lepiej niż poprzednio. Od czasu do czasu Oscar potajemnie wspomagał swόj wysiłek zastrzykiem testosteronu dla zwiększenia efektu. Jimmy ograniczał się do regularnego korzystania z basenu. Dużo pływał już od najwcześniejszych lat i wielokrotnie brał udział w międzyszkolnych zawodach, po ktόrych często wracał z medalem. Jego ciało było mocne i dobrze umięśnione, ale bez zbędnej przesady. Snake rzadko zaglądał na salę gimnastyczną, jeżeli już, to głόwnie, żeby pokibicować innym. Wolał wykorzystać wolny czas na granie z muzykami jazzowymi. Bryana sport w ogόle nie interesował. W szklonych zawodach zawsze zajmował ostatnie miejsce, stając się pośmiewiskiem dla innych. Jego ojciec rozpaczał, że Bryan nie był atletycznie zbudowany jak synowie sąsiadόw. "Sport wyczynowy wcale nie jest taki zdrowy, zauważcie proszę, ilu sportowcόw umiera w bardzo młodym wieku", tym stwierdzeniem matka Bryana zawsze łagodziła całą sprawę.

Nagrali dwa teledyski do dwόch pierwszych singli z nowego albumu. I byli w trakcie filmowania trzeciego. Oscar tryskał energią i zarażał nią pozostałych członkόw zespołu. Był pełen entuzjazmu. Liczyła się muzyka i zespόł. Po zapłaceniu odszkodowania tej dziewczynie był znowu wolnym człowiekim. Na szczęście sprawa samoistnie przycichła, ustępując miejsca nowym, bardziej szokującym skandalom, ktόrych dopuścili się inni artyści i celebryci. Na scenie zapominali o wszystkich niedogodnościach, dając z siebie wszystko. Młodzi, zdrowi, w sile wieku podbijali świat, promując nowe CD. Posypał się deszcz nagrόd i wyrόżnień, a ich konta szybko zapełniały się kolejnymi zerami.

 

 

Link do drugiej części powieści

Link do trzeciej części powieści

Podobne artykuły


10
komentarze: 154 | wyświetlenia: 684
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 978
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 1122
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 926
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 936
9
komentarze: 617 | wyświetlenia: 635
9
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1365
9
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1501
9
komentarze: 1 | wyświetlenia: 199
8
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1462
8
komentarze: 4 | wyświetlenia: 478
7
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1116
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 503
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 588
294
komentarze: 62 | wyświetlenia: 104182
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska