Login lub e-mail Hasło   

Wampir

Hussair zaczął pisać to opowiadanie, niestety, zagryzł go wampir, więc ja musiałam je skończyć :-)
Wyświetlenia: 1.552 Zamieszczono 23/10/2011

Zacząłem wchodzić po schodach. Mieszkałem na ostatnim piętrze kamienicy - wciąż tkwiły w niej dwie bomby z 1939, pozostawiono je jednak jako skarb narodowy i jedyny rzeczywisty wspornik konstrukcji - dlatego nie byłem skłonny wychodzić po zakupy sześć razy dziennie.
Dwa-trzy - to jeszcze miało sens. Joggingowy.
By oddalić od siebie ryzyko sześciokrotnego zejścia do sklepu mieszczącego się w suterenie kamienicy, a należącego do pruskobokobrodatego pana Szwindla-Johanna, wprowadziłem pewne procedury. Otóż schodząc w dół, powtarzałem sobie głośno listę zakupów, wchodząc zaś z powrotem... robiłem to samo. Po prostu sprawdzałem, czy niczego nie zapomniałem.
Co miało sens.
Po pierwsze - unikałem wielokrotnej wspinaczki, a w życiu nie zdobyłem góry większej od śnieżnej zaspy na dziedzińcu.
Po drugie - nie było szczególnie miło wysłuchiwać piosenek Hitlerjugend, które pan Szwindel-Johann śpiewał od świtu do zmierzchu.
Po trzecie - dostawać w łeb od żony też nie było miło.
A Rokoszana nie pobłażała. Wystarczyło wziąć dwanaście plasterow sera Edamskiego zamiast czternastu plastrów Pułtuskiego. I już łomot.
Wspinałem się po schodach, wzdychając i mamrocząc:

- Edamski, plastrów 12, jest... Tylżycki, plastrów 8 cieńszych, jest... Salami z grubym pieprzem, plastrów 14, jest...
Na wysokości drugiego piętra poczułem silny zapach czosnku.
- Ciekawe, czy ktoś nabył ten sztuczny chiński, czy też nasz, wolny od modyfikacji - wymruczałem sarkastycznie.
Byłem sarkastyczny. Ludzie, którzy schodzą z czwartego piętra po zakupy, które codziennie umila im pieśń Hitlerjugend, i którym co drugi dzień umila życie łomot od żony - tak, oni bywają sarkastyczni.
- Serdelków 70% wieprzowiny-30% drobiu, sztuk sześć, jest... Sos borowikowy, sztuk...
Zapach czosnku nasilił się i odruchowo zmarszczyłem nos. Przyszła też myśl, że to musi być jednak polski czosnek, a zaraz po niej... Zaraz niej nie przyszły żadne myśli, przez kilka sekund wystąpiła czarna luka oszołomienia i zgrozy w mym umyśle.
Co sprawił wielki czarny koc, który rzucono mi na głowę. Poczułem też jak wprawne, zaprawdę wprawne ręce, których mogło być dwie, ale mogło być i dwieście - rolują mnie w tym kocu i obwiązują uczyniony tłumok liną.
- Mamy wampira, psiakrew!

***
Obudziłem się zwinięty w kłębek ze strasznym bólem głowy. Pewnie dostałem. Rozejrzałem się dookoła siebie, choć związane ręce i nogi ograniczały moje możliwości. Pomieszczenie było całe obłożone wiankami z czosnku.
- Mamy wampira? - przypomniałem sobie ostatnie słowa, które słyszałem - Co do cholery się tu...
Otworzyły się drzwi.
Do pomieszczenia weszły trzy postacie. Ku mojemu zaskoczeniu, bardzo znane mi postacie. Byli to trzej synowie pana Szwindla- Johanna - Adolf, Josepf i Heinrich. Trzy upasione, śmierdzące serdlami diabły, które torturowały mojego kota.
- Dość tych żartów, gnoje. Niech no ja tylko powiem to waszemu ojcu! - wykrzyczałem.
- To co? - zaśmiał się chrumkając Joseph.
Chyba to był Joseph. Wszyscy trzej są do siebie podobni. Małe knury.
- Dość! - krzyknął stanowczo Adolf, dając krok do przodu - mamy niezbite dowody, że pan jest wampirem, panie Petrescu.Przyznaje się pan do tego?
- Jakie na Boga? - zapytałem, ciągle nie wierząc w to co się dzieje.
- Ma pan rumuńskie nazwisko. A w Rumuni są podobno wampiry. Czy pana żona, Rokszana Petrescu również jest wampirem?
Adolf trzymał ręce z tyłu swojego ciała. W czasie całej naszej rozmowy chodził od ściany do ściany, patrząc w ziemię i co chwilę przytakując swoim własnym myślom.
- Nie, nie jest. To znaczy, ja też nie jestem. Głupie żarty, małe potwory. Proszę natychmiast mnie stąd wypuścić.
- Nie jest, no dobrze. - Adolf najwyraźniej zignorował moje groźby. - Wrócimy do pana po obiedzie.
Wyszli. Drzwi zamknęły się na cztery różne zamki. Wiem już, że nie jestem w piwnicy mojej kamienicy, bo słyszałem jak te sześć tłustych nóżek wychodzi z budynku.
Dziś już nie wrócili. Ja przez całą noc próbowałem się wyplątać z lin, krzyczeć o pomoc, tłuc nogami w ścianę i myśleć o mojej biednej Rokszance, która już pewnie odchodzi od zmysłów. Może wezwała policję? Może już zaczęli mnie szukać? Pewnie niedługo mnie znajdą.
Zapomniałem. Jeszcze się modliłem. Ale to też niewiele dało.
Drugiego dnia małe diabły przyszły przed szkołą.
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu? - zapytał poważny Adolf.
- Nie, nie jestem żadnym wampirem - wykrzyczałem.
Odwrócili się i wyszli.
Pomyślałem, że może gdybym się przyznał, że nim jestem, puściliby mnie wolno. Przecież to tylko dzieciaki.
Kilka godzin później wrócił sam Adolf.
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
- Nie.
- Ale my i tak swoje wiemy. Wrócimy jak odrobimy lekcje, wtedy sobie porozmawiamy.
Przyznam się bo widzę, że mój upór i ich upór tylko przedłuża cały ten koszmar.
Byłem już bardzo głodny. Przypomniałem sobie o serze, salami i serdelkach i aż mi ślinka pociekła. Gdy złapali mnie, torba z zakupami wyleciała mi z ręki. Pewnie Rokszana je znalazła i po tym poznała, że coś mi się stało.
Ciągle nie wierzę w to, co mnie spotkało. Nie wiem kiedy stąd wyjdę, co te potwory ode mnie chcą i nie wiem jak to się wszystko skończy. Te dzieci spaliły kota. Czy mogłyby zrobić krzywdę człowiekowi? Zranić? Zabić? Sam nie wiem...
Przyszli. Joseph rzucił mi jak psu kawałek kiełbasy. Była z ziemi a smakowała mi, jakby była podana na talerzu z luksusowej zastawy.
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
- Dlaczego uważacie, że jestem wampirem?
- Ma pan rumuńskie nazwisko, jak już mówiłem - Adolf jak zawsze był głosem i mózgiem całej tej trójki. - Nigdy nie kupuje pan czosnku i marszczy nos na jego widok, unika pan częstego wychodzenia z domu i jest pan nieśmiertelny.
- Nieśmiertelny? - powtórzyłem.
- Tak. Obserwujemy pana od ponad trzech miesięcy z drzewa naprzeciwko pana mieszkania...
I w tym czasie z rąk Heinricha wypadło coś co przyprawiło mnie o dreszcze i łzy w oczach. Naostrzony kołek. Taki, jakim w filmach przebija się serca wampirom.
Przestałem myśleć o tym, by przyznać się do mojej "winy".
- Co to ja mówiłem? - zaczął po chwili Adolf - Tak, od trzech miesięcy. I wyliczyliśmy, że dostaje pan od żony po głowie około 14 razy dziennie. To duża kobieta, więc i pewnie uderzenia są silne. Zwykły śmiertelnik pewnie już dawno by wyciągnął kopyta od tylu ciosów dziennie.
- To absurd. To wszystko jest absurdalne, dziecinne i głupie. To nie są żadne dowody - mówiłem przerażony.
- A więc, Panie Petrescu? Jest pan wampirem?
- Nie jestem, Adolfie. I błagam cię, wypuść mnie stąd. Jesteś dobrym i mądrym chłopcem a to co robicie, to zwykłe okrucieństwo.
Adolf bez słowa odwrócił się i wyszedł. Reszta podążyła za nim.
Myślałem całą noc o sobie, o życiu, rodzinie, żonie. O tym co mi się udało, a co nie. Na koniec przeraziłem się myślą, że robie sobie rachunek sumienia. Jak przed śmiercią. Czyżby moja intuicja podpowiadała mi, że już czas na takie przemyślenia. Czy śmierć się zbliża?
Kolejnego dnia nie przyszli przed szkołą ani zaraz po szkole. Przyszli wieczorem. Wiedziałem, o co zapytają zamiast powitalnego "dzień dobry".
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
- Nie.
- Umrze pan tu z głodu, jeśli się pan nie przyzna - powiedział przywódca.
- A jak się przyznam?
- Głód łamie nawet najsilniejszych - wysyczał z szyderczym uśmiechem Adolf.
To siedmioletni chłopak, najmłodszy z całej trójki, a ja nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć.
- Wypuść mnie - poprosiłem po raz kolejny.
- Pytam po raz ostatni, przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Nie wiem jak długo, ale zobaczyłem w nich całe piekło i zło tego świata.
- Tak, przyznaję się! - wykrzyczałem przyznając się do tego irracjonalnego oskarżenia.
I stało się to, czego się nie spodziewałem.
Całe to zło z tych małych oczek zamieniło się w strach. Strach małego, przerażonego dziecka.
Cała trójka zaczęła piszczeć i w panice przepychać się, któremu pierwszemu uda opuścić się ten "wywiad z wampirem".
Uciekli w popłochu. Drzwi się zatrzasnęły. Hałas zamykanego jednego z zamków. Tupot trzech par nóg i pisk. To ostatnie dźwięki ze świata zewnętrznego, jakie usłyszałem. Potem już tylko cisza. Cisza, która po jakimś czasie stała się tak głośna, że aż bolały od niej uszy i głowa.
Umarłem z głodu po miesiącu. Na szczęście. Bo ta cisza była nie do zniesienia.

Podobne artykuły


14
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1060
14
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1225
14
komentarze: 8 | wyświetlenia: 1091
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 916
12
komentarze: 6 | wyświetlenia: 833
12
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1154
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1026
11
komentarze: 8 | wyświetlenia: 732
11
komentarze: 2 | wyświetlenia: 794
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 812
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 606
10
komentarze: 14 | wyświetlenia: 870
10
komentarze: 40 | wyświetlenia: 732
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 779
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 322
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  greenway,  23/10/2011

Wow, happy end gdzieś się schował i wypieki na twarzy pozostały. ;-)))

  Tauryd,  23/10/2011

Extra Strzyguś . Oj jak ja lubie te wampirzyska ^_^

  Noemi*,  23/10/2011

Zaczynam się bać... ja też nie lubię zapachu czosnku.:)

To jest extra! Gratuluję Ci Strzygo. Nota bene, bardzo trafny w tym wypadku nick.
Pozdrawiam
Alicja

  Amicus,  23/10/2011

Od dzisiaj, przed każdym wyjściem z domu, będę dla niepoznaki nakładać na szyję czosnkowy naszyjnik.
Będę też wypatrywać małych, wrednych spaślaków o świńskich oczkach.
Tak na wszelki wypadek... ;) :)

  gnostyk,  23/10/2011

No tak,powiało zgrozą,ale jak tu w naszej kuchni obejść się bez czosnku:(
Pozdrawiam:)))

Tia... "Nigdy do niczego się nie przyznawaj. złapią cię pijanego w samochodzie - mów, że nie piłeś, znajdą ci dolary w kieszeni - mów, że to pożyczone spodnie.. A jak cię złapią na kradzieży za rękę - mów, że to nie twoja ręka. Nigdy się nie przyznawaj."
Fakt faktem, że widząc kto jest autorem tekstu, nie spodziewałam się szczęśliwego zakończenia:P

  Amicus,  23/10/2011

Strzygo, na zdjęciu to ten, który zagryzł Hussaira?

  Strzyga  (www),  23/10/2011

Tak, to ten :-)

  Amicus,  23/10/2011

A wygląda całkiem sympatycznie... ;)

  hussair  (www),  23/10/2011

Umieram... i to nie w kałuży krwi... bo mi ją wyssano... Ech, resztką sił oddam głos... na tak dobrą Strzygi robotę... a przy okazji na własne mauzoleum.... arghhhh...

  Amicus,  23/10/2011

A to mauzoleum... Jaką cenę wejściówki przewidujesz? ;)

  hussair  (www),  23/10/2011

...arghhh....

  Amicus,  23/10/2011

Nie chce Ci się ze mną gadać?

  hussair  (www),  23/10/2011

Coooo??? Z Tobą zawsze, kamracie - już wyczołguję się z grobu! :)

  Amicus,  23/10/2011

No! :)

  hussair  (www),  23/10/2011

Rety, rety... Strzyga brutalnie i nazistowsko obcięła cały mój początek. Naprawić, bo sąd polowy! Kołkami i widłami. Nawet nie wiecie, skąd te pieśni HITLERJUGEND. :(

  Strzyga  (www),  23/10/2011

Przepraszam:-( Już naprawiłam!

  Amicus,  23/10/2011

Fakt, jakoś nie mogłem załapać...

  hussair  (www),  23/10/2011

Należy powtórzyć lekturę, bo inaczej wlepim burę. :)

  Strzyga  (www),  23/10/2011

Zapraszam do ponownego przeczytania:-)

  Amicus,  23/10/2011

No, teraz kumam.

  Amicus,  23/10/2011

'...jedyny rzeczywisty wspornik konstrukcji."
Na Odgięta, trzymajcie mnie! :)))

  hussair  (www),  23/10/2011

Dramatyczne! :)
I nie takie dziwne w polskiej rzeczywistości. ;-))
O, pamięć o Odgięcie nie przemija. Herosi zawsze przechodzą do mitów lub historii. :))

  Amicus,  23/10/2011

Powyższy komentarz pisałem na raty z powodu nagłej potrzeby wucealnej ;)

  hussair  (www),  23/10/2011

Ojej, ale już okej? ;)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska