Login lub e-mail Hasło   

O religii, władzy, polityce, magii, czarach i ... kozłach ofiarnych.

strzeż nas Panie od gorliwych i zatroskanych o nasze dusze
Wyświetlenia: 3.973 Zamieszczono 05/04/2012





Czarownice i ich praktyki istniały od wieków, chociaż w kontekście zupełnie odmiennym od tego, jaki zrodziła nowożytna krucjata przeciwko czarownicom.  Stary Testament raczej ignoruje tę sprawę, poza opisem spotkania króla Saula z czarownicą z Endor, oraz wprowadzonym nakazem: „Czarownicy żyć nie dopuścisz”  [Wj, 22:18]. Poza tym jednak i w sposób zdający się dziwnie przeciwstawiać temu prawu, osoby parające się magią ukazywane są w Biblii w zaskakująco neutralnym świetle. Nie ma żadnego ustalonego wyobrażenia ani objaśnień na temat czarownic i czarowników, diabłów ani jakichkolwiek demonicznych istot.  Świat Starego Testamentu jest w istocie światem zaskakująco pozbawionym wszelkiej prawdziwej duchowości.

W starożytnej Grecji i Rzymie magia miała przywoływać deszcz, wstrzymywać burze gradowe, odpędzać chmury, uspokajać wiatr, sprowadzać urodzaj, zwiększać bogactwo, leczyć chorych i tak dalej. Można było jej użyć także przeciwko wrogom w celu pozbawienia ich możliwości osiągnięcia sukcesu. Wierzenia te, inspirowane naukami Pitagorasa, zaczerpniętymi z północnoeuropejskiego druidyzmu, były powszechne w świecie antycznym i generalnie „dobra magia” była legalna i potrzebna,  potępiano zaś i karano za praktykowanie „złej magii”. Państwo wspierało nawet tych, którzy rzekomo zajmowali się „dobrą magią”. Wszystko zależało więc od tego, jaką opinię zyskał czarownik. Tak też zapewne było z Joanną d’Arc, którą Anglicy uznali za czarownicę, natomiast we Francji została kanonizowana.

Grecko-rzymski świat religijny – świat nadprzyrodzony – nie miał wyraźnego podziału na absolutne dobro i absolutne zło. Przejawiał każdy odcień i kombinację wszelkich wartości, wiernie odzwierciedlając świat ludzi. W takim to świecie magia była jedynie próba ujarzmienia mocy Niewidzialnego, podczas gdy religia zajmowała się składaniem hołdu i wdzięczności Naturze i jej przedstawicielom, w oczekiwaniu na korzyść. Tą drogą, modlitwy i zaklęcia można było łatwo połączyć.

Wiedźma lub czarownik to osoba znająca metodę – technikę – której mogła użyć do poskromienia i aktywacji nadprzyrodzonych mocy na pożytek własny lub innych. Taka osoba mogła „kontrolować” siły natury. (Tak przynajmniej wierzyli, choć z drugiej strony, na jakiej podstawie możemy twierdzić, że archaiczni, prawdziwi szamani nie mieli takich mocy?)

Mamy zatem dwie ważne kwestie:

1) czarostwo/magia było rodzajem techniki,
oraz
2) istniał wyraźny podział na dobrą i złą magię, przy czym kontekst odgrywał tu najważniejszą rolę.

Po upadku cesarstwa rzymskiego i wzroście potęgi judeochrześcijaństwa wielu misjonarzy, odkrywszy, że poganie mają własne spektrum lokalnych bóstw i wierzeń, często stosowali przy ich nawracaniu prosty wybieg przywłaszczania owych bogów, dzięki czemu dana społeczność mogła dalej ich czcić, tyle że już pod szyldem chrześcijaństwa. Bóstwa stawały się chrześcijańskimi świętymi, z pełnymi, wymyślonymi żywotami (a jak wcześniej napisałam, zapewne większość „chrześcijańskich męczenników” byli to w rzeczywistości poganie, którzy zginęli z rąk Kościoła). Stare świątynie przekształcono w kościoły, aby poganie słuchali kazań i modlili się do swoich „świętych” w znanych sobie miejscach. Tolerowano magiczne praktyki, gdyż uważano, że z czasem ludzie sami je porzucą, kiedy staną się prawdziwymi chrześcijanami.

Oficjalne stanowisko Kościoła głosiło, że czary są złudzeniem. W słynnym i tajemniczym zarazem Canon episcopi znajdujemy kilka wskazówek:

Grzeszne kobiety, zdeprawowane przez diabła, uwiedzione przez ułudy i widma demonów, wierzą i wyznają, że w godzinach nocy ujeżdżają bestie wraz z Dianą, pogańską boginką, oraz z niezliczoną liczbą kobiet, przemierzając wśród nocnej głuszy wielkie odległości; wypełniają też jej wolę, bowiem jest ich panią, i służą jej w niektóre noce. Żałuję tylko, że nie tylko one same zginęły w swym sprzeniewierzeniu, a pociągnęły za sobą wielu innych ku grzechowi pogaństwa. Ich jest bowiem niezliczona rzesza, których zwiodło to kłamstwo, i biorą to jako dobrą wiarę, a nieświadome są wielkości błędu, jakim jest pogaństwo (…).

Z tego też powodu kapłani we wszystkich kościołach winni ogłaszać z największym uporem (…), że wiedzą o tej złudności i że takie widziadła zsyłane są przez złego ducha (…), który zwodzi ich w snach (…).

Któż nie został oszukany w snach, widząc one we śnie, których nie widzi na jawie?

(…) A kto jest tak głupi i nierozsądny, by myśleć, że wszystkie te rzeczy, które przydarzają się duchowi jeno, dzieją się cieleśnie?

Dlatego należy powszechnie głosić, że ktokolwiek wierzy w takie rzeczy (…) utracił swą wiarę. (Przekład angielski: Kors, Peters, 1972, str. 29-31)

Pochodzenie tego dokumentu, który Kors i Peters datują na rok 1140, jest niejasne. Jego treść przypisuje się synodowi w Ancyrze, który miał odbyć się na początku czwartego wieku. Chociaż nie ma potwierdzenia w źródłach, stanowisko wobec czarostwa zostało przejęte przez późniejszych kanonistów jako oficjalne. Oznacza to, że faktycznie mogli działać jacyś czciciele Diany, mający głębokie doświadczenia, które jednak uznano za urojenia będące sprawką diabła. Tutaj też widzimy, jak boginię zastąpiono szatanem-kłamcą. Interesujące jest także porównanie opisów praktyk owych wiedźm antyku z praktykami szamanów syberyjskich.

Fragment:

„niezliczona ich liczba ujeżdża bestie wraz z Dianą, pogańską boginką…” przywodzi na myśl paleolityczne malowidła naskalne. Stanowi to cenną wskazówkę, że religia paleolitu i jej szamanistyczne gałęzie zdołały przetrwać tysiące lat.

W każdym razie, przez ponad sześć wieków takie było oficjalne stanowisko Kościoła względem czarownic – że ich doświadczenia są iluzją albo urojeniem, albo zwykłym widziadłem sennym i każdy, „kto jest na tyle głupi i nierozsądny”, by wierzyć w te fantastyczne historie, jest poganinem. Swoją drogą, dotyczyło to również wielu mnichów, kapłanów i ludzi świeckich. Należy tu zauważyć, że trzeba było wierzyć w moce czarownic, żeby je prześladować, a wiara ta stała jednocześnie w sprzeczności z doktryną Kościoła.

Pamiętając, że czarna śmierć i towarzyszące jej wojny wybiły gros męskiej populacji, można przypuszczać, że nastąpił w związku z tym przyrost liczby kobiet niezamężnych lub takich, które przejęły majątki po zmarłych krewnych. Krótko mówiąc, kobiety zyskiwały tą drogą autonomię. I z pewnością kobiety „z darem” miały większe niż inni szanse na przeżycie podobnych katastrof.

Szczegóły tego, co naprawdę wówczas się wydarzyło mogły przepaść bezpowrotnie, a to dzięki metodzie tuszowania historii, ustanowionej przez Josepha Juliusa Scaligera w szesnastym wieku, na co wskazuje Clube, a także matematyk Anatolij Fomenko, który dość szczegółowo naświetlił problem (choć nie rozważył możliwości kosmicznych katastrof jako przyczyn zagłady ludzkich społeczności). Możemy zatem co najwyżej snuć domysły.

Najbardziej spektakularną “czarownicą” była Joanna d’Arc, którą osądzono, potępiono i spalono w 1431 roku. Łatwo dostrzec, że za jej procesem i egzekucją kryły się polityczne motywy.

Można powiedzieć, że procesy czarownic były wznowieniem działań inkwizycji, która dwa wieki wcześniej stworzyła przecież podobne metody do walki z katarami.  Ażeby w pełni zrozumieć, jak łatwo ten atak na „wiedźmy i czarowników” mógł się zamanifestować tak prawnie, jak społecznie, musimy rzucić okiem na początki inkwizycji.

* * *
Joanna d’Arc według Hermanna Stilke (1803-1860).

Wielu postrzega inkwizycję jako organ powołany do tępienia czarownic i kultu szatana, kojarząc to słowo z łamaniem kołem, żelazną dziewicą i wszelkimi dziwacznymi narzędziami tortur. To prawda, tortury odgrywały niepoślednią rolę, jednak nie tak wielką, jak można by sądzić. Należy pamiętać, że instytucja inkwizycji rozwinęła się w czasach, kiedy ludzkie życie ważono lekko, zaś obcinanie nosów, uszu lub rąk, czy wyłupywanie oczu nie były rzadkością przy wydawaniu wyroków sądowych za drobniejsze wykroczenia.

Krucjata przeciwko katarom przyniosła lata brutalnych masakr, pustoszenia ziem oraz wielu innych najokropniejszych wydarzeń, będących przykładem tego, jak nieludzkich czynów można dopuścić się względem drugiego człowieka. Pod koniec krucjaty papież Grzegorz IX zadecydował, że liczy się tylko efekt. Postanowił więc zmieść kataryzm z powierzchni ziemi. Musiał przesiedzieć pewnie całą noc, żeby wymyślić ów dziwaczny system zwalczania herezji.

Najpierw powołał specjalnych legatów papieskich, którym przydzielił szerokie uprawnienia podobne do tych, jakie dziś posiada Departament Bezpieczeństwa Krajowego, i rozesłał ich po całej Europie. Wybrani mężczyźni bez wątpienia byli psychopatami, a ich zadaniem było szerzenie terroru w całej Europie.

Pałace episkopalne południowej Francji Grzegorz obsadził psychopatycznymi biskupami, którzy oferowali nagrodę za wydanie heretyka. A pokusa zadenuncjowania sąsiada niewątpliwie była nie do odparcia, zwłaszcza gdy po przeszło 20 latach rzezi, dokonanych przez krzyżowców wszechobecne stały się głód i zniszczenie.  Obowiązywało prawo, że skonfiskowany majątek heretyka dzielono między donosiciela, Kościół i króla. Naturalną rzeczą było więc, że pośród załamania gospodarczego na tamtym obszarze oraz przesiedleń i głodu ludności, dręczonej przez Kościół i króla, znalazło się wielu gotowych wydać sąsiada za garść „srebrników”.  Brzmi znajomo?

Robert le Bourgre, którego przydomek oznacza “szuję” (wskazując na pogardę, jaką obdarzyła go ludność), sterroryzował pokojową dotychczas północ Francji. Inny legat, Konrad z Marburga, ścigał niewinnych ludzi w całej Nadrenii. Na stos posłano tysiące, nierzadko tego samego dnia, którego zostali oskarżeni. Konrad podróżował na mule razem z dwoma pomocnikami, terroryzując każde napotkane miasto i wieś. W końcu nawet zwykli członkowie kleru pojęli bezsens tych działań i postanowili coś z tym zrobić. 30 lipca 1233 roku francuski zakonnik, kierowany poczuciem sprawiedliwości, dopadł Konrada i zabił go.

Tego już było za wiele i papież powierzył Inkwizycję dominikanom. Wiosną 1233 roku papiescy inkwizytorzy przybyli do Tuluzy, Albi i Carcassonne, gdzie ich stanowiska były obsadzane nieprzerwanie przez następnych 600 lat. Setki ludzi sprowadzono przed oblicze inkwizytorów. Pytania były monotonne i miały na celu zasianie w umyśle przesłuchiwanego niepewności co do tego, co dokładnie wiedział inkwizytor i kto mu o tym doniósł.

Człowiekowi podejrzanemu o prokatarskie sympatie nie zawsze przedstawiano ciążące na nim zarzuty. Powiadomiony o niebezpieczeństwie, nie miał prawa wiedzieć, kim są oskarżyciele, a gdyby odważył się szukać pomocy prawnej, i jego obrońca mógł zostać oskarżony o popieranie herezji.

Niezależnie od werdyktu inkwizytora – który był prokuratorem, sędzią i ławą przysięgłych w jednej osobie – nie było mowy o apelacji. Każdy mógł być trzymany w więzieniu przez dowolnie długi czas, w oczekiwaniu na dalsze przesłuchania, bez podania mu przyczyn. Dzisiaj takich ludzi nazywa się „wrogimi bojownikami”.

Inkwizycja zniszczyła więzi zaufania, łączące ludzi w obrębie społeczeństw. Denuncjowanie sąsiada stało się nie tylko obowiązkiem, ale i niezbędną strategią przeżycia.

Przez sto lat Inkwizycja odciskała żywe piętno w Langwedocji. Przybycie inkwizytora do miasta było okazją dla żałosnego zamanifestowania się moralnego upadku człowieka.

Teoretycznie, nikomu nie groziłby sąd, gdyby wszyscy siedzieli cicho, inkwizytor bowiem nie mógł działać nie dysponując pisemnym donosem. W praktyce jednak, żadna społeczność nie była na tyle zwarta, by przeciwstawić się potędze tajnego trybunału.

To samo można powiedzieć o dzisiejszej Ameryce. Wszyscy zostali odpowiednio uwarunkowani przez programy telewizyjne takie jak “Reality TV” czy „Survivor”  (ten ostatni znany w Polsce jako „Ryzykanci” – przyp. tłum.) i przyswoili sobie zasadę: "Wyprzedź innych, zanim oni wyprzedzą ciebie".

Tak też działo się w średniowiecznej Langwedocji, będącej modelowym przykładem procesów czarownic, czy w hitlerowskich Niemczech, dzisiaj natomiast dzieje się pod szyldem „wojny z terrorem”.

Wkraczając do miasta, inkwizytor konsultował się z miejscowym klerem. Wszystkim mieszkańcom płci męskiej powyżej 14 lat, oraz płci żeńskiej powyżej 12 lat, kazano złożyć katolickie wyznanie wiary. Wszyscy, którzy odmówili, byli przesłuchiwani w pierwszej kolejności.

Następnie inkwizytor wygłaszał mowę, zachęcając mieszkańców, by kilka dni poświęcili głębokim przemyśleniom dotyczącym ich przeszłej, obecnej i przyszłej działalności, po czym w następnym tygodniu mieli złożyć poufne zeznania. Po upływie siedmiu dni tym, którzy nie ujawnili się sami, stawiano odpowiednie zarzuty.

Zakres kar rozciągał się od utraty majątku po utratę życia. Oprócz karania śmiercią za przynależność do katarów, ścigane przestępstwa obejmowały udzielanie katarom schronienia, karano nawet za nie doniesienie o przypadku herezji.

Prawdziwym dowodem na oddanie Kościołowi Katolickiemu było to, na jak wielu ludzi dany grzesznik potrafił donieść.

Wystarczyło zaledwie dziesięć lat, aby Inkwizycja z dzieła kilku psychopatycznych fanatyków zmieniła się w dochodową biurokrację, która przetrwa 600 lat. Setki jej członków zajmowały się przesłuchiwaniem tysięcy osób z taką regularnością, że opracowano nawet swoisty glosariusz dla „pracowników”.

Uzbrojona w listę wykroczeń uznawanych za heretyckie lub sprzyjające heretykom, obejmującą choćby zaniedbanie doniesienia, że heretyk przeszedł przez czyjąś posiadłość, Inkwizycja pogłębiała zastraszanie Europejczyków na niewyobrażalną skalę. Same liczby dotyczące osób wielokrotnie przesłuchanych są oszałamiające. Tym dziwacznym obrotem historii, to katarzy – którzy wierzyli, że świat materialny jest zły i nieistotny – zainspirowali kodyfikację państwa policyjnego.

Stworzono zaopatrzone w odsyłacze kompendium, zawierające wyznania wyciągnięte od dziesiątek tysięcy ludzi, będące jednocześnie mapą społeczną Langwedocji. Przeszło pięć tysięcy zapisów przesłuchań, które przetrwały, stanowi zaledwie ułamek działalności Inkwizycji.

Inkwizytorskie podręczniki służyły także jako instrukcje dla rosnącej liczby sądów papieskich w Europie. Instrukcje te przypominały inkwizytorom o obowiązku ratowania dusz, jednak moim zdaniem ta funkcja nie znalazła zrozumienia u tych, których życie zostało zrujnowane lub odebrane im z wyroku inkwizycji.

Langwedocja stała się swoistym poligonem dla metod ucisku. Reputacja Inkwizycji utwierdziła się jeszcze bardziej za Bernarda Gui, utalentowanego inkwizytora z Tuluzy, który jako czarny charakter pojawił się w „Imieniu Róży” Umberto Eco.

Inkwizytorzy zdołali nakłonić kilku schwytanych katarów do nawrócenia się i wydania innych. Sicard de Lunel z Albi podał zakonnikom wyczerpującą listę sympatyków katarów, wskazując nawet własnych rodziców. Każdy, kto mu wcześniej pomógł, niech by to było zwykłe udzielenie noclegu, porcji jedzenia czy słoja miodu, został aresztowany – wystarczyło jego słowo. On i kilku jego towarzyszy zostali umieszczeni w zamku koło Tuluzy, w ramach średniowiecznej wersji „programu ochrony świadków”. Sicard otrzymał za swoją zdradę sowitą zapłatę, dożywając sędziwego wieku. Można jednak zapytać, czy były to lata rzeczywiście spokojne.

Stosowanie tortur określano eufemistycznie mianem „przesłuchań”. Sukcesywne akcje wyszkolonych inkwizytorów, wspierających się informatorami i torturami, oraz totalitaryzm Kościoła Katolickiego, wydającego pisemne instrukcje inkwizytorskie oraz rosnące rejestry „wywiadu”, powoli, ale skutecznie oczyściły Langwedocję z katarów. Tysiące dramatów sumienia kończyło się w lochach lub w płomieniach studzonych krwią. Pod koniec stulecia już tylko prawdziwy bohater ośmielał się wytknąć publicznie zło tego świata.

Nie był to system prawny – był to system mający wzbudzać strach. I ten 250-letni katolicki system terroru był już szczęśliwie pod ręką, gdy rozpoczęły się procesy czarownic, jednak co ciekawe, pierwsze procesy nie miały charakteru duchownego, lecz polityczny.

W 1397 roku mężczyzna o nazwisku Stedelen został oskarżony o czary w szwajcarskiej wiosce Simmental, gdy nie udały sie tam zbiory. Jak twierdzili oskarżyciele, do zniszczenia plonów Stedelen użył czarnej magii, składając w ofierze czarnego koguta na rozstaju dróg oraz podrzucając jaszczurkę pod drzwi miejscowego kościoła.

Sędzia Peter von Greyerz mocno wierzył w czary oraz w to, że trafiły one do Simmental w 1375 roku za pośrednictwem pewnego szlachcica, niejakiego Scaviusa. Zginął on z rąk swoich licznych wrogów, miał jednak ucznia, który według Greyerza był nauczycielem wspomnianego Stedelena.

Oczywiście nie przedstawiono żadnych solidnych dowodów, ale Stedelen rzekomo stał się ekspertem w sprawach magii, nauczył się kraść obornik czy siano z pól za pomocą technik magicznych, przyzywał burze gradowe i pioruny, sprawiał, że ludzie i zwierzęta stawali się bezpłodni, konie zaczynały szaleć, gdy dotknął ich kopyt, potrafił latać i wzbudzał ogólny strach wśród tych, którzy go schwytali. Greyerz oskarżył Stedelena także o kradzież mleka krów pewnego małżeństwa po to, ażeby  kobieta nie donosiła ciąży. Poddany torturom, Stedelen przyznał się do przyzywania demonów w ramach paktu z diabłem. Proces odbył się w świeckim sądzie i Stedelen został spalony na stosie.

Greyerz wierzył, że istniał tam kult szatana, którego członkowie przyrzekali wierność diabłu i nocami jedli dzieci w kościołach, i kontynuował prześladowania, raz nawet torturami wymógł na pewnej kobiecie potwierdzenie jego przekonań.

W latach 1415-1419 w księstwie Sabaudii toczyła się wojna domowa pomiędzy największymi rodami. Domy rodowe powstały przeciwko genewskiemu rodowi Raron, wciągając w konflikt tłumy. Rozruchy nie słabły, toteż przed 1428 rokiem całość społeczeństwa w tamtym rejonie była w stanie głębokiego napięcia. Nie wiadomo, kto wpadł na pomysł zrzucenia winy za owe niepokoje na czarownice, ale 7 sierpnia 1428 r. delegaci z siedmiu dzielnic Valais zażądali, aby władze przesłuchały podejrzanych o czary. Aresztować miano każdego, na kogo doniosłyby więcej niż trzy osoby. Jeżeli następnie takie osoby przyznałyby się, palonoby je na stosie jako heretyków,  zaś w razie odmowy torturowanoby je do czasu uzyskania pożądanych zeznań. Ponadto osoby wskazane przez minimum dwóch skazanych czarowników miały także być aresztowane.


Fantazyjne wyobrażenie procesów czarownic z Salem

Oskarżenia, procesy i egzekucje były zapewne postrzegane przez członków elit – lub ludzi pragnących doń dołączyć poprzez zajmowanie ziemi tych, których nienawidzili lub którym zazdrościli – jako skuteczny sposób na pozbycie się wielu problemów. Ta gorączka szybko dotarła na północ do Niemiec, a następnie do Francji i Szwajcarii. Wśród oskarżeń wymieniano głównie:

- poruszanie się w przestworzach i rabowanie piwnic z winem;

- likantropię – zarzynanie bydła pod postacią wilkołaka;

- używanie ziół celem zyskania niewidzialności;

- przegnanie choroby lub paraliżu wywołanych czarami za pomocą przeniesienia ich na kogoś innego;

- porywanie i zjadanie dzieci;

- spotkanie szatana i uczenie się od niego magii;

- zamiar pozbawienia chrześcijaństwa jego władzy nad ludźmi.

Na podstawie tej listy możemy poznać problemy dręczące ówczesnych ludzi – głód prowadzący do rabunków i wandalizmu, padanie zwierząt hodowlanych, wszechobecne choroby, utrata dzieci, a nawet kanibalizm. Z całą pewnością były to ciężkie czasy.

* * *

Sto lat po tym, jak czarna śmierć wyniszczyła blisko połowę populacji Europy, a wojna stuletnia miała się ku końcowi, sytuacja nadal była bardzo trudna, toteż w celu przywrócenia ładu i kontroli nad odżywającym społeczeństwem trzeba było znaleźć winnych (rzecz jasna wszystko, tylko nie komety). Problem stanowiło oczywiście obejście zasad Canon episcopi. Aby mogła zaistnieć „moda na czarownice”, konieczne było podważenie oficjalnego stanowiska Kościoła. Pierwszy atak nastąpił więc na sam dokument.

W 1450 roku Jean Vineti, inkwizytor w Carcassone, sklasyfikowwał uprawianie czarów jako herezeję, zaś w 1458 roku inkwizytor we Francji i Czechach, Nicholas Jacquier, nazwał czary nową odmianą herezji – to znaczy, ówczesne czarownice nie podlegały klasyfikacjom zawartym w dokumencie. W roku 1460 prowincjał Lombardii, profesor-inkwizytor Visconti Girolamo ogłosił, że sama obrona praktyk magicznych (albo czarownic) jest herezją.

Działania na rzecz stworzenia nowego standardu przyspieszały, a mimo to, gdy Kramer i Sprenger (obaj należący do zakonu dominikanów oraz inkwizycji) ukończyli pisanie traktatu Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) i 9 maja 1487 roku przedłożyli go władzom wydziału teologii uniwersytetu kolońskiego do zatwierdzenia, został on ostro skrytykowany jako nieetyczny i niezgodny z prawem. Kościół Katolicki potępił książkę w 1490 roku, umieszczając ją na liście ksiąg zakazanych (Index Librorum Prohibitorum), zaś sam Kramer został potępiony przez Inkwizycję. Warto dodać, że w 1484 roku Kramer usiłował przeprowadzić systematyczne polowania na czarownice w rejonie Tyrolu, co zakończyło się niepowodzeniem. Kramera przepędzono, a tamtejszy biskup nazwał go „zgrzybiałym starcem”. 

Według historyka Kościoła, Diarmaida MacCullocha, napisanie książki było dla Kramera aktem samoobrony i wzięcia odwetu.

Główny nacisk Malleus kładł przede wszystkim w podważenie Canon episcopi oraz zdyskredytowanie tych, którzy byli sceptyczni co do prawdziwości zjawiska czarów. Postulował też przewagę kobiet wśród adeptów magii oraz wskazywał inkwizytorom, jak oskarżać i skazywać czarownice. Zdaniem ekspertów Malleus po części czerpał z Formicariusa, napisanego przez Johannesa Nidera około dziesięciu lat wcześniej. Przed Niderem uważano, ze magia była domeną ludzi wykształconych, którzy wykonywali skomplikowane rytuały.

W Formicariusie osoba parająca się czarami to niepiśmienna kobieta. Na nieszczęście wynalezienie druku przez Gutenberga – produkt renesansu – umożliwiło księdze (Malleus) szybkie upowszechnienie się w Europie i doprowadziło do utwierdzenia się tego stanowiska w początkowej fazie szaleństwa na punkcie czarów. 

Trwogę i szok wzbudzała myśl, że ktokolwiek – a zwłaszcza kobiety, od dawna już postrzegane jako istoty bezradne i nie do końca będące ludźmi – mógłby wyrządzić drugiemu krzywdę za pomocą magii, poprzez oddanie się kultowi szatana.

Polowania na czarownice, które objęły całą Europę, pochłonęły setki tysięcy kobiet spalonych na stosie. Palono także dzieci a nawet całe rodziny. Źródła historyczne pełne są wstrząsających opisów tortur, jakim poddawano tych biednych ludzi. Eksterminowano całe wioski. Jeden przekaz podaje, że w kraju niemieckim roiło się od stosów, zaś tamtejsi mieszkańcy mieli pełne ręcy roboty z ich przygotowywaniem. Pewien inkwizytor miał powiedzieć: „Pragnąłbym, żeby [czarownice] miały tylko jedno ciało, wtedy moglibyśmy spalić je wszystkie naraz na jednym stosie!” (Hugh Trevor-Roper, The Crisis of the Seventeenth Century: Religion, the Reformation, and Social Change, and Other Essays, 1967, s. 152).

W latach 80. XVI wieku ruch kontrreformacyjny również stał się gorliwym zwolennikiem sądów czarownic, skupiając się jednak głównie na protestantach. We Francji większość czarownic była hugentokami. Tymczasem w rejonach protestanckich większość czarownic stanowiły katoliczki. Można powiedzieć, że w większości przypadków wyroki na czarownicach miały podłoże albo osobiste, albo polityczne, a czasem jedno i drugie. Wśród ofiar znalazł się pewien sędzia, którego spalono w 1628 roku za okazywanie „podejrzanej pobłażliwości”. W miarę nasilających się prześladowań wzrosła także zawzietośc i brutalność ataków. Wspomniany sędzia, dr Haan, wyznał pod torturami, że widział pięciu burmistrzów Bambergu na sabacie czarownic, więc i ich stracono. Jeden z nich, Johannes Julius, przyznał się po torturach do wyrzeknięcia się Boga i ofiarowania diabłu, a także do spotkania dwudziestu siedmiu kolegów podczas sabatu. Udało mu się później wysłać z więzienia list do córki Weroniki, w którym dokładnie opisał przebieg procesu. Napisał:

Masz tu, moje drogie dziecko, wszystkie zeznania, za które muszę umrzeć. Wszystko to kłamstwa i wymysły, jak mi Bóg miły. (…) Nie zaprzestaną tortur, dopóki czegoś nie wyciągną. Jeśli Bóg nie sprawi, że prawda wyjdzie na jaw, cała nasza rodzina trafi na stos. (Trevor-Roper 1967, s. 157.)

Protestanci i katolicy oskarżali się nawzajem, skutkiem czego pierwsze dziesięciolecia XVII w. były opanowane przez istną epidemię demonów! Trwało to aż do zakończenia wojny trzydziestoletniej. Mówi się, że tak jak publikacja Malleus Maleficarum była początkiem terroru, tak pokój westfalski w 1648 roku stanowił jego koniec.

Właśnie w tym okresie zanikł podział na dobrą i złą magię, a czary stały się czystym złem i prawie zawsze atrybutem kobiecym. Zniknęła także pluralistyczna koncepcja świata nadprzyrodzonego, a nam pozostał jeden bardzo dobry bóg, który jednak wydawał się bezradny wobec złych ludzi wiążących się z bardzo złym diabłem. Z tym, że ci „źli ludzie” to w większości kobiety.

W obecnych czasach na Malleusa spogląda się bardziej krytycznie, chociaż czynią to osoby nie mające żadnej wiedzy o kosmicznych wydarzeniach z tamtych lat. Niemniej jednak, ich obserwacje mają związek z poruszoną tu kwestią. W artykule Sexy Devils Dale Kieger pisze:

Pewnego wieczoru 10 lat temu, Walter Stephens czytał Malleus Maleficarum. Mało kto zechciałby czytać późną nocą Malleusa, jak nazywają tę księgę badacze. Przeważnie zatytułowana „Młot na czarownice”, po raz pierwszy wydana została w Niemczech w 1487 roku w roli podręcznika dla prześladowców czarownic w czasach Inkwizycji. To mrożący krew w żyłach tekst, używany przez 300 lat, jeszcze w epoce oświecenia, który usprawiedliwia i podaje szczegóły co do identyfikacji, aresztowania, przesłuchania i egzekucji ludzi oskarżonych o konszachty z demonami, zawarcie paktu z diabłem, czy stosowanie maleficjów, czyli szkodliwych czarów.


“Była 11 w nocy – wspomina Stephens. – Żona poszła spać. Na pierwszej stronie było dziwne pouczenie dla tych, którzy nie wierzą w czarownice i demony:


«Przeto mylą się, którzy mówią, że nie ma nic takiego jak czary, że są to czcze wymysły, a sami nawet nie wierzą w diabły, które miałyby bodaj istnieć ino w umyśle ignorantów i prostaków, a naturalne wypadki, jakie zdarzają się człowiekowi, ten błędnie przypisuje onemu diabłu».”

To zagmatwane zdanie idzie w parze z intrygującymi słowami, które Stephens widział w Il messaggiero, dialogach włoskiego poety Torquato Tasso z 1582 roku:


Jeśli czarownicy i wiedźmy oraz opętani istnieją, to demony także. Nie ma wątpliwości, że w każdej epoce żyli osobnicy trzech pierwszych rodzajów, tedy nierozsądnie jest wątpić w obecność demonów w naturze”.

Stephens, profesor filologii włoskiej na wydziale romanistyki Uniwersytetu Johna Hopkinsa i w Centrum Studiów Przedrenesansowej Europy im. Charlesa S. Singletona, jest krytykiem literackim, w związku z czym wyczuł, że tekst zawiera coś intrygującego. Tasso, a zwłaszcza autor Malleusa, dominikański teolog Heinrich Kramer, włożyli sporo wysiłku, żeby swoimi pracami rozwiać wątpliwości co do istnienia demonów. Tylko w jakim celu?

Przez następnych osiem lat Stephens czytał każdą rozprawę na temat czarów, jaką znalazł, a także relacje z przesłuchań, teologiczne traktaty oraz inne teksty (w bibliografii zawarł 154 główne źródła i ponad 200 źródeł drugorzędnych). Większość z 86 cytowanych traktatów o czarach napisano w Europie Zachodniej w wiekach XV, XVI i XVII, przy czym każdy z nich (w tym Malleus) zawiera relacje o spółkowaniu ze złymi duchami. Dlaczego? Czyżby autorzy byli zimnymi mizoginami, marzącymi tylko o ukazaniu kobiet w jak najgorszym świetle? A może byli ponurymi, żyjącymi w celibacie zakonnikami, którzy znajdowali emocjonalną ulgę w opisywaniu stosunków z demonami? Stephens wątpił w to, w jego odczuciu teksty tego nie potwierdzały. Dalej w Malleusie odnalazł kluczowe odniesienie do poddanych torturom oskarżonych czarownic jako „wprawnych obserwatorów świata zmysłowych kontaktów między ludźmi i demonami”. Ci wszyscy panowie usiłują zmontować dowody na istnienie demonów, pomyślał. Próbują przekonać sceptyków. Po czym uznał, że próbują oni przekonać samych siebie.

Przypuszczenie Stephensa kompletnie rewiduje konwencjonalny pogląd na owe stulecia przemocy i niesprawiedliwości. Wielkie polowania na czarownice w Europie, twierdzi, były skutkiem poważnego kryzysu wiary. Mężczyźni, którzy napisali Malleus i podobne książki, i ci, którzy byli orędownikami tortur i palenia dziesiątek tysięcy niewinnych ludzi, desperacko potrzebowali wiary w czarownice, ponieważ jeśli te istniały, to istniały też demony, a skoro istniały demony, istniał też i Bóg. 

Nie tylko istniał, ale ujawniał się i działał. Wystarczy dokładnie przeczytać księgi napisane przez prześladowców czarownic, twierdzi Stephens, aby przekonać się, jak wielkie problemy mieli ci wykształceni mężczyźni, targani rosnącymi wątpliwościami co do istnienia Boga, skoro Ten nie zajmował się sprawami potomków Adama.

(…) Wstrząsy nękały także Kościół, rozdarty przez silnie zorganizowane herezje oraz schizmę, w wyniku której aż trzech mężczyzn jednocześnie przypisywało sobie tytuł prawdziwego papieża. Dlaczego świat, stworzony przez czujnego, łaskawego i zaangażowanego Boga, znalazł się w takim nieładzie?  (Johns Hopkins Magazine, 2002.)


Wieki czternasty i piętnasty były okresem szalejących sił natury, które ówcześni rządzący musieli jakoś wytłumaczyć, aby zachować twarz i władzę. Jak to się stało, że ci, którzy wyparli pogaństwo, obiecując w zamian, że Bóg ochroni swoich wiernych przed żywiołami, okazali się bezsilni wobec tych klęsk? Pogaństwo zaczęło się więc odradzać, a w celu jego powstrzymania winą za zniszczenia obarczono właśnie pogan, nie mających z tym nic wspólnego. Również protestantyzm zyskiwał na sile, ale jego zwolennicy jeszcze nie chcieli dobierać się do skóry Kościołowi Katolickiemu, który nadal miał ogromną władzę, toteż trzeba było wskazać na innych grzeszników.

Pod koniec wojny stuletniej, epidemii czarnej śmierci, a także wojny trzydziestoletniej – okresów prawdopodobnie zbiegających się z kometarnymi katastrofami – procesy czarownic miały zatrzeć wszelki ślad, że Ziemia nie unosi się bezpiecznie w kosmosie, przez co historia i prawda zostały zakryte krwią i palonymi ciałami.

Procesy były środkiem kontroli tych wszystkich, którzy głosili “herezje” przeciwko ustalonemu przez Kościół i państwo „opatrznościowemu” porządkowi świata – herezje takie jak wskazywanie, że wzmożona obecność na niebie komet i bolidów może z powodzeniem oznaczać potencjalne niebezpieczeństwo dla planety i jej mieszkańców. W końcu były to czasy Galileusza, którego oskarżono o „herezję” godzenia w obraz Wszechmogącego Boga.


Hiszpańskie wydanie „Malleus Maleficarum” (1486) autorstwa Heinricha Kramera

Należy zwrócić uwagę również na to, że przed rozważanym okresem czarownice uważano za istoty potrafiące używać technik kontrolowania sił natury – czyli technik szamanistycznych. Po tym okresie natomiast czarownice – będące pod władzą Złego – miały już tylko sprowadzać na świat zło. Wszystkie były marionetkami szatana, więc nic dobrego nie mogło przyjść z ich strony. Malleus Maleficarum szczególnie podkreśla, że „czarami posługują się głównie kobiety, gdyż są bardziej naiwne i mają słabą pamięć” oraz dlatego, że „czary pochodzą od zmysłowej żądzy, która u kobiet jest nienasycona”.

(Sprenger, Kramer, Malleus Maleficarum, 1968, str. 41-48.)

Polityczne znaczenie takich poglądów powinno być oczywiste. Sprenger, Kramer i inni, napisali księgi ukazujące zdrowe, kompetentne, inteligentne kobiety jako czarownice i – hokus pokus – problem rozwiązany. Można było pozbyć się wszystkich niepotrzebnych kobiet (czy kogokolwiek), uporać się z każdą niezależną, majętną kobietą, a jej majątek skonfiskować. Jednocześnie, można było narzucić psychiczną władzę mężczyzn nad kobietami, przywracając poddaństwo kobiet wobec Kościoła – a wszystko za jednym zamachem! (Pozostaje także kwestia zniszczenia tym samym linii genetycznych potężnych kobiet-szamanek, który to proces wydaje się trwać do dziś.)

Jednym z najbardziej przykrych skutków tej zmiany postawy względem czarownic było stworzenie w umysłach prześladowców obrazu czarostwa jako antyreligii. Stało się ono przeciwieństwem wszystkich wartości chrześcijaństwa, tak katolicyzmu, jak i protestantyzmu. Magia jako skomplikowany system religijny była czymś nieznanym przed piętnastym stuleciem. (Dlatego też współczesne rekonstrukcje nigdy raczej nie będą bardzo dokładne.) Był to czas, kiedy w ramach wyjaśnienia zła, które spadło na ludzkość, wymyślono teorię o nadprzyrodzonych demonach – i kiedy się ona skrystalizowała. Jak inaczej wytłumaczyć czarną śmierć, która zabijała na oślep, mimo modlitw i suplikacji duchownych chrześcijańskich, zarówno katolickich, jak i protestanckich?

Wydaje się, że legendy o bogach walczących w niebie (rozpad gigantycznej komety 13 tysięcy lat temu) zostały później zniekształcone i przyswojone przez pewne gnostyckie teorie, jak ta o „kosmicznym błędzie”. Na jakimś poziomie z pewnością istnieje dualizm, w przeciwnym razie nic by nie istniało, jednak niektóre gnostyckie podejścia oddaliły się, i to znacząco, od pierwotnej idei. (Dla lepszego zrozumienia gnostycyzmu warto przeczytać The Other God [Drugi Bóg] Stoyanova, pamiętając 
jednocześnie o pracy Victora Clube’a i Billa Napiera.)

* * *

“Mit czarownic”

powstawał w drugiej połowie piętnastego wieku jako reakcja na Czarną Śmierć – niemal niewyobrażalnych rozmiarów zniszczenia wywołane kometarną katastrofą – i zawierał kompletny, spójny system wierzeń, założeń, rytuałów i nie istniejących wcześniej „świętych tekstów”, będących dziełem psychopatycznych prześladowców! Dominikanie rozwinęli i spopularyzowali koncepcje demonologii i czarostwa jako negatywów tak zwanej „prawdziwej wiary”, równie zajęci byli protestanci!

Oznacza to, że bycie w owych czasach “czarownicą” musiało równać się wyznawaniu dualizmu na wzór katarów – byciu obserwatorem natury i kosmosu oraz głoszeniu prawdy, niezaleznie od stanowiska władz, coś na podobieństwo wczesnych chrześcijan, opisywanych przez Burtona Macka. Mogło także oznaczać zdolność „widzenia tego, co ukryte” w sensie kosmicznych i ludzkich energii, „przechodzenia między światami” na wzór szamanów z czasów paleolitu, oraz używanie tych  zdolności dla dobra innych. Być może obraz czarownicy lecącej na miotle na tle księżyca w pełni był zniekształconym symbolem ogoniastej komety, uosobionej jako kobieta?

13 tysięcy lat temu, pod koniec października, kometa niemal unicestwiła ludzkość, zaś szczątki tego ciała niebieskiego przyczyniły się później do powstania judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, a następnie do narzucenia chrześcijaństwa zachodniemu światu. Jeszcze później te same kometarne szczątki sprowadziły Czarną Śmierć oraz prześladowania czarownic i czarowników. Szukanie kozłów ofiarnych wykorzystano do pozbycia się wielu osób zagrażających ówczesnemu status quo – w tym wypadku kontroli mas – wśród których przeważały silne, niezależne kobiety. I tak dzisiaj łączymy czarownice z Halloween i końcem października, a tym samym z upamiętnieniem zniszczenia prawie całego życia na Ziemi. Jest to po prostu kolejna odmiana historii o Ewie, która zjadła jabłko i doprowadziła do wygnania z Raju, stworzona przez psychopatów nienawidzących kobiet i wszystkiego, co one reprezentują – Kreacji, Pielęgnacji i Służby Innym.

Istotnie, katastrofy tamtych czasów – jak zresztą każdych – przyniosły kryzys wiary. Dlatego każdy, kto mówił o tych klęskach bez emocji i rzeczowo, dokładnie jak to dzieje się w Przyrodzie, do tego w oparciu o rzetelne informacje, musiał zostać uciszony, ponieważ zagrażał fundamentom zachodniej cywilizacji – judeo-chrześcijaństwu, uniformitarianizmowi oraz faszystowskiej kontroli ludzkości.


Laura Knight-Jadczyk, z urodzenia Florydzianka, jest historykiem-mistykiem i autorką 13 książek oraz wielu artykułów opublikowanych drukiem lub w Internecie. Jest założycielką Sott.net oraz inicjatorką eksperymentu kasjopeańskiego i programu Eiriu Eolas, służącego do redukcji stresu i regeneracji organizmu. Obecnie mieszka we Francji wraz z mężem, polskim fizykiem-matematykiem Arkadiuszem Jadczykiem, czwórką dzieci, dalszą rodziną, siedmioma psami i kotem.

"Czarownice, komety i kataklizmy planetarne" - Laura Knight-Jadczyk

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:
Witches, Comets and Planetary Cataclysms
dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Podobne artykuły


18
komentarze: 40 | wyświetlenia: 3465
95
komentarze: 44 | wyświetlenia: 15142
19
komentarze: 1 | wyświetlenia: 15741
36
komentarze: 35 | wyświetlenia: 2357
35
komentarze: 94 | wyświetlenia: 3491
31
komentarze: 29 | wyświetlenia: 5979
31
komentarze: 26 | wyświetlenia: 2397
29
komentarze: 18 | wyświetlenia: 3879
28
komentarze: 9 | wyświetlenia: 2643
26
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1626
26
komentarze: 11 | wyświetlenia: 2289
25
komentarze: 55 | wyświetlenia: 7606
24
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2811
 
Autor
Dodał do zasobów: Hamilton
Artykuł

Powiązane tematy





  swistak  (www),  05/04/2012

Hamiltonie ! Posłuchaj i daj się skruszyć http://www.youtube.com/watch?v(...)outu.be

  Hamilton,  05/04/2012

Nigdzie w Biblii nie znalazłem fragmentu, by Jezus był skłonny do łamania i kruszenia. U jego "następców" i nadgorliwych wyznawców ta chęć zdaje się być cechą dominującą.

W tekście była mowa o strasznych działaniach inkwizycji. A może nie było aż tak źle? Są przecież inni "specjaliści", godni badacze-historycy (?!), np. R. Ziemkiewicz, którzy mają nieco inną wizję działań Sanctum Officum:

Inkwizycja
http://eiba.pl/4u

Stosy kłamstw o inkwizycji
http://eiba.pl/f

  Hamilton,  05/04/2012

To linia obrony na zasadzie: co prawda ukradłem bułkę, ale Iksiński dwie. Czy spalono tysiąc, czy 100 tys. nie ma większego znaczenia. Były to MORDERSTWA za przyzwoleniem "nieomylnego".

Do: Hamilton Starszy.
Może masz rację, a może i nie :). To nie były morderstwa - jak powiadasz. To były próby nawracania grzeszników. Często z wielkim wysiłkiem nawracających pełnych dobrej woli i miłości w stosunku do heretyka:

CYT.:
"W drugiej połowie XVI wieku dokładano wszelkich starań, by nawrócić grzeszników. Nie licząc się z kosztami sprowadzano wybitnych teologów, zao

...  wyświetl więcej

  Hamilton,  05/04/2012

Wierny uczeń Santa Ecclesia i miłośnik powieści markiza de Sade. I stąd podtytuł :strzeż nas Panie od tych gorliwych i zatroskanych o nasze dusze

Do: Hamilton Starszy.
A teraz już całkiem serio - wiesz, ciągle nie mogę pojąć, jak niektórzy ludziska, wykształceni w dodatku, mogą z zimną krwią pisać zdobywać się na tak kuriozalne stwierdzenia? I w dodatku oni w to wierzą!
Znów stary, ciągle aktualny wniosek - wykształcenie nie jest równoznaczne z mądrością (z sercem również).

  Hamilton,  05/04/2012

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.
Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.
Dzisiejsze roztropne dzi ...  wyświetl więcej

Tak sobie pomyślałam, że te linki to były żarty, Januszu :)))

Popatrzcie, jak pan Rossa pięknie tłumaczy pobudki inkwizycji... czego tam uczą w Santa Ecclesia... chyba jednak tylko czytania Markiza de Sade pod pulpitami...

Do: Skalny Kwiat.
Żartownisiem potrafię być, owszem :), ale nie w takich przypadkach. Wówczas wyłazi ze mnie Zadzior Bojowy... :(( :))

Do: Hamilton Starszy.
Jak to dobrze obcować z ludźmi wykształconymi i mądrymi jednoczesnie - zawsze można się od nich wiele nauczyć... :)

  Hamilton,  05/04/2012

Nie uważam się za człowieka wykształconego, ani tym bardziej za mądrego. Przeciwnie. Im dłużej żyję, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak mało wiem.

Do: Hamilton Starszy.
Nie bądź zbyt skromny. Ja wiem, że każdy powinien być troszkę Sokratesem - "Wiem, że nic nie wiem..." Filozoficzne, rzecz jasna - sam podobnie mówię o sobie. Z tym, że nie możemy poddawać w wątpliwość istnienie darów, jakie otrzymaliśmy - ani TY, ani ja, ani inni :).

  Hamilton,  05/04/2012

"Skromność przy przeciętnych zdolnościach jest zwykłą szczerością; przy wielkich talentach – obłudą" - Arthur Schopenhauer
Zarozumiałośc to cecha głupców i geniuszy. Z tym, że ci drudzy mają do niej prawo.

Do: Hamilton.
Nie rozróżnię - jakiś głupiec albo geniusz :) strzelił ci "-", ale żem już to naprawił :).

  Hamilton,  05/04/2012

Domyślam się nawet kto to taki. Każdy musi się dowartościować. Dla niektórych to jedyna możliwość.

  Amicus,  05/04/2012

Do czterech osób głosujących przede mną: witajcie, serdecznie pozdrawiam! :)

Bądź serdecznie pozdrowiony - czekaliśmy na ciebie:)))

Do: Amicus.
Czeeeeść, Amicusie :)).

Abuuuu:(

  Amicus,  05/04/2012

Zaaabiii...
;)

Do: The Meaning, Amicus.
As-salāmu ʿalaikum wa raḥmatuʾllāhi wa barakātuh...:))

Wa `alejkum salam:)
Jejku, dobrze, że Januszu napisałeś, bo Amikus się tak przejął... Już nie będę "abuuować", obiecuję, tylko proszę, piąte... piąte:))

  Hamilton,  05/04/2012

لطيف أيضا

ونحن نحاول

  Hamilton,  05/04/2012

לאנג לעבן אַראַבער ייִדיש פרייַנדשאַפט

האַהאַהאַהאַ
:P

Do: The Meaning, Hamilton Starszy.

有一個很好的一天 (chiński - tradycyjny - nie uproszczony!) - "Miłego dnia!"
I tak możemy - my googlowe translatory - kumać sobie, choć przecie żabusie nie jesteśmy :)).

Do: Hamilton Starszy.
A nie wstyd to Ci - jidyszem poleciałeś?!

晚上好 :)
Google'owi poligloci:P

Do: The Meaning.
Dobry, powiadasz? :) I mam Ci uwierzyć?

  Hamilton,  05/04/2012

Czy śmianie się po żydowsku nie jest antysemityzmem?

  Hamilton,  05/04/2012

Januszu D, by choć przez ulotną chwilę zapanowała miłość arabsko-żydowska.

Do: Hamilton Starszy.
CYT.: "Januszu D, by choć przez ulotną chwilę zapanowała miłość arabsko-żydowska."
Faktycznie - że też od razu tego nie załapałem? :)))

  Hamilton,  05/04/2012

Mojego psa też przekonuję do miłości dla kotów, z takim samym ulotnym skutkiem. Albo on Arab, albo Żyd.

Do Janusz D: Uwierzyć? Oczywiście:)))
http://www.youtube.com/watch?v(...)2x_mgGE
Do Hamilton: jeśli już kogoś oskarżać o antysemityzm, to tylko Google:P

  Hamilton,  05/04/2012

TM, pse pani to Janusek zaczoł pierwsy poliglocić.

Januszu... No! <grozi palcem>:P
Hamiltonie, nieładnie tak skarżyć:))

Do: The Meaning, Hamilton Starszy.
To już przedostatni raz - obiecuję! :)

:)

Do: The Meaning.
CYT.: "Uwierzyć? Oczywiście:)))" - NIEEEEE!
"...ale przecie nigdzie w świecie nie dowierza się kobiecie..." :))

A gdybym napisała, że "nie wierzyć", to byś uwierzył czy nie? Jeżeli kłamca mówi, że kłamie, to kłamie czy mówi prawdę?:P

  Hamilton,  05/04/2012

Ja nie skarżę, tylko chcem być donosicielem i pracować na poczcie

  Amicus,  05/04/2012

Głosujących po mnie też pozdrawiam, spoko :)

  barkarz  (www),  05/04/2012

No to się załapałem:)

  Gamka  (www),  05/04/2012

:-))

  Hamilton,  05/04/2012

Gdzie przebywałaś ministro od walki z niegodziwcami? Uśmiechem się nie wykpisz.

  Gamka  (www),  05/04/2012

A i tu i tam, Hamiltonie i tak sobie...i ot ... starałam się nie wchodzić w oczy niegodziwcom w komentarze, aby ich paluszki nie bolały :-))
....a tom się tytułu dorobiła ...ministry od walki z niegodziwcami ;-))
Witam wieczornie wszystkich komentujących do samej góry ;-))

  Hamilton,  05/04/2012

Przecież jesteś w rządzie, który rżnie głupa, tak samo jak i ja zresztą.

  Gamka  (www),  05/04/2012

:D ...:P

Have you all gone bananas, nuts, bonkers and raving mad? :)))

  Hamilton,  06/04/2012

Teraz to rząd do d..., tak, a to:

Skalny Kwiat (www), 03/05/2011 + 3
Ja od Woni Kwiatowych Hamiltonie - chyba nie powiesz, że nie rozsiewam piękna ich zapachu, parki, lasy i łąki na eioba przynosząc? A Ministerstwo Głupich Kroków popieram - trzeba utworzyć, dekret jakiś w tej sprawie wydając. Wzywam Radę Ministrów do podjęcia bezsensownej ustawy powołania tego wielce bulwersująceg

...  wyświetl więcej

Hehehe... wiedziałam... "What goes around comes around":)))

  Hamilton,  06/04/2012

Wróci premier z urlopu to będziesz miała takie banananas za zdradę stanu, o którym fizjonomom się nie śniło.

  Gamka  (www),  06/04/2012

... i ... " No to do ROBOTY !!! :D

  Hamilton,  06/04/2012

E, tam, rządzący są do korytka, nie do roboty. Nie róbmy rewolucji.

Czasem się pisze o rzeczach, o których się filozofom nie śniły.

Fizjologom też się nie śniło:P

  Amicus,  06/04/2012

Ani fizjoterapeutom :P

  Hamilton,  06/04/2012

Filomatom, filaretom, filologom, filatelistom i finalistom też to nie było dane.

  Areva,  07/04/2012

Boli mnie że jest to prawdziwa historia takich okrutnych prześladowań.

  koobe  (www),  24/07/2013

Przypominam na marginesie o świetnej, świetnej książce Micheleta "Czarownica": o tym, jak u źródeł czarostwa stało po prostu cierpienie, wyzysk, brak perspektyw.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska