Login lub e-mail Hasło   

(Nie)wolny więzień

Media straszą „bestiami”, które mają niebawem wyjść na wolność — skazanymi, którym wyroki śmierci zamieniono na 25 lat więzienia. Ale czy każda „bestia” to bestia?
Wyświetlenia: 1.662 Zamieszczono 24/09/2012

Przez całe życie uciekałem od Boga. Ilekroć starał się mi pomóc, tyle razy dokładałem Mu kolejny kilogram grzesznego balastu do krzyża w drodze na Golgotę.

 

Wtorek, dziewiętnasty lipca 2011 roku, piękny wakacyjny dzień. Słońce pokazuje na sto procent mocy, do czego zostało stworzone. W zakładzie karnym nie ma znaczenia, czy są wakacje, rok szkolny, lato czy zima. Pobudka, apel, śniadanie, spacer… i tak ma okrągło. Jakiekolwiek odstępstwa od tego schematu są rzadkością. Tym większe jest poruszenie, gdy coś odbywa się po raz pierwszy w historii więzienia w Wierzchowie Pomorskim. Dzisiaj, przyjmując biblijny chrzest, ogłaszam swoją gotowość służenia całym sobą Jezusowi. Lecz zanim do tego doszło…

Egoistyczna wiara

Urodziłem się trzydzieści siedem lat temu w Warszawie. Całe dzieciństwo mieszkałem w Śródmieściu, natomiast dorastałem na Pradze Południe. Dzielnice nie należą do elitarnych, a wręcz przeciwnie — wśród warszawiaków cieszą się złą sławą. Mimo to, odkąd sięgam pamięcią, co niedzielę chodziłem do kościoła, gdzie byłem ministrantem, a z czasem nawet lektorem. Również tutaj, w więzieniu, podczas mszy czytywałem Słowo Boże. No właśnie, od ponad sześciu lat odbywam karę 25 lat pozbawienia wolności za napad i zabójstwo. Nie będzie to jednak opowieść kryminalna. Wręcz przeciwnie! Dzięki Jezusowi mogę podzielić się z wami historią mojego życia — świadectwem bezinteresownej łaski miłości Chrystusa.

Parę dni po aresztowaniu trafiłem do sześcioosobowej celi warszawskiej „Białołęki”. Przerażony, zdezorientowany, byłem poddany gradowi pytań współosadzonych. Nie dziwiły mnie te, które dotyczyły sprawy, skąd jestem, kogo znam. Natomiast zdziwiły mnie inne — pytania o wiarę, wyznanie czy Kościół. Określiłem siebie jako chrześcijanina, wierzącego w Boga i chodzącego do kościoła. Ale jakiego? Ceglanego, z dużymi oknami i kolorowymi obrazami, pięć minut jazdy samochodem z domu…

Tak naprawdę na wolności wierzyłem głównie w pieniądze, a w Boga tylko trochę. Gdy pieniądze się kończyły, wierzyłem w Niego bardziej i prosiłem Go o nie. Traktowałem Jezusa jak przedstawiciela banku czy kasy zapomogowej. Wiele Mu obiecywałem w zamian za korzyści materialne. Ciągle mówiłem Mu tylko „daj”. Miałem w domu Biblię, ale tylko dlatego, że świetnie wyglądała na półce. Jednak nigdy jej nie czytałem. Moja „wiara” była bardzo egoistyczna i wygodna. Gdy coś szło źle, obwiniałem Boga, a kiedy odnosiłem sukces, to uważałam, że tylko dzięki własnej pracy. Mimo takiej arogancji z mojej strony Jezus mnie nie opuszczał. Byłem jednak zbyt zaślepiony, aby odpowiedzieć na Jego apele. Moja destrukcja i mój upadek w grzech się pogłębiały. Jedynym rozwiązaniem było… „odizolowanie” mnie od świata. Domyślam się, że może brzmieć to niedorzecznie — więzienie jako metoda ratunku dla zbłąkanej owieczki. No cóż, nigdy do końca nie pojmiemy Jego planów.

Nieoczekiwana odmiana

Poprzez swoje postępowanie w krótkim czasie utraciłem wszystko na bardzo długo: kontakt z trójką dzieci, dom, pieniądze, warsztat i wolność. Z 240-metrowego domu z ogródkiem przeprowadziłem się do trzymetrowej celi. Garnitury, samochód, telefon komórkowy zamieniłem na połatane drelichy, piętrowe metalowe łóżko i plastikowe sztućce. Zamiast „wstawaj kochanie” budzi mnie sygnał dzwonka i brzęk klucza w drzwiach. Od wielu lat dzieci oglądam jedynie na pożółkłym zdjęciu. Jak Hiob nagle zostałem z niczym, z tą różnicą, że on głęboko wierzył Bogu, ja zaś miałem dopiero poznać, że On może wszystko i żaden Jego zamysł nie jest dla Niego niewykonalny[1].

Cztery lata temu „przypadkiem” zapisałem się na kurs Odkrycia do Korespondencyjnej Szkoły Biblijnej z Bielska-Białej. Bardziej chodziło mi o zabicie wolnego czasu niż o pogłębienie wiedzy. W trakcie opracowywania lekcji pojawiły się pytania i wątpliwości. Powoli, bardzo powoli wiatr prawdy rozganiał mgłę tradycji i ludzkich nauk zakrywających prawdę o Bogu. Myśląc po ludzku, nie było już dla mnie ratunku, ale Chrystus, który jakby czekał na jakikolwiek mój gest, refleksję czy choćby próbę uwierzenia w Niego, natychmiast podsunął mi Biblię — swoistą trampolinę duchową, abym mógł się od niej odbić i wykorzystać całą energię upadku do wzlotu ku zbawieniu.

Samo Pismo Święte dostałem od osadzonego, który miał zostać przeniesiony do innego zakładu, a nie chciał dźwigać ze sobą „ciężkiej księgi”. Zacząłem czytać, a właściwie pochłaniać wers po wersie, rozdział po rozdziale, w każdej wolnej chwili. Zachowywałem się jak dziecko, które dotąd mogło jedynie wąchać sreberko po czekoladzie, aż tu pewnego dnia wprowadzono je do cukierni i pozwolono jeść, co tylko zechce. Im dłużej czytałem, tym poważniej się zastanawiałem, w co tak naprawdę do tej pory wierzyłem. Ziarenko prawdy zaczynało kiełkować.

Korespondencja

Podczas wakacji w roku 2009 w zakładzie odbył się koncert chrześcijańskiego zespołu wokalnego Grupa dla Ciebie. Po koncercie ktoś rozdawał książki On przychodzi. Znaki nadziei. Jeszcze przed snem postanowiłem ją przekartkować. No i nie położyłem się w ogóle. Przeczytałem ją od razu. No tak! No właśnie! Prawda! — powtarzałem szeptem w trakcie czytania. Następnego dnia przestudiowałem ją jeszcze raz, tym razem z Biblią w ręku. Wszystko się zgadzało.

Zacząłem korespondować z jedną z Ewą z Grupy dla Ciebie. Przysłała mi sporo literatury religijnej, w tym książkę Wielki bój. Przeczytałem ją od razu. Dała mi wiele do myślenia. Listy Ewy były dla mnie ogromnym wsparciem. Rok później odwiedził nas kolejny zespół, All 4 Him, tym razem z musicalem. Krótka rozmowa po występie zaowocowała kolejną znajomością listowną, tym razem z Karoliną. Ona również przyczyniła się do poznawania drogi do Zbawiciela.

Mało kto poza więzieniem zdaje sobie sprawę, jaką moc mają listy. Na wolności po przeczytaniu SMS-a czy e-maila zazwyczaj od razu je kasujemy. Z listami jest zupełnie inaczej. Już samo oczekiwanie na nie jest emocjonujące. Poza tym słowa zza muru są odrobiną wolności przesłaną w kopercie do celi, taką namiastka innego świata. Czyta się je wielokrotnie. Drążą umysł, jak krople wody skałę. Słowa: „Nie martw się. Jezus cię kocha” przeczytane po raz dziesiąty czy setny powodują odruchową odpowiedź: „Tak, wiem. Bóg mnie kocha!”. Po niej pojawia się refleksja: „Faktycznie, On mnie kocha!”. I oto Bóg zaczyna kojarzyć się z miłością, a nie gniewem. Tego właśnie doświadczyłem po lekturze listów Ewy, Karoliny i reszty znajomych chrześcijan.

Chrzest kryminalisty

W lutym 2011 roku po raz pierwszy spotkałem się z pastorem Piotrem. Przyjeżdżał do mojego zakładu raz na dwa tygodnie. Od marca regularnie dopytywałem się go, jak i kiedy mógłbym zostać ochrzczony. Pastor nigdy nie odpowiedział mi wprost. Pewnie chciał, abym sam znalazł w Biblii odpowiedź na moje pytania. I tak się stało. Podczas jednej z jego wizyt, w lipcu, zacytowałem mu słowa Etiopczyka z Księgi Dziejów Apostolskich: „Cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony? Filip zaś powiedział mu: jeśli wierzysz z całego serca, możesz. A odpowiadając, rzekł: Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym”[2]. Powiedziałem pastorowi, że ja również wierzę jak ten Etiopczyk.

Chrzest — chwila, na którą długo czekałem. Niewiele wiedziałem o samej uroczystości, ale byłem pewny, że pragnę pojednania z Bogiem. Po chrzcie nastąpiło coś, co stanowiło dla mnie kwintesencję symboliki nawrócenia i Bożej miłości. Wychodząc z przenośnego basenu, byłem cały mokry i niesamowicie szczęśliwy. W mojej głowie wciąż brzmiały słowa Pawła: „Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe”[3]. I nagle z bukietem białych kwiatów podeszła do mnie Ola, młodziutka studentka w szóstym miesiącu ciąży, która przyjechała z pastorem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie ogromny kontrast całej sytuacji. Ona, uśmiechnięte uosobienie radości z życia i chwały Pana, oraz ja — łysiejący kryminalista przed czterdziestką. Ola pogratulowała mi i życzyła powodzenia na nowej drodze życia z Jezusem. Widzicie to? Ciąża to nowe życie, a chrzest to nowonarodzenie; białe kwiaty to zmycie grzechu przestępcy. Bóg i kryminalista?! Zanurzyłem się w wodzie, a wynurzyłem w Chrystusie. Oto moc i potęga prawdziwego Zbawiciela! Chwała Mu na wieki!

Mistrzowski plan

Opisałem swoją historię, aby dać świadectwo bezwarunkowej miłości Jezusa do wszystkich ludzi. Dociera On do miejsc i osób, o których większość społeczeństwa woli zapomnieć, oceniając wszystkich jedną miarą. Ludzie żywią uprzedzenia związane z wiarą w Boga, nawróceniem i nowym życiem. Wiele razy spotykałem się z opinią, że czytam Biblię, aby zwiększyć sobie szanse szybszego wyjścia na wolność. Tyle że koniec mojej kary przypada na rok 2030, więc czy krócej, czy do samego końca — przede mną i tak jeszcze wiele lat odsiadki. Ale ja już dziś, nawet w więzieniu, czuję się w Chrystusie wolny. Inni mówią mi, że uległem jakiejś modzie, że chcę być trendy. Ale to też wątpliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę drwiny, kpiny i docinki, z jakimi się spotykam.

Wierzę, że Bóg miał wobec mnie swój plan. Na wolności nie czytałem Biblii, gdyż brakowało mi motywacji i czasu. Znalazłem się więc w miejscu, gdzie wolnego czasu jest aż nadto, a motywacją — paradoksalnie — jest nuda. Nigdy też na wolności nie pisałem listów, teraz sam korespondencyjnie poznaję Boga i piszę o Nim innym. Już wiele razy próbowałem rzucić palenie, lecz bez skutku. Rok temu obiecałem to Jezusowi i już nie palę.

Czy można być szczęśliwym w więzieniu? Można. Czymże jest słuszna kara za popełnione przestępstwa w porównaniu z ukrzyżowaniem niewinnego Chrystusa? To właśnie poprzez Jego śmierć na krzyżu za nasze grzechy możemy dziś mieć gwarancję zbawienia i cieszyć się wolnością, nawet w więzieniu.

Wielokrotnie słyszę, że każdy osadzony jest zły, przebiegły i podstępny, bez szans na zmianę życia. W efekcie więźniowie mówią, że nie warto robić nic dobrego, bo i tak nikt tego nie doceni i nie uwierzy w ich szczere intencje. A przecież Jezus bezwarunkowo odpuszcza nasze winy i daje szansę rozpocząć życie od nowa. I to znacznie lepsze życie, bo trwające nie 15, 25 czy 50 lat, ale wieczność. Nikt nie kocha nas bardziej niż On. Dla Boga nie ma przeszkód ani uprzedzeń w poszukiwaniu zagubionych owiec. Chce zbawienia każdego, bez względu na wiek, wygląd czy... wyrok. Jeśli choć jedna osoba po przeczytaniu tego przez chwilę zastanowi się nad celem życia i Bożą miłością, to dziękuję Bogu, że się znalazłem tu, gdzie jestem.

Michał Leśniak

 

[1] Zob. Hi 42,2. [2] Dz 8,36-37. [3] 2 Kor 5,17.

 

[Artykuł ukaże się w miesięczniku „Znaki Czasu” 10/2012].

Podobne artykuły


17
komentarze: 83 | wyświetlenia: 2210
16
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1223
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1071
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1126
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 556
13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 800
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 647
11
komentarze: 70 | wyświetlenia: 683
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 494
11
komentarze: 34 | wyświetlenia: 987
11
komentarze: 137 | wyświetlenia: 625
 
Autor
Dodał do zasobów: Andrzej Siciński
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska