Login lub e-mail Hasło   

Operacja CK-TAW

W wewnętrznej nomenklaturze Centralnej Agencji Wywiadowczej przedrostek CK w kryptonimie oznaczał, że operacja jest super-tajna i dotyczy Związku Sowieckiego.
Wyświetlenia: 1.023 Zamieszczono 24/03/2013

Taki przedrostek otrzymała Operacja TAW – program podsłuchu nadzorowanych przez KGB „bezpiecznych”, podziemnych  kabli telekomunikacyjnych tajnej łączności rządowej.  „Był to największy sukces CIA” – oceniał generał-major Oleg Kaługin, były szef wydziału K (kontrwywiadu) w Pierwszym Zarządzie Głównym KGB (wywiad zagraniczny). „Pluskwy założono w punktach, z których można było podsłuchać każdą rozmowę. Dosłownie każdą. Był to majstersztyk.” 

W latach 1970-tych specjalistom z Departamentu Nauki i Techniki CIA udało się wykryć przebieg radiolinii łączącej Moskwę z ośrodkiem badawczym broni jądrowych i laserowych w miejscowości Krasnaja Pachra leżącej około 40 kilometrów na południowy zachód od Moskwy, niedaleko Troicka. Skonstruowano odpowiednie urządzenie podsłuchowe i przez kilka lat przechwytywano z powodzeniem rozmowy naukowców z urzędnikami resortów zajmujących się produkcją zbrojeniową. Pod koniec dekady obfite źródło informacji nagle wyschło. Urządzenia podsłuchowe zamilkły.

Dyskretne poszukiwania przyczyny wkrótce dały rezultat.  W 1979 roku dowiedziano się,  że pod Troickiem zbudowano tajną centralę łączności rządowej. Według moskiewskich źródeł CIA obsługiwała ona nie tylko ośrodek badań nuklearnych i sąsiadujące z nim laboratorium, w którym prowadzono eksperymenty z laserami, ale również nowoczesny kompleks biurowców Pierwszego Zarządu Głównego KGB w Jaseniewie i rozliczne dacze wysokich funkcjonariuszy partyjnych i rządowych w okolicznych lasach.

Emerytowani wysocy funkcjonariusze KGB sugerowali we wspomnieniach, że CIA udało się wprowadzić swojego agenta do brygad technicznych. Rozpoznał on układ kabli i wybrał najlepsze miejsca do założenia podsłuchów. Jedna z wersji amerykańskich głosi, że za sutą łapówkę otrzymano od inżyniera nadzorującego roboty kopię planów budowlanych. Według innej wersji – najbardziej wiarygodnej – kiedy zamikła radiolinia, w Fort Langley zorientowano się, że łącza telekomunikacyjne przeniesiono pod ziemię. Wykorzystując szpiegowskie satelity KH-11 zaczęto szukać śladów nowego systemu telekomunikacyjnego między Troickiem a Moskwą. Trochę to trwało, ale na zdjęciach satelitarnych wykryto, że wzdłuż prowadzącej do Moskwy szosy są ślady rowu oraz charakterystyczne włazy do studzienek umożliwiających konserwację i naprawę kabli telekomunikacyjnych. Moskiewska placówka CIA uruchomiła swoje źródła i potwierdziła, że  kable ułożone wzdłuż Szosy Warszawskiej łączą tajny instytut badań jądrowych z Moskwą.

W Fort Langley postanowiono podjąć ryzyko założenia podsłuchu. Ciężar zebrania informacji technicznych spadł na personel placówki moskiewskiej. Ostrożnie by nie wzbudzić podejrzeń obserwatorów Siódmego Zarządu KGB, funkcjonariusze operacyjni i technicy CIA przejechali kilkakrotnie Szosą Warszawską i ukrytymi aparatami fotograficznymi Tessina wykonali serię zdjęć studzienek z zewnątrz. Udało się im nawet dostać do wnętrza i ustalić, co jest potrzebne by sprawnie podnieść i zasunąć pokrywę oraz jak głęboka jest deszczówka zbierająca się na dnie studzienki. Cennym ułatwieniem okazała się wbetonowana na stałe metalowa drabinka prowadząca do kabli, które były w ołowianych pancerzach wypełnionych gazem pod ciśnieniem (spadek ciśnienia po przebiciu pancerza wywoływał alarm), a na dodatek zaopatrzono je w cały system czujników wykrywających próby manipulacji.     

Po dyskusjach w Moskwie wybrano studzienkę, którą uznano za najdogodniejszą do penetracji. Leżała blisko szosy i była przysłonięta biegnącym wzdłuż drogi rzadkim pasem drzew, których listowie dawało od maja do października jaką taką osłonę. Wadą lokalizacji było wzgórze oddalone o 2 kilometry otwartego pola, na którym stały budynki Drugiego Zarządu Głównego KGB (kontrwywiad i bezpieczeństwo wewnętrzne).

Cały zebrany materiał przesłano do Departamentu Nauki i Techniki CIA, gdzie w 1977 roku rozpoczęto prace nad zbudowaniem odpowiedniego urządzenia podsłuchowego. Budżet przedsięwzięcia nie miał ograniczeń.  

Wspólnie z technikami agencji radio i kryptowywiadu (National Security Agency) specjaliści CIA skonstruowali unikalne „kołnierze”, które można było zamocować wokół kabla i rejestrować elektroniczne impulsy rozmowy telefonicznej lub korespondencji dalekopisowej, czy faksowej bez fizycznego naruszania przewodu, uruchamiania alarmu lub zostawiania jakichkolwiek śladów. Nagrane na kasety impulsy trzeba było jednak niepostrzeżenie „wyjąć” ze studzienki, dowieźć do ambasady, a potem przesłać pocztą dyplomatyczną do USA dla odkodowania. Taka „ewakuacja” nagrań nie była prosta i w tajnym ośrodku szkoleniowym CIA Camp Peary w stanie Wirginia, zwanym potocznie „Farmą”, zbudowano model studzienki, w którym bardzo rygorystycznie szkolono oficerów wybranych do prowadzenia Operacji TAW w Moskwie.    

Pierwszy „kołnierz” założył wiosną 1981 roku Jim Olson z moskiewskiej placówki CIA, przeszkolony przez Biuro Służby Technicznej (Office of Technical Service). Przygotowywał się do tej operacji od lata 1979 roku badając cierpliwie lokalne warunki terenowe, ucząc się sowieckich zachowań i zwyczajów oraz przyzwyczajając sowieckich obserwatorów do „rutynowych” rodzinnych wyjazdów na piknik w podmoskiewskich lasach.

W chłodny, ale słoneczny wiosenny dzień, Olson wyjechał familijnym minibusem z żoną i dziećmi na piknik, a kiedy ustalił, że nie nie są śledzeni, oddalił się od rodziny, przebrał w ciuchy przeciętnego Moskwiczanina i z wytartym plecakiem na ramieniu wrócił transportem miejskim do Moskwy. W plecaku miał 17 kilogramów urządzeń stanowiących szczyt szpiegowskiej techniki, na które wydano ponad 20 milionów dolarów.  Przesiadał się kilkakrotnie i pewny, że nie ma „ogona” dotarł w pobliże studzienki przy Szosie Warszawskiej. Tam pod osłoną drzew wciągnął wysokie gumowe budy, specjalnymi duraluminiowymi łyżkami podniósł pokrywę i wśliznął się do studzienki.

Pierwsze „wejście” miało charakter rekonesansu. Stojąc do pół uda w lodowatej wodzie Olson zrobił w półmroku zdjęcia wnętrza studzienki aparatem z flashem na podczerwień. Następnie kolejno, kabel po kablu, zakładał na nie dwuczęściową obejmę i obwiązywał białą taśmą  bawełnianą. Białą, żeby łatwiej było rozpoznać w mroku kabel i znaleźć taśmę jeśli upadnie. Zamocowaną obejmę podłączał do urządzenia nagrywającego i pobierał kilkuminutowe próbki transmisji. Kiedy skończył i nie zostawiając śladu spakował do plecaka cały swój „dobytek”, uchylił pokrywę i nie widząc nikogo w pobliżu wyszedł ze studzienki. Zasunął pokrywę, pod osłoną drzew zmienił długie gumiaki na trzewiki i szybko pomaszerował, znacznie krótszą drogą, do lasu, gdzie zostawił żonę i dzieci. Po drodze zmienił ubranie z „sowieckiego” na „amerykańskie”. Nikt go nie śledził, nikt nie obserwował rodziny. Pięciogodzinny rekonensans zakończył się pomyślnie.

Na podstawie pobranych przez Olsona próbek, w Fort Langley wytypowano kabel, na który założono „kołnierz” stałego podsłuchu. Od tego dnia, co pewien czas, z ambasady amerykańskiej wyjeżdżał samochód z dwoma funkcjonariuszami CIA pracującymi pod osłoną immunitetu dyplomatycznego. Chwilę później ruszały za nimi samochody obserwacji  Siódmego Zarządu KGB. Amerykanie jechali bez pośpiechu na południe i dopiero po przejechaniu rzeki Moskwy, na przedmieściach, przyspieszali zwiększając dystans dzielący ich od „ogona”. Za wygodnym zakrętem, kiedy nikli na moment z oczu obserwacji, samochód gwałtownie hamował, pasażer wyskakiwał i chował się w krzakach, a kierowca podnosił zamontowanego w oparciu fotela manekina, który pozorował, że w samochodzie nadal jadą dwie osoby.

Prymitywny trick działał bez zarzutu. Kierowca wracał po przejażdżce do ambasady, zaś jego partner docierał przez las do studzienki. Po drodze, z bezpiecznego dystansu, sprawdzał, czy aparatura działa poprawnie. Na krótki sygnał radiowy system podsłuchowy „meldował”, czy urządzenia działają prawidłowo, ile kaset trzeba zmienić, czy potrzebne są nowe baterie oraz przede wszystkim, czy nikt przy urządzeniach nie grzebał.

Przez cztery lata system działał bezbłędnie, aż wiosną 1985 roku wysłany po nagrane kasety funkcjonariusz CIA wrócił z niczym. System ostrzegł, że ktoś ruszał urządzenia, a to oznaczało, że nie wolno się zbliżać do studzienki. Kilka tygodni później, z zachowaniem  nadzwyczajnych środków ostrożności, wyjęto całe urządzenie nagrywające. Okazało się, że na kasetach nic się nie nagrało. System nie działał i nie było wiadomo, czy to awaria, czy dyskretna interwencja techników KGB. Operację zwinięto.

Pierwszego sierpnia 1985 roku do ambasady USA w Rzymie zgłosił się i poprosił o azyl pułkownik Witalij Jurczenko, zastępca szefa I Departamentu (Stany Zjednoczone i Kanada) Pierwszego Zarządu Głównego KGB. Jeszcze tego samego dnia, w trakcie pierwszej rozmowy z szefem placówki CIA Alanem Wolfem, Jurczenko ujawnił, że KGB ma agenta o pseudonimie „Robert”, który w 1984 roku sprzedał Rosjanom w Wiedniu wiele tajnych materiałów. Człowiek ten został specjalnie przeszkolony do prowadzenia operacji wywiadowczych w Związku Sowieckim, ale został usunięty z CIA na krótko przed wyjazdem do Moskwy.

Informacje Jurczenki umożliwiły w ciągu kilkudziesięciu godzin zidentyfikować „Roberta” jako Edwarda Lee Howarda zatrudnionego w CIA w 1981 roku. Wytypowano go do wyjazdu na placówkę w Moskwie i wraz z żoną przeszkolono na „Farmie” na najbardziej intensywnym kursie wywiadowczym, gdzie poznał wszystkie tajniki pracy operacyjnej, włącznie z obsługą studzienki telekomunikacyjnej przy Szosie Warszawskiej.

W 1983 roku wyszło na jaw, że podczas szkolenia Howard oszukuje. Trenując na modelu studzienki szybkie wślizgiwanie się i wychodzenie, zamiast ciężarków władał do plecaka puste pudełka. Podejrzenia o lenistwo przerodziły się w zarzuty, kiedy poddano go badaniu wykrywaczem kłamstwa. Okazało się, że pije, szprycuje się kokainą i kradnie. Usunięto go ze służby na początku maja 1983 roku.

Rozgoryczony Howard rozpił się na dobre i postanowił się zemścić. W sierpniu 1983 roku ambasada sowiecka w Genewie otrzymała formularz wniosku wizowego i przypięty do niego list oferujący „interesujące” informacje. Autorem listu był Howard, który proponował spotkanie z oficerem KGB w gmachu Kapitolu w stolicy USA. Moskiewska Centrala przekazała list rezydenturze w  Waszygtonie, gdzie doświadczony oficer operacyjny Wiktor Czerkaszyn i rezydent Stanisław Androsow uznali, że oferta pachnie prowokacją FBI i nie podjęli kontaktu. Centrala miała jednak inne zdanie, a może dodatkowe informacje, i rok później nakazała odszukać Howarda. Odnaleziono go w stanie Nowy Meksyk i Czerkaszyn zaproponował mu spotkanie w Wiedniu we wrześniu 1984 roku. Howard zgodził się.

Zdrada Howarda miała katastrofalny skutek dla moskiewskich operacji amerykańskiego wywiadu. Zdemaskował trzech funkcjonariuszy placówki CIA, wydał operację CK-TAW, opisał szczegółowo metody pracy z agentami i procedury łączności z nimi,  techniki napełniania i opróżniania martwych skrzynek kontaktowych, sposoby wymykania się obserwacji KGB, oraz wszelkie tricki składające się na pracę operacyjną na wyjątkowo wrogim terenie jakim była Moskwa. Jemu też przypisuje się zdradę najcenniejszego wówczas agenta CIA w Związku Sowieckim Adolfa Tołkaczewa, kontruktora lotniczego, który dostarczył tysiące stron projektów, rysunków konstrukcyjnych oraz wyników testów samolotów i pocisków rakietowych nowych generacji. Wartość tych materiałów Amerykanie szacowali na miliardy dolarów.

Po rewelacjach Jurczenki CIA zaalarmowała 3 sierpnia 1985 roku FBI, które rozpoczęło inwigilację Howarda. We wrześniu założono mu podsłuch i objęto go całodobową obserwacją. Howard był jednak pojętnym uczniem kursu gubienia „ogona”. W sobotę 21 września wieczorem wraz z żoną wyjechali do restauracji w Santa Fe, gdzie zjedli kolację. Wracając do domu, na osłoniętym zakręcie Howard wyskoczył, a jego żona postawiła manekina zmajstrowanego z umywalkowego przepychacza, wieszaka z rozpiętą sportową kurtką oraz peruki nałożonej na styropianową „głowę”.

Noc spędził w hotelu przy lotnisku w Albuquerque skąd pierwszym porannym lotem odleciał do Tuscon i dalej przez Nowy Jork i Kopenhagę do Helsinek, skąd przewieziono go do Związku Sowieckiego w bagażniku samochodu z dyplomatyczną rejestracją należącego do lokalnej rezydentury KGB. Na początku sierpnia 1986 roku agencja prasowa TASS podała, że obywatel Stanów Zjednoczonych Edward Lee Howard otrzymał azyl polityczny w Związku Sowieckim. Natomiast w sierpniu 2002 roku w Waszyngtonie zakomunikowano lakonicznie, że 12 lipca martwego Howarda znaleziono na jego daczy pod Moskwą i zgodnie z wolą rodziny ciało skremowano. Według moskiewskich źródeł podobno spadł po pijanemu ze schodów.  

Rafał Brzeski                                       

Podobne artykuły


13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 1208
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1019
12
komentarze: 70 | wyświetlenia: 1090
12
komentarze: 280 | wyświetlenia: 764
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 742
11
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1894
10
komentarze: 97 | wyświetlenia: 582
10
komentarze: 57 | wyświetlenia: 1040
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 547
9
komentarze: 74 | wyświetlenia: 553
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 896
9
komentarze: 33 | wyświetlenia: 679
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska