Login lub e-mail Hasło   

Witold Zbroja pseudonim Świt - pamiętnik porucznika Armii Krajowej

Teksty znajdujące się poniżej zostały przeze mnie dokładnie przepisane z pamiętnika mojego Dziadka (nie cierpiał kiedy mówiłem na Niego dziadek) Witolda Zbroi, spisanego...
Wyświetlenia: 1.162 Zamieszczono 30/11/2014

Teksty znajdujące się poniżej zostały przeze mnie dokładnie przepisane z pamiętnika mojego Dziadka (nie cierpiał kiedy mówiłem na Niego dziadek) Witolda Zbroi, spisanego w styczniu 1971 roku i zawierają dość szczegółowe i dokładne wspomnienia z okresu śledztwa w Grodnie oraz ewakuacji obozu Stutthof.

Witold Zbroja
urodził się 23 maja 1911 roku. Syn FELIKSA ZBROI i MARII.
Brał czynny udział w Kampanii Wrześniowej 1939 w 81 p.p., w II baonie, w 9 kompanii jako dowódca plutonu. Walczył w pułku 29 d.p. pod Tomaszowem Mazowieckim i pod Iłżą.
13 października 1939 roku został internowany przez Armię Radziecką. Do rodziny w Grodnie powrócił z mińska w sierpniu 1941.
Pracując jako leśniczy w nadleśnictwie Hoża "Polnish Forster" w Sobolanach, wstąpił do pracy konspiracyjnej we wrześniu 1941, zaprzysiężony przez por. Adama Lewandowskiego ps. "Konrad" przyjął pseudonim "Świt".
W terenie gminy Hoża zorganizował pluton w sile 30 ludzi, odpowiednio wyszkolił, zaopatrzył w broń i prowadził dywersyjno partyzancką walkę z hitlerowskim okupantem w rejonie nadleśnictwa, na sieci dróg kolei kołowych: pluton brał czynny udział w kacjach na Plebaniaszki i Młyn Leśna.

Utrzymywał łączność z oddziałem partyzanckim UBK-AK kpt. "Jacka" udzielając pomocy w zaopatrzeniu, w wyżywienie, w broń i środki sanitarne, organizując dla rannych i chorych tajne schronienia, gdzie dr. Masalski udzielał opieki lekarskiej.
W grudniu 1943 roku "Świt" został aresztowany przez Gestapo i po trzech miesiącach uciążliwego śledztwa w Grodnie, wywieziony do obozu w Stutthofie, skąd powrócił w kwietniu 1945.

Wiese i Alosza gestapowcy z Grodna.

 Wiese – nie wiedziałem, że ma na mię Kurt. W ostatnich dniach 1943 r. przywitał mnie w swoim gabinecie grodzieńskiego gestapo bardzo serdecznie. Przeprosił za brutalne traktowanie przez czterech żandarmów, którzy konwojowali mnie z Porzecza do Grodna, za „chamskie – wynikłe prawdopodobnie z nieporozumienia” pobicie przez gestapowców przejmujących mnie od żandarmów, no i niemal z rozpaczą ubolewał nad moimi spuchniętymi i skrwawionymi od kajdanków dłońmi.

Szczupły blondyn o regularnych, prawie chłopięcych rysach twarzy wydawał się być uosobieniem dobroci.

Poinstruował mnie, że zostałem sprowadzony do gestapo dla wyjaśnienia paru tylko błędnych spraw, poczym będę mógł wrócić do domu. Po kilku minutach nawet przyjemnej i miłej pogawędki padło pierwsze pytanie: - czy znam i kiedy ostatni raz widziałem Zbyszka Łakińskiego. Był to mój serdeczny przyjaciel, z którym przebywałem w Rosji do lipca 1941, a po powrocie z Rosji w lasach nad Niemnem, w rejonie Augustów, Grodno, lida, Szumczyn. Obaj jako dowódcy, on „Grodniak”, ja „Świt” wspólnie opracowywaliśmy i realizowaliśmy akcje przeciwko Niemcom.

Anielska postać Wiesego zmieniła się w szatana. Po pierwszych dwu uderzeniach wybił mi cztery zęby.

Po okrzyku „Alosza” wpadł do gabinetu wysoki i szeroki w barach, o wystających kościach policzkowych brunet, - skuł mi ręce i nogi, rzucił na tapczan i wraz z Wiesem bił bykowcem do chwili, w której straciłem przytomność.

Ocucono mnie wodą. Obaj byli zmęczeni, czoła i skronie błyszczały od potu. Wypili po szklance kawy, wypalili po papierosie i przypomnieli sobie o mnie.

Uwiązano mi sznur do nóg, przerzucono go przez otwarte skrzydło drzwi i podciągnięto, koniec sznurka uwiązano u klamki z przeciwnej strony. Zawisłem głową w dół, twarzą do płyty drzwiowej. Nim otrzymałem pierwsze razy już krew na skutek poprzedniego bicia zalała mi oczy. Nie wiem jak długo to trwało. Bili na zmianę. Ilekroć traciłem przytomność zlewano mnie wodą, której kałuże od czasu do czasu widziałem na podłodze, około 20 cm od moich oczu.

Ocknąłem się w piwnicy bez okien, całkiem ciemnej. Ręce miałem skute do tyłu, a na nogach kajdan już nie było. Kiedy i jak mnie tu przyniesiono nie wiedziałem. Piwnica nieduża, około 3 na 4 m., a połowa jej zajęta była przez pryczę drewnianą. Nie byłem jednak sam, jakiś mężczyzna ze skutymi rękami tak jak i ja w tyle pętał się w niezajętej części piwnicy i bez przerwy mamrotał „Jezu Chryste, Jezu Chryste:’

Pięć tygodni siedzieliśmy razem w jednej piwnicy i przez cały ten okres nie usłyszałem ani jednego słowa więcej z jego ust, nie widziałem nigdy jego twarzy, nie wiem kim był, jak się nazywał.

Raz dziennie przynoszono nam zupę w miskach, które stawiano na pryczy, a my odszukiwaliśmy je nosami i wychłeptywaliśmy ich zawartość jak zwierzęta bez użycia rąk. W czasie otwierania i zamykania drzwi wpadało słabe światło elektryczne z korytarza, jednak obowiązkiem naszym było w tym czasie wsuwania się w najdalszy kąt piwnicy na pryczy.

Do umywalni wyprowadzano nas kolejno, również jeden raz na dobę, rozkuwano nam wówczas ręce, abyśmy się mogli umyć oraz uprać spodnie i bieliznę zakrwawione i zanieczyszczone na skutek załatwiania potrzeb fizjologicznych w spodnie, bo przecież przebywaliśmy w piwnicy zawsze z rękoma skutymi w tyle.

Przez pięć tygodni pobytu w piwnicy straciłem rachubę czasu, wyrosła mi broda, ubranie było całkowicie zniszczone i zawsze mokre, co wprawdzie miało i tę dobrą stronę, że stanowiło pewnego rodzaju kompres na obolałym, ciągle bitym ciele. Nie wiem ile razy zabierano mnie na śledztwo, niegdy jednak nie wracałem z niego na własnych nogach. Jedyną korzyść jaką z niego odnosiłem to była możliwość podrapania się własnymi rękoma, ponieważ przekuwano mi ręce z tyłu do przodu.

W czasie jednego powrotu ze śledztwa przeanalizowałem sytuację i doszedłem do wniosku, że w tych warunkach, żyć, a raczej istnieć dłużej nie można, odebrać sobie życia też nie można, na skutek braku rąk - ciągle skutych w tyle – a rozbijania głowy o mór nie chciałem stosować, nie będąc pewnym czy pierwsze uderzenie spowoduje śmierć, czy też utratę przytomności i ewentualne kalectwo.

Gdy „Aloszka”, – który mnie zresztą stale doprowadzał i odprowadzał ze śledztwa ryglował za mną drzwi piwnicy krzyknąłem, że „jednak chciałbym zeznawać”.

Skwapliwie doprowadził mnie ponownie do Wiesego, ten przyjął mnie tak jak pierwszy raz, - z dobrotliwym uśmiechem. Wypaliłem nawet po raz pierwszy od wielu tygodni papierosa. Paląc cieszyłem się promieniejącym z gestapowców zadowoleniem i radością. Po zgaszeniu papierosa oznajmiłem – „bardzo żałuję, że dotychczas nie mogłem skontaktować się z żadnym z oddziałów partyzanckich, bo gdyby mi się to udało wstąpiłbym w ich szeregi po to, aby w bezlitosny sposób mordować takie hitlerowskie gadziny jak wy właśnie – Wiese i Loszka”.

Nie musiałem się specjalnie podniecać. Samo przyszło. Wykrzyczałem z furią wszystko, co Polacy myślą o Hitlerze, Beringu i całych hitlerowskich Niemcach. Powiedziałem, co ich wszystkich czeka. W ogóle wpadłem w jakiś szał. Nawet, gdy po pierwszym zdumieniu z wściekłością i nieprzytomnie zaczęli mnie tłuc, ja krzyczałem nadal mieszając największych dostojników niemieckich z najbardziej wulgarnymi znanymi słowami polskiego słownika.

Nie osiągnąłem jednak oczekiwanego wyniku. Żyłem. Nie zatłukli mnie na śmierć, której tak bardzo pragnąłem. Oprzytomniałem znowu w piwnicy.

po paru dniach zawieziono mnie jednak do więzienia.

Największą tragikomedią mojego epilogu w gestapo było być może to, że jak mnie poinformował po wojnie mój żyjący jeszcze dziś (lata siedemdziesiąte) przyjaciel Henryk Jung (Łódź, ul. Orla 21/23), że organizacja AK w Grodnie zapłaciła za moją wolność, a uzyskać ją miałem w tym dniu, w którym zdecydowałem się na śmierć z ręki Wiese i Aloszy.

Bezpośredni mój kontakt z Wiesem i alozą skończył się, jednak przez wiele miesięcy musiałem być naocznym świadkiem jak obaj własnoręcznie zabijali dzieci, starców, kobiety i mężczyzn.

Cela więzienna na drugim piętrze chyba nr 32 o rozmiarach 3x6 m, z podłogą z białych desek, z potężnymi drzwiami z judaszem i niewielkim okienkiem pod sufitem wychodzącym na podwórze więzienne, będące jak gdyby studnią między otaczającymi budynkami więzienia, nie mogła pomieścić więcej jak 12-14 ludzi, z których każdy przeżywał osobistą tragedię, każdy posiadał własne tajemnice, każdy miał już poza sobą przynajmniej jedno śledztwo i posiniaczone, zakrwawione ciało, a nawet połamane kości.

Wszyscy baliśmy się następnych śledztw, współczuliśmy zabieranym z celi na przesłuchania i opatrywaliśmy razy powracającym z niego.

Nie pamiętam już nazwisk moich współtowarzyszy, mimo, że dokładnie ich pamiętam i o każdym z nich mógłbym jeszcze dziś wiele powiedzieć.

Mimo przeżywanych tragedii dzieliliśmy się optymizmem, pozorną beztroską, a nawet humorem.

Już w pierwszym dniu pobytu w celi dowiedziałem się, że na śledztwo wzywają tylko do godziny 12. Do tej godziny atmosfera była zawsze pełna napięcia i wyczekiwania. Baliśmy się i to wszyscy, nawet ci, którzy potrafili ginąć pod razami nie wypowiadając słówka tak oczekiwanego przez gestapo.

Nie baliśmy się jednak godziny 16 – godziny śmierci. Na korytarzu oddziałowy wywoływał nazwiska, a ich właściciele przez drzwi podawali numery cel, w których się znajdowali.

My pozostający w celi ustawialiśmy się pod oknem lub trzech wspinaliśmy się na nie, żeby być świadkami sportowych wyczynów Wiesego i Aloszy.

Wyglądanie przez okno w czasie egzekucji nie było bezpieczne, strażnik na bocianie do każdej głowy w oknie strzelał, a poza tym musieliśmy zabezpieczać wizjerkę w drzwiach, przez którą oddziałowy mógłby stwierdzić naszą nieregulaminową ciekawość, co z kolei narażało nas na wielodniowy, ciężki do przeżycia karcer.

Z okna mojej celi widać było skrzydło budynku więziennego na wprost i z lewej strony. Właśnie z lewej strony, za każdym z dwu skrzydeł otwartej bramy ustawiali się Wiese i Alosza z pistoletami w garściach. W otwartej bramie zjawiał się niski, szczupły, zawsze uśmiechnięty gestapowiec – naczelnik więzienia w towarzystwie uprzednio wywołanych dwu więźniów.

Uprzejmym gestem wskazywał im jakieś drzwi z przeciwnej strony podwórka. Zmierzali do nich, a po kilku krokach padali martwi od kul Wiesego i Aloszy. Rannych dobijali z bliskiej odległości, trupy odciągano w załom muru i wyprowadzano następnych delikwentów.

Zabawa w wyborowych strzelców trwała nieraz około dwu godzin i więcej. Sceny te oglądaliśmy niemal codziennie.

Zachowanie się skazańców wskazywało, że nie wiedzieli o czekającej ich śmierci, że nie wiedzieli o egzekucjach wykonywanych na podwórku więziennym, a więc musieli to być albo doprowadzeni w dniu egzekucji do więzienia, albo też przebywający w celach o ścisłej izolacji, z których okna nie wychodziły na podwórko więzienne.

Czy byli wśród skazańców moi znajomi? – raczej nie, jednak jeden raz przeżyliśmy przerażający dramat.

Wprowadzono do celi mojej znajomego z Komendy Okręgu AK w Grodnie – Apaniewicza. Imienia jego nie pamiętam. Znał mnie, znał moją działalność i wielu innych dowódców i działaczy AK w okręgu.

Obawy moje uspokoił swoim optymizmem i stwierdzeniem, że nie ma takich tortur, które zmusiłyby go do obciążających zeznań.

Po aresztowaniu wprost z domu przyprowadzono go do więzienia bez śledztwa. Była to godzina popołudniowa. Wniósł do celi optymistyczne nastawienie, dużo nowych, pocieszających wiadomości.

O szesnastej, jak zwykle usłyszeliśmy głos oddziałowego, padły nazwiska: „Aponowicz Maria, Aponowicz Zofia, Aponowicz Marian”. Nowy współtowarzysz przy każdym imieniu wymawiał – „żona, matka, brat, - a więc również aresztowani”. Nie przypuszczał, jaki los czeka jego najbliższych. Nasze przerażenie przyjął jako akt współczucia. Nie wiedzieliśmy czy przystawić taborety do okna. Zdecydowałem się jednak. Wraz z dwoma kolegami ujrzeliśmy stojących już za drzwiami i gotowych Wiesego i alozę. W otwartej bramie stał naczelnik z dwoma kobietami. Jedna z nich, w czerwonym berecie, trzymała na ręku owinięte w popielaty koc dziecko. Aponowicz musiał w naszych twarzach wiele wyczytać, ponieważ szarpał nas za nogawki spodni, aby ktoś poróżnił miejsce na taborecie i umożliwił mu spojrzenie przez okno.

Kobiety weszły na podwórko i po przejściu około trzech kroków zatrzymały się. Ta z dzieckiem chciała się obejrzeć i wtedy padły strzały. Tłumoczek z dzieckiem potoczył się po ziemi. Podszedł do niego Wiese, wziął w rękę brzeg końca i gwałtownie pociągnął do góry. Dziecko wturlało się z koca i padło brzuszkiem na ziemię. Kilka strzałów zakończyło jego krótkie życie.

Nie mieliśmy odwagi zejść z taboretu, spojrzeć Aponowiczowi w oczy. Przeczuwał coś złego, w bajeczki stworzone przez nas na poczekaniu nie wierzył.

Prawdy na razie nie znał i postanowiliśmy na razie ukryć ją przed nim.

Ciężkie były pozostałe godziny dnia i nocy. Rano, po śniadaniu wezwano Aponowicza na śledztwo. Ze współczuciem pożegnaliśmy go, jakież więc było nasze zdziwienie, gdy po godzinie wrócił cały i zdrów, jedynie podniecony, ponieważ Wiese oznajmił mu, że jeśli nie będzie szczegółowo i dokładnie odpowiadał na wszystkie pytania, to jego matka, żona, brat i dziecko przebywające w więzieniu zginą.

Dał mu czas do namysłu do dnia następnego.

W tej sytuacji postanowiliśmy zapoznać go z prawdą. Nie uwierzył, nawet wtedy, gdy szczegółowo opisywaliśmy jak była ubrana matka i żona. W ostatniej godzinie przed wezwaniem na ponowne śledztwo załamał się, gdyśmy mu szczegółowo opowiadali jak zginęło jego dziecko.

Zdecydował się rzucić na Wiesego i stracić życie w walce. Wcześniej pożegnał się z nami, zdając sobie sprawę, że idzie na śmierć.

Zresztą my również uważaliśmy, że nie ma innego wyjścia.

Poszedł, i tym razem ponownie ku naszemu zdumieniu szybko wrócił. Z wściekłością zarzucił nam ohydne kłamstwo. Wręczono mu list od żony z dzisiejszą datą. Błagała go, aby ratował siebie i całą rodzinę, aby szczerze odpowiadał na wszystkie pytania, bo tylko wówczas będą mogli odzyskać wolność i wrócić do normalnego, spokojnego życia.

Co do identyczności i charakteru pisma nie miał Aponowicz żadnych wątpliwości. Śledztwo trwało krótko, ponieważ wezwano Wiesego telefonicznie, musiał opuścić więzienie, poinformował jednak Aponowicza, że na ponowne przesłuchanie będzie doprowadzony o 13.00.

Aponowicz nie chciał z nami rozmawiać, oznajmił nam tylko, że jesteśmy podli tchórze, mimo to możemy być spokojni, ponieważ nie zamierza nikogo obciążać.

Długo nie wracał ze śledztwa. Około godziny 16.00 usłyszeliśmy podniecone głosy na korytarzu, rumor i jęki. Uchylona blaszka w wizjerze drzwi pozwoliła nam stwierdzić, że po schodach wloką skrwawionego Apanowicza związanego w kij (kij przewleczony pod kolanami, a przechodzące pod nim ręce związane przed nogami). Głową uderzał o stopnie schodów zostawiając na nich kałuże krwi.

Zmaltretowanego i chyba nieprzytomnego wrzucono do pustej celi z przeciwnej strony korytarza, na wprost naszych drzwi. Byliśmy wstrząśnięci. Nigdy nie dowiedzieliśmy się jednak co zaszło w czasie przesłuchania.

Wrzuconego do celi Aponowicza asystujący Wiese kopał i bił. Przez pierwsze dwa dni w czasie wyprowadzania do umywalni udało nam się parę razy dotrzeć do wizjerki drzwi celi Aponowicza i rzucać słowa pociechy i uznania.

Wiese po kilka razy dziennie odwiedzał go, przemawiał i kopał. Przez dwie doby Aponowicz leżał związany na podłodze we krwi i własnych fekaliach.

W trzecim dniu niezwykły ruch na korytarzu kazał nam uchylić klapkę wizjerki. Ujrzeliśmy przez szeroko otwarte drzwi celi Aponowicza stojący w niej stolik nakryty białym obrusem, a na nim bułki z wędliną i inne dawno niewidziane frykasy. Aponowicz siedział przy nim wraz z Wiesem.

W godzinę później wniesiono nam papier, atrament i pióra po czym zamknięto drzwi.

Był to dzień, w którym rodziny nasze odbierały nasza brudną bieliznę, przekazując czystą.

Uprzednio byłem umówiony z kolegą Jungiem, że jeśli w bieliźnie jest gryps, to na wewnętrznej powierzchni guzika koszuli znajduje się kropka wyciśnięta ołówkiem.

Przesłałem ostrzeżenie, dlatego też nikogo z Grodna nie aresztowano, natomiast terenu nie zdążono całkowicie uprzedzić i już w następnym dniu rano, przy wyprowadzaniu do umywalni dostrzegłem na korytarzu piętro niżej dobrych moich znajomych z Porzecza (3 km od Grodna): nauczyciela: Adama Lewandowskiego, księdza Grafowskiego, zawiadowcę odcinka drogowego Janiaka i innych.

Aponowicz wciąż pisał przegryzając bułkami i popijając winem. Na nasze ostrzeżenia i groźby odpowiadał jednym słowem: „wond”.

Czułem, że nie mogę być pominięty w informacjach Aponowicza i nie myliłem się. W następnym dniu po aresztowaniu kolegów z porzecza, zaraz po objedzie, zjawił się w celi naczelnik w asyście dwu oddziałowych. Kazał mi zabrać miskę i łyżkę, wyjść z celi. Doprowadzono mnie do bramy śmierci, która już była otwarta. Wchodząc na podwórko byłem przekonany, że to już koniec, usłyszałem jednak głos „w lewo”. Stanąłem przed drzwiami budynku, na wprost okien mojej celi. Nigdy nie widzieliśmy, aby ktoś przez nie wchodził lub wychodził. Tym razem oddziałowy odryglował je, przekręcił przy drzwiach kontakt i zobaczyłem schody prowadzące do piwnic. Na dużym, obszernym korytarzu, z lewej i prawej strony drzwi z okratowanymi okienkami, zza których wyzierały twarze ludzkie.

Pod filarami, na środku korytarza stosy ubrań i butów. Kazano mi się rozebrać pozostawiając tylko czapkę i miskę w ręku. Otwarto drzwi jednej z cel i nim zdążyłem się zorientować, kopniakiem wepchnięto nie do niej.

Przewróciłem się i omal nie utonąłem, co wywołało głośny rechot gestapowców.

Po chwili kroki na schodach, zgrzyt ryglowanych drzwi, charakterystyczny trzask przekręcanego kontaktu i ciemność, a wraz z nią piwnica ożyła.

Ze wszystkich cel pytano, kim jestem. Na korytarzu nie było, wogóle strażników, a okratowane i nieoszklone okienka w drzwiach umożliwiały porozumiewanie się ze wszystkimi więźniami. Cela nieduża, około 2x2 m bez okna, o mocno obniżonej posadzce wypełniona była wodą sięgającą mi do połowy ud. Wszystkie cele na korytarzu, a było ich chyba 12 miały tylko po jednym lokatorze. Niektórzy z nich siedzieli tu już po 10 dni. W celi obok mojej siedział ksiądz i Lidy, prawdopodobnie nazywał się Sargiewicz, - w piątym dniu mojego pobytu w tym karcerze utonął. Nie mógł już stać na nogach, usiadł więc przy drzwiach i jak nas informował, woda sięga mu do brody. Brakło mu już sił, aby powstać, a ręką do okienka w drzwiach nie mógł dosięgnąć. W niczym nie mogliśmy mu pomóc.

Jeden raz dziennie dawano nam jeść wlewając zupę do miski, którą wysuwaliśmy po otwarciu kraty okienka.

Pewnego razu, któryś z więźniów poinformował, że ma w ubraniu znajdującym się na korytarzu papierosy i zapałki. Litwin, więzień za ostatnimi drzwiami na korytarzu oprócz miski aluminiowej miał również kubek, postanowił, więc pobierać obiady w kubku, a miskę porwał na długi, aluminiowy pas, skręcił go i zrobił z niego coś w rodzaju pogrzebacza.

Wysunął rękę przez kratę w oknie, odsunął rygiel drzwi i otworzył je. Każdy z nas dostał po parę papierosów, zapałki i kawałek draski. Mokre ślady na korytarzu po ciemku wprawdzie, ale jednak wytarł. Zamknięcie drzwi za sobą nie przedstawiało żadnych trudności, jednak przy wciąganiu pogrzebacza do celi zahaczył nim o kratę na skutek czego wyleciał on na korytarz przed drzwi. Na nic się zdały wszelkie próby powtórnego otwarcia drzwi.

Zniszczyliśmy jeszcze jedną miskę i niestety, - rygle w pozostałych drzwiach okazały się bardzo szczelne, trudne do odciągnięcia.

W następnym dniu naczelnik więzienia asystujący jak zwykle w czasie wydawania obiadu, odnalazł pod drzwiami Litwina pogrzebacz, a w dwie godziny później zjawił się Wiese i Alosza. Wyciągnęli go z celi i na korytarzu zatłukli batogami na śmierć.

wiele widzieliśmy w więzieniu grodzieńskim, jednak ta śmierć nagiego, miotającego się człowieka między elegancko ubranymi gestapowcami, oglądana przez ekran okratowanego okienka w drzwiach, w mdłym świetle żarówek elektrycznych, wywarła na nas wyjątkowo przygnębiające wrażenie.

Dokładnie siedem dni przesiedziałem w tej celi. Przez siedem dni nie usiadłem i nie położyłem się. Jedyny odpoczynek to oparcie się plecami lub bokiem o mokre drzwi i ustawiczny spacer w ciemności z wyciągniętymi rękoma lub łokciami w szumie rozbijanej kolanami wody cuchnącej i śmierdzącej, ponieważ potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy właśnie w tej wodzie. Kiedy po siedmiu dniach wprowadzono mnie do mojej dawnej, dobrej, suchej, widnej celi, pomyślałem sobie, że nigdy bym nie chciał mieć lepszego mieszkania. Rozkoszowałem się światłem, suchą, drewnianą podłogą, towarzystwem starych kolegów, jednym słowem byłem szczęśliwy.

Niedługo jednak, ponieważ już pierwszej nocy załadowano mnie wraz z innymi do samochodów i wywieziono na dworzec kolejowy i w zadrukowanych wagonach bydlęcych dostarczono do obozu koncentracyjnego Stutthof, gdzie otrzymałem numer 33930.

W miesiąc później do obozu przybył następny transport więźniów z Grodna, a z nim koledzy z Porzecza i Aponowicz.

Poinformowałem kolegów o tragedii Aponowicza i darowaliśmy mu jego słabość i załamanie, jednak nie włączyliśmy go do naszego grona i naszych spraw, - tym razem już na terenie obozu.

Wiesego i Aloszy nigdy już więcej nie widział, a ostatni kontakt z nimi to baty Wiesego podczas ładowania nas do samochodów na terenie więzienia w Grodnie i baty Aloszy, który konwojował transport do samego obozu w Stutthofie.

 

EWAKUACJA (cz.I)

25 styczeń 1971 r.

Dwadzieścia pięć lat mija w dniu dzisiejszym od chwili, gdy rozpoczęła się ewakuacja obozu koncentracyjnego Stutthof. Tyle lat! Dwadzieścia pięć, - tak dawno, a tak bliskie są wspomnienia, tak dobrze je pamiętam. Wiele nazwisk kolegów, przyjaciół i zbirów gestapowskich zatarło się w pamięci, - ale szczegóły marszu tkwią we mnie. Nieraz widzę je. Gdy zamknę oczy potrafię powtórnie przeżywać rozpacz ginących kolegów i radość z widoku klęski Niemców. Wszystkich Niemców, nie tylko tych z trupimi czaszkami patrzących jeszcze butnie i z pogardą na nas, ale i tych kobiet, starców i dzieci jadących szosą wozami wzdłuż naszej wolno kroczącej kolumny nędzarzy, z trudem dających sobie radę w zaspach śnieżnych w odległości kilku metrów od szosy. Te same kobiety, te same dzieci i starcy nie tak dawno jeszcze obrzucały nasze komanda pracujące poza terenem obozu, błotem, kamieniami i końskim łajnem. Pamiętam jak kiedyś w czasie przewożenia nas wagonem jakiś starszy chyba siedemdziesięcioletni cywil, podniósł swego sześcioletniego wnuka do okna, w którym znajdowały się nasze głowy i kazał małemu pluć na nas. Odsunąć się od okna nie mogliśmy, zbyt ciasno było w wagonie. Chłopak pluł zawzięcie w nasze twarze, a paniusie na peronie i to te od pięciu do osiemdziesięciu lat pokładały się ze śmiechu, zachęcały chłopca do dalszych wyczynów, a w nagrodę częstowały go czekoladkami. Teraz jedzie to paskudztwo ze zmożonymi, zbolałymi twarzami, z oczyma, w których widać ból, strach i święte męczeństwo niewinnie torturowanych. Och jakże się bardzo cieszyłem tymi przeładowanymi wozami, tą klęską, tą zimą, która i nam tak bardzo dawała się we znaki. Nasze wozy we wrześniu nie miały, chociaż śniegu, ani mrozu. Oni nas jednak na to skazali i myśmy byli pierwszymi, którzy odczuli nieszczęście wojny. Pół bochenka chleba, który wy…suwaliśmy niedawno na jakiś okres – zjedliśmy w pierwszej godzinie marszu w zamian za obiad, którego nie otrzymaliśmy w obozie. Zresztą tam chyba nikt w tym dniu nie gotował, bo od rana obóz ewakuował się. W odstępach, co pół godziny przekraczała bramę obozu kolumna licząca dwa do trzech tysięcy więźniów z dwu bloków. Mój blok dwunasty razem z blokiem piętnastym to jest blokiem prominentów ruszył z obozu w południe. Eskorta nasza to esesowcy Łotysze i Ukraińcy. Maszerowaliśmy wzdłuż szos w odległości około pięćdziesięciu metrów od niech. Mino grubej, sięgającej ponad 50 cm warstwy śniegu i o wiele wyższych zasp śnieżnych drogę mięliśmy przetartą przez tysiące naszych współtowarzyszy, którzy przed nami maszerowali. Podniecenie i ożywienie pierwszych godzin minęło. Dało znać o sobie zmęczenie i głód. To też, gdy w trzeciej godzinie marszu ujrzeliśmy na wzniesieniu obok naszej trasy zastępcę komendanta obozu MEYERA, nie dodało nam to sił. Żadna komenda „achtung” ani „links…” nie spowodowała podniesienia zmęczonej głowy, ani też rytmu kroków maszerującej kolumny, co było ściśle przestrzegane w obozie. A on stał jak Napoleon patrzący na odwrót swych wojsk. Przemarsz przed władzą trwał piętnaście minut, a on nawet głową nie poruszył. Byliśmy już chyba z pół kilometra od niego, obejrzałem się i stwierdziłem, że nie zmienił pozycji. Prawdopodobnie oczekiwał następnej kolumny. Ciekawe, jakie myśli przewijały się w tej przepełnionej zbrodnią mózgownicy, na pewno nie były one jednak wesołe ani optymistyczne. A my maszerowaliśmy dalej, a właściwie wlekliśmy się. Wielu z nas całkowicie osłabło. Silniejsi brali słabszych pod rękę i niemal ciągnęli, byle dalej, byle dotrwać do pierwszego odpoczynku. Przy przeprawie promem przez Wisłę najpierw ładowaliśmy najsłabszych, którzy zalegali pokład i odpoczywali przed dalszym marszem. Wydawało się, że cała ta ewakuacja jakoś szczęśliwie nam przejdzie, że dojdziemy w całości do nieznanego nam miejsca, które będzie docelowym, albo, że – i w to również wierzyliśmy – wszystkich nas za jednym zamachem wykończą. Na odbicie przez armię radziecką nikt nie liczył, ze zbyt dalekiej odległości dochodziły nas odgłosy frontowych pojedynków artyleryjskich. No i wreszcie minęliśmy z lewej strony szosy lotnisko i napis na tablicy przy szosie „Pransit”. Od tego miejsca zaczęło się – i to nie tylko w naszej kolumnie. Nim ujrzeliśmy pierwsze trupy z maszerujących przed nami kolegów, usłyszeliśmy najpierw strzały tuż za naszą kolumną. Od tej chwili nieprzerwanie towarzyszyły nam one, aż do końca marszu śmierci, tak jak i łańcuch leżących w śniegu w różnych pozycjach tych, którzy osłabli, którzy nie doczekali, nie doszli. Osłabli nie mogli iść dalej, lub nie nadążali za i tak wolno wleczącą się kolumną i z zimną krwią zabijani byli salwą pistoletu maszynowego eskortujących nas esesowców. Najwięcej kolegów moich zabił komendant eskorty. Nigdy nie znałem jego nazwiska, był to jednak starszy, ponad czterdziestoletni Łotysz z brzuszkiem i dobroduszna twarzą dobrego wujka, do którego nie pasował mundur i który pociągając za spust pistoletu z łagodnym uśmieszkiem patrzył w przerażone oczy skazanego więźnia nędzarza.

Śmierć towarzyszy nie wywołała paniki ani przerażenia. Oswoiliśmy się z nią jeszcze w obozie, gdy niemal w każdej godzinie ginęli więźniowie pojedynczo i masowo, a my pozostający jeszcze przy życiu nie byliśmy w stanie ani zapobiec ani też ulżyć umierającym. Takie było nasze przeznaczenie, z tego zdawaliśmy sobie sprawę, nie oczekiwaliśmy jednak śmierci z determinacją, a z poddaniem się losowi. Staraliśmy się robić wszystko, aby uratować siebie, przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Toteż i najsilniejsi, najzdrowsi, do których i ja się zaliczałem dwoili i troili się w maszerującej kolumnie. Tych wlekących się ostatkiem sił na szarym końcu, którzy najczęściej z rezygnacją siadali pod drzewem przydrożnym oczekując serii z pistoletu, braliśmy często nawet wbrew głośnym sprzeciwom pod pachy i ciągnęliśmy na czoło kolumny przekazując ich w ręce kolegów i wracaliśmy po następnych.

I tak trwało to przez pełnych jedenaście dni, aż do 4 lutego.

UCIECZKA (cz. II)

Noce spędzaliśmy w stodołach i szopach. Zalegaliśmy klepiska i sąsiedzi zbijali się w gęstą ciżbę, co w pewnym stopniu chroniło nas przed chłodem i mrozem. Szczęśliwi byliśmy, gdy w stodole zastawaliśmy niewymłócone zborze. Wyłuskiwaliśmy z kłosów ziarna i oszukiwaliśmy nimi głód, a wyjątkowym szczęściem było znalezienie w naszym noclegu brukwi lub buraków pastewnych, które gospodarz przygotował na karmę dla bydła w dniu następnym. Znikało to natychmiast w głodnych żołądkach, niekiedy w oczach zdumionego, a często ciekłego gospodarza. Byli jednak i tacy, a szczególnie Kaszubi, którzy prosili komendanta naszej eskorty, by zezwolił na ugotowanie nam ziemniaków, - ten zwykle wyrażał zgodę na to, wiedząc, że bez tej doraźnej pomocy nie będzie w stanie wyprowadzić nas do dalszego marszu. Czy jednak gospodarz był w stanie dla tych paruset ludzi nocujących w stodole przygotować dostateczną ilość strawy? – zwykle przekraczało to jego możliwości, jednak tych kilka gorących ziemniaków zjedzonych przeważnie z łupinami regenerowało w pewnym stopniu nasze siły i samopoczucie. W czasie noclegów wielu kolegów próbowało ucieczek, które ze stodoły udawały się. Ilu jednak szczęśliwie dotarło do swych domów trudno powiedzieć. Sytuacja i okoliczności nie były sprzyjające. Silny mróz, śniegi niemal do pasa i zapchane drogi i dróżki wojskiem, żandarmerią i ewakuacyjnymi wozami instytucji i przedsiębiorstw i rodzin niemieckich nie dawały szans na powodzenie ucieczki, chyba tylko tym więźniom, którzy pochodzili z okolic, przez które maszerowaliśmy, a więc Pomorzanom i Kaszubom. Mimo to paru moich przyjaciół, a ja z nimi zdecydowaliśmy się uciec. W czasie postoju w jednej ze stodół w Żukowie. Przewodnictwo naszej sześcioosobowej grupy przejął młody ksiądz Jan SOKOŁOWSKI. Przed świtem mieliśmy wyjść przez oderwaną deskę w ścianie stodoły na pole, za którym w odległości około pół kilometra widać było ciemny pas lasu. Niestety, prawdopodobnie w pośpiechu nie obudzono mnie. Ja natomiast, mimo, że niemal całą noc nie spałem w oczekiwaniu na ucieczkę, zasnąłem chyba na kilka minut przed opuszczeniem stodoły przez kolegów. Rozpacz mnie ogarnęła, gdy obudziłem się i stwierdziłem, że koledzy poszli. Zdecydowałem się, więc i ja na ucieczkę w pojedynkę. Robił się już świt. Prześlizgnąłem się przez dziurę w ścianie i zacząłem brnąć przez potężne zaspy śnieżne wśród zadymki, która całkowicie ślady kolegów. W odległości około pięćdziesięciu kroków od stodoły natknąłem się na kopiec ziemniaków lub buraków, za którym usiadłem w śniegu osłaniając się nimi od stodoły. Ten krótki odcinek uświadomił mi, że przeceniłem swoje siły, że marsz do lasu potrwa, co najmniej godzinę, a więc mimo śnieżycy i zadymki będę widoczny od strony podwórka wystarczająco długo, aby nawet kiepski strzelec mógł się wystrzelać we mnie jak do nieruchomej tarczy strzeleckiej i po którejś tam serii zaspokoić pragnienie wolności. Zanim zdecydowałem się na powrót odsłoniłem oczy zasłonięte przed śnieżyca rękawem i zmartwiałem. W odległości trzech kroków stal przede mną esesowiec z pistoletem maszynowym, którego lufa skierowana była we mnie. Nie słyszałem jego kroków w ogóle nie wiedziałem skąd i jak się tam zjawił, jak długo stał przede mną. Zdawałem sobie jednak sprawę, że tym razem to nieunikniony koniec, ze nic mnie już uratować nie może. Czy bałem się? – chyba nie. Żadna rozpacz, żadna bojaźń tylko żal, jakiś dziwny żal ze nie zobaczę tej zbliżającej się całkowitej klęski tych naszych śmiertelnych, znienawidzonych wrogów. Patrzyliśmy sobie w oczy. W moich mógł wyczytać nienawiść i niecierpliwość w przedłużającym się oczekiwaniu na serię z pistoletu. W jego oczach widziałem rozbawienie i ciekawość. Tak, czułem, że oczekuje mojej rozpaczy i strachu. Mino śniegu zasypującego nam oczy obaj nie spuszczać z siebie wzroku. Pojedynek ten trwał kilkanaście sekund, aż wreszcie usłyszałem „Durak – kuda pojdziosz? – Tam śnieg i mróz i śmierć – wskazał ręką na las – a zdzieś może wydzierżysz”. Rous! – krzyknął groźnie oczyma wskazując stodołę. Pierwszy ruszył w jej stronę, a ja za nim. Sam odsunął deskę, a przed moim wsunięciem się do stodoły wetknął mi w kieszeń kilka papierosów.

Przeżycie tych kilku minut od chwili spotkania esesowca powaliło mnie na klepisko. Nie potrafiłem przekazać żadnych informacji zaintrygowanych moim powrotem rozbudzonych już kolegów. Tego esesmana nie rozpoznałem już nigdy między tą masą eskortujących nas żołdaków. W każdym bądź razie całe to wydarzenie potraktowałem jako pewnego rodzaju przeznaczenie i przestrogę. Postanowiłem nie ryzykować więcej ucieczki, przynajmniej w okresie zimowym. Maszerowałem, więc dalej wraz z towarzyszami wspólnej niedoli, których liczba z każdym dniem, z każdą godziną zmniejszała się, a szlak naszego marszu znaczył łańcuch ciemnych plam przysypywanych przez śnieg tych wszystkich, którzy już u progu wolności nie mogli jej doczekać.

 

LUZINO (cz. III)

Omijaliśmy miasteczka, przechodziliśmy przez wioski, których ludność z przerażeniem patrzyła na wlokącą się kolumnę szczątków ludzkich. Niektórzy próbowali podawać chleb jednak konwojenci byli bez litości. Doraźnie karali i tych, którzy dawali i tych, którzy brali. Niekiedy z nieznanego kierunku spadała w środek kolumny kromka, a nawet i bochenek chleba. Szczęśliwcy rozszarpywali go na kęski i nim konwojenci zdążyli interweniować ginęły w pustych, wygłodzonych żołądkach. Kończyły się takie wypadku również i tragicznie. Nigdy nie zapomnę śmiechu młodego chłopca z Grodna, prawdopodobnie Tadka Świty, gdy po wkroczeniu do Luzina wyskoczył na dwa kroki z kolumny by złapać niezbyt udolnie wyrzucony bochenek chleba. Udało mi się, przycisnął go do piersi i wtedy seria z pistoletu przeszyła dłonie, chleb i piersi. Nie wypuścił jednak chleba. Upadł na wznak, a tryskająca jak z fontanny krew w parę sekund zamieniła bochen w krwawą czerwoną bryłę.

W Luzinie zamknięto nas w kościele i zapowiedziano dłuższy odpoczynek. Kościół był jednak niewielki, nie mieściliśmy się w nim. Ja z kolegą Henrykiem Kolasińskim z Rypina znaleźliśmy dla siebie trochę miejsca przy organach, czy też fisharmonii na chórze. Z góry patrzyliśmy na naszych towarzyszy cisnących się na ławkach, pod ławkami, nawet na ołtarzu i za nim. Leżeli pokotem. Niektórzy próbowali modlić się, inni przeklinali głośno znaczna jednak większość zasnęła lub też drzemała pogrążając się w zadumie.

W każdym bądź razie straszny był widok z chóru na resztki nędzarzy z dwunastego i piętnastego bloku obozu koncentracyjnego Stutthof.

Po pewnym czasie w kościele ucichło. Zmęczenie i głód ućmiły nawet najbardziej gadatliwych. Ciszę niespodziewanie przerwał chrapliwy głos komendanta konwoju, który uroczyście z dumą oznajmił, że postarał się abyśmy dostali jeść. Każdy z nas ze swoją miską wyjdzie z kościoła i po otrzymaniu strawy wejdzie do niego innymi drzwiami. Najmniejsze zakłócenie porządku spowoduje natychmiastowe przerwanie wydawania posiłku.

Wieść ta zelektryzowała wszystkich. Najbardziej zmęczeni podnieśli się stając w kolejce przed drzwiami. Przyzwyczajeni w życiu obozowym do porządku i żelaznej dyscypliny i tym razem mimo intrygujących obaw, że „dla mnie może braknąć, że ja mogę nie dostać” wszyscy w idealnym porządku spokojnie przechodzili obok stojącego w drzwiach esesmana na podwórko kościelne. Gdy i ja znalazłem się poza kościołem ujrzałem niespotykany, wspaniały widok. Poza ogrodzeniem setki przerażonych, pełnych współczucia oczu mieszkańców Luzina. Na podwórku wokół kościoła niezliczona ilość balii, misek, wanien i przeróżnych naczyń pełnych jadła, a przy furtce ogromna kolejka ludzi z wiadrami, z bochenkami, garnkami, a nawet zawiniątkami w papierze. Dwu esesmanów wpuszczało kolejno donoszących strawę mieszkańców Luzina, a ci po wejściu wylewali zawartość naczyń do balii i wanien. Czegoś tak wspaniałego nigdy nie jadłem. W każdym naczyniu na podwórku wymieszane były wszystkie potrawy, jakie dostępne dla mieszkańców Luzina. Różnego rodzaju mięsa, mleko i słodkie i kwaśne, kasze, grochy, kapuśniaki, ziemniaki, chleb, jajka. Wszystko to tworzyło wspaniały smaczny i pożywny cocktail. Wystarczyło dla wszystkich. Mogliśmy po dwa i więcej razy wychodzić z miską. Po raz pierwszy od chwili dostania się do obozu byliśmy naprawdę syci i do tego każdy z nas posiadał w kościele pełną miskę tej oryginalnej zupy jeśliby tak można nazwać tę mieszankę wspaniałości.

Otóż okazuje się, że mieszkańcy Luzina ubłagali komendanta konwoju by ten pozwolił na dostarczenie nam żywności. Komendant wiedział, że więźniowie są tak wygłodzeni, ze dalszy marsz jest wykluczony, a więc równoznaczny z likwidacją nas wszystkich, a takiej odpowiedzialności prawdopodobnie nie chciał brać na siebie. Musiał więc zgodzić się na pomoc mieszkańców Luzina i wtedy wszystkie gospodynie w tym mieście zaczęły gotować najlepsze potrawy na jakie stać je było w danej chwili. mężczyźni natomiast znosili na podwórko kościelne balie, wanny i inne duże naczynia, do których wlewano donoszone przez gospodynie jadło.

Więźniowie z dawno nieznanym uczuciem sytości odpoczywali kościele błogosławiąc mieszkańców Luzina i gdyby tysięczna część naszych życzeń spełniła się to wszyscy mieszkańcy tego miasta byliby najszczęśliwszymi ludźmi na kuli ziemskiej.

Noc szybko minęła, wszyscy wyspani, syci nabraliśmy nowych sił i energii do dalszego marszu, który trwał już pełnych dziesięć dni.

Właśnie jedenasty dzień ewakuacji rozpoczęliśmy w niedzielę 4 lutego z Luzina. Żegnani przez tłumy mieszkańców tego niezapomnianego dla nas miasteczka o dziesiątej wyruszyliśmy w dalszą wędrówkę przesyłając spojrzeniami i uśmiechami nieme wyrazy naszej wielkiej, przeogromnej wdzięczności, tym wspaniałym ludziom.

NOWY OBÓZ (cz. IV)

Po kilku godzinach marszu wprowadzono nas gdzieś koło godziny siedemnastej do zabudowanego, nawet dość ładnymi barakami obiektu w lesie, ogrodzonego niskim, malowanym na zielono drewnianym płotem. W barakach łóżka z pościelą, stoły, toalety, stojące szafki na ubrania, w których dawno niewidziane talerze głębokie, płytkie, deserowe, kubki fajansowe.

Na środku każdego baraku duże, żeliwne, okrągłe piece. Był to obóz przeznaczony prawdopodobnie dla Hitlerjungen lub też innej jakiejś uprzywilejowanej jednostki hitlerowskiej młodzieży. Najbliższa wioska, jak dowiedzieliśmy się później nazywała się RABEM obecnie Rybienko. Przy wieczornym apelu komendant poinformował nas, że zatrzymamy się tu dłużej, że obowiązywać będzie porządek i rygor taki, jaki był w macierzystym obozie tj. w Stutthofie, - i tak rozpoczął się nowy okres naszego życia, tym razem pełen nadziei i wiary, że to już ostatnie godziny, ostatnie chwile zbrodniczej władzy i tyranii i naszych nieszczęść.

A zima nie ustępowała. Ogromne śniegi i mróz -15 -20. Drogą obok obozu ciągle, bez przerwy przejeżdżały wozy drabiniaste kryte plandekami, pod którymi kłębiły się całe rodziny przerażonych niemieckich uchodźców uciekających przed zbliżającym się frontem, którego odległe odgłosy dochodziły do naszych uszu. Dni zaczęły płynąć monotonie. Na razie do żadnej pracy nas nie brano i wszystko może by się jakoś ułożyło do czasu nadejścia Armii Radzieckiej, gdyby nie głód, który już po kilku dniach skręcał nam wnętrzności. Wszystkie znajdujące się w polu, w okolicy obozu kopce ziemniaków, buraków pastewnych i brukwi zjedliśmy. Wszak było nas jeszcze ponad tysiąc ludzi, a o żadnych dostawach żywności nie można było nawet marzyć. O smaku chleba zapomnieliśmy, tylko raz dziennie otrzymywaliśmy litr zupy, a właściwie gorącej, nieogolonej wody, w której pływały nitki – włókna rozgotowanego mięsa końskiego z koni, które padały z głodu i wycieńczenia, czy też łamania nóg w kolumnach ewakuujących się rodzin niemieckich. Ludzie straszliwie osłabli snuli się między barakami, zdzierali korę z drzew i zjadali miękkie łyko. Na dużym placu apelowym setki więźniów rozpalało niewielkie ogniska między dwoma na sztorc ustawionymi cegłami i gotowało w miskach aluminiowych trawę i inne rośliny wygrabione spod śniegu.

Na esesmanach i kilku prominentach, którzy niestety i tu byli nie widać było śladów głodu nic więc dziwnego, że z pogardą i obrzydzeniem patrzyli na tłumy więźniów nie mogących ustać na nogach z głodu. Nawet niekiedy potrafili się zabawiać wynosząc przed barak kuchni końską skórę potrząsając nią wysoko ponad głowami, a następnie wrzucając w tłum wygłodzonych więźniów, z których każdy rzucał się na nie w nadziei urwania lub odkrojenia bodajby kawałka, który można przecież później upiec nad ogniem. W czasie gdy toczyła się straszliwa walka o kęski padliny esesmani tarzali się ze śmiechu i okrzykami zachęcali do walki, po której zwykle na placu pozostawały trupy i pokaleczeni, za to w chwilę później na placu tliły się ogniki, nad którymi szczęśliwcy opiekali zdobycz. W czasie jednej z nocy wyszedłem z baraku, przypadkowo spojrzałem w stronę kuchni i zauważyłem wychodzących z niej dwu kucharzy z workiem na plecach. Przyczaiłem się za rogiem baraku i stwierdziłem, że pod jednym z drzew wykopali dół. Wysypali do niego zawartość worka i zakopali. Po ich odejściu odnalazłem świeżo zruszoną ziemię, odkopałem i znalazłem cztery końskie nogi odcięte przy klanach. Zdobycz zaniosłem do baraku, obudziłem kolegę Kolasińskiego, z którym spałem w jednym łóżku, Łapkiewicza Wacława i innych, z którymi byłem bardziej zżyty i po krótkiej naradzie jeszcze tej samej nocy zaczęliśmy przygotowywać się do uczty. Po zdjęciu podków i zropowiałych kopyt oraz opaleniu sierści włożyliśmy nogi do wiaderek po powidłach i marmoladzie i ustawiliśmy ja na piecu. Już po krótkim czasie w całym baraku czuliśmy wspaniały zapach smakowitego rosołu. Wprawdzie połowa nogi wystawała z wiaderek, dlatego też po pewnym czasie wystający koniec zanurzaliśmy w rosole, a już ugotowany sterczał ponad nim. Tej nocy wszyscy w moim baraku po kolei ogryzali końskie nogi i krzepili się gorącym rosołem. Wszyscy też postanowiliśmy wydarzenie to zachować w tajemnicy oraz każdej nocy obserwować kuchnię. Udawało się. Niemal, co noc mieliśmy świeże nogi końskie i naszą ucztę. Należy również stwierdzić, że nikt z naszej „sztuby”, a było nas w niej około czterdziestu, do końca nie zdradził tajemnicy i wszyscy przez cały okres pobytu w tym obozie coraz dokładniej poznawaliśmy anatomię końskich nóg i delektowaliśmy się ich smakiem, który wprawdzie głodu nie zaspokoił, jednak stwarzał uczucie pewnego rodzaju zadowolenia i jakieś wewnętrzne przekonanie, że ten rosół i te skrawki mięsa i żył dodają nam sił i stąd wiara w przetrwanie w ogóle. W tym okresie niemal wszyscy więźniowie każdy pokarm, każdą strawę, każdą trawkę, miazgę z pod kory i wszelkie inne świństwa, którymi napychali żołądek przeliczali na kalorie i witaminy. Nawet ci, którzy po raz pierwszy w obozie zetknęli się z tymi definicjami przed spożyciem czegoś jadalnego, a raczej dającego się połknąć pytali bardziej światłych kolegów ile im to da sił, ile zdrowia.

Nic też dziwnego, ze przy tego rodzaju odżywianiu niemal 90% więźniów chorowało na biegunkę, a przed nieosłoniętą wśród rzadkich drzew na zboczu wzgórza latryną, w której na drążku mieścić się mogło najwyżej sześć osób w dzień i w nocy ustawiały się kolejki, a niekiedy nawet dochodziło do sprzeczek i bójki o miejsce na drążku. Ten, kto wpadł do głębokiego, głębokiego stromych ścianach rowu latryny przeważnie już z niej nie wychodził, szczególnie, gdy stało się to nocą. Niekiedy sam pan komendant obozu zwykle w asyście starszego obozu – młodego, wysokiego, przystojnego gdańszczanina Gerarda, który w Stutthofie wcale nie był złym chłopcem – urozmaicał sobie monotonię życia strzelając jak do tarczy w siedzących na drążku więźniów. Zniknięcie więźnia świadczyło, że pocisk trafił w dziesiątkę, z czego obaj panowie niezmiernie się cieszyli i przez pewien okres czasu byli nawet łaskawi dla jeszcze żyjących.

I tak wlokły się szare monotonne, bezczynne i głodne dni. W pięknym, wśród lasów położonym obozie. Więźniów z każdym dniem ubywało. Marli z głodu, wycieńczenia i biegunki, aż wreszcie wybitnie antysanitarne warunki spowodowały nieuniknioną epidemię tyfusu brzusznego i plamistego.

 

SZPITAL (cz. V)

Wszy łażące po nas drążyły nam skórę jak korniki tworząc w wielu miejscach głębokie, jątrzące się rany. Ja niewiele jednak pamiętam z tego najazdu insektów. Przez niemal trzy tygodnie nie wiedziałem, że w ogóle istnieję.

Żyłem jak gdyby w pół śmierci. I w dzień i w nocy chodziłem, leżałem lub też czyniłem coś nie wiedząc nawet o tym, a z drugiej strony cały czas miałem pełną świadomość, że jednak jakoś się plączę na tym świecie. Wydawało mi się jednak, że znajduję się w jakiejś zawiesinie, ze tkwię w jakiejś galaretowatej substancji. Trwało to do czasu, gdy dzielący ze mną łóżko kolega Kolasiński stwierdził, że całe ciało moje pokryte jest ciemnobrązowymi ciemnymi cętkami. Oczywiście tyfus i jego punkt kulminacyjny, jego największe kryzysowe nasilenie z bardzo wysoką prawdopodobnie temperaturą przetrwałem, wykonując codziennie normalne obozowe czynności. Musiałem jednak mieć bardzo silny organizm, jeśli przeżyłem tę chorobę bez żadnej pomocy lekarskiej i w tak prymitywnych warunkach bytowania. Postanowiłem jednak zgłosić się do lekarza i iść do szpitala obozowego, a którego wiedzieliśmy o tym wszyscy tym mało kto żywy wychodził. Lekarz po obejrzeniu mojej cętkowanej skóry natychmiast kazał mnie odprowadzić do szpitala.

Szpital – jakże bardzo ta nazwa nie pasowała do tego, co ujrzałem po wprowadzeniu mnie do długiego, blisko bramy obozowej znajdującego się baraku.

Prycze zbite z desek o trzech kondygnacjach, tj. parter, pierwsze piętro i drugie piętro. Pościel – to dobre wyposażenie łóżek, jeśli można ją prać. Chorzy tego czynić nie mogą, a więc wyściełano prycze słomą. Pacjentom przybyłym kazano rozbierać się do naga, a zawszoną bieliznę i ubrania wrzucano na ogromny stos ubrań wcześniej przybyłych pacjentów w jednym z pomieszczeń. W szpitalu poza jego personelem wszyscy pozostali byli w stroju Adama i Ewy. Tak – Ewy też, ponieważ w jednej części baraku nieoddzielonej zresztą żadną ścianką przebywały chore kobiety, które prawdopodobnie dowieziono ze znajdujących się w okolicy ewakuowanych ze Stutthofu więźniarek. Pobyt mój w szpitalu trwał trzy tygodnie i niesprawiedliwym byłby brak stwierdzenia, że w tym okresie mimo wzajemnej pomocy, a nawet pewnego rodzaju stosunków towarzyskich, mógł kiedykolwiek zaistnieć gest, słowo, czyn, a nawet spojrzenie mogące wyrazić jakąkolwiek bądź podnietę zmysłową.

Wprawdzie znaczna większość pacjentów szpitala to byli ludzie konający, ale byli również ozdrowieńcy, do których i ja się zaliczałem prawie od pierwszego dnia pobytu w szpitalu i muszę przyznać, że nawet ci, którzy w obozie uznawali tylko wulgarne wyjątkowo zwroty językowe, tam zapominali o kwiecistości naszej mowy, byli potulni i grzeczni chyba tylko dlatego, że mieli w zasięgu wzroku i słuchu kobiety i to bardzo nieszczęśliwe kobiety, takie zresztą jak oni sami. Każda prycza zajęta była przez dwu więźniów. Mnie przeznaczono pryczę parterową, na której od miesiąca dogorywał około sześćdziesięcioletni Kaszub chory na tyfus i chyba na „wietrzną ospę”. – nie wiem czy tak się ta choroba nazywa, ale w ten sposób inni więźniowie ją określali. Całe ciało pokryte było pęcherzami o średnicy 1 do 3 cm, przy czym nie były one nabrzmiałe tylko pomarszczone o powłoce z cieniutkiej błonki, takiej, że wystarczyło dmuchnięcie, aby pęcherzyk pękał, a jego bezbarwna zawartość rozlewała się. Nic też dziwnego, że mój współtowarzysz trawiony przy tym gorączką tyfusu strasznie wyglądał. Ciało jego zawsze oblepione było sieczką słomianą. Dzieląc z nim wąską pryczę przylepiałem się i ja do niego, siłą rzeczy po paru dniach zachorowałem i ja na tą wyjątkowo nieprzyjemną i przykrą chorobę. Skóra ślimaczyła się. Pęcherzyki pękały i ciągle tworzyły się nowe, a przy tym to straszne swędzenie. Człowiek nie wytrzymywał i drapał się powodując jątrzenie się ran. Cóż na to lekarze? – prawie, ze przez te trzy tygodnie nie widziałem ich. Esesmani nigdy nie wchodzili do szpitala a dwaj lekarze więźniowie nie posiadali żadnych środków opatrunkowych, ani też dosłownie żadnych lekarstw. Byli bezradni i zrozpaczeni. Prawdopodobnie nie mieli odwagi oglądać skazanych na śmierć tych, których nawet w obozowym więzieniu w Stutthofie można było uratować. Jedyna korzyść, ale tylko dla tych, których organizm sam potrafił zwalczyć chorobę, to ciepło i sytość. Tak, - dobrze opalano barak i dobrze karmiono. Były marmolady, a nawet i mięso i to do syta, ponieważ wielu będąc w stanie agonalnym nie zjadało wogóle swych porcji, natomiast ścisła izolacja szpitala od zdrowych więźniów w obozie uniemożliwiała przemycanie pozostawionej strawy. Trudno byłoby opisać grozę tego miejsca, które niosło dumną nazwę „szpital”. Wprawdzie wielu pacjentów wogóle nie zdawało sobie sprawy z tego gdzie się znajduje i co się wokół nich dzieje, ale byli przecież i tacy, którzy tak jak i ja chodzili, patrzyli i czuli. Na każdej pryczy po dwa straszliwie chude, nieprzytomne i nagie ciała, leżące na garści zmiętej, kruszącej się słomy, która zalegała również i podłogi. Jęki, głośne modlitwy i niekiedy zduszone wołanie o pomoc i ratunek mieszały się z cichą rozmową szczęśliwych wydawałoby się ozdrowieńców i z szeptem wydawane polecenia i informacje sanitariuszy, również więźniów. Oto nieustający akompaniament śmierci, w którym istniałem przez trzy tygodnie.

Czy można się do tego przyzwyczaić? – chyba nie. Przyzwyczailiśmy się wprawdzie do myśli o śmierci, torturach w czasie śledztwa w gestapo, w więzieniu i w obozie.

Nikt z nas nigdy nie był pewien, czy my sami, bliscy nam i najbliżsi przeżyją dzień, godzinę, czy też zbliżającą się najbliższą minutę. Zawsze mogła nas ona zaskoczyć i do tego przyzwyczailiśmy się, - ale była to śmierć szybka, gwałtowna, a niekiedy wyjątkowym nieszczęściem było, gdy znęcała się ona nad człowiekiem wymyślnymi torturami przez szereg godzin. To było jednak normalne w systemie stworzonym przez zbrodniarzy. Tu jednak w tym szpitalu było coś wręcz odmiennego. Ci zbrodniarze właśnie zorganizowali szpital, aby leczyć chorych. To był szyld, a w rzeczywistości była to izolatka, blok śmierci, w którym ludzie sami wymierali bez zbędnego zużywania pocisków, których coraz bardziej brakowało im na frontach. Wiele pamiętam epizodów mniej lub więcej strasznych z okresu mojego pobytu w szpitalu, jeden jednak specjalnie utkwił w mej pamięci.

Pewnej nocy obudził mnie głośniejszy niż zwykle szmer ożywionych głosów z górnej pryczy. Zaciekawiony wdrapałem się wyżej i zobaczyłem sporą gromadę mężczyzn i kobiet kulących się pod dachem na zsuniętych pryczach, gestykulujących, o rozognionych twarzach trawionych wysoką gorączką i podnieceniem wywołanym informacjami przekazywanymi przez jednego z chorych. Zaciekawiony nastawiłem uszu i dowiedziałem się, że koniec nieszczęść. Wojna skończyła się. Esesmani uciekli i pozostawili nas samych w obozie.

Kilku próbowało przeczyć, inni niedowierzali, ale zwolennicy tej wersji przekonali chyba wszystkich, nawet i mnie. Ktoś rzucił hasło – wychodzimy. Ogarnięci radością i szałem rzuciliśmy się ku drzwiom. Z prycz zwlekali się ciężko chorzy i na czworakach pełzli w stronę wyjścia z baraku. Niesamowicie wyglądała gromada nagusów brnąca w głębokim śniegu ku bliskiej bramie obozu. Nie uszliśmy więcej niż pięćdziesiąt kroków, gdy pierwsze serie z pistoletów maszynowych skosiły czołówkę pochodu. Nie wiem jak znalazłem się znowu w baraku, a strzały, a strzały, tym razem już pojedyncze, dość długo dochodziły jeszcze do naszych uszu. To dobijano tych, którzy nie zdążyli dowlec się do szpitala. Po tej nocy przez parę dni wiele pryczy było wolnych, nie zajętych. Trudno również określić ilu z nas zginęło, tym bardziej, że wieść o tej masakrze nie dotarła do naszych zdrowych towarzyszy w obozie. Wprawdzie słyszeli strzały, ale przecież ostatnio ciągle je słyszeliśmy i w dzień i w nocy. Nigdy prawie nie wiedzieliśmy, kto i do kogo czego strzelał, a szczególnie, gdy działo się to w nocy. Parę dni po opisanym wyżej zdarzeniu sam zgłosiłem się do lekarza z prośbą o zwolnienie ze szpitala, ponieważ jestem już zdrów. Lekarz z niedowierzaniem obejrzał moje ciało, tym razem już bez cętek tak charakterystycznych dla tyfusu plamistego, jednak pokrytym strupami po „wietrznej ospie” – zbadał tętno, obejrzał źrenice i powieki – pokiwał głową i filozoficznie oznajmił – Tak! – u nas najwyżej jednemu na stu pacjentów udaje się przeżyć tyfus i ty właśnie jesteś tym wyjątkiem. Żałuj, ponieważ śmierć tutaj jest znacznie przyjemniejsza, bezbolesna i mniej okrutna niżeli w obozie, poza tym barakiem. Powinieneś jeszcze, co najmniej dwa, trzy tygodnie odpocząć w szpitalu, jeżeli jednak tak bardzo ci się spieszy do śmierci możesz iść, ja jednak radzę ci zostać.

Nie skorzystałem z rad lekarza. Z trudem odnalazłem w stosie odzieży moje ubranie z naszytymi numerami 33930 i wraz z dwoma innymi, którym również udało się „przeżyć szpital” z pewnego rodzaju ulgą, a nawet radością opuściłem go. Po przejściu paru kroków musiałem stwierdzić, że przeceniłem swoje siły. Biel śniegu straszliwie raziła oczy, a przy tym wszystko widziałem w czarne i czerwone cętki. Z wielkim trudem dobrnąłem do „macierzystego” baraku.

ODWSZAWIANIE (cz. VI)

Koledzy i przyjaciele z radością witali mnie. Miejsce moje na pryczy obok kolegi Kolasińskiego było jeszcze wolne i czekało na mnie. Z przyjemnością ułożyłem się zmęczony trzysta metrowym marszem i odniosłem wrażenie, że jestem w domu rodzinnym, w otoczeniu najbliższych mi, którzy otaczając pryczę opowiadali o wydarzeniach w obozie w czasie mojej nieobecności, a ja z kolei o szpitalu.

Niedługo jednak rozkoszowałem się powrotem. Jeden z kolegów stwierdził, że po ubraniu moim łażą wszy. Wskazał je innym i wszyscy z jakimś niepojętym dla mnie strachem odsunęli się jak od zadżumionego. Nic nie rozumiałem. Przecież do wszy byliśmy przyzwyczajeni. Codziennie garściami zbieraliśmy je z ubrań i bielizny. Skądże, więc ten strach? Wyjaśnił mi to kolega Kolaśiński. W czasie mojego pobytu w szpitalu obóz przeszedł „odwszawianie”, po którym komendant obozu w czasie apelu oznajmił, że za każdą wesz odnalezioną na odzieży lub bieliźnie więźnia otrzyma on po dwadzieścia pięć batów i od tego dnia prawie codziennie odbywają się egzekucje na tarasie przed mieszkaniem komendanta. Zrzuciłem z siebie ubranie i wraz z kolegą gorączkowo zaczęliśmy wybierać przeklęte wszy. Nie zdążyliśmy jednak. Do baraku wpadł z wrzaskiem starszy obozu – Gerard. Bił, kopał i przeklinał. Nie pozwolił mi nawet wyjaśnić skąd znalazły się w moim ubraniu wszy. Pędził mnie przez obóz bijąc pałką gumową. W drodze ubierałem się i przewracałem. Krew z rozbitego nosa i z ran na oczach zalewała mi twarz i spływała za koszulę. Z ulgą stanąłem na tarasie gdzie oczekiwał komendant i moich dwu nieszczęsnych kolegów, z którymi przed paroma godzinami opuściłem szpital. Właśnie jeden z nich kładł się na koźle z opuszczonymi spodniami i kalesonami. Wysoki chudy esesman rzemiennym pejczem zaczął wymierzać razy, a drugi liczył głośno uderzenia. Patrząc na ciemno czerwone pręgi na pośladkach koleg, które zaczęły się krzyżować, nabrzmiewać, aby wreszcie trysnąć obficie krwią, co również nie przerwało egzekucji, czułem, że słabnę, że tracę przytomność. Tyle razy przecież sam przeżywałem ból chłosty, nigdy jednak nie odczułem tego tak strasznie jak teraz, gdy patrzyłem na pręgi, krew i skurcz ciał bitego kolegi przy każdym uderzeniu pejcza. Nie wiem ile dostał. Jak przez sen usłyszałem „genug” – dość. Jęczącemu nieszczęśnikowi odwiązywano ręce i w tym czasie przed komendantem stanął na baczność jeden z mniej znanych mi kolegów z mojego baraku prosząc o pozwolenie na złożenie pewnego wyjaśnienia. Komendant łaskawie skinął głową, wówczas odważny więzień mówiący płynnie po niemiecku poinformował go, że cała nasza trójka skazana na chłostę w dniu dzisiejszym opuściła szpital, który jeszcze nie przechodził odwszawiania i dlatego na naszych ubraniach odnaleziono wszy. już w czasie słuchania wyjaśnień widziałem, że twarz komendanta nabrzmiewała, stała się purpurowa, w oczach widać było wściekłość. Jednym susem doskoczył do Gerarda i uderzeniem pięści powalił go na ziemię. Wyrwał pejcz z ręki esesmana i zaczął nim okładać wijącego się na ziemi starszego obozu, naszego kata, który dopiero prawie w ostatnich godzinach wojny awansował w hierarchii obozowej, uzyskując tym samym możliwość uzewnętrznienie swego okrucieństwa i zezwierzęcenia.

Nie wiem czy powinienem się wstydzić pewnego rodzaju uczucia satysfakcji i zadowolenia, które niewątpliwie odczuwałem patrząc na bitego Gerarda.

Wreszcie komendant zmęczył się. Odsapnął, splunął na leżącego i wrzasną „auf” – wstać.

Zmaltretowany Gerard jak sprężyna dźwignął się z ziemi, staną na baczność i wlepił swe wierne, poddańcze i błagalne ślepia w komendanta. Z całej postawy było widać, że błaga o przebaczenie, że gotów jest wykonać natychmiast każde polecenie, że potrafiłby nawet sam sobie po kolei odrąbywać wszystkie członki, byle tylko uzyskać przebaczenie. Nie można było patrzeć na niego bez wstrętu i obrzydzenia. Komendant kazał mu natychmiast przyprowadzić lekarza, a do nas zwrócił się – o dziwo! tego jeszcze w obozie nie było! – z przeprosinami! TAK! – PRZEPROSIŁ NAS!
Nie wiedział, że dzisiaj wyszliśmy ze szpitala. O MATER DEI! PRZEPROSIŁ! – a są tacy, którzy w cuda nie wierzą.

]Sprowadzonemu lekarzowi kazał zrobić opatrunki całej naszej trójce, polecając szczególnej opiece tego kolegę, który otrzymał chłostę. Następnie zwrócił się powtórnie do nas informując, że do czasu, w którym szpital będzie poddany odwszawianiu, w którym i my będziemy poddani temu zabiegowi musimy być izolowani od obozu i szpitala. Odprowadzono nas do małego murowanego budyneczku w pobliżu baraku szpitalnego, który jak się okazało był zwykłym ustępem, z cementową posadzką, ze ścianami posmarowanymi smołą i lepikiem. Ani łóżka, ani pryczy, stołka czy stołu. Gdyby chociaż były muszle ustępowe, czy też pisuary aby można było na czymś usiąść – nie, nic z tego. Leżeliśmy i siedzieliśmy na podłodze cementowej na swoich zawszonych płaszczach i to pełne cztery doby. Zimno i głodno. Dawano nam dwa razy dziennie jeść, ale to przecież było za mało, tym bardziej, że tutaj już się nic nie udało wykombinować – zorganizować. W naszych czterech ścianach nie znajdowało się nic takiego, czym można by napełnić żołądek nawet oszukując go. Przy tym wszystkim byliśmy przecież jeszcze ciągle chorzy. W normalnych warunkach lekarz nie wypuściłby nas z łóżka. Szczególnie jeden z nas w dzień i w noc majaczył mając widocznie wysoką temperaturę.

Nadszedł wreszcie dzień, że drzwi otworzyły się, kazano nam zabrać leżące na posadzce płaszcze i wyjść. Na dworze śnieg, mróz i słońce. Z przymrużonymi oczami doszliśmy do szpitala, przed którym stał długi rząd kilkunastu wiejskich sań ze skrzyniami zbitymi z desek, zaprzężonych w konie. Służba szpitalna, czyli tzw. w obozie więźniowie XXXIX wyprowadzali lub wynosili z baraku chorych, oczywiście nagich. W skrzyni sań układano ich warstwami po cztery warstwy, a nawet i więcej. Jednego na drugim aż do wypełnienie skrzyni po jej brzeg. Na ten żywy ładunek narzucano koce – Humanitarnie! – niech biedacy nie marzną. Z pod kocy dochodziły jęki ciężko chorych i przekleństwa zdrowszych. Sanie, przed którymi nas zatrzymano były już załadowane i nakryte kocem, przy nich stał około dwunastoletni chłopak sparaliżowany strachem i grozą. Do piersi przyciskał czapkę baranicę i głośno powtarzał: „pod Twoją obronę, pod Twoją obronę…” i tak w nieskończoność. Najprawdopodobniej zapomniał dalszych słów modlitwy. Był to niewątpliwie Polak w przymusowej pracy u okolicznego „bauera”.

Na tarasie obozu zwykle tak gwarnym i rojnym pustka i cisza. Okazało się, że od paru dni wszystkich więźniów wyprowadzano rano do kopania okopów. Akcja chyba słuszna, a raczej konieczna, bo z oddali dochodził głuchy pomruk salw artyleryjskich, a co najciekawsze nie od strony wschodu, tylko od zachodu. Po załadowaniu wszystkich sań kazano nam usiąść na najbliższych. Usiedliśmy bardzo ostrożnie, na krawędzi desek skrzyni, byle tylko nie przygniatać naszych ledwo dyszących towarzyszy. Rozpoczął się kulig. Na czele korowodu i na jego końcu sanie z esesmanami. Konie biegły raźno, parskały i wydmuchiwały z nozdrzy kłęby pary. Droga, las w słońcu i śniegu pięknie wyglądały. Przygodni obserwatorzy mieliby prawo zdumiewać się i gorszyć, że w okresie wojny i tylu nieszczęść można sobie urządzać takie wydawałoby się beztroskie, sielskie zabawy.

Sanna trwała około godziny. Droga wybiegła z lasu i jechaliśmy jego brzegiem, mając z lewej strony pola lub łąki pokryte śniegiem.

Już z daleko ujrzeliśmy stojące koło dwunastu metrów od brzegu lasu ciemne pudła wagonów, a przed nimi na polanie tłum ludzi stłoczony w kilka zbitych gromad. Sanie nasze powoli zjeżdżały na polany omijając porozrzucane, leżące w śniegu trupy nagich kobiet. Żyjące kłębiły się w grupach po kilkanaście osób. Przylegały do siebie nagimi ciałami, były w ciągłym ruchu, jak w roju pszczół. Te ze środka przeciskały się na brzeg rojowiska, a te z brzegu wciskały się do środka. to był obóz kobiet żydowskich przechodzący odwszawianie. Przyprowadzono je na polanę przed wagony, kazano się rozebrać, aby ubrania oddać do dezynfekcji, następnie po trzydzieści osób wprowadzano do wagonu dla przeprowadzenia kąpieli i dezynfekcji ciała, poczym otrzymywały wydezynfekowane mokre ubrania, w których wychodziły na polanę, a następna grupa wchodziła do wagonu. Pozostałe nago oczekiwały na swą kolejkę wraz z tymi8, które już przeszły przez „odwszawienie” i w mokrych ubraniach oczekiwały zakończenia całej akcji.

Biorąc pod uwagę ilość kobiet i czasokres trwania samego odwszawiania trzydziestoosobowej grupy, cała akcja odwszawienia ich nie mogła trwać krócej jak 5-6 godzin, a w tym czasie boso i nago lub w mokrych ubraniach musiały stać na śniegu i w mrozie. Nie wszystkie wytrzymywały. Niektóre z nich kładły się w śniegu oczekując dopełnienia swego nieszczęsnego losu.

Niemcy są humanitarni. Chorzy mają pierwszeństwo. Wstrzymano więc odwszawianie „zdrowych” kobiet i wprowadzono lub wniesiono do wagonu grupę chorych, w której znalazłem się również ja. W pierwszym wagonie kąpiel. Z rur pod sufitem trysnęła gorąca woda. Niemal wrzątek. Rozległ się krzyk i wrzask stojących i leżących delikwentów. Ucieczka przed gorącymi strumieniami absolutnie niemożliwa. z całego sufitu lał się ukrop. O myciu się nie było nawet mowy. Nikt nie miał siły mydlić się kawałkiem mydła, które wręczono nam przy wejściu do wagonu. Po pewnym czasie ukrop zamienił się z zimną, lodowatą wodę i koniec kąpieli. Przejściem między wagonami przeprowadzono nas do następnego wagonu, w którym stały duże, okrągłe kadzie wypełnione białym płynem, prawdopodobnie jakimś mleczkiem siarkowym. Każdy z nas musiał wejść do kadzi i trzykrotnie się w tym płynie zanurzyć z głową. Stawiającym opór obsługujący esesmani siłą naciskali przytrzymując je tak długo pod wodą by nieszczęśnik łyknął parę haustów, co wywoływało głośny rechot. Po wejściu do kadzi wydawało mi się, że mnie żywcem obdzierają ze skóry Całe ciało pokryte miałem strupami i jątrzącymi się jeszcze ranami po przebytej nie tak dawno wietrznej ospie. Żrący płyn powodował niesamowity, straszny ból. Wiedziałem jednak, że tej kąpieli nie da się uniknąć. Widziałem przecież jak przede mną nieprzytomnych, a może i zmarłych wrzucano do kadzi i trzykrotnie zanurzano w płynie wraz z głową. Jęcząc i wyjąc niemal z bólu trzy razy kucałem na dnie kadzi byle prędzej, byle szybciej wyjść z niej. Po tej części odwszawiania czekał nas następny wagon, w którym my „trzej zdrowi” otrzymaliśmy swoje ubrania wyciągnięte z kotła parowego. były gorące i trudne do utrzymania w dłoniach. Nie! – nie był to jednak koniec. Kazano nam zanurzyć te ubrania w tym samym prawdopodobnie płynie, w którym przechodziliśmy kąpiel, wykręcić, ubrać się i wyjść z wagonu, oczekiwać na dworze na ostatniego odwszonego pacjenta obozowego szpitala. Oczekiwały na to również nagie kobiety uprawiając swój taniec ginącego roju i nieprzytomni skuleni w saniach więźniowie naszego kuligu. Kiedy odjeżdżaliśmy, na śniegu było niewątpliwie znacznie więcej nagich ciał, a z sań naszych mniej było słychać jęków i narzekań. Nie potrafiłbym powiedzieć ile trupów załadowano na sanie przy wyprowadzaniu i wynoszeniu chorych ze szpitalika i ilu wniesiono do niego po akcji „odwszawianie” – była to jednak najbardziej makabryczna akcja, jaką widziałem w czasie pobytu w obozie koncentracyjnym.

 

WOLNOŚĆ (cz. VII)

Do obozu wróciliśmy jeszcze przed powrotem więźniów wyprowadzonych do kopania okopów i budowy umocnień obronnych. Tak jak przy wyjeździe, cisza i pustka, ze snującymi się esesmanami. Pomocnicy zajęli się wyładowywaniem z sań odwszawionych już pacjentów, a nas trzech zaprowadzono do jednego z baraków, w którym jak się okazało znajdowali się również chorzy i niedołężni, zwani w języku obozowym „krypli” lub „muzułmani”. Były to szkielety. Ludzie nie zdolni do żadnego wysiłku, a więc w warunkach obozowych bezwzględnie skazani na powolną, nieuniknioną śmierć. Wiedzieli o tym i było im to całkiem obojętne. Pryczy ani łóżek nie było. Wszyscy leżeli na siennikach i materacach ułożonych na podłodze. Na środku baraku stał duży, okrągły, żeliwny piec, w którym w dzień i noc paliło się. Należy stwierdzić, że w tym ewakuacyjnym, przygodnym obozie opału nie brakowało. Na sali zaduch i straszliwy smród, ponieważ wielu więźniów nie mogło podnieść się z barłogu, aby załatwić swych potrzeb na zewnątrz baraku. Czynili to na miejscu pod siebie. Nikt tego nie czyścił, nie sprzątał. W ogóle barak pozostawiony był sam sobie. Esesmani nie zaglądali tu, nie wyznaczyli też nikogo do obsługi niedołężnych więźniów. Raz dziennie wnoszono kotły z imitacją zupy, które po opróżnieniu zabierano. Wielu z tych „krypli” w pewnym momencie traciło siły, a nawet chęci do picia i jedzenia, zamierając powoli z głodu. Nawet trupy, których codziennie było po kilka nie zabierano zaraz po zgłoszeniu i często leżały z nami po parę i więcej dni.

Ja i moich dwu przybyłych ze mną kolegów byliśmy tu najzdrowsi i najsilniejsi, to też od raz z miejsca staraliśmy się wprowadzić jakiś ład i porządek, aby ulżyć ginącym i zdeterminowanym towarzyszom, nawet często wbrew ich woli, nie zważając na krzyki, wymyślania i protesty. Przewietrzyliśmy salę, uprzątnęliśmy jako tako brudy i wynieśliśmy na zewnątrz dwa trupy układając je wg zwyczaju obozowego przy szczytowej ścianie baraku.

Ściągnięty przez mnie niemal siłą lekarz ze szpitala, również więzień ewakuowany z Oświęcimia – popatrzył bezradnie na moich współmieszkańców i oznajmił, że absolutnie w niczym nie jest w stanie pomóc, ponieważ nie posiada żadnych leków, że jedyna nadzieja to… - wskazał ręką wymownie w stronę, z której dochodziły dalekie odgłosy armat. Tak, więc rozpocząłem ostatni etap mojego życia obozowego, wśród straszliwej nędzy ludzkiej.

Z kolegami mojego macierzystego baraku rzadko kontaktowałem się. Byłem tak osłabiony, że przejście stu kroków stanowiło nie lada problem.

Życie obozowe toczyło się normalnym trybem. Więźniowie z głodu i wycieńczenia otępiali, przestali marzyć o wolności, nie interesowały ich nawet strzelaniny z karabinów maszynowych, które ostatnio często rozlegały się wokół naszego obozu. Wszyscy straciliśmy rachubę czasu, nikt nie wiedział czy skończył się marzec, czy rozpoczął kwiecień, czy to piątek, czy sobota, jednym słowem absolutna apatia, aż wreszcie pewnego dnia nie wyprowadzono nikogo do kopania okopów. Do baraku mojego wpadło dwu esesmanów i oznajmiło, że za godzinę zbiórka na placu apelowym i wymarsz – dalsza ewakuacja. Kto nie wymaszeruje w wyznaczonej godzinie będzie rozstrzelany. W baraku popłoch i panika. Ci, którzy chcieli jak najszybciej ruszyć, ci, którzy nie potrafili przejść trzech kroków, ani też obrócić się na swej pryczy na drugi bok, teraz zwlekali się z niej i prawie czołgali na plac apelowy. Nie pomogły tłumaczenia, ani perswazja, że przecież nie będą mogli maszerować wraz za zdrowymi i muszą zginąć, że lepiej jest umrzeć tu, na miejscu w baraku aniżeli tam, na śniegu za kolumną marszową. Nikogo nie udało nam się zawrócić. Około dwudziestu naszych kolegów i to chyba tych najzdrowszych, którzy mieli straszne przeżycia w obozie przed śmiercią, wybrało pewną śmierć. Poszli. W baraku zostało nas dwudziestu ośmiu. Ułożyliśmy się na siennikach i czekaliśmy swego losu. Z placu apelowego dochodził do nas gwar, szum, od czasu do czasu pojedyncze strzały z pistoletu i znienawidzone komendy niemieckie. Ja zdawałem sobie sprawę, że nie nadaję się do marszu, że już po kilku krokach znajdę się na końcu kolumny, że czeka mnie to, czego byłem tylekroć razy świadkiem w marszy ze Stutthofu do tego tutaj obozu. Wiedziałem również, że i tu swego losu nie uniknę, ze esesmani nie rzucają słów na wiatr. Tym, którzy nie wymaszerują na dalszą ewakuację obiecali śmierć i to nas niewątpliwie czeka. Bałem się, bardzo się bałem, mimo, że stale tej śmierci patrzyłem w oczy, mimo, że tyle przecież razy znajdowałem się w sytuacji, w której wydawało się, że nie ma najmniejszej szansy na przeżycie.

Na placu gwar ucichł po skrzekliwej komendzie „achtung”, która i do nas dotarła. Komendant coś przekazywał więźniom. Znaliśmy te instrumentalne ostrzeżenia, że kto zostanie, kto zboczy itd. itd.

Wreszcie pierwsze rytmiczne kroki i za chwilę chaotyczny szwargot setek nóg wymaszerowujących z obozu. Zostaliśmy sami. Czekaliśmy w napięciu i straszliwej ciszy. Z obozu zaczął dochodzić do nas szwargot penetrujących baraki esesmanów. Dwa strzały następujące szybko po sobie i znowu dwa strzały. to pewnie odnaleziono tych, którym wydawało się, że potrafią się ukryć i pozostać. Przyszła i na nas kolej. Trzech rozwścieczonych z trupimi czaszkami na czapkach, w ręku batogi i pistolety wpadło do baraku. Przypuszczam, że nie wiedzieli o istnieniu baraku z „kryplami”, bo wyraźnie widać było zdumienie na ich twarzach. Jeden z nich krzyknął „to tyfus – zostawimy ich bolszewikom”. I rzeczywiście miast strzałów spadły na nas razy z batogów. Wszyscy dostaliśmy. Jedni mniej, inni więcej. Jakaś wściekła furia opanował tych trzech drabów. Chodzili po nas, deptali i bili, aż do utraty sił. nie padł jednak ani jeden strzał. W czasie bicia nikt z nas nie krzyczał, nie było słychać nawet głośniejszych jęków. Wytrwaliśmy, a gestapowcy wyraźnie zmęczyli się. Z rechotem i przekleństwami opuścili barak.

Po upływie kilkunastu minut, w czasie których nikt z nas nawet nie usiłował wymówić ani jednego słówka z trudem uniosłem się z barłogu i zbliżyłem do okna. Wszędzie pustki i cisza. Po wyjściu z baraku nie dostrzegłem również nikogo. Po maleńku powlokłem się w stronę kuchni. Ostrożnie uchyliłem drzwi i twarz owiała mi gęsta, gorąca para. W piecu dogasał ogień, a w kotle gotowała się zupa z kawałkami końskich ochłapów. Gorączkowo zacząłem przetrząsać wszystkie pomieszczenia. W sąsiadujących z kuchnią magazynach worki z cukrem i kaszą, wiadereczka powideł i ogromne skrzynie z makaronem. Skarby, jakich dawno nie widziałem. Oszołomiony radosnym odkryciem z dwoma wiaderkami powideł wracałem do baraku. Wiadomość o zapasach żywności i pustym, martwym obozie zelektryzowała wszystkich dodała sił nawet tym, którzy wydawało się, że nie potrafią stanąć na nogach. Rozpoczęła się makabryczna procesja do kuchni i z powrotem. Niektórzy nawet pełzali lub wlekli się na czworakach ciągnąc za sobą worki, wiaderka, a nawet ogromne, parujące jeszcze połacie końskiego mięsa wyciągniętego z kotła. Ja natomiast z paroma silniejszymi kolegami czyniłem przegląd baraku, który jak wiedzieliśmy był magazynem esesmanów. Mnóstwo mundurów i części mundurowych, a w jednym z pomieszczeń zafascynowała nas niezliczona ilość wiszących na wieszakach długich, męskich, białych koszul nocnych i właśnie w czasie wciągania na siebie trzeciej koszuli usłyszałem stosunkowo bliskie strzały karabinów maszynowych i za chwilę wybuchy granatów na terenie obozu. W popłochu wybiegliśmy z magazynu. Na placu apelowym i między barakami, co chwilę gejzery ziemi i odłamków z hukiem wylatywały w powietrze. Wydawało się, że w baraku, w gromadzie będzie bezpieczniej. Skupieni, stłoczeni, leżąc plackiem na podłodze, ale już w pewnym stopniu syci z niepokojem patrzyliśmy na wylatujące drzazgi desek w przebijanych odłamkami ścianach. co się stało z kolegami, których lawina ognia zaskoczyła w drodze z kuchni nie wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy, kto wkroczy do obozu. Niemcy czy Sowieci. Tymczasem huk wzmagał się. W pewnej chwili jakaś większa detonacja wstrząsnęła barakiem łamiąc i grube rury dymowe przechodzące przez sufit ponad. Dach runął na podłogę przygniatając jednemu z kolegów nogę. W cichej dotychczas izbie rozległ się przeraźliwy wrzask zranionego i chyba wszystkich pozostałych. Gęsty dym i sadze zaczęły gryźć w oczy. Ja i paru kolegów mocowaliśmy się z gorącym piecem usiłując odsunąć go z nogi kolegi. Piec był bardzo ciężki i gorący, a przy tym ten dym. Pot zalewał mi oczy. Rozpaczliwie i beznadziejnie podkładałem ręce owinięte szmatami pod piec, który nawet nie drgnął, aż nagle ktoś energicznie oderwał mnie od niego rzucając na stłoczonych, jęczących kolegów. Spojrzałem i jakieś spazmatyczne wzruszenie zatkało mi przełyk nie pozwalając normalnie oddychać. Dwu żołnierzy Radzieckich z wysiłkiem podnosiło piec, a nad rannym klęczała kobieta w mundurze. Spokojnym głosem oznajmiono nam, że jesteśmy wolni, że natychmiast mamy wyjść z płonącego baraku. Na placu apelowym czołgi, a w otwartych włazach roześmiane, radosne twarze żołnierzy. Paru z nas próbowało wdrapać się po gąsienicy by uścisnąć dłoń wybawcy. Wstrzymywano nas jednak żartobliwą perswazją „nie lzia – nie wolno – wy chory na tyfus, a my spieszymy do Berlina”. Obdarowano nas twardymi żołnierskimi sucharami i radzono udać się do najbliższej w około trzech kilometrów wioski „Riben”, gdzie będzie lekarz i gdzie będziemy mogli wypocząć i wyzdrowieć. Ja z dwoma kolegami, z którymi los mnie złączył niemal aż do chwili powrotu do domu, a których nazwisk niestety nie znałem udałem się we wskazanym przez „bojców” kierunku. ciężka to była droga, a właściwie bezdroże, bo drogą ciągnęły wojska, a my w odległości około trzydziestu metrów od niej szliśmy, pełzaliśmy pomagając sobie wzajemnie.

Jeśli któryś z nas został w tyle, czekaliśmy lub wracaliśmy po niego ciągnąc, popychając i wzajemnie pocieszając się, że to przecież tylko trzy kilometry. W czasie tej koszmarnej wędrówki zapadł zmrok i zrobiło się ciemno. Co chwilę jednak ciemności rozpraszały rakiety lub błyski wybuchów. W ich świetle nie zgubiliśmy pustej już teraz drogi, aż wreszcie zziębnięci, przemoczeni czołganiem się w śniegu i skrajnie wyczerpani ujrzeliśmy w czasie jednego z rozbłysków zarys chaty z prawej strony drogi. Resztką sił dotarliśmy do niej, a trudem sforsowaliśmy kilka schodków wiodących do kuchni i ponowne rozjaśnięcie na ułamek sekundy nieba, pozwoliło nam dojrzeć zarys stołu i stojące na nim mnóstwo naczyń, słoików i butelek. Siedząc na podłodze, mając oparcie w nogach stołu unosiliśmy się zdejmując z niego słoiki i inne naczynia. Po zanurzeniu ręki w pierwszym zdjętym słoiku palce zanurzyły się w maź i w nozdrze uderzył przyjemny, od dawna nieznany zapach pasztetu. Jedliśmy siedząc pod stołem. Jeden z kolegów przypomniał, że należy być ostrożnym i wstrzemięźliwym, bo żołądki nasze odzwyczaiły się od takich ilości tłuszczu, a kiedy go żartobliwie zapytałem, dlaczego sam wobec tego nie stosuje tej wstrzemięźliwości odparł, że przekazuje nam rady, ponieważ jest lekarzem, a rad lekarza należy bezwzględnie słuchać, nie zapominając jednak, że lekarze niezależnie od swej wiedzy zawodowej mogą posiadać również wszystkie cechy ludzi o słabej woli, do których i on się zalicza.

Syci, upojeni pierwszymi godzinami wolności zasnęliśmy tuląc się do siebie pod stołem. Obudziliśmy się jak zwykle bardzo wcześnie i rozpoczęliśmy przegląd budynku i gospodarstwa znajdującego się przy trasie, która jak wynikało z drogowskazu widocznego przez okno kuchni prowadzone do „Lauenburgii”.

 

JANOSIK (cz. VIII)

W mieszkaniu straszliwy nieład. Opuszczono go prawdopodobnie w pośpiechu, bo spiżarnia pełna myła zapasów, szczególniej wertowanych. W pokoju szuflady pełne drobiazgów pootwierane, w szafkach ubrania, a na strychu trzy duże beczki śledziówki z zamarynowanym mięsem, słoniną i masłem. Na podwórku mnóstwo kur, w chlewie i oborze nie było żywej duszy, jednak w polu za stodołą dojrzeliśmy spacerujące konie, krowy i świnie. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zatrzymać się w tym gospodarstwie, by nabrać sił, których tak bardzo było nam brak. Pokoik na piętrze wybraliśmy jako sypialnię, cały jednak dzień postanowiliśmy spędzać nie w budynku mieszkalnym, lecz w pomieszczeniu przy oborze, przeznaczonym prawdopodobnie dla służby. Skłoniła nas do tego dość przytulna izba z okrągłym piecykiem żelaznym, który szybko rozgrzewał niewielkie pomieszczenie, no i możliwość gotowania na nim. W izbie było bardzo przyjemnie, ciepło i wspaniały aromat smażonych na smalcu placków z mąki, której znaczne zapasy odnaleźliśmy w mieszkaniu. Pozostaliśmy w pasiakach obozowych, jednak częsta konieczność przechodzenia przez mroźne podwórko do budynku mieszkalnego skłoniła nas do szukania cieplejszych płaszczy niźli te, w których wyszliśmy z obozu. W skrzyni na strychu było ich kilka, mnie się udało zdobyć piękne długie futro, które jak koledzy orzekli – bo ja się na tym nie znałem – było prawdopodobnie fokowe. Niedługo jednak zachwycałem się nim. Po paru godzinach stwierdziłem, że jest za ciężkie wróciłem, więc do płaszcza obozowego, a koledzy doszli do tego samego wniosku.

Rozpoczął się okres niemal sanatoryjnego odpoczynku. Już w pierwszym dniu zaczęli nas odwiedzać wracający do domu więźniowie z różnych bloków, którzy po ewakuacji byli rozlokowani w okolicy naszego obozu. Najwięcej było żydów i Francuzów. Wszystkich gościnnie przyjmowaliśmy, karmili, a nawet odziewali. Czuliśmy się naprawdę gospodarzami całej zagrody i trzeba przyznać, że wszyscy nasi goście uznawali naszą własność, nikt nie uzurpował sobie prawa zostania u nas i „rządzenia się”, tym bardziej, że w miejscowości tej prawdopodobnie 90% mieszkań było opuszczonych tak jak i nasze. Już w drugim dniu zatrzymało się u nas trzech Żydów, z których jeden był tenorem opery w Wiedniu. Urządził nam wspaniały koncert. Goście ci zadziwili nas również posiadaniem przedmiotów kultu religijnego, które się zwały „cyniłe” czy coś w tym rodzaju. Podobne to było do stuły naszych księży, z tym, że posiadały jakieś frędzelki i węzełki. W jaki sposób udało im się to przetrzymywać w Stutthofie i w czasie ewakuacji mimo tych rewizji, tego niestety nie chcieli nam ujawnić. Nie wszyscy jednak wędrowcy odnajdywali nas w zagrodzie, bo chyba już po drugiej nocy za stodołą odnaleźliśmy dwa zmarznięte, z poogryzanymi przez koty uszami trupy w pasiakach, których rysy wskazywały, ze są również Żydami. Pewnego dnia przechodząc przez podwórko usłyszałem groźne „stój!”. Zwróciłem głowę w stronę głosu i zobaczyłem potężnego, chyba dwumetrowego dryblasa w mundurze żołnierza radzieckiego, który z dwu pistoletów celował we mnie. Był bez płaszcza. Rękawy bluzy zawinięte, na każdym ręku zegarek, na piersiach dwa błyszczące złotem medale – jak się później okazało „za odwagę” – za pasem na brzuchu luzem wetknięty trzeci pistolet „morgan”.

Mimo nieprzyjemnej sytuacji, po pierwszym spojrzeniu przyszło mi do głowy „Janosik”, zresztą tym imieniem zwaliśmy go później do końca naszej znajomości

Po groźnym „stoj” usłyszałem następną komendę „ruki w wierch”, podniosłem ręce i wtedy płaszcz się rozchylił ukazując pasiak obozowy. Sam nie wiem, kiedy znalazłem się w ramionach „boja”. Ściskał, całował mnie powtarzając bez przerwy „brat ty mój, brat ty mój” . Kolegów moich w izbie powitał w ten sam sposób obijając im żebra w uściskach. Po krótkiej rozmowie opuścił nas obiecując, że wkrótce wróci i rzeczywiście nie upłynęło chyba pół godziny, gdy zjawił się ponownie ciągnąc za sobą ogromną bańkę, w której zwykle przechowuje się mleko. Postawił ją na środku izby i zaczął się rozglądać pytając „stakańczyk”. Nie znajdując nic odpowiedniego wyskoczył do budynku mieszkalnego, z którego przyniósł półlitrowy powleczony czerwoną emalią garnuszek. Uroczyście otworzył bańkę, zaczerpnął niemal cały garnuszek i podając mi z dumą mówi „pij! to czysty spirytus”. Ze strachu zacząłem tłumaczyć, że nie mogę, że dawno wódki nie piłem, że jestem osłabiony po tyfusie, że wypicie tego to pewna śmierć. Nic nie pomogło. Odmowa rozgniewała go. Wolną ręką sięgną po pistolet. To mnie również nie przekonało, sądziłem, że żartuje wtedy przyłożył mi lufę do czoła i rzekł „pijesz ili nie – a nie, to ubiju”. Cóż było robić? Wiedziałem, że jest podpity, że wojna, że śmierć takiego jak ja nie będzie w ogóle żadnym wydarzeniem i nikt za nią nie będzie odpowiadał Czując coraz bardziej wgniatającą się lufę w czoło zacząłem pić. Koledzy patrzyli z przerażeniem i jak mnie później poinformowali wypiłem ponad połowę zawartości garnuszka i wtedy dopiero straciłem przytomność. Ja natomiast przypominam sobie tylko tyle, że dusiłem się, że nie mam, czym oddychać i trwało to aż do całkowitej utraty świadomości.

Koledzy również nie uniknęli tej makabrycznej kuracji. Stwierdziłem to po odzyskaniu przytomności. Obaj spali jak susły, a w izbie kręcił się nasz Janosik. Z garnka stojącego na żelaźniku rozchodziła się cudowna woń dawno niewidzianego rosołu. Nasz „bojec” po „uśpieniu nas” zastrzelił dwie kury, obrał z piór, wypatroszył, postarał się o duży garnek i gotował rosół.

Od tego dnia okupowana przez nas zagroda przez pełne dwa tygodnie była hotelem, motelem i świetlicą dla kwaterujących w okolicy żołnierzy radzieckich, których sprowadzał codziennie nasz Janosik. Czołgi, samochody naprawiane i konserwowane były na naszym podwórku. Wielekroć razy kwaterowali u nas wyżsi oficerowie, którzy godzinami przesiadywali w naszej izdebce. Otoczeni byliśmy zapalczywą przyjaźnią i opieką. Po dwu tygodniach poczuliśmy się na tyle dobrze, że postanowiliśmy wyruszyć do domu.

Zwierzyliśmy się z tym Janosikowi, który przyznał nam rację, tym bardziej, że i jego oddział w każdej chwili oczekiwał rozkazu wyjazdu. W tym czasie szosą ciągnęły na wschód długim nieprzerwanym łańcuchem drabiniaste i przykryte brezentem wozy nie tak dawno ewakuujących się przed zbliżającym się frontem. Nie zdążyli, a właściwie nie mieli już, dokąd uciekać. Front minął ich, przeszedł przez nich jak huragan, a oni z dala od domu znaleźli się poza frontem. Teraz wracali. Przeważnie kobiety, dzieci i starcy. Młodzi i zdrowi mężczyźni zbiegli do lasu obawiając się spotkania z żołnierzami radzieckimi. Wiele z tych wozów leżało w rowach z całym majątkiem, którym nikt się nie interesował. W przeciwnym kierunku jechały czołgi i na wąskiej szosie bardzo często zrywały koła wozów, a nawet zgniatały cały jego bok, jeśli woźnica nie zdążył zbyt wcześnie zjechać do rowu, aby przepuścić czołgi. Z rozbitego wozu właściciel zabierał tylko tyle, ile mógł unieść, koniom odcinał uprząż by mogły pogalopować w pole, a sam, tym razem już pieszo odbywał swą powrotną wędrówkę z walizeczką lub tobołkiem w ręku. Do jednego z sąsiednich gospodarstw wrócili już mieszkańcy i stamtąd przyprowadził nasz Janosik na nasze podwórko mocny, duży wóz drabiniasty z brezentową budą i paroma rosłymi końmi. Wraz z zaprzęgiem przyjechał około sześćdziesięcioletni, brodaty Niemiec, który każdym gestem, każdym ruchem, spojrzeniem mimiką twarzy przy akompaniamencie soczystych przekleństw w języku niemieckim dawał wyraz swemu oburzeniu i gniewu przeciwko rekwiracji wozu i koni. Janosik nie rozumiał nic ze słów Niemca, a na jego gniewne miny i spojrzenia reagował głośnym szyderczym śmiechem. Ja nie chciałem tłumaczyć przekleństw, bo mimo całej nienawiści do szwabów czułem się nieswojo wobec tej rekwiracji, która przechodziła na własność trzech zmaltretowanych obozem, schorowanych byłych więźniów Stutthofu. Janosik widząc nasze niewyraźne miny zlecił Niemcowi ulokowanie koni w stajni, a nas zaciągnął do izdebki, gdzie przy gorącej, wojskowej kawie przygryzanej sucharami miał jak zwykle opowiadać ucieszne historyjki z przeżytych epizodów wojennych. Nim jednak rozpoczął usłyszeliśmy z podwórka straszliwe, żałosne rżenie koni. Skoczyliśmy do okna i ujrzeliśmy wstrząsający widok. Jeden z koni leżał jęcząc i wierzgając kopytami. Drugi rżał przeraźliwie starając się wyrwać z uprzęży, a brodacz z całej siły walił go obuchem siekiery w krocze. Na naszych oczach koń zwalił się łamiąc dyszel wozu. Z przerażeniem patrzyliśmy jak na wybiegającego na podwórko Janosika Niemiec rzucił się z wściekłością, z podniesiona siekierą. Nie darmo jednak Janosik nosił pistolety zatknięte za pas. Pierwszy pocisk ugodził Niemca z odległości najwyżej dwu metrów, niemal w chwili, gdy wydawało się, że siekiera spadnie na głowę Janosika. Przywykliśmy do śmierci. Do śmierci gwałtownej, do śmierci w męczarniach, do śmierci spokojnej, gdy odchodzący cieszył się stopniowym zanikiem świadomości, w oczekiwaniu na wieczny niczym już niezakłócony odpoczynek. Jednak ta śmierć, straszliwie nienawidzącego nas rozwścieczonego Niemca i konieczność dobicia, zastrzelenia dwu okaleczonych koni całkowicie przygasiła naszą radość z życia i wolności. W następnym dniu Janosik wjechał na podwórko nowym wozem i parą koni. Strzelając batem objeżdżał wokół podwórko, wydając przy tym okrzyki imitujące zwycięski galop atakujących Indian. Cały zaprzęg był wspaniały. Na drabinach wozu z obu jego stron wisiały wiadra, garnki, bańki wypełnione masłem, smalcem, konfiturami i powidłami. Pod (brezentem) plandeką pokrywającą wóz legowisko z białych pierzych poduszek i koców, a w tylnej części trzy beczki śledziówki wyładowane marynowanym mięsem i soloną słoniną. Jednym słowem nieoczekiwany skarb w tych czasach dla udających się w długa podróż – DO DOMU!

 

Podobne artykuły


29
komentarze: 29 | wyświetlenia: 2281
29
komentarze: 9 | wyświetlenia: 11813
24
komentarze: 12 | wyświetlenia: 2235
71
komentarze: 22 | wyświetlenia: 17938
16
komentarze: 10 | wyświetlenia: 6511
16
komentarze: 17 | wyświetlenia: 1308
32
komentarze: 13 | wyświetlenia: 6065
30
komentarze: 7 | wyświetlenia: 4147
28
komentarze: 14 | wyświetlenia: 5491
28
komentarze: 12 | wyświetlenia: 11118
28
komentarze: 12 | wyświetlenia: 3619
30
komentarze: 31 | wyświetlenia: 67372
27
komentarze: 17 | wyświetlenia: 21609
 
Autor
Dodał do zasobów: Kamil Zbroja
Artykuł

Powiązane tematy





Witold Zbroja, może przeżył. Zapamiętaj, Witold Zbroja o nim jeszcze usłyszysz. Mój dowódca.
Słowa mojej mamy sprawdziły się. Pana dziadek i mój Piotr Długosz– Wyrzykowski w tym samym czasie pracowali w lasach. Hoża w Sobolanach. Dobrze znali się i chyba razem obok siebie mieszkali.
Mama Zocha pseudonim Jaskółka była jego łączniczką. Gdy uciekła z pociągu w czasie niemieckiego transp ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska