Login lub e-mail Hasło   

Ja pierniczę czyli toruńskie pierniki

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://maanontheway.blogspot.com/2015/07(...)ia.html
O Toruniu subiektywnie i smakowicie
Wyświetlenia: 636 Zamieszczono 12/07/2015
Powiadali, ze najlepsze w Polsce to gdańska gorzałka, toruński piernik, krakowska panna i warszawski trzewik. I daję głowę, że co do Torunia się nie mylili. Pierniki mają pyszne, w różnych kształtach, z jagodą, maliną, różą, czekoladą, wiśnią. Niebo w gębie i płacz w biodrach, bo że w cycki nie pójdzie to akurat jest pewne. Nigdy nie idzie.
Moja podróż zaczęła się bladym świtem, bo mniej więcej ok 4:00 nad ranem wysiadłam na toruńskim dworcu. I co tu robić gdy wszystko nieczynne??  Ano nad Wisłę pójść warto, zobaczyć jak się słońce kąpie, postraszyć gołębie na placu przy bramie, wypić kawę w spokoju,  sprawdzić swoje sumienie przy Krzywej wieży. Komu się szuka równowagi uda ten jest święty niemal i żadnym grzechem się w życiu nie splamił. Pod wieżę wiezie mnie przesympatyczny kierowca, który ciut wcześniej szukał ze mną szukał czegoś całodobowego, bo jedzenia i kawy zażądałam niemal natychmiast jak Go tylko zobaczyłam. Skończyło się na zapiekance na BP, ale przynajmniej hałasu w taksówce nie robiłam – bo mi w brzuchu burczeć przestało. Docieramy w okolice Wieży. Sprawdzam jak tam z moim sumieniem, ale chyba nie jest dobrze, bo sztuka równowagi nie wychodzi mi wcale. No cóż, trochę za uszami się nazbierało, więc co się będę wygłupiać z tą praworządnością. Udaje, że wcale mnie to obeszło i zmierzam dalej. Miasto śpi. Gdzieniegdzie zbłąkany ktoś, zmęczony nocą przemyka cicho, myśląc pewnie jak tu domu wejść, żeby nikt nie zauważył. Tez to przerabiałam, wiec, choć nie znam, łączę się w bólu. Kofeinowy głód dopada znienacka. Organizm dopomina się kawy, a ja nie wiem gdzie, bo wszystko nieczynne. Trzy kubki termiczne w domu posiadam i oczywiście żadnego ze sobą nie wzięłam. Bardzo ładnie zapychają kuchenna półkę… skoro tak lubią?! Gdzieś w okolicy ulicy Szerokiej widzę uchylone drzwi restauracji. Ktoś się krząta jak – amen w pacierzu. Śmiało wkraczam do środka, od progu wołając: czy można kawy, ze bardzo proszę, że podwójnie zapłacę byle tylko mały kubeczek, no filiżanka, nawet naparstek. Dają, płacić nie każą i pytają czy dobra. Ja im gotowa jestem nieba przychylić a oni czy dobra. Żeby nawet lura była okrutna ( nie była) to i tak bym powiedziała, ze ambrozja. Przy okazji opowiadają co gdzie, dlaczego warto, zapraszają na obiad. Taka życzliwość z samego rana – bezcenne. A powiadają, ze Polacy wiecznie nie w humorze, nadęci, a już rano to na bank. Nie wiem jak reszta, ale Ci na pewno nie. Z tym optymistycznym akcentem ruszam na poszukiwanie informacji turystycznej, bo jak zwykle zapał do podróży ogromny, ale planu zero. Krążę po orbicie Ratusza miejskiego, widzę tabliczkę z napisem informacja, nawet strzałka jest, a informacji nie ma. Myślę sobie: pies trącał, gdzie trafię tam trafię, po co mi mapa jak i tak średnio z niej korzystam. Nigdy nie wiem jak patrzeć, żeby się zlokalizować i zawsze na prawo w konsekwencji wychodzi, że na lewo i prosto. Z głową w chmurach niemal potykam się o Filusia, No cudo, na samym rogu, z melonikiem w pyszczku czeka na swojego pana. Tak sobie pomyślałam, ze może zanim On dotrze, to ja się nim chętnie zajmę. Informacja okazuje się niepotrzebna, bo i bez niej daję sobie świetnie radę. W międzyczasie uparłam się na osła, czyli pręgierz. Chcę, oczekuję, wręcz żądam. I znów diabeł ogonem nakrył. Dopadam policjantów, myśląc, ze jak nie oni to kto. Oczywiście, znów pomocni, bardzo sympatyczni informują mnie z szelmowskim uśmiechem, ze owszem, jest, wcale niedaleko, nawet całkiem tuż tuż, bo niemal za plecami.  Hm, na kogo wyszłam?? Szkoda osła…znaczy słów. Za dużo czasu przy nim nie spędzam, bo jak wiadomo parę występków na koncie mam. Wracając pod ratusz, bo przecież flisaka, co żaby z miasta wyprowadził, zobaczyć trzeba, wpadam pod drzwi informacji turystycznej. Zmełłam to, co na usta mi się cisnęło, weszłam, mapę i przewodnik dostałam, kartki zakupiłam. Na tym zakończę temat informacji turystycznej, bo złość piękności itd. Przemiła Pani, na którą wpadam zaraz po wyjściu (to te nerwy) informuje mnie, ze Dom Kopernika to dwie uliczki dalej, od 10 otwarty. Mam czas na drugie śniadanie?? Wczesny lunch?? Starówka się budzi do życia, coraz więcej ludzi, pogoda jak znalazł, nie za zimno, nie za gorąco, nie PADA – wszechświat mi sprzyja. Docieram Pod Dwór Artusa i szaleję na widok piernikowej alei. Cannes się chowa, Cudze chwalicie, swego nie znacie. Czas leci, biegnę do domu Pana Astronoma. Bilet w kasie kupuję, przy czym kasjerką okazuje się Pani, z którą dwie godziny wcześniej rozmawiałam przed drzwiami instytucji, której nazwę celowo zmilczę. Oglądając wystawę jestem zdecydowanie na tak. I na kąt kuchenny pięknie zrekonstruowany, i na kantorek kupiecki, i na gabinet mistrza. Bardzo na tak na widok przyrządów pomiarowych. Serducho rośnie na samą myśl, ze Kopernik była kobietą. Jeszcze przed paroma dniami, można tu było wypiekać własnoręcznie pierniki. Od 20 czerwca 2015 można to robić w Muzeum Piernika. A skoro można to ja wręcz muszę. I szukam. I tu akurat sprawnie poszło, bo znajduję je jakieś 15 minut później. Wystawa i warsztaty zaczynają się o pełnych godzinach. Z jęzorem na brodzie docieram. Jest za minutę 11. Kupuję bilet. Wchodzę. Wpadam w zachwyt. Dostaję wszystko, co potrzebne do wypieku i działam. Pierniki trafiają do pieca, a ja z przewodniczką idę na wystawę. Cuda i różności. I legendy o pierniku, i o Katarzynce, i wirtualna kramarka, która zachwala tak, ze krakowskie przekupki mogą się schować. Podglądamy i te najstarsze, i te całkiem współczesne metody wytwarzania piernika, wędrujemy przez XIX wieczny sklepik, wpadamy do tego rodem z PRL, szybka fotka z subiektem odpoczywającym na ławce, czytamy aktualności sprzed lat na słupie ogłoszeniowym, chwila na wirtualną szafę (marzenie każdego mężczyzny posiadającego zonę), gdzie możemy pofantazjować i się faktycznie przebrać. Sukienka, kapelusz, parasolka?? Proszę bardzo. Frak, melonik, laseczka?? Ależ oczywiście. Cuda. Chwila odpoczynku w peerelowskiej kawiarni, a w telewizorze, o którym nie miałam pojęcia, ze coś takiego istniało, pyza na polskich dróżkach. Za chwilę dostaję dzieło rąk moich własnych – czyli piernik. Pieczołowicie pakuję do plecaka, który potem jest najcenniejszą rzeczą jaką posiadam. Bo zrobić i nie dowieźć?? No jak?? W sklepie z piernikami wydaję miliony monet, pocieszam się myślą, ze niemiecki turysta przede mną wydał więcej. Za chwilę uwiadamiam sobie, ze on jednak więcej zarabia. Idę na piwo, którego nie piję, ale mam blisko i podobno u Olbrachta najlepsze. Owszem, wymiata, ale potem mam ochotę na kielicha, ale zmęczenie ze mnie wyłazi, więc nie ryzykuje. Czas na spacer. Myślę: ruiny zamku. Mapa mnie denerwuje okrutnie, każe iść w zupełnie inną stronę. Hm, czas na toaletę – wiem już dlaczego nie lubię piwa – szukam publicznej toalety. Szukam. Szukam. Szukam. Jest. Znalazłam, Tuż obok ruin zamku krzyżackiego. Wniosek z tego taki, ze natura wie co robi. Ruiny piękne, fantastyczny widok na Wisłę. Odpoczywam na ławeczce. Ciszę zakłóca tylko warczący odgłos, co oznacza, ze czas na obiad. W barze Miś nabieram sił i lezę pod pomnik Kopernika. Jeszcze Dom Toruńskich Legend, gdzie nie tylko się słucha opowieści bajarki, ale na żywo bierze w nich udział. Może dlatego jeżdżę sama, bo ja zawsze przed szereg, oczywiście dałam się zamknąć w klatce, na flisaczej tratwie zrzuciłam konkurenta, rozbujałam dzwon Tuba Dei. Ale dobrze mi z tym. A potem to już łapanie klimatu Starówki, i chodzę i chodzę, i dopadam galerię karykatur. I składam zamówienie na swoją.
Gdyby zaś, pod wpływem lektury, kto ochoty nabrał, kulasami przebierać począł z głodu za słodkością ową toruńską, to służę przepisem. A kto upiecze to niechaj zaprosi, albo gołębiem pocztowym podeśle
„Weź miodu praśnego ile chcesz. Włóż do naczynia, wlej do niego gorzałki mocnej sporo i wody. Smaż powoli szumując aż będzie gęsty, wlej do niecki, przydaj imbiru białego, goździków, cynamonu, gałek, kardamonu, hanyzu nietłuczonego, skórek cytrynowych, drobno krajanych. Cukru ileć sie będzie zdało, Wszystko z gruba przetłukłszy wsyp do miodu gorącego, miarkując, żeby niezbyt było. Zmieszaj, a jak miód ostygnie, ze jeno letni będzie wsyp mąki żytniej ile potrzeba, umieszaj i niech tak stoi nakryto aż dobrze ostygnie, potym wyłóż na stół, gnieć jak najmocniej, przydając maki ile potrzeba. Potem nakładź skórek cytrynowych, w cukrze smażonych, znowu przegnieć i zaraz formuj pierniki, wielkie według upodobania porobiwszy. Do wierzchu piwem pozyngowawszy kłaść do pieca i wyjąwszy je jak się przepieką znowu je zyngować miodem”

Podobne artykuły


33
komentarze: 25 | wyświetlenia: 84358
31
komentarze: 27 | wyświetlenia: 5256
26
komentarze: 9 | wyświetlenia: 2451
16
komentarze: 11 | wyświetlenia: 2644
13
komentarze: 18 | wyświetlenia: 1821
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 2428
37
komentarze: 64 | wyświetlenia: 4386
181
komentarze: 48 | wyświetlenia: 1166679
18
komentarze: 5 | wyświetlenia: 9474
24
komentarze: 30 | wyświetlenia: 4552
23
komentarze: 13 | wyświetlenia: 2759
6
komentarze: 0 | wyświetlenia: 6661
32
komentarze: 12 | wyświetlenia: 34736
 
Autor
Artykuł



  barkarz  (www),  13/07/2015

Życie w podróży ma swoje plusy:)

Pierniki ,wino, śpiew.Dziękuję za wspomnienia z Torunia.

  aneta,  17/07/2015

@Marek Lipski: Prosze bardzo. Po tym weekendzie będzie coś o Niechorzu i polskim morzu :)

@aneta: Serdecznie dziękuję.Polecam innym Pani artykuły i zdjęcia.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska