Login lub e-mail Hasło   

Cicha broń niewypowiedzianej wojny

Cicha broń niewypowiedzianej wojny pixabay.com Amerykański dziennikarz, pracownik wywiadu, ujawnił dowód na straszliwy spisek polityczno-gospodarczej elity świata...
Wyświetlenia: 415 Zamieszczono 01/05/2016

Cicha broń niewypowiedzianej wojny

  • pixabay.com pixabay.com

Amerykański dziennikarz, pracownik wywiadu, ujawnił dowód na straszliwy spisek polityczno-gospodarczej elity świata wymierzony w całą ludzkość.

Tak brzmi, w wolnym przekładzie, nazwa dokumentu zawierającego doktrynę przyjętą przez Grupę Bilderberg podczas pierwszego spotkania w 1954 r. w holenderskim hotelu de Bilderberg – Silent weapons for quiet wars. Dokument jest nieformalną deklaracją niewypowiedzianej oficjalnie wojny ze społeczeństwem, twierdził William Cooper, autor pracy Behold a pale horse („Oto koń trupio blady”), wydanej w USA w 1991 r., w której zamieścił wzmiankowany dowód na straszliwy spisek polityczno-gospodarczej elity świata wymierzony w całą ludzkość. Cooper był specjalistą od teorii spiskowych, dziennikarzem-radiowcem, przez lata pracował w wywiadzie marynarki wojennej USA. Poza tym miał przewidzieć atak z 11 września 2001 r. na WTC, a co ważniejsze – wiedział, kto za nim stoi. Wiedza ta okazała się dlań śmiertelnie niebezpieczna – zginął dwa miesiące później w strzelaninie, do której doszło podczas próby aresztowania dziennikarza pod zarzutem napaści z bronią w ręku.

W 1954 r. w hotelu Bilderberg uznano, że w interesie przyszłego porządku światowego, spokoju i pokoju należy wypowiedzieć prywatną wojnę społeczeństwom całego globu, zaczynając od narodu amerykańskiego jako najbardziej żywotnego. Zadanie, jakie stawia przed sobą Grupa Bilderberg, jest jasne: należy przekształcić wolny naród amerykański, a wraz z nim inne narody świata, w bydlęce stado zdolne jedynie do rozrodu, konsumpcji, odczuwania prymitywnych przyjemności, rozumienia przekazu nadawanego przez elitę rządzącą, oraz przyzwyczajone do niewolniczej pracy z pożytkiem dla swoich właścicieli.

Celem strategicznym wojny jest przejęcie od nieodpowiedzialnych i nieprzewidywalnych jednostek, tworzących narody poszczególnych państw, naturalnej energii społecznej, oraz wytwarzanych dzięki niej bogactw i przekazanie tych walorów w ręce małej grupy: zdyscyplinowanej, odpowiedzialnej i godnej. Energia klas niższych wydatkowana po to, aby dogonić króliczka stabilizacji, dobrobytu, majątku, który można przekazać potomkom, musi zostań przekształcona w siłę uruchamiającą maszyny mennicze, tłoczące złote krążki dla elitarnej grupy zarządców całym tym globalnym mechanizmem światowego szwindlu.

Aby zrealizować złowrogi, by nie rzec - diabelski, zamysł należy posłużyć się wspomnianą „cichą bronią”. Ma ona spełniać taką samą rolę, jak broń tradycyjna (niszczyć wroga i przynieść zwycięstwo jej użytkownikom) tylko na sposób jej właściwy. Broń ta „strzela” nie nabojami, ale wytworami niebędącymi skutkiem eksplozji prochu, tylko przetwarzania danych komputerowych - proch strzelniczy zastąpiono bitami z danymi. „Kule” posyłane są z komputera, a nie karabinu; obsługiwanego przez programistę, a nie snajpera; na rozkaz bankiera, a nie generała. Postęp techniczny nie służy wyzwalaniu człowieka z wykonywanych do tej pory prac, często ciężkich, żmudnych, dręczących swą monotonią, otępiających powtarzalnością i przewidywalnością. Nie ułatwia mu – jak do tej pory sądziliśmy - realizowania wyznaczonego przez Boga zadania – „czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Wprost przeciwnie – rozwój techniki, zwłaszcza informatycznej, umożliwia złym ludziom zapanowanie nad drugim człowiekiem. Dostarcza wyrafinowanych kajdan i powrozów krępujących społeczeństwa, przykuwających do jarzma codziennej pogoni za mirażami tworzonymi przez macherów od taniej rozrywki i prymitywnej, nachalnej reklamy. Ułatwia wmawianie ludziom, że trwający całe ich życie kierat, który miele mąkę na chleb dla elit, to największa przygoda, jaka może ich w życiu spotkać. Te wszystkie gadżety i cuda hi-tech, które otaczają nas ze wszystkich stron, tworząc w ten sposób sztuczne środowisko, są nie tyle naszymi, ile ich sprzymierzeńcami. Dostarczają niezbędnych informacji (danych) na nasz temat. Czynią nas „przezroczystymi”, a przez to łatwymi do zmanipulowania, do uczynienia z nas, ku wygodzie i dla bezpieczeństwa elit, przewidywalne w swych reakcjach marionetki, zaprogramowane przez nich roboty, bezwolne manekiny. Stado bydła – mówiąc dosadnie, ale zgodnie z intencjami członków Grupy Bilderberg.

Społeczeństwo jest właściwie bezbronne. Instynktownie wyczuwa, że nie tak, jak być powinno, ale nie potrafi swych intuicji i przeczuć, zracjonalizować i wyartykułować. Poddać pod publiczny dyskurs, a co za tym idzie, poradzić sobie z tym problemem. Nie wie, jak wołać o pomoc i razem z innymi ludźmi przeciwstawić się zagrożeniu.

Bowiem kiedy cicha broń jest stosowana stopniowo, społeczeństwo przyzwyczaja się do jej obecności i zaczyna ją tolerować. Dopiero gdy napór psychologiczny poprzez czynniki ekonomiczne staje się zbyt duży, następuje załamanie społeczne. Takie kryzysy też są sztucznie wywoływane, podobnie jak wojny, mające na celu zmniejszenie populacji wierzycieli. Kto jest rzeczywistym wierzycielem, o tym poniżej.

A wszystko miało się zacząć od uwagi Mayera Amschelda Rothschilda, bankiera, niemieckiego Żyda (zm. 1812), że nie ważne kto stanowi prawa, ważne kto ma kontrolę nad środkami płatniczymi obowiązującymi w danym kraju. W pewnym sensie była to prefiguracja bardziej znanego stwierdzenia – „byt określa świadomość” innego niemieckiego Żyda – Karola Marksa, który przyszedł na świat sześć lat po śmierci Rothschilda.

Poza tym bankier odkrył, że ludzie chętnie poświęcą swoje rzeczywiste zyski w zamian za nadzieję osiągnięcia zysków jeszcze większych. Otrzymując weksle, same w sobie bezwartościowe, ludzie oddają prawdziwe zabezpieczenia w postaci określonych walorów. Krótko mówiąc – oni mają wiarę, a finansista realne dobra. Stąd prawdziwym wierzycielem nie jest ten, który pożycza, ale ten, który się zapożycza pod zastaw realnych dóbr.

Bez wątpienia to nie Rothschild był tym, który pierwszy odkrył, że na ludzkich płonnych nadziejach można zarobić, podobnie jak to, że wyzwalają one wielki ładunek energii, którą można przejąć i zaprząc do realizowania swoich celów. Ta prawda krążyła od dawna po świecie, chociażby pod postacią przepowiedni o nieszczęśnikach zaprzedających duszę diabłu w nadziei osiągnięcia niewyobrażalnych bogactw, władzy, mądrości. Wiemy, jak się taki geszeft kończył – człowiek tracił to, co miał najcenniejszego – duszę, a iluzoryczne bogactwo znikało wraz z podpisaniem cyrografu. Najpóźniej w chwili śmierci.

Odkrytą zasadę można było zastosować także na płaszczyźnie politycznej: ludzie wyrzekną się realnych wartości, takich jak wolność, odpowiedzialność, smak ryzyka, radość ze zwycięstwa, twórczość, kreatywność et caetera w zamian za iluzję osiągnięcia jeszcze wyższych wartości – stałego bezpieczeństwa, satysfakcjonującego dobrobytu, niczym niezmąconego spokoju, które to nierealne wartości obiecują im politycy, nie mówiąc jednak o cenie – całkowitym ubezwłasnowolnieniu. Tu diabeł był „uczciwszy”, informując kontrahenta, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić w zamian za spełnienie jego marzeń. Ludzie tracą realnie istniejące związki wartości: wolność, ale i odpowiedzialność, sukces, ale i ryzyko, bogactwo, ale i możliwość bankructwa, w zamian za ułudę bezpieczeństwa, konsumpcji, opieki ze strony rządu, naiwnie sądząc, że można jednocześnie zjeść jabłko i je mieć: zachować całkowitą wolność w warunkach absolutnego bezpieczeństwa, zawsze odnosić sukces, nigdy nie podejmując ryzyka, pomnażać bogactwa bez obaw bankructwa…

Ktoś powie: pogoń za marzeniami to jedna ze stałych cech rodzaju ludzkiego, podobnie jak to, że tylko niewielka część z człowieczych nadzieje nie okazuje się płonna. To wszystko prawda, ale jest różnica między niepowodzeniami i sukcesami wynikającymi niejako z natury rzeczy – niedoskonałości świata i człowieka, a tymi, które zostały zaprogramowane. Które wynikają z faktu, że istnieje grupa ludzi, skazująca innych, we własnym interesie, na klęski bądź na sukces. Tworząca swoisty szklany sufit, o który rozbijają się nadzieje milionów ludzi, po to aby nieliczni mogli na ziemi mieć namiastkę raju. Niepomni, że budowa raju na ziemi nigdy dobrze się nie kończy. Również dla budowniczych.

Jednak trzeba było wielu lat, aby pomysł niemieckiego finansisty zastosować również na płaszczyźnie politycznej i to o rozmiarze globalnym. Ambicją Rothschilda było panowanie nad systemem ekonomicznym danego kraju, a pośrednio nad jego rządem i społeczeństwem. Podczas, gdy ambicja Grupy Bilderberg szła znacznie dalej. Bowiem światowa elita ekonomiczno-polityczna, chcąc podporządkować sobie nie tylko system ekonomiczny, ale całe społeczeństwa, musiała użyć wyrafinowanej technologii, która przyszła dopiero wraz z rozwojem sieci komputerowej.

Magnaci finansowi i przemysłowi pragną gospodarki całkowicie przewidywalnej i podatnej na manipulacje. Aby to osiągnąć, należy niższe klasy społeczne poddać całkowitej kontroli. Już od najmłodszych lat ludzie winni być edukowani do jarzma długoterminowych zadań społecznych po to, aby w przyszłości nie przyszła im do głowy jakakolwiek forma kwestionowania ich sensu. Aby osiągnąć taki stopień konformizmu i podległości, rodziny klas niższych muszą ulec dezintegracji poprzez coraz większe angażowanie rodziców w sprawy zawodowe, a „osierocone” w ten sposób dzieci winny zostać objęte całodzienną opieką przez ośrodki utworzone przez władze.

Jakość kształcenia klas niższych musi być jak najmarniejszego rodzaju. W ten sposób niższe klasy nie będą miały świadomości, że są podporządkowane klasie wyższej i przez nią wykorzystywane do swoich celów. W takiej sytuacji nierównego startu i szans, nawet najlepsi przedstawiciele z klas upośledzonych nie będą mieli nadziei na wyrwanie się z okowów losu wyznaczonego im przez rządzących. Ten rodzaj niewoli jest niezbędny, aby zapewnić porządek, spokój i ciszę w interesie rządzącej klasy wyższej. To, co do tej pory, mimo stawianych barier i rodzenia oporu establishmentu, koniec końców wynagradzane było sukcesem i awansem do elity: niezależność myślenia, innowacyjność, oryginalność, kontestowanie zastanych autorytetów i hierarchii, podejmowanie ryzyka, dziś staje się gwarantem nieuchronnej klęski.

W analizowanym dokumencie znajdziemy szereg wskazówek, jak uczynić ze społeczeństwa poddane pod bat rządzących stado zwierząt. W tym kontekście ciekawa jest zamieszczona w Cichej broni „tabela strategii”, która podpowiada co należy zrobić, aby otrzymać korzystny dla elit efekt społeczny: utrzymuj społeczeństwo w niewiedzy, a będzie mniej organizacji społecznych, utrzymuj dostęp do punktów kontrolujących reakcje społeczne na dane wydarzenia, będziesz mógł nimi sterować, absorbuj ludzi różnymi nieistotnymi problemami, osłabisz ich zdolności do obrony, atakuj jedność rodziny, umożliwi ci to przejęcie kontroli nad procesem wychowania, daj ludziom mniej pieniędzy, udzielaj więcej pożyczek i zapomóg, będziesz miał więcej danych o kredytobiorcach i przyzwyczaisz do życia gnuśnego; atakuj Kościół a osłabisz wiarę w siłę i znaczenie tego typu instytucji, utrzymuj społeczny konformizm (społeczne sformatowanie), ułatwi to programistom pracę nad programami kontrolującymi zachowania społeczne, ustalaj warunki brzegowe, pozwoli ci to przewidzieć reakcje społeczne.

Im więcej zamieszania w umysłach ludzi, tym więcej korzyści. Przeto najlepszą metodą jest tworzyć problemy i podsuwać ich rozwiązanie. Wtedy wyjdziemy w oczach ludzi na „cudotwórców” i niepodważalne autorytety. Należy koncentrować uwagę społeczną na sprawach nieważnych z punktu widzenia ich interesów, motać ich emocje wokół takich właśnie spraw, wmawiając, że od ich rozstrzygnięcia zależą dalsze losy świata. Z drugiej strony – utrzymywać w całkowitej niewiedzy odnośnie do podstawowych zasad systemu i istnienia jego głównej broni – cichej broni.

Czy Silent weapons for quiet wars (SWFQW) to rzeczywiście dokument przyjęty przez Grupę Bilderber? William Cooper był przekonany o istnieniu spisku iluminatów, których, według niego, Grupa Biderberg była ekspozyturą. Niektórzy jednak uważali, że Cooper sam napisał prezentowany tekst, chcąc w ten sposób dać upust swojej dość specyficznej wizji świata. A mieściła się w niej zarówno wiara w spiski ziemskie, jak i pozaziemskie. Na przykład: śmierć JFK związana była z chęcią ujawnienia przez prezydenta „prawdy” o kontaktach z pozaziemskimi cywilizacjami, uważał Cooper.

Omówiony skrótowo dokument znany jest w dwu podstawowych wersjach – tej umieszczonej w książce Behold a pale horse, oraz drugiej, krążącej po stronach internetowych zajmujących się teoriami spisku. W wersji książkowej brak jest ilustracji, jest za to informacja o tym, że to właśnie Grupa Bilderberg przyjęła zawartą w dokumencie doktrynę. W wersji internetowej są zamieszczone ilustracje, obrazujące mechanizm działania systemu zwanego cichą bronią. Nie ma natomiast wzmianki o tym, że to określona grupa stoi za doktryną, mówi się tylko ogólnie o „elicie”.

William Cooper informował swych czytelników, że kopię zamieszczonego dokumentu dostarczył mu niejaki Tom Young, „towarzysz walki o wolność” (a fellow worrior in the causa of freedom). Przedstawiona w książce kopia datowana jest na maj 1979 r. i znaleziona została w czerwcu 1986 r. w… kopiarce IBM. Autor dodał też, że czytał sekretne dokumenty, w których wyjaśniano, że SWFQW zawierała doktrynę przyjętą przez Grupę Bilderberga. Hmm… już tylko od tych informacji można dostać oczopląsu. Powielana domowym sposobem kopia, znaleziona przez kogoś tam, dostarczona autorowi również przez osobą anonimową – nic nie wiemy o Tomie Youngu, poza informacją podaną przez autora książki.

Do autorstwa treści dokumentu przyznaje się Hartford von Dyke, który stwierdzi, że SWFQW jest kompilacją - a nie dokumentem! - prac i słów wielu naukowców. On zaś jest autorem w tym znaczeniu, że opracował i połączył to, co wymyślili inni. Takie stanowisko zawarł Dyke w liście przesłanym do redakcji „Paranoia Magazin”, pisma zajmującego się spiskowymi teoriami, w którym w 2003 r. opublikowano dokument. Autor listu podkreślił, że sugestie, jakoby punktem odniesienia czy inspiracji dla powstania tekstu były „Protokoły Mędrców Syjonu” – bo i to zarzucali krytycy Cooperowi - mijają się z prawdą. Źródłem były prace naukowe, których tytuły podaje w swym liście. Hatford von Dyke był wdzięczny Williamowi Cooperowi, że rozpowszechnił SWFQW, który jest tekstem naukowym o matematycznych i ekonomicznych działaniach wojennych, niemający odniesień do „planów iluminatów”. Nie jest fałszywką, czy oszustwem, tak jak nie może być uważana za oszustwo jakakolwiek inna naukowa prezentacja obiektywnego zjawiska tylko dlatego, że nie przedstawiono jego odkrywcy.

Podobne artykuły


17
komentarze: 71 | wyświetlenia: 2036
17
komentarze: 50 | wyświetlenia: 1765
16
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1170
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1082
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1025
13
komentarze: 16 | wyświetlenia: 1003
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 345
12
komentarze: 8 | wyświetlenia: 934
12
komentarze: 53 | wyświetlenia: 747
12
komentarze: 0 | wyświetlenia: 1075
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 602
11
komentarze: 34 | wyświetlenia: 921
 
Autor
Dodał do zasobów: milord36
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska