Login lub e-mail Hasło   

Skała Samobójców. Hotel del Salto, Kolumbia.

30 kilometrów na południowy zachód od Bogoty, w niewielkiej miejscowości San Antonio del Tequendama stoi zaniedbany, pogrążony w całkowitym mroku budynek. To właśn...
Wyświetlenia: 224 Zamieszczono 21/10/2016

30 kilometrów na południowy zachód od Bogoty, w niewielkiej miejscowości San Antonio del Tequendama stoi zaniedbany, pogrążony w całkowitym mroku budynek. To właśnie on. Hotel del Salto, zwany niegdyś Dworem z Wodospadu Tequendama. Sam jego widok oraz miejsce, w którym się znajduje sprawia, że człowiek dostaje zimnych dreszczy. Zawieszony na stromej ścianie klifu, o krok od głębokiej przepaści, pośród wiecznie utrzymującej się gęstej mgły, za którą widać płynący w oddali Wodospad Tequendama skłania raczej do tego, by natychmiast zrobić krok w tył. A jeśli przy okazji jakaś dobra dusza podszepnie nam kilka słów na temat tego, co dzieje się za jego murami, myśl o spędzeniu tam choćby jednej nocy przestanie być co najmniej atrakcyjna. Bo już nie chodzi tu tylko o to, co znajduje się w samym hotelu, lecz również o to, co znajduje się poza nim.

I to jest właśnie ten moment, w którym powinien nastąpić ciąg dalszy. Moment, w którym powinnam przedstawić powody, dla których Hotel del Salto uważany jest za jedno z najbardziej nawiedzonych miejsc na ziemi. Zamiast tego, postanowiłam zrobić coś innego. Jako że Hotel del Salto to również tytuł mojej następnej książki, zdecydowałam się połączyć jedno z drugim i oprócz przedstawienia samych faktów, wprowadzić Was również do wnętrza hotelu. Po to, abyście mogli poczuć na własnej skórze atmosferę tego miejsca. Abyście mogli zobaczyć to, co widzą jego goście i wsłuchać się w to, o czym mówią.

Poniższa rozmowa ma miejsce w hotelu. W jednym z kilkunastu pokoi przeznaczonych dla gości. Uczestniczą w niej dwie osoby: poruszający się na wózku inwalidzkim Rogelio Santacruz i jego rehabilitantka Beatriz. Rozpoczyna się kolejny, niewinny poranek w hotelu nad Wodospadem Tequendama:

 

Rogelio Santacruz siedział wygodnie na łóżku. Oparty o trzy puchowe poduszki, z nogami przykrytymi ciepłym kocem i śniadaniem serwowanym przez Beatriz, był w doskonałym humorze. Jako że na zewnątrz padał deszcz, który sprawiał, że człowiek czuł się senny i mało zmotywowany, tego ranka Rogelio postanowił zostać w pokoju nieco dłużej. Śniadanie podane do łóżka wydawało mu się znakomitym pomysłem i wszystko wskazywało na to, że Beatriz jego zdanie podzielała. Nie protestowała, kiedy tuż przed godziną siódmą Rogelio zadzwonił do niej z informacją, że śniadanie zjedzą dzisiaj u niego. Służba hotelowa zatroszczyła się więc o to, aby pan Santacruz i towarzysząca mu rehabilitantka otrzymali najlepsze śniadanie z możliwych. I najwidoczniej tak właśnie było, ponieważ Beatriz z uznaniem kiwała głową i co chwilę powtarzała, jak wspaniałe i świeże produkty serwowano w Hotelu del Salto.

- Zupełnie jak w domu – mówiła.

Trzymając w dłoniach dużą, drewnianą tacę ze specjalną podpórką, usiadła na łóżku obok Rogelio i postawiła tacę na środku. Chwilę później podała mu filiżankę i napełniła ją mocną, czarną kawą, którą służba przyniosła w dużym, białym dzbanku. Sama natomiast sięgnęła po szklankę soku pomarańczowego.

- Wyglądasz na zadowolonego – stwierdziła po chwili.

Widok Rogelio w dobrym humorze zawsze sprawiał jej ogromną radość.

- Na zaintrygowanego – uściślił, sięgając po tosty z marmoladą.

- Zaintrygowanego czym? – zapytała.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Tym miejscem – powiedział, kierując wzrok w stronę okna.

- Masz na myśli wodospad?

Rogelio wytarł usta serwetką.

- Wodospad, klify, hotel, okolica... – wyliczał. – Wszystko to jest bardzo intrygujące.

Beatriz rozejrzała się po pokoju. Owszem, hotel sam w sobie był ładny. Okolica również. Wodospad spektakularny. Ale żeby intrygujący?

- Zanim przyszłaś, poczytałem trochę na temat tego miejsca. A dokładniej, na temat ludzi, którzy tutaj odebrali sobie życie.

Beatriz przestała przeżuwać bułkę i szeroko otwartymi oczami spojrzała na Rogelio.

- Niesamowite – powiedział. – Aż ciarki przechodzą po plecach. Słyszałem wcześniej o kilku przypadkach, ale nie sądziłem, że w sumie było ich setki. A może i tysiące.

- O czym ty mówisz? – zapytała, przełknąwszy nie do końca przeżuty kawałek bułki.

- Każdy, kto słyszał o tym hotelu, na pewno słyszał i o samobójcach. Ale pewnie nie każdy zadał sobie trud, żeby poszperać nieco głębiej. Ja poszperałem – przyznał z satysfakcją. – I w tej chwili jestem mądrzejszy o niezły kawał historii Hotelu del Salto.

Beatriz nie powiedziała ani słowa. Wiedziała, że jeśli tylko poprosi o zmianę tematu, Rogelio zaleje ją szczegółami na temat samobójców. Jeśli z kolei temat będzie ciągnęła, on zrobi dokładnie to samo. Wolała więc nie mówić nic i zobaczyć, jaki będzie rezultat.

- Wiesz... – zaczął całkiem niewinnie. – Większość ludzi, która odebrała tu sobie życie, zrobiła to z miłości.

Beatriz uniosła wysoko brwi.

- Z miłości, z samotności, z rozpaczy – wyliczał, rozrywając na pół placek kukurydziany. – Albo po otrzymaniu informacji o ciężkiej chorobie. Ogólnie rzecz biorąc, powodów było wiele.

- Domyślam się – przyznała niekoniecznie zainteresowana szczegółami.

Kiedy jednak Rogelio skierował spojrzenie w jeden, martwy punkt gdzieś na przeciwległej ścianie, Beatriz wiedziała, że nic już go nie powstrzyma.

- Tylko nie myśl sobie, że wszyscy robili to celowo – wyjaśnił. – Było wiele przypadków osób, które spokojnie chodziły sobie po okolicy i które nagle, bez żadnego powodu, zaczynały biec w stronę przepaści, by po chwili rzucić się w nią i zniknąć na zawsze.

Beatriz słuchała zatrwożona.

- Ale ci, którzy mieli już wszystko opracowane, zazwyczaj robili to w sposób bardziej wyszukany. Wspinali się na skałę. Tę znajdującą się przy hotelu. Tę wysoką, stromą. Kojarzysz?

- Nie – odparła, a raczej wyszeptała, ponieważ głos z trudem wydobywał się jej przez gardło.

- Później ci pokażę – zapewnił. – W każdym razie, wspinali się na nią, zostawiali kartkę z wiadomością dla tych, którzy później mieli ją znaleźć i przepełnieni chęcią pożegnania się ze światem, dumnie skakali w przepaść. Ci bardziej pobożni patrzyli na figurkę Matki Boskiej znajdującą się dokładnie naprzeciw tej skały, prosząc o błogosławieństwo przed swoim ostatnim skokiem. Dlatego figurka została nazwaną Matką Samobójców.

Wyraźnie słychać było, jak sok pomarańczowy przechodził przez przełyk Beatriz.

- Tak naprawdę nie wiadomo, ile osób skoczyło z tej skały. Ale na pewno dużo. Tak dużo, że władze wysłały funkcjonariuszy policji, aby zapobiegali ewentualnym samobójstwom. Zaczynali służbę codziennie o dziewiątej. Nie byli jednak w stanie powstrzymać tych, którzy rzucali się w przepaść nocą. Dlatego na skale zostały wyryte pewne zdania, które miały skłonić przyszłych samobójców do myślenia. Jednym z takich zdań był cytat Biblii:

 

  “El señor Jesucristo te dice: yo soy el camino, la verdad y la vida”.

 

I Bóg jeden wie, na ile się to przydało. Ciekawe jednak było to, że Skała Samobójców, jak ją później nazwano, stała się jedną z największych atrakcji turystycznych Kolumbii. Ludzie z całego świata przyjeżdżali tu po to, by zrobić sobie na niej zdjęcie. Co więcej, większość turystów wręcz wyczekiwała przy skale, by zdążyć zrobić zdjęcie komuś, kto chwilę później miał się z niej rzucić.

- Rogelio, to jest straszne! – zawołała Beatriz, której nerwy przestały już dawać radę.

- Nie zamierzam cię straszyć – wyznał. – Ale skoro już tu jesteś, powinnaś poznać prawdę o tym miejscu. Powinnaś być świadoma tego, co wydarzyło się tu przed laty.

Beatriz już miała powiedzieć, że świadomości tej wolała nie posiadać, kiedy Rogelio wręczył jej ciastko z rodzynkami i kontynuował:

- Dla niektórych jednak, taka śmierć była idealnym rozwiązaniem. Rzadko kiedy domagano się, aby policja szukała szczątków. Znalezienie ich graniczyło z cudem i mówiono, że kto w przepaść skoczył, zaginął na wieki. Część ludzi rzucała się ze skały po to, aby rodzina nie musiała pokrywać kosztów pogrzebu. Co ciekawe, przy końcu wodospadu uformowało się jezioro, które nazwano Jeziorem Umarłych. Wierzy się, że wszystkie nieodnalezione szczątki pływają nie gdzie indziej, lecz właśnie tam.

Twarz Beatriz stawała się bledsza z każdą chwilą. Widząc to, Rogelio podał jej filiżankę kawy i kontynuował opowieść:

- Z tego, co pamiętam, w 1941 roku podjęto próbę odnalezienia i wyłowienia szczątków niejakiego Eduardo Umaña. Taksówkarza. Ciało znaleziono w bardzo złym stanie. A na nim nic oprócz bielizny, jednego buta oraz mocno zaciśniętego na oczach i ściśle przylegającego do skóry krawata. Co ciekawe, na punkcie samobójców i wyławiania ciał oszaleli również dziennikarze. Wyobraź sobie, że niejaki Adolfo Neuta, który sprzedawał artykuły do gazety El tiempo, przybył tu celowo w poszukiwaniu samobójców. To samo zrobiła niejaka Carlina Garibello pracująca dla El Espectador. Oboje zaczęli między sobą rywalizować. I rywalizowali do tego stopnia, że pewnego pięknego dnia weszli na Skałę Samobójców i bili się o list, który zostawiła jakaś biedna kobieta przed swym ostatnim skokiem. Jak podsumował to kolumbijski pisarz Felipe González Toledo,

 

“Walka o kopertę skończyła się dopiero wtedy, kiedy oba ciała, przez cały czas połączone ze sobą furią, sturlały się na dno Tequendama”.

 

- Aż trudno uwierzyć, że tacy ludzie istnieją – stwierdziła Beatriz, z przerażeniem słuchając tej opowieści.

- Niektórzy są zbyt nadgorliwi – przyznał Rogelio. – I tracą życie przez własną głupotę. Jak ten pisarz o nazwisku Ximénez. José Joaquín Ximénez, o ile dobrze pamiętam. Był zafascynowany tutejszymi samobójstwami do tego stopnia, że sam zapuszczał się w dół przepaści i do kieszeni ofiar, które zamiast wpaść do wody, rozbiły się o skały i tam już pozostały, wkładał napisane przez siebie wiersze. Chciał w ten sposób nadać tajemniczości temu, co pisał i chyba samemu sobie. Pewnego razu zszedł na dół z grupą ludzi, którzy chcieli odzyskać szczątki tego taksówkarza. Pamiętasz?

- Pamiętam – odparła Beatriz.

- Koniec końców był taki, że Ximénez nabawił się zapalenia płuc, które zakończyły żywot jego i jego wierszy.

- To straszne – dodała.

- Straszne nie straszne. Po prostu prawdziwe – stwierdził Rogelio. – Najciekawsze jest jednak to, że ludzie skaczą z tej skały od 1924 roku. I od tamtej pory nieustannie słychać ich krzyki. Turyści zatrzymujący się w hotelu często widzą tu zjawy. Najsłynniejsza ze wszystkich to podobna zjawa zakonnicy, która zginęła tu w tragicznym wypadku. Często podobno ukazuje się w nocy i woła ludzi po imieniu. A kiedy ci budzą się i zapalają światło, ona odchodzi w stronę balkonu i znika w gęstej mgle.

- Dosyć tego – przerwała Beatriz. – Już wystarczająco dużo się nasłuchałam.

- Skoro przerażają cię zakonnice, może zainteresuje cię ktoś inny – odparł Rogelio. – Na przykład ci, którzy odebrali sobie życie z miłości.

Nie czekając na to, jak zareaguje Beatriz, napełnił obie filiżanki kawą i kontynuował:

- Jeden z przypadków miał miejsce dwudziestego siódmego stycznia 1941 roku. Jako że wodospad stał się popularnym miejscem spotkań, niejaki José Suárez przyprowadził tu na spacer swoją narzeczoną. W pewnym momencie pocałował ją, wspiął się na skałę, włożył do jej kapelusza list i rzucił się w przepaść.

- Biedna kobieta – rzekła Beatriz. – Na pewno doznała szoku.

- O tak – przyznał Rogelio. – W akcie desperacji ona również wspięła się na skałę i chciała rzucić się za nim. Na szczęście, została powstrzymana przez policjantów, którzy w tym czasie byli na służbie.

- Przecież to chore – stwierdziła Beatriz.

- Chore nie chore, taka jest miłość – odparł Rogelio. – Tak jak w przypadku Roberto Buncha, młodego kaprala armii, i jego żony, Glorii Osorio Rocha. W 1946 roku rzucili się razem w przepaść. Na Skale Samobójców znaleziono potem kurtkę wojskową, czapkę, pasek, damski portfel oraz dwa listy. Jeden z nich został napisany przez Glorię. Zwracała się w nim do osób, które kochała i które w jakiś sposób mogły czuć się winne. Pisała, że...

 

„Nikogo prócz przeznaczenia nie mogę obwiniać o to, co mi się dzieje. Kocham i to miłość       

zmusza mnie do pożegnania się z tym niewdzięcznym światem.”

 

Roberto Bunch z kolei wyjaśniał, dlaczego zdecydował się na ten krok.

 

„Co innego może zrobić człowiek, przed którym wszystkie drogi się zamykają?” – pisał.

 

Jak się później okazało, małżeństwo ich zostało zawarte w parafii San Miguel de Girardot cztery dni wcześniej. I jedyną przeciwnością losu, z jaką musieliby się zmierzyć, była prawna żona Roberta, doña Concha de Bunch, ich dwójka dzieci oraz trzecie, które dopiero miało się narodzić. I to najprawdopodobniej ta niemożliwa miłość była przyczyną ich samobójstwa. Ciał nigdy nie odnaleziono. Niektórzy dziennikarze snuli teorie, że Robert i Gloria polecieli do Miami, Panamy lub Wenezueli. Albo że uwili sobie miłosne gniazdko na przedmieściach Bogoty.  

- To, co mi opowiadasz, wydaje się historią nie z tego świata – rzekła Beatriz.

- A niby dlaczego? – zapytał Rogelio zdziwiony. – Mało wariatów jest wokół nas? A tak w ogóle, to kto powiedział, że tylko wariaci mają odwagę rzucić się ze skały? Wielu jest ludzi szanowanych, bogatych, wykształconych, którzy z dnia na dzień postanawiają ze sobą skończyć.

- Nie wiem, po co mi o tym wszystkim mówisz – odparła Beatriz.

- Bez powodu – przyznał Rogelio. – Po prostu chciałem podzielić się z tobą tym, co przeczytałem.

Przy tego typu opowieściach czas rzeczywiście minął szybko. Nim się zorientowali, na leżącej pomiędzy nimi tacy nie zostało już nic. Śniadanie było wyborne, a towarzysząca mu rozmowa porywająca. W sam raz na chłodny, deszczowy poranek. Taki, który zapewne każdy spędza rozłożony na łóżku w pokoju, wspominając historie o samobójcach.

Beatriz wytarła usta i próbując zmusić Rogelio do zaprzestania dalszych opowieści, zaczęła rozglądać się po pokoju. W pewnym momencie wzrok jej padł na duże, eleganckie lustro zawieszone na przeciwległej ścianie.

- Podoba ci się? – zapytał Rogelio.

Nieznacznie wzruszyła ramionami.

- Ładne – odparła.

Tak naprawdę mało obchodziło ją lustro. Lustro i wszystko inne, co znajdowało się w tym pokoju. Skupiając uwagę na jakimkolwiek przedmiocie, pragnęła jedynie powstrzymać Rogelio przed kolejnymi historiami, którymi on sam był najwyraźniej zachwycony.

- To w nim pojawia się głowa – powiedział, patrząc na lustro.

Beatriz odwróciła się gwałtownie i spojrzała mu prosto w oczy.

- Każdej nocy – kontynuował. – Przychodzi i patrzy się na mnie. A ja jak tchórz odwracam się, by przypadkiem nie zobaczyć jej z bliska. 

- Rogelio – rzekła Beatriz przyciszonym głosem. – Czy wydaje ci się, że ten hotel jest nawiedzony?

- Nie – zaprzeczył. – Ja jestem tego pewien.

I przystawiając filiżankę do ust, odwrócił głowę w kierunku okna.

 Podobne historie można przeczytać tu: http://www.isabelfuentesguerra.com/blog/skala-samobojcow-hotel-del-salto-kolumbia

Podobne artykuły


13
komentarze: 2 | wyświetlenia: 928
12
komentarze: 9 | wyświetlenia: 432
12
komentarze: 7 | wyświetlenia: 946
11
komentarze: 10 | wyświetlenia: 592
11
komentarze: 7 | wyświetlenia: 788
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 452
10
komentarze: 12 | wyświetlenia: 1200
10
komentarze: 10 | wyświetlenia: 80
9
komentarze: 2 | wyświetlenia: 803
9
komentarze: 59 | wyświetlenia: 1255
9
komentarze: 26 | wyświetlenia: 377
8
komentarze: 8 | wyświetlenia: 192
8
komentarze: 5 | wyświetlenia: 462
8
komentarze: 4 | wyświetlenia: 206
8
komentarze: 8 | wyświetlenia: 764
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska