Login lub e-mail Hasło   

Serferzy po rzeczywistości - najbardziej zdumiewająca teoria XXI wieku

Esej dotyczący najbardziej chyba zdumiewającej hipotezie XXI wieku. Niech czytelnik wybaczy jego rozmiary, wolałem jednak nie dzielić, żeby nie utrudniać lektury
Wyświetlenia: 7.073 Zamieszczono 30/11/2016

Spis treści

  1. WAHADŁA EMOCJI. 3

1.1.  Przekuj nałóg w siłę. 7

1.2.  Przekuj zawiść w radość. Ciesz się z powodzenia sąsiada  10

1.3. Czym jest rzeczywistość?. 12

1.4. Jedność duszy i umysłu. 14

1.5. Błędne koło destrukcji 17

1.6. Poczucie krzywdy. 18

1.7. Umysł dziecka i superpozycja. 20

1.8. Zwierciadło. 21

1.9. Kiedy grasz, kiedy wygrywasz. 25

1.10. Zamiar zewnętrzny. 27

1.11.  Między łaską a lucyferyczną żądzą. 28

1.12. Transerfing rzeczywistości 31

ZAKOŃCZENIE... 34

 

I. WAHADŁA EMOCJI

 

Ta książka, wyrażając się metaforycznie, na mnie spadła. Doświadczenie to miało pewne cechy Jungowskiej synchroniczności, bowiem nazwisko autora pojawiało się od dawna w różnych sytuacjach i kontekstach.  Wreszcie nadszedł czas otwarcia samej książki. I mówiąc językiem Zelanda, od razu zrozumiałem, że to jest moje. Każde słowo, każdy akapit, każdy przywołany przykład. Doświadczenie epifanii polegające na tym, że w mojej podświadomości istniała od zawsze matryca, która została słowem urzeczywistniona przez Vadima Zelanda. Przeczuwany raczej intuicyjnie szelest porannych gwiazd. Od tego momentu Vadim stał się moim bratem! Poniższe refleksje inspirowane są głównie koncepcjami Vadima, choć nie wyłącznie.

            Rozpocznijmy od jego koncepcji wahadeł, ponieważ w nich niejako mieści się sedno zagadnienia. Są to struktury energoinformacyjne , które starają się podporządkować każdego, czyniąc nas ich poplecznikami. Kiedy to nastąpi, karmią się naszą energią i każą współgrać z ich ruchem. Przestajemy wówczas realizować własny cel, schodzimy z drogi, która jest naszą drogą, zdradzamy własne powołanie. Cel wahadła nie jest moim celem, ale umysł będzie za wszelką cenę uzasadniał konieczność podporządkowania. To jest to, co nazywam postracjonalizacją uzależnienia. Wystarczy, że przywołamy pewne struktury językowe funkcjonujące w języku potocznym, by przekonać się, jak bardzo staramy się zracjonalizować status podporządkowania wahadłom: takie jest życie, nic na to nie poradzę, nie chcę ale muszę, co ja mogę?, taki los!, trzeba się z tym pogodzić, itp.

            Jeżeli uświadomimy sobie, że w końcu sam język jest rodzajem wahadła, to wypowiadając podobne frazy, wchodzimy w ich rezonans. Godzimy się z faktem, że jesteśmy prowadzeni. Rzeczywistość odpowiada na sygnały wysyłane w postaci naszych intencji mówiąc: chcesz być prowadzonym na smyczy, bardzo proszę, w moim magazynie jest wszystko – jest zatem i to. Często zastanawiam się, jak to jest z tym, zmitologizowanym już w środowiskach psychologii alternatywnej, sekretem przyciągania. Fakt to czy wymysł? Jasnym jest, że nie należy rozumieć sekretu w sposób prostacki. Jak pomyślę, to przyciągnę! Nie! Sekret działa w bardziej subtelny sposób i ma niewiele wspólnego z myślami czy umysłem. W wielu publikacjach czy wypowiedziach na ten temat odnajduję to samo nieporozumienie – możesz mieć wszystko, co tylko chcesz, i nie potrzebujesz do tego żadnego przygotowania. Gdyby to było takie proste, sekret znaliby wszyscy. Prawdziwy sekret polega na dotarciu do własnej duszy i zjednoczeniu z nią umysłu. Cele mogą być wspólne, każda jednostkowa dusza jest wyjątkowa; jest odrębnym mikrokosmosem. Ten prawdziwy sekret znali rzeczywiście tylko nieliczni – Budda, Jezus, Mistrz Eckhart.

Jeżeli chcesz dokonać zmiany w swoim życiu, musisz stać się zmianą. Wszystko zatem rozpoczyna się od siebie. W istocie zmiana zaczyna się od myślenia; pozostałe gęstości muszą wtedy dostosować się do myśli. Przypuśćmy, że ktoś postrzega siebie jako jednostkę atrakcyjną fizycznie. Nie ma takiej możliwości, by inni widzieli w nim maszkarę – ta atrakcyjność będzie w nim promieniować tak czy owak. Na poziomie serca działa to w sposób następujący: fala elektromagnetyczna, którą wypromieniowuje serce posiada określoną częstotliwość. Emocje pozytywne charakteryzują się większą częstotliwością fali, a negatywne mniejszą. W emocji, które wyrażamy sobą, zakodowane są linie życia albo modele. Emocja będzie sygnałem dla nas i dla innych, jaki wariant w przestrzeni wariantów w danym momencie jest realizowany; w jakim sektorze i w jakich dekoracjach przebywamy. Jeżeli ktoś w sposób świadomy potrafi podnieść własne wibracje, a do tego będzie umiał dokonać zjednoczenia umysłu i duszy, będzie w stanie zrealizować zewnętrzny zamiar. Jeśli ty sam staniesz się zmianą, wówczas świat dokoła ciebie stanie się magią, albowiem pewne efekty przychodzą natychmiast.

            Kluczem jest świadomość, bystre spojrzenie na siebie i na otaczającą rzeczywistość. Przemodelowanie myślenia i podniesienie wibracji może spowodować, że źródło nieustannego życiowego koszmaru, stanie się wspaniałą szansą na rozwój. Zauważmy, są ludzie wstrząsani wciąż kolejnymi kataklizmami, wydawać by się mogło – los się na nich uwziął. Jeżeli jednak potraktujemy każdy kolejny kataklizm jako głębokie przemodelowanie, wyrwanie z utartych schematów egzystencji, to staniemy na miejscu Hioba, któremu Bóg wszystko zwrócił w dwójnasób. Klęska daje ożywienie, sukces doprowadzić może do duchowego wyjałowienia, nie powinno zatem dziwić, że w doktrynie chrześcijańskiej ból, cierpienie i chorobę traktuje się jako przejaw nadzwyczajnej łaski. To, oczywiście, kontrowersyjne, ponieważ w przypadku odrzucenia koncepcji łaski, pozostaje absurd niezrozumiałego napiętnowania. Cierpienie może być początkiem głębokiej, bardzo pięknej zmiany. Co więcej, cierpienie się kończy, a zaczyna się moment szczęścia trwający tyle, ile tylko zechcesz. Brzmi to misjonarsko? Może, rzecz w tym, że to też moje własne doświadczenie.

 Nie jesteśmy jeszcze w stanie uświadomić sobie, jak potężną istotą jest człowiek. Nie, ponieważ programowani jesteśmy w zasadzie od niemowlęctwa do bezradności i podporządkowania. Kolejne wersje tych programów – dom rodzinny, szkoła, praca zawodowa, korporacje, społeczne zobowiązania – skutecznie odcięły nas od mocy własnej duszy (można użyć tu innych terminów takich jak: podświadomość, głęboka jaźń czy głęboki umysł, ale ja sądzę, że należy wrócić do tego tradycyjnego pojęcia). Tylko w momentach wyjątkowego cierpienia fizycznego lub duchowego względnie innej sytuacji granicznej pojawia się nieodparta intuicja, że wszystko to, co wiąże się z gęstością materii i ciała, jest wyłącznie manifestacją jednego z wymiarów bytu. Dusza dochodzi do głosu wówczas, gdy rozbite zostają utarte schematy myślenia, działania w ramach Heideggerowskiego das Man; gdy logika racjonalnych uzasadnień własnych zachowań nie ma prymatu w definiowaniu modelu egzystencji. W wielkiej literaturze odnajdziemy wiele takich epifanii mocy duszy:

 

Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza! 

Kiedy myśl  w twojej głowie, jako iskra w chmurze,

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki  zgromadza

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;

Gdybyś wiedział, że ledwie jedną myśl rozniecisz,

Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,

Tak czekają twej myśli - szatan i anioły;

            Mówi to Duch w Prologu do części III „Dziadów” Adama Mickiewicza. Z jednej strony mamy do czynienia z myślą, z drugiej z upersonifikowanymi siłami pola, zwanymi tutaj aniołami i szatanami. Myśl jest tak potężna, że zdolna jest nagiąć pole siłowe, zmienić jego natężenie i parametry. Każda modyfikuje pole zewnętrzne, pozwalając urzeczywistniać się takiemu lub innemu wariantowi. Czy to znaczy, że myśl faktycznie stwarza otaczającą nas rzeczywistość? Nie można, oczywiście, pojmować tego procesu aż tak prostacko, jak pojawia się to w popkulturze. Myśl uruchamia pewien proces łączenia określonych wiązek energii, którego końcowym ogniwem jest materialne urzeczywistnienie.

Wymiary zwinięte, o których pisał David Bohm, nie są dla nas widoczne ani gołym okiem, ani okiem mikroskopu. Nie oznacza to jednak, że istnieje wyłącznie to, co możemy zobaczyć. Funkcjonujemy na co dzień zarówno w zakresie fal, które tworzą widzialny świat, jak i w zakresie takich, które generują rzeczywistość innych gęstości. Co więcej, wymiary zwinięte i różne stopnie gęstości istnieją w nas samych. I tu pojawia się pewien problem! Żyjemy w świecie społecznym, w którym posiadanie i konsumpcja stanowią dominujący paradygmat istnienia. Dostarczamy pożywienia ciału, umysł żywi się własnymi uroszczeniami, natomiast dusza cierpi wielki głód. Większość z nas nie dopuszcza nawet możliwości pojawienia się „cudu”. I żeby zaczęły się dziać, trzeba dać im szansę, czyli zwyczajnie uwierzyć, że się zdarzają i zdarzać się mogą niemal w każdym momencie życia. Jednak to właśnie jest najtrudniejsze. Uwierzyć prawdziwie w cuda – to już jest prawdziwy cud. Uwierzyć prawdziwie to znaczy nie dopuścić do siebie żadnej wątpliwości – wówczas powiemy górze, by się przemieściła, i ona się przemieści. Przyjdzie do Mahometa!

 

Paradoksy fizyki kwantowej są bezpośrednim skutkiem istnienia wymiarów zwiniętych. Eksperymentalnie potrafimy już dotrzeć do takich skal, gdzie tzw. efekty kwantowe zaczynają się manifestować konkretnie dla świadomości badacza. A czym są w istocie efekty kwantowe? Są po prostu drganiami wymiarów zwiniętych, ich ewokacją dla świadomości. Cuda fizyki kwantowej to nic innego jak tylko możliwości wymiarów niedostępnych naszym zmysłom.

 

Wszystko to, co uznajemy za niemożliwe tu, jest możliwe tam, dlatego że tu jest niemożliwe. Działa w tym przypadku zasada symetrii – fundament w bipolarnej przestrzeni myślenia. Logika zjednoczonego pola nie jest jednak bipolarna, jest to logika jedności. Przestrzeń i pole to dwa terminy różniące się od siebie w sposób zasadniczy. Przestrzeń zakłada istnienie czasu i odległości. Pole nie potrzebuje tych założeń, przeciwnie – zmiana jednego elementu pola wprowadza zmianę w polu w tym samym momencie i jednocześnie w nim całym. Fakt taki każe nie tylko domniemywać nielokalność zdarzeń, ale również ich „niezwykły charakter”. Jakie to ma przełożenie na nasze życie duchowe i biologiczne?

 Biologowie nie mają już dzisiaj wątpliwości, że istnieje przemożny wpływ naszych emocji na zachowanie DNA. Przeprowadzone eksperymenty dobitnie przekonują, iż pozytywne emocje (miłość, wdzięczność, radość) wydłużają i uelastyczniają łańcuch, negatywne powodują jego skurczenie. Wniosek? Nie istnieje genetyczny fatalizm, emocje mogą zmieniać nasze DNA, czyli, mówiąc bardziej uczenie, przeprogramowywać matrycę informacyjną całego organizmu. Każda emocja jest zatem także informacją względnie programem.

Nie wiemy dokładnie, w jaki sposób generowane są emocje, jaki jest mechanizm ich powstawania. Wiemy jednak, że w projekcji na zewnątrz ogromną rolę odgrywa serce. Emocja w ostatnim stadium jej wyodrębniania staje się falą elektromagnetyczną o określonej długości. Stąd też emocje każdego z nas mają bezpośredni wpływ na otoczenie, a ponieważ emocja jest informacją, przestrzeń zewnętrzna odczytuje ją w niezafałszowany i prosty sposób. Fala będąca energią i informacją zawsze modyfikuje pole, łamiąc jego dotychczasowe symetrie, tworząc nowe, syntetyzując całość w taki sposób, że nie jest już ona prostą sumą jej poszczególną składników. Zatem każda nowa informacja docierająca do pola nie tylko pomnaża ich zasób, ale zmienia jakość jedności. Nie może zatem dziwić fakt, że właściwością informacji falowej jest jej zwrotność. Jeżeli, mówiąc metaforycznie, emitujemy do otaczającego pola emocję dobrą, np. poczucie szczęścia albo entuzjazm, to modyfikacja dokonana w tym kierunku uderza nas falą zwrotną. I nie są to czary-mary, ale twarda już wiedza z obszaru fizyki kwantowej. A że ta wiedza bardziej przypomina magię? Cóż, trzeba przywyknąć! Matryca energetyczno-informacyjna, będąca charakterystyką pola, cechuje się dość niezwykłą właściwością – całość zbiega się do części, część zbiega się do całości. Fraktale rzeczywistości nie są konsekwencją zdarzeń w wymiarach rozwiniętych, lecz skutkiem zdarzeń w wymiarach zwiniętych; charakterystykę zjednoczonego pola – między innymi jego nielokalność -  piszą właśnie te wymiary.

 

 

1.1.  Przekuj nałóg w siłę

 

Jeżeli postanowisz postrzegać pozornie negatywną zmianę w scenariuszu jako pozytywną, to wszystko takim właśnie się okaże (Vadim Zeland).

 

I tak właśnie jest. Jeżeli sam siebie stawiasz w sytuacji ekstremalnej, a tak jest, na przykład, w przypadku uzależnienia od hazardu, kiedy tracisz wszystko, to psychika (dusza) musi jakoś się bronić. Skrajna sytuacja psychiczna spowodowana bolesnym poczuciem straty połączona ze skrajnymi doświadczeniami somatycznymi (głód fizyczny) zmusza niejako organizm do szukania skutecznych strategii obronnych. Bo organizm się uczy! Pierwsze wysokie przegrane doprowadzić mogą niemal do utraty życia. Do świadomości dociera w zasadzie tylko jeden sygnał: miałeś wszystko, teraz nie masz nic, a co więcej, pozostają długi do spłacenia. I przez 24 godziny na dobę jedna wciąż kołująca myśl – jak oddasz? Kiedy psychika doświadcza czegoś podobnego po raz pierwszy, zwyczajnie nie wie jak sobie z tym poradzić, ponieważ nie ma wypracowanych żadnych mechanizmów obronnych. Już sama ta okoliczność generuje silne poczucie lęku osiągające nie raz, nie dwa poziom paniki. A dochodzą do tego jeszcze telefony z pogróżkami. Totalne uzależnienie, bo przez własny nałóg  i otoczenie zewnętrzne, które trzyma na smyczy. Jak bardzo życie potrafi być nieznośne zrozumieć może tylko ktoś, kto przeszedł przez piekło rozpaczy. Nie możesz wtedy ani leżeć, ani siedzieć, ani chodzić, ani zająć się czymkolwiek sensownym. W depresji przybierającej graniczne rozmiary nawet codzienna higiena wydaje się być zadaniem ponad siły. Jeśli, będąc w tej fazie, nie umrzesz i przejdziesz dodatkowo jeszcze przez egzorcyzmy terapii, wówczas masz szansę wyprostować własne życie.

Ale to jeszcze nie koniec koszmaru. Nałóg powraca, ponieważ taka jest jego mechanika i wszelkie zaklęcia oraz techniki walki z nim okazują się nieskuteczne. Jego siła jest niewyobrażalna. I znów cierpienie oraz balansowanie na krawędzi egzystencji. I znów ukłucie świadomości, że koszmar nigdy się nie skończy.

Co można zrobić w tej sytuacji? Nauczyć się inaczej reagować. Uniknąć kolejnego bolesnego upadku, bo przyjdzie wcześniej czy później taki moment, kiedy już nie będzie można się podnieść. I to definitywny koniec.

Należy rozdzielić wyraźnie dwie kwestie. Jedna to obiektywna sytuacja zewnętrzna – brak środków do życia, długi itp. Tu niewiele zależy od ciebie. Druga – to twoja reakcja na zaistniałe wydarzenie. Musi ona być nieracjonalna i nielogiczna. Jeżeli po raz kolejny popadniesz w rozpacz, wówczas obie przestrzenie – zewnętrzna i wewnętrzna – będą kompatybilne. Nałożą się na siebie jak identycznie pasujące do siebie matryce i w ten sposób wygenerują ciąg zdarzeń, których nie chcesz i pragniesz uniknąć. Identyczne matryce emitują identyczną falę, dochodzi więc do wzmocnienia rezonansu. Fala negatywnych zdarzeń poniesie cię tam, dokąd nie chcesz iść. O co zatem chodzi? Co zależy wyłącznie od ciebie? Fala pola emitowanego z twojego wnętrza! Trzeba zachować się, zareagować nieadekwatnie do zaistniałej sytuacji. Ucieszyć się z przegranej próby, bo pewnie to było ci potrzebne w danym momencie życia; bo to jest istotnym etapem na drodze twojego rozwoju i przyjąć obiektywny fakt porażki z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zachowując się adekwatnie, będziesz bezproduktywnie cierpiał; reagując nieadekwatnie, włączasz obiektywny fakt porażki w pole własnej samorealizacji. Przetapiasz ołów w złoto. To jest właśnie ołów, materiał wyjściowy, surowiec, który może zostać poddany duchowej transformacji.  Zeland pisze:

 

…jeśli popełniłeś gruby błąd i poniosłeś klęskę – ciesz się: jesteś na drodze do sukcesu. Jeżeli zaś będziesz się biczować, narzekać i skarżyć się na życie, niepowodzenia będą się powtarzać.

 

Wszystkie zdarzenia zewnętrzne, które stają na swojej drodze, trzeba traktować w kategoriach gry. Gra na tym właśnie polega, że jej uczestnik, pozostając w  ramach ustalonych reguł (inaczej gra nie miałaby sensu), może je wykorzystywać na swoją korzyść, kiedy do samej gry będzie miał emocjonalny dystans. Kto wygrywa w pokera? Zimny, wyrachowany zawodnik, chłody obserwator, a nie kompulsywny wariat. Dystans pozwala obserwować scenariusz samej gry i jej uczestników. Dystans pozwala w sposób właściwy czytać grę. Co robi dobry pokerzysta, gdy przegra rozdanie? A co zrobi mierny? Mierny wpadnie od razu w panikę, utrwalając w umyśle, jaką kwotę przegrał. Nie ma dystansu do gry, jest w jej samym centrum. Wyrok zapadł!

Dobry zawodnik zacznie na chłodno kalkulować, jak wykorzystać przegrane rozdanie na własną korzyść. Może uczestnicy gry widząc, że nie jestem nieomylny, uznają, iż mogą więcej zaryzykować?

Dla dobrego pokerzysty na pierwszym miejscu jest sama gra; radość wynikająca z uczestnictwa na jej obrzeżu. Wtedy dopiero można wygrać. Jednak wygrana jest niejako skutkiem ubocznym, premią za mądre uczestnictwo. A cała kwestia sprowadza się li tylko do formantu słowotwórczego – najpierw g r a ć, dopiero potem  w y – g r a ć. Jeżeli siadasz do gry z niezachwianym wewnętrznym zamiarem wygrania, to przegrasz i nie będziesz czerpał żadnej radości z samej gry. I odwrotnie, jeśli siadasz do gry z zamiarem czerpania z niej radości, to radość ta pójdzie w parze z wygraną. To po prostu umiejętność wykorzystania energii wewnętrznego zamiaru innych uczestników gry, którzy chcą wy –grać. Zacytujmy Zelanda raz jeszcze:

 

 Doroślejąc, ludzie tracą zdolność zdystansowanego uczestnictwa w grze, pogrążają się w swoje gry bez reszty, niby w głęboki sen i w sumie tracą świadomość. No a ponieważ ludzie śpią na jawie, stają się bezwolnymi marionetkami posłusznymi wahadłom i życie” przydarza się im” jak marzenie senne. Błędy, które popełniłeś, stanowią Twój kapitał. Jeżeli przybierzesz taką postawę, to czeka Ciebie wspaniały sukces.

            Życie jest partią pokera. Wszystkie zasady gry, o których pisałem wcześniej, dotyczą także pojedynczej egzystencji w świecie. Granie kompulsywne przeniesione na życie oznacza osaczenie przez emocje niszczące, brak potrzebnego dystansu. Co jednak najważniejsze i co ostatnio spadło na mnie z nagłą siłą olśnienia to możliwość przekucia destruktywnej siły uzależnienia w konstruktywną moc pozwalającą pomnażać życiodajną energię. Trzeba jedynie odwrócić znaki uzależnienia. Wiemy dobrze jak straszną siłą jest nałóg. Jeśli jednak akcent rozłożymy inaczej, nie na „straszna”, ale na „siła”, wówczas mamy do dyspozycji wielki rezerwuar mocy. Odwrócić znaki znaczy dokładnie w tym przypadku: podporządkować tę siłę sobie, nie pozwolić, by siła ta podporządkowała ciebie. Zdaję sobie sprawę z faktu, że burzę utrwalone schematy terapeutyczne i wiem też, że teza to ryzykowna, ale trudno. Nie walcz z nałogiem, bo nie wygrasz. Uzależnienie jest silniejsze, dlatego właśnie jest uzależnieniem. Pozwól działać tej sile, lecz wykorzystaj ją w taki sposób, by odnieść korzyść. Co trzeba zrobić? Odpowiedź jest prosta, ale działanie już takie nie jest. Siła musi zostać przekierunkowana w stronę pozytywną; przekierunkowana na działanie służące mnie i innym. Dysponujesz już tym, co w tym wypadku najważniejsze – siłą. To, co należy tylko do ciebie, to nadać jej kierunek.

Jeżeli ktoś para się pisaniem, wystarczy przetransferowanie zamiaru. Zamiast do kasyna i zabawy w pojawiające się i znikające owoce, siada do komputera i korzysta z tej siły, która wezbrała jako skutek uzależnienia. Dostrzegacie różnice? Zamiast walczyć z siłą, zwyczajnie można z niej skorzystać, nadać jej nowy kierunek.

Walcząc z nałogiem, człowiek trwoni energię podwójnie. Z jednej strony walczy z energią uzależnienia, która przecież jest jego energią, z drugiej zużywa energię na prowadzenie samej walki. Skutek za każdy razem jest opłakany. Opłakany – w  podwójnym tego słowa znaczeniu. A przecież można inaczej, odwrotnie – nie wydatkować energii, lecz ją potęgować.

 

 

 

 

1.2.  Przekuj zawiść w radość. Ciesz się z powodzenia sąsiada

 

Sztuka zarządzania rzeczywistością to w dużej mierze gra z nią prowadzona. Spróbujmy zbudować pewien model, który pozwoli nam lepiej zrozumieć istotę zagadnienia. Centralnym elementem owego modelu będzie Kowalski.

Sąsiadem Kowalskiego jest Malinowski, który kupuje nowy, bardzo drogi samochód. Kowalski nie ma  pojęcia o zarządzaniu rzeczywistością i jest po prostu, jak większość ludzi, przez życie niesiony. Co to znaczy? Znaczy to, że Kowalski reaguje standardowo, czyli zgodnie z nawykami umysłu i roszczeniami co do ważności własnego "ja". Mówiąc wprost, w Kowalskim rodzi się zawiść. To typowa reakcja. Zawiść jest bardzo silną i szalenie destrukcyjną emocją, w związku z tym biedak zabarwi nią cały swój świat. Aura będzie stawać się coraz ciemniejsza. Kontury konkretnych kształtów myślowych będą coraz ostrzejsze: "Skąd facet ma pieniądze na ten samochód?", "Jakim cudem go na to stać?" i coraz bardziej absurdalne: "Czy on czasem nie kupił samochodu tylko dlatego, żeby mnie zrobić na złość?", "Na pewno patrzy na mnie lekceważąco, a może nawet z pogardą". I tak dalej, i tym podobnie. Gdyby Kowalski znał zasady gry, zrozumiałby dosyć szybko, że Malinowski, planując swoje zakupy, całkowicie zeruje obecność Kowalskiego. Nie będzie zastanawiał się, w jaki sposób zareaguje na jego nowy samochód sąsiad, ponieważ kwestia ta pozostaje poza  przestrzenią jego wariantów. I tak oto nowa zabawka w jednym wywołuje radość, w drugim obsesję; w jednym potęguje poczucie wolności, drugiego czyni niewolnikiem własnych emocji. Ja mechanizm ten dobrze zrozumiałem kilka lat temu, kiedy ówczesny szef zakomunikował mi, że straszną rzeczą jest przez miesiąc pobytu w klinice myśleć tylko o jednym i w żaden sposób nie móc tej myśli się pozbyć. Chodziło o to, że tuż przed wakacjami moi uczniowie wyremontowali salę, w której na co dzień prowadzę lekcje. Środki na remont pochodziły od rodziców. Niby nic szczególnego - odświeżenie kawałka przestrzeni. Problem jednak polegał na tym, że ówczesny mój szef wielokrotnie nazywał mnie "nieudacznikiem". Dlaczego to robił? Do dzisiaj nie wiem i wiedzieć nie chcę. Jednakże żywo zainteresował mnie fakt, iż po miesiącu praca uczniów i rodziców (moja też) została zwyczajnie zniszczona - płyty pozrywane a żywy kolor ścian został zastąpiony "nieśmiertelną" szkolną żółcią. Co motywowało szefa, jaki mechanizm psychologiczny legł u podstaw jego działania? Otóż dysonans poznawczy! Bo albo prawdą jest opinia "nieudacznika", albo prawdą jest efekt w postaci wykonanego i skończonego projektu. Nieskomplikowane osobowości nie potrafią długo trwać w kleszczach tego dysonansu, w związku z tym któraś z tych prawd musi zostać unicestwiona - ergo praca musiała zostać zniszczona, a wszelkie ślady zatarte. W ten oto sposób ocalała integralność prawdy o nieudaczniku.

Ale nie konkretne zachowania są tu najistotniejsze. Dla mnie najciekawsza jest mechanika mentalna zamanifestowana w komunikacie, że nieszczęśnik nie mógł myśleć o niczym innym. Zauważmy, zewnętrzne nieprzyjemności spotkały mnie (niezbyt dotkliwe zresztą, jeśli po kilku dniach potrafiłem do całej sytuacji podejść z humorem), ale prawdziwa tortura dotknęła tego, kto działał w mechanice złych emocji (gniewu, zawiści, kompleksu?).

Wracamy do Kowalskiego. Gdyby był on bardziej bystry, szybko pojąłby, że sytuacja, w której zakup samochodu przez sąsiada, jest dla niego karą - to absurd. Zawiść jako emocja jest takim właśnie nonsensem, a on niestety może stać się dominującą treścią życia; torturą jednej myśli. W jaki sposób można nie tylko wyzwolić się spod władzy jednej myśli, ale też zmienić całe zdarzenie, by zaczęło przynosić korzyści? Dla uproszczenia całego wywodu przedstawię scenariusz w punktach:

  1. zatrzymanie jednej myśli. Zdystansowanie się nie do sytuacji zewnętrznej (zakupu sąsiada), ale do własnej mechaniki umysłowej i emocjonalnej. Chodzi tu o przeniesienie środka ciężkości ze zdarzenia na interpretację tego zdarzenia. Dlaczego ja w taki sposób reaguję, dlaczego reakcja ta staje się źródłem cierpienia? Kowalski, który będzie w stanie zdystansować się do treści własnych przeżyć, zauważy z pewnością, że źródłem cierpienia są stare nawyki utrwalone przez umysł oraz podniesienie potencjału własnej ważności spowodowane przez uroszczenia ego. W ten sposób już sama analiza reakcji stanie się początkiem wyzwolenia spod władzy jednej myśli.
  2. wypracowanie nowych nawyków. Zatrzymanie niepożądanego, bo niekorzystnego, myślenia i reagowania jest dopiero początkiem, ważnym pierwszym krokiem. Następny będzie zmierzał do wypracowania nowych nawyków. Jest sprawą oczywistą, że na wstępnych etapach będzie bardzo trudno. Stare przyzwyczajenia wrastają mocno korzeniami w umysł i wyrwanie ich jednym pociągnięciem jest postępowaniem przeciwskutecznym. Trzeba raczej dzień po dniu korzenie te podważać, dbając jednocześnie o system korzenny nowych sposobów reagowania. Ta praca winna być prowadzona dwutorowo.
  3. przekroczenie masy krytycznej. Kowalski w pewnym momencie zauważy, że nowy samochód sąsiada nie budzi już w nim negatywnych emocji (zawiści). To etap, który nazywam punktem zerowania.
  4. utrwalenie zmiany. To ten etap ewolucji, który jest najbardziej nieoczekiwany i czasami zdumiewający. Jeżeli reakcja zawiści zostanie wykorzeniona i zastąpiona przez radość, to efekt w postaci odpowiedzi zewnętrznej graniczyć może z cudem. Kowalski cieszy się z tego, że sąsiadowi tak dobrze się wiedzie i życzy mu, żeby wiodło się jeszcze lepiej. A wówczas i Kowalskiemu zacznie dziać się o wiele lepiej. I on, wcześniej czy później, kupi samochód, którego wcześniej tak sąsiadowi zawiścił.

 

 

 

 

1.3. Czym jest rzeczywistość?

 

Rzeczywistość ma dwie postaci: fizyczną, która jest namacalna, i metafizyczną, leżącą poza zasięgiem postrzegania, lecz nie mniej obiektywną. W pewnym sensie świat stanowi bezkresne dualne zwierciadło, po którego jednej stronie znajduje się materialny wszechświat, a po drugiej rozciąga się metafizyczna przestrzeń wariantów – struktura informacyjna, w której są scenariusze wszystkich możliwych zdarzeń.

(Vadim Zeland)

Matryca energetyczno-informacyjna, będąca charakterystyką pola, cechuje się dość niezwykłą właściwością – całość zbiega się do części, część zbiega się do całości. Przypomnijmy, fraktale rzeczywistości nie są konsekwencją zdarzeń w wymiarach rozwiniętych, lecz skutkiem zdarzeń w wymiarach zwiniętych; charakterystykę zjednoczonego pola – między innymi jego nielokalność - „piszą” właśnie te wymiary. Informacja docierająca do pola styka się z informacją już w polu istniejącą, samo pole jest wszak informacją. Energia pod postacią informacji rozchodzi się po całym polu, rozmieszczając kwanty info-energii w taki sposób, że generowana jest nowa jakość, a tym samym urzeczywistnia się konkretny wariant rzeczywistości. „Urzeczywistnienie” oznacza w tym wypadku powstanie takiej wiązki fal, która może zamanifestować się na gęstości materii. Pole jest z natury dynamiczne, czyli zmienia się nieustannie.

            W tym miejscu pojawia się pytanie o naturę i funkcję świadomości. Powiedzmy od razu, że nauka nie radzi sobie z fenomenem świadomości. I nie mówię nawet o klasycznym paradygmacie nauk uniwersyteckich, ale również o środowiskach naukowców alternatywnych. Wiemy sporo na temat tego, jak funkcjonuje mózg (dynamiczny ostatnio rozwój nauk kognitywistycznych); znamy mniej więcej jego „geografię” i mechanikę generowania fal elektromagnetycznych. Świadomość wciąż pozostaje jednak terra incognita.

Gdyby przyjąć powyżej zaproponowaną teorię pola info-energetycznego, świadomość można byłoby zdefiniować jako element łączący „informację partykularną” z informacją pola. Świadomość staje się w ten sposób czynnikiem zarządzającym polem. Nie „ustawia” się ono samo. „Ustawianie” jest procesem świadomym, zatem świadomość ma tutaj kluczowe znaczenie. Czy zatem sama świadomość jest także informacją?

To kwestia fundamentalna. Świadomość zarządza informacją w polu info-energetycznym - takie stwierdzenie nie budzi raczej wątpliwości. Jeśli jednak jest informacją – to jaką? Zewnętrzną wobec pola? Tak by się zdawało, skoro jest czynnikiem zarządzającym. Jednak w świetle tego, co powiedzieliśmy o samym procesie powyżej, informacja pochodząca z wnętrza świadomości musiałaby w istotny sposób wpływać na modyfikację pola, a nie tylko owym polem zarządzać.

            Wydaje się, że jest to kwestia kluczowa w badaniach nad teorią pola dla jego pełnego zrozumienia. Na razie zdani jesteśmy na domysły i pewne intuicje badawcze. Na twarde dane przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Świadomość nie bierze udziału w samym generowaniu informacji, ale uczestniczy w procesie wydobywania, selekcjonowania i wynoszenia informacji na poziom „przytomności”. Tajemniczy mechanizm selekcji informacji ma z pewnością coś wspólnego z dostosowywaniem naszego organizmu do otoczenia. Dostosowanie jest zatem fundamentalnym kryterium przepuszczania informacji na poziom świadomości. Zwracamy baczniejszą uwagę na obiekty poruszające się właśnie dlatego, że mogą potencjalnie być dla nas zagrożeniem. Obiekty statyczne są niemal niezauważalne. Podobnie jest z pracą naszych organów wewnętrznych. Kiedy pracują prawidłowo i wszystkie pozostają we wzajemnej homeostazie, do poziomu świadomości nie dociera żadna informacja; organizm nie potrzebuje żadnej kontroli z jej strony. Procesy fizyczne i chemiczne odbywają się według swych odwiecznych praw; odbywają się według sprawdzonych po wielokroć „automatów”. Wówczas organizm działa i wszystkie procesy biologiczne z tym działaniem są sprzężone. Tu także potrzebna jest równowaga czynników wewnętrznych i zewnętrznych. By działać sprawnie, dostarczamy organizmowi paliwa w postaci energii pochodzącej z pożywienia. Jednakże gdy tej energii dostarczymy za dużo, wtedy organizm zajęty wzmożonym trawieniem, nie będzie dobrze współpracował z zamiarem zewnętrznej aktywności.

 Przykładem innego progu jest ból. Ból jest informacją o tym, że jakiś organ wewnętrzny nie działa prawidłowo względnie pewne procesy nie zachodzą w taki sposób, jak powinny. Świadomość otrzymuje sygnał: „potrzebna jest ingerencja”, „trzeba naprawić usterkę”, „należy dostarczyć organizmowi odpowiednich składników”. W polu świadomości pojawia się informacja, że „automat” się zaciął. Informacja w postaci bólu zawsze łamie pole, zmuszając podmiot świadomości do niestandardowych działań.

 Jednorodne pole, a mówiąc ściślej biopole, wpływa na harmonijne współdziałanie wszystkich organów wewnętrznych, mięśni, hormonów i układu nerwowego. Biopole funkcjonuje prawidłowo wówczas, kiedy nie jest „łamane” przez stres i lęk. To są dwa czynniki, które w biopolu tworzą „dziury”, a co za tym idzie nie może być ono stymulatorem wewnętrznej homeostazy. Stres i lęk nie tylko zakłócają działanie biopola, ale powodują, że samo pole staje się generatorem dezorganizacji organizmu. Stres skutecznie blokuje kanały energetyczne, przez co w organizmie tworzą się przestrzenie z deficytem energii; energii życiodajnej. Taka sytuacja jest już wystarczającym warunkiem powstawania komórek nowotworowych, które w efekcie prowadzą do zniszczenia swego żywiciela.

Metafora zwierciadła jest i zawsze była szczególnie nośna – w literaturze, sztuce, filozofii i religii. Przywołajmy klasykę! Alicja w tajemniczy sposób pojawia się po drugiej stronie lustra. Odnajduje tam zadziwiające rzeczy. Spotykają tam Alicję niecodzienne wydarzenia. Konstatuje swą obecność w świecie zdecydowanie różnym od tego, który dotychczas znała, ale przy tym odczuwa (raczej odczuwa niż wie), że istnieje jakieś powiązanie obu rzeczywistości. Kształty znajome, ale występuje jakaś istotna nadwyżka treści i znaczenia.

Carroll posiadał niezwykłą intuicję – rzeczy są przezroczyste, zjawiska są przezroczyste; gęsta materia luzowała powiązania międzyatomowe, rozpraszając ciemność własnego przeznaczenia. A materia pozbawiona swych mrocznych właściwości staje się krystalicznym zwierciadłem. Pytanie tylko, co rozprasza mroki tajemnic rzeczy i zjawisk? Percepcja! Sposób patrzenia na świat! Żeby można przejść przez lustro, najpierw trzeba je zobaczyć.

Zeland formułuje trzy ważne zasady Transerfingu, czyli sztuki zarządzania rzeczywistością:

  1. Świat, będący zwierciadłem, odbija stosunek każdego z nas do niego;
  2. Odbicie kształtuje się w jedności duszy i umysłu;
  3. Dualne zwierciadło reaguje z opóźnieniem.

Należy dodać, że Zeland jest przekonany o skuteczności powyższych zasad. Cała istota Transerfingu sprowadza się do ich realizacji.

 

 

1.4. Jedność duszy i umysłu

 

Umysł nie widzi ruchu w przestrzeni wariantów, dlatego też wątpi i boi się. On przyzwyczaił się do tego, że ma sytuację pod kontrolą. Umysł cichnie tylko wtedy, jeśli dasz mu zadanie, przy którego realizacji będzie rozumiał, co robi…Roztoczenie kontroli nad biegiem myśli – oto na czym powinna polegać praca umysłu.

(Vadim Zeland)

     

Wydaje się, że to właśnie jest największa tajemnica Transerfingu. Od dziecka jesteśmy uczeni, że należy myśleć i działać racjonalnie. Nauczyciel mówi do ucznia – „pomyśl, zanim coś zrobisz”; stajesz przed wyzwaniem – „muszę to dokładnie przemyśleć”; zrobisz coś nonsensownego, słyszysz komentarz – „to urąga zdrowemu rozsądkowi”.

 Jeżeli przyjmiemy podział Zelanda, umysł przeszkadza duszy dryfować tam, dokąd chce. Dusza ma wolę, ale nie dysponuje środkami; umysł takowymi narzędziami dysponuje, ale nie ma woli. Dlatego zamiar zewnętrzny realizuje się tam, gdzie panuje jedność duszy i umysłu; w sytuacji, gdy „dusza śpiewa” a „rozum z zadowoleniem zaciera ręce”. Na co dzień żyjemy jednak w chaosie rozmijających się dążeń jednego i drugiego. Jeżeli tak faktyczne jest, trzeba wybrać – co ważniejsze. Dokonując wyboru duszy, należy w taki sposób pokierować rozumem, by nie przeszkadzał względnie, by przeszkadzał jak najmniej.

Zwróćmy uwagę, że Zeland podkreśla dwa istotne defekty immanentnie związane z funkcjonowaniem rozumu – jego ślepotę (nie widzi ruchu w przestrzeni wariantów) oraz utrwalone złe nawyki (…przyzwyczaił się do tego, że ma sytuację pod kontrolą). To one powodują, że droga do celu jest długa i wyboista. Nie byłby to wcale jednak szczególnie ważny problem, gdyby nie fakt, że rozum rości sobie prawo do bycia arbitrem w każdej sytuacji i każdym zdarzeniu. Królewiecki filozof Immanuel Kant „uczynił” go nawet najwyższym sędzią, który ma prawo wszystko rozstrzygać (wszystko musi stanąć przed trybunałem rozumu).

To on ostatecznie rozstrzyga, co jest godziwe, sprawiedliwe, słuszne, dobre i prawdziwe. Rozstrzygnięcia rozumu są ostateczne, bo jest on centralnym elementem rzeczywistości. Kopernikański przewrót w filozofii polegał na tym, że to nie rzeczy i zjawiska konstytuują rozum, ale rozum tworzy wokół siebie porządek rzeczy. Bez porządkującej pracy rozumu postrzegalibyśmy świat jako chaotyczny ruch cząstek elementarnych. Tym, co jest przede wszystkim tworem umysłu, to czas i przestrzeń, będące czystymi formami naoczności.

 W ten oto sposób rozum człowieka stał się bogiem. Kant wierzył, że imperatyw kategoryczny stanie się prymarną zasadą etyczną. Skupieniem całego dekalogu w jednej zasadzie. Nie przewidział jednak, że człowiek może wybierać to, co jest niegodziwe, niesłuszne, niesprawiedliwe i nieprawdziwe.

            Umysł bez duszy – pisze Zaland – podobnie jak dusza bez umysłu, jest niczym. Wspólnie zaś dysponują bezgranicznymi możliwościami.

            Owa jedność umysłu i duszy posiada wręcz magiczne właściwości. To, że brak nam w życiu magii i cudów, świadczyć może tylko o tym, jak nieczęsto dochodzi do komunii duszy z umysłem. Dzieje się tak z jednego powodu. Rozumowi dostępna jest wyłącznie rzeczywistość fizyczna, duszy natomiast dostępna jest rzeczywistość metafizyczna, czyli mówiąc językiem Zelanda, przestrzeń wariantów. Dusza ma bezpośredni dostęp do pola informacji; ona wie, rozum zaś błądzi. Deifikacja rozumu w kulturze zachodnioeuropejskiej przynosi, niestety, niedobre konsekwencje. Wiedział już o tym mądry William Blake, który pokazał, czym kończą się roszczenia Urizena. Ziemia Ulro jest przestrzenią wydziedziczonego rozumu; ziemią jałową, obszarem melancholii i zaciemnionego horyzontu.

Panracjonalizacja rzeczywistości prowadzi do jej splanizowania i ograbia ze skarbów najświętszych. To tak jakby narysować na kartce papieru piękny brylant i wydrukować go następnie w czarnobiałej drukarce. Jakież będziemy mieć o nim wyobrażenie?

Mamy świadomość, jak bardzo jest to sprawa kontrowersyjna. Przecież na co dzień dokonujemy wyborów, których podstawą jest rozumowa analiza. Fakt ten posiada również odzwierciedlenie w języku, o czym świadczą chociażby frazeologizmy: rozumny wybór, rozumny człowiek, przemyślane działanie. Co więcej, można nawet postawić tezę, że rozum jest cechą dystynktywną kultury zachodnioeuropejskiej (Edmund Husserl). Czy nie jest zatem rzeczą co najmniej dziwną, że sam umysł próbujemy stawiać przed trybunałem?

Należy, jak sądzę, oddzielić od siebie dwie kwestie. Czymś innym jest przypisywanie rozumowi cech, pozwalających na skuteczne zarządzanie światem; czynienie z niego poręcznego narzędzia służącego do modulowania przestrzeni zewnętrznej, czymś zgoła innym natomiast nadawanie rozumowi cech boskości, bo to tak jakby ślepca uczynić przewodnikiem oprowadzającym turystów po słonecznej Toskanii.

Dusza zapewne pojawia się na tym świecie ze swym karmicznym DNA, będącym konkretnym programem i wpisanymi w niego zadaniami. Umysł, niestety, skutecznie blokuje dostęp do duszy, uniemożliwiając w ten sposób wdrożenie programu w życie. Platon pisał w genialnej, moim zdaniem, intuicji, że ciało jest więzieniem dla duszy. Dopiero śmierć biologiczna ją wyzwala. Wypadałoby jednak wprowadzić jedną, szalenie ważną, modyfikację. Ciało wcale duszy nie musi przeszkadzać. Jeżeli odpowiednio o nie dbamy, to wyczuwamy wręcz fizycznie komunię duszy z ciałem. Efektem tej komunii jest poczucie wewnętrznej harmonii. Tym, co duszy naprawdę przeszkadza, jest umysł. Zeland mocno akcentuje tę kwestię twierdząc, że różne nieprzyjemne rzeczy, które nas w życiu spotykają, mogą być niczym więcej jak realizacją programu duszy, „która wie”. I wie też, że przykrości, problemy, a nawet nieszczęścia mogą być drogą wiodącą do celu; drogą najkrótszą (świat nie trwoni na darmo energii). Umysł w takich przypadkach się przeciwstawia, blokując tym samym drogę najkrótszą. Świat na spółkę z duszą musi wówczas poszukiwać innych dróg, a to jawi się jako niepotrzebna strata energii. W takiej sytuacji pojawia się jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Im bardziej okrężna droga wiodąca do celu, tym więcej jest rozwidleń i tym większe ryzyko całkowitego zagubienia. Autorytarne działanie umysłu zamyka duszę w futerale. Umysł zwycięża, ale podmiot duchowy przegrywa.

Nie wiemy, czym jest dusza, ale jest to z pewnością najgłębsza tajemnica natury ludzkiej. Może jest to po prostu kanał łączący człowieka z kosmosem? Może Królestwo Boże, jak definiował duszę Mistrz Eckhart? A może jest odpowiednikiem kosmicznej czarnej dziury? Cokolwiek byśmy o niej nie powiedzieli, jesteśmy zdani na metafory i intuicje.

Z całą pewnością jest czymś ważnym, realnie istniejącym. Ontologiczny paradoks polega na tym, że umysł, co do istnienia którego nie mamy żadnej wątpliwości, przynajmniej od Kartezjusza (myślę, więc jestem), może okazać się jedynie fantomem, złudzeniem; dusza w swej bytowej niepewności istnieje naprawdę. Tutaj się zatrzymam, ponieważ słowa docierają do granicy wyrażania.

 Zarówno w języku hebrajskim, jak i greckim dostrzegamy ścisłe rozróżnienie pomiędzy duchem a duszą. W tym pierwszym ruah znaczy duch, a nefesz – dusza. Tchnienie słychać w dźwiękowej warstwie słowa – r u a h. Wydaje się dosyć prawdopodobne, że tchnienie Boskiej Mocy Stwórczej miało związek z dźwiękiem znaczącym. Można zatem w sposób uzasadniony pomiędzy Dźwiękiem Znaczącym, Aktem Stwórczym i Duchem postawić znak równości.

 Pomysł to zapewne karkołomny, ale zaryzykuję! Jeżeli pierwsza sylaba ru- oznaczałaby koncentrację energii do stopnia niewyobrażalnego, to – ah mogłoby oznaczać uwolnienie tejże energii – Big Bang, Wielki Wybuch.

 Idąc tropem tej spekulacji, definicja Ducha brzmiałaby następująco: Duch jest Dźwiękowym Tchnieniem, będącym Stwórczym Aktem.

A czym jest nefesz? Istnieje tu ścisłe powiązanie z ruah. Wydaje się bowiem, że dusza może być informacyjnym zapisem Pierwszego Tchnienia, czyli indywidualnym kodem kreacyjnym. W kategoriach fizyki kwantowej, byłaby pojedynczą falą infoenergetyczną w Zintegrowanym Polu.

I, domykając już logicznie wywód, wprowadziłbym następującą dystynkcję: komunia umysłu z duszą jest tak trudna i występuje tak rzadko, ponieważ działanie umysłu warunkuje jego osadzenie w czasie i przestrzeni, dusza natomiast działa w polu. Jedną z konsekwencji tego rozdzielenia jest, jak się wydaje, niemożliwość uzgodnienia mechaniki klasycznej (umysł) i mechaniki kwantowej (dusza).

 

 

1.5. Błędne koło destrukcji

 

Czym są wahadła emocji? Zgodnie z koncepcją Transerfingu należałoby powiedzieć, że są konsekwencją zaczepienia się o sytuacje, które w istotny sposób angażują nasze uczucia. Zahaczają i wypompowują z nas energię, ponieważ emocje niosą ze sobą potężny „kwant energii”. I nie jest ważne to, czy w danym przypadku zahaczyłeś się o radość wielką, czy o irytację spowodowaną przez głośną muzykę dochodzącą zza ściany. Zahaczenie jest równoznaczne z utratą życiodajnej energii. Trzeba zatem niezwykle uważnie kontrolować mechanikę emocji; trzeba uczyć się rozpoznawać symptomy i trzeba wreszcie wiedzieć, w jaki sposób reagować, by zignorować wahadło, które chce mnie zaczepić.

 Najprostsze przykłady są najbardziej wymowne. Wymuszenie pierwszeństwa na rondzie. Reakcją niemal instynktowną jest złość. Dlaczego? Bo tu dochodzi do brutalnego zawłaszczenia mojej przestrzeni życiowej. W naturze taka sytuacja stanowi elementarne zagrożenie. Agresja jawi się zatem jako reakcja obronna, jak najbardziej  biologicznie uzasadniona. Wystarczy jednak, że winowajca nas przeprosi, podniesie rękę, przyzna się do błędu, i dzieje się coś niezwykłego. Złość, jak fala, odpływa; mamy wręcz fizyczne odczucie tego odpływu. Była, nie ma. Co się dzieje? Uśmiech i przeprosiny niosą ze sobą całkowicie inną informację: „nie chcę ingerować w twoją przestrzeń, popełniłem błąd”. Poczucie zagrożenia ustępuje, a na jego miejsce pojawia się zwyczajna życzliwość. Odwzajemniamy uśmiech, by dać do zrozumienia, że nic się nie stało i nie ma sprawy. W ten sposób wahadło nie zahaczyło ani jego, ani mnie. A skoro nie zahaczyło, to i energia nie została utracona.

Jesteśmy na styku wahadła i tylko od nas zależy, czy nas dosięgnie. Od czego zależy? Od reakcji. Najlepiej taką sytuację zignorować. Wewnętrzny Nadzorca, o którym pisze Zeland, powinien wówczas pozostać czujny. A czujność polega na natychmiastowym zdystansowaniu się od zdarzenia budzącego silne emocje. Nie jestem uczestnikiem tego zdarzenia, jestem tylko obserwatorem. Obserwatora emocja nie sięga.

Zdystansowanie niesie ze sobą jeszcze jedną ważną korzyść. Pozwala prawdziwie ocenić rangę zdarzenia. Kiedy jesteśmy uczestnikami zdarzenia, mamy tendencję do podnoszenia jego ważności. Uczestnictwo niejako wymusza rangę ważności, nawet jeśli obiektywnie rangi tej nie posiada. Siły równoważące aktywizują się i skutek jest taki, że tracimy energię życiową na sprawy w istocie błahe i, co więcej, nie przynoszące nam żadnej korzyści. Nie zyskałeś nic, a utraciłeś potrzebną energię.

Inaczej, gdy jesteś obserwatorem. Po pierwsze, widzisz jak uczestnicy zdarzenia wchodzą ze sobą w interakcje pochłaniające energię „graczy”. Po drugie, dostrzegasz, że korzyści dla „graczy” zdarzenia są niewielkie, niewspółmierne do wydatkowanej energii. Wreszcie po trzecie, zauważasz, że największe korzyści (realne korzyści) czerpie ktoś zupełnie inny, kto nie jest „graczem”.

Wróćmy do przykładu. Małżeństwo Kowalskich to związek toksyczny. On wie, że może manipulować emocjami żony. Ona znana jest z dość trudnego charakteru i okazywania złych emocji. Przede wszystkim potwornej złości na wszystkich dookoła. Wylewający się z niej jad zatruwa domowników. Kowalski ma dwie opcje do wyboru: może włączyć się w emocjonalny jazgot, a wówczas jest już we władzy wahadła, albo będzie ignorował „humory” żony. Jeżeli zastosuje tę drugą strategię, jad Kowalskiej w ogóle do niego nie dotrze, nie dojdzie do iniekcji, Kowalska natomiast będzie kąsać jeszcze mocniej z czystej bezsilności. Dysonans poznawczy żony polega na tym, że nie pojmuje ona, dlaczego partner nie zachowuje się w sposób adekwatny – to znaczy taki, jakiego ona oczekuje i w jaki ona sama by się zachowała. Co więcej, Kowalski, kiedy zrozumie korzyści dla siebie wynikające z tej sytuacji, będzie żywił się energią żony. Energia bowiem nie ma znaku – negatywna czy pozytywna – będzie wzmacniać Kowalskiego.

Jakiż to prosty mechanizm! Aż dziw bierze, że większość ludzi go nie zna.

Wystarczyłoby, żeby Kowalska ze swojej strony ignorowała zaczepki i prowokacje partnera, a jej stan nerwów momentalnie by się poprawił.

Tak! Kowalski, świadomie lub nieświadomie, będzie chciał czerpać korzyści wynikające z charakteru żony, to znaczy będzie dążył do podłączenia się energetycznego, zastosuje więc strategię prowokacji, bo wie, że jest ona skuteczna.

Wniosek jest boleśnie oczywisty. Złe emocje Kowalskiej, nie odnajdując zahaczenia w przestrzeni zewnętrznej, zwielokrotnione wracają do niej samej, potęgując jeszcze bardziej frustrację.

 

 

1.6. Poczucie krzywdy

 

Umysł przeszkadza duszy zamanifestować wpisany w nią program informacyjny, emocje z kolei wynikają z uroszczeń „ego”. Poczucie ważności „ja” uruchamia mechanikę obronną. To właśnie emocje są mechanizmem utwierdzającym realność ego. Coś, co jest tylko złudzeniem, pragnie za wszelką cenę być czymś prawdziwym. Już samo uświadomienie sobie faktu iluzoryczności „ja” sprawia, że nabierasz do niego dystansu. A wówczas emocje, które generuje, nie opanują umysłu; staną się przedmiotem obserwacji.

 Kontrola nad emocjami daje władzę nad sobą, powoduje, że inni nie przejmą władzy nad tobą; kontrola jest skuteczną obroną przed wahadłami.

 Kontrola emocji to stała, codzienna praca. Tutaj nie można sobie po prostu powiedzieć: „Od dziś będę trzymał je na wodzy”. One zresztą są potrzebne, bez nich stracilibyśmy część człowieczeństwa. A przecież nie o to chodzi. Emocje są sygnałem, informacją, którą trzeba umieć przeczytać. Jednak właściwe ich odcyfrowanie wymaga dystansu, analizy powstawania i kolorytu. Potrzebna jest zmiana punktu widzenia – nie prosta konstatacja faktu: „odczuwam złość”, ale „dlaczego odczuwam złość?” Nie fakt, lecz diagnoza.

Emocje pozostające poza kontrolą zniewalają. Trzymają w uścisku, krępują i powodują, że zwiększa się tendencja do popełniania błędów. Traci się jasność widzenia i potęguje skłonność do wybierania tego, co nie jest na dłuższą metę korzystne. Emocje zawsze wybierają źle. Przeciwnie, kiedy zwolni się uścisk i trzyma emocje w ryzach, odzyskuje się swobodę ruchów i wyborów. Syndrom myślenia tunelowego przestaje istnieć, czyli poszerza się, mówiąc inaczej, horyzont postrzegania i działania.

Załóżmy, że ktoś mnie niesprawiedliwe potraktuje. Zrobiłem coś dobrego nie dla siebie, ale dla zbiorowości. Żyjemy jednak w takiej rzeczywistości, że działania utylitarne nie są wcale takie oczywiste. Uruchamia się wtedy myślenie nawykowe, którego podstawą jest pytanie: „Co on z tego ma?”, „Jakie są prawdziwe motywy jego działania?” Działa tutaj psychologiczny mechanizm przeniesienia. Kto kradnie, we wszystkich będzie widział złodziei. Mechanizm ten został dokładnie opisany.

Wróćmy do głównej myśli. Ktoś przeinaczył moje intencje, odwrócił jej znaki. Rodzi się we mnie poczucie krzywdy. I teraz pytanie – co ja uczynię z tą emocją? Jeżeli ulegnę poczuciu krzywdy, to krzywdę sam sobie wyrządzę. Jeśli jednak zareaguję współczuciem dla krzywdziciela, to postawię go w sytuacji poznawczego dysonansu. Gdybym zareagował gniewem, wówczas postawiłbym krzywdziciela w sytuacji niemal komfortowej. Wszak o to mu chodziło. Prowokacja miała na celu wyprowadzenie mnie z równowagi, zahaczenie o wahadło, wypompowanie energii. A my przecież w większości tak właśnie reagujemy, w związku z tym triumfują wszelkiej maści manipulanci i prowokatorzy. Zawiść, która zazwyczaj leży u podstaw działania mającego wyrządzić krzywdę, zostaje usatysfakcjonowana. Ten, co uczynił dobro, przegrywa; ten, co owo dobro spostponował, zwycięża.

Najbardziej niszczącymi stanami emocjonalnymi są: poczucie krzywdy, poczucie winy i żądza odwetu. Nie sposób do końca zrozumieć ich destrukcyjną mechanikę, ale konsekwencje dla psychiki są opłakane.

Poczucie krzywdy tworzy pewną aurę, która zostaje zaimplementowana w warstwę mojego świata. A ponieważ jest on zwierciadłem, odbija moją wewnętrzną rzeczywistość. I będzie ona do mnie wracać w postaci kolejnych krzywd – prawdziwych i domniemanych. To błędne koło sprzężeń zwrotnych, eskalujących przy każdym następnym odbiciu, czyli wymianie informacji pomiędzy mną a zwierciadłem świata. Im silniejsze poczucie krzywdy, tym mocniejsze przekonanie o jej prawdziwym charakterze. Zaczynam się skarżyć, że jest mi źle, że inni wykorzystują moją dobroć, naiwność, czerpią korzyści z tego, co ja daję światu w sposób bezinteresowny. Zwróćmy jednak uwagę na pewien absurd takiego zachowania. Komu się skarżę? Tym, którzy, jak mniemam, odpowiedzialni są za moją sytuację w świecie. I tak każda skarga, zamiast przynosić ulgę, coraz mocniej zaciska pętlę.

Teraz spróbujmy odwrócić sytuację. Załóżmy, że krzywda jest jak najbardziej prawdziwa. Jeżeli, zgodnie z zasadą koordynacji, zachowam się nieadekwatnie, tzn. nienawykowo (będę się cieszył, współczuł krzywdzicielowi albo utwierdzę się w przekonaniu, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać), wówczas warstwa mojego świata nie zostanie zainfekowana poczuciem krzywdy. Wahadło nie będzie zdolne mnie zahaczyć i zaciemnić aury.

 

 

1.7. Umysł dziecka i superpozycja

 

Dlatego jedną z najciekawszych kwestii, z punktu widzenia psychologicznego, o której wspomina Vadim Zeland, jest nieadekwacja reakcji. Nazywa ją zasadą koordynacji. Chodzi mianowicie o to, by okazywać radość i wdzięczność z powodu przykrości, które nas spotykają. Dualne zwierciadło nie zaciemni się wówczas; będziemy wpływać na sam obraz, a nie na jego odbicie. Świat nie chce robić nikomu na złość, ponieważ to pochłania wiele energii, a zasadą świata jest jej oszczędzanie. To, co nas spotyka, wszelkie zdarzenia i sytuacje, są raczej wyrazem troski, są nam po prostu potrzebne.

 Przykre sytuacje i zdarzenia, a nawet nieszczęścia, można interpretować z punktu widzenia Transerfingu jako próby wyjścia duszy z futerału; są sposobem – bolesnym, to fakt – postawienia umysłu pod ścianą. Są sposobem postawienia umysłu w stan dyskomfortu, by nie przeszkadzał duszy w realizacji programu zapisanego w jej kosmicznym DNA.  

Problem jawi się jako niezwykle interesujący. Trudno powiedzieć, na ile relacje pomiędzy umysłem i duszą opierają się na konflikcie, a na ile zgodnym współdziałaniu. W rzadkich momentach komunii między nimi dusza śpiewa, a rozum z radością zaciera ręce. To sytuacja, gdy umysł wpisuje się w program duszy, służąc jako narzędzie do realizacji jej programu.

  Co wybierasz, to dostajesz

W tej części eseju odwołam się do własnych doświadczeń, głównie z okresu dzieciństwa, na które patrzę w tej chwili z zupełnie innej perspektywy. Koncepcja Transerfingu sprawia, że nabierają one nowego znaczenia względnie nabierają znaczenia w ogóle. Dobrze jest pamiętać o zdarzeniach i sytuacjach z tego okresu, gdyż w nich zakodowana jest informacja o fundamentalnym znaczeniu. Warto poddać je reinterpretacji z punktu widzenia obecnej chwili życia.

 Kiedy o czyś myślisz, częstotliwość energii Twych myśli nastrojona jest na określony obszar w przestrzeni wariantów. Kiedy energia dostaje się do sektora przestrzeni wariantów, powstaje materialne urzeczywistnienie danego wariantu. Energia posiada złożoną strukturę i przeszywa wszystko na świecie. Przechodząc przez ciało człowieka, energia jest modulowana przez myśli, i na wyjściu przybiera już określone parametry im odpowiadające (…) Parametry energii pobierają charakterystyki myśli. W taki sposób na wyjściu mamy emisję myśli, która przekształca sektor przestrzeni wariantów w materialne urzeczywistnienie.          

Pierwsza zapamiętana sytuacja ma ścisły związek z koncepcją przestrzenią wariantów. Rzeczywistość materialna istnieje w sposób obiektywny, jednak jest ona nieskończenie bogata. Scenariuszy, dekoracji i sektorów jest tyle, ile można ich sobie wyobrazić.

Kiedy oglądałem mecz piłki nożnej (a jako dziecko byłem fanatycznym wręcz kibicem), zastanawiałem się, czy istnieje taka ewentualność, że dla mnie wynik jest 2:0 dla naszych, a dla kogoś innego wynik może być całkowicie inny. Nie przyznawałem się do takich spekulacji, bo bałem się ośmieszenia. Myśl była tak silna, że kombinowałem, że jeśli będę uczciwy i grzeczny, to wygramy, a jeśli coś przeskrobię – przegramy.

 Cała sprawa jest o wiele bardziej prawdopodobna, niż mogłoby się wydawać. Przecież to samo wydarzenie może przebiegać w zupełnie różny sposób w różnych sektorach przestrzeni wariantów. Potwierdzenie znajdziemy także w obszarze fizyki kwantowej. Czym w istocie jest superpozycja? Przecież nie analizą układu, jak to jest w fizyce klasycznej, ale rozkładem prawdopodobieństwa pojawienia się jakiegoś „wydarzenia”. Wynik meczu piłki nożnej, w związku z tym, nie jest faktem, ale prawdopodobieństwem zaistnienia faktu. Bookmacherka ma zatem sens tylko wtedy, jeżeli zakłady będą zawierane wewnątrz jednego sektora w przestrzeni wariantów. W innym przypadku nie miałaby żadnego.

Inny przykład. Do domu często przychodziła sąsiadka, która godzinami potrafiła ględzić o niczym. Pewnego dnia wpatrywałem się w nią tak intensywnie, że zacząłem się zastanawiać, czy ona tu rzeczywiście jest, czy to mnie się tylko tak wydaje. Umysł pięcioletniego dziecka podał w wątpliwość ontologiczną realność bytu tej kobiety. I znów, wydawałoby się – szaleństwa nieuformowanego umysłu. Jeśli tak, to były to szaleństwa umysłu kwantowego, bo czyż sytuacja ta nie przypomina pudełka z kotem Schrödingera? Intensywna myśl i percepcja sprawiły, że sąsiadka znalazła się w superpozycji.

Podobnych przykładów było dużo więcej, niektóre zostały już zatarte w pamięci. Potem umysł wskoczył w schematy fizyki Newtonowskiej, strefy zdrowego rozsądku i podobnych doświadczeń było coraz mniej. Rację miał, niestety, Einstein, który twierdził, że zdrowy rozsądek to zbiór przesądów nabywanych do szesnastego roku życia.

 

 

1.8. Zwierciadło

 

Metafora zwierciadła jest tak stara jak literatura w swojej oralnej i pisemnej odmianie. Jest to metafora bardzo pojemna, zawiera bowiem w sobie niemal wszystkie komponenty naszej - ludzkiej rzeczywistości. Lustro jest jak świat, a świat jest jak lustro.

Gdybyśmy mogli stworzyć prostą macierz z dwiema zmiennymi: możliwością dostępu i percepcją wzrokową, miałaby ona następującą postać.

Rysunek 1 – Macierz ilustrująca warianty poznawczego kontaktu z rzeczywistością

Stając przed lustrem, uruchamiamy trzecią opcję. Dostrzegamy postać, co do której jesteśmy przekonani, że to my. Mamy wówczas do czynienia z tożsamościową identyfikacją za pomocą percepcji wzrokowej. Odbicie znajduje się po drugiej stronie, innym wymiarze bytu, który od biedy nazwać możemy "krainą czarów". Prawa tam rządzące sprawiają, że odbicie nabiera charakteru substancjalnego. Jeśli tak - kto przed nami staje? Czy może to być superpozycyjny brat-bliźniak, realizujący alternatywny model naszej biografii? A może splątany z nami bliźniaczy elektron? "Wydarzenie" splątania wymusza obserwacja, a to wszak jest kwintesencja relacji łączącej nas ze zwierciadlanym odbiciem. Obserwacja wprowadza do gry rzeczywistości spin. Spin jest "charakterystyką" cząstki - lewo i prawoskrętne obroty są jak obiekt i jego odbicie lustrzane. Stając przed lustrem zmuszamy niejako naszego brata-bliźniaka do przyjęcia określonego spinu, czyli w tym wypadku konkretnego wyglądu.

A teraz proste ćwiczenie wizualizacyjne: podnosimy prawą rękę i ten sam ruch wykonuje postać po drugiej stronie, z tym że ręka znajduje się po lewej stronie. Identyfikacja tożsamościowa powoduje, że bliźniacza persona powiela wszystkie nasze ruchy, gesty, miny - zmieniają się tylko strony.

W jaki sposób zareagujemy jednak w sytuacji, kiedy stajemy przed lustrem a tam nikogo nie ma? Albo inaczej, będziemy musieli trochę postać, by po drugiej stronie pojawił się obraz. Każdy ruch, gest czy mina pojawią się z opóźnieniem, ale się pojawią. Tym jedynie różni się zwierciadło świata od zwyczajnego lustra w przedpokoju. Istnieje jeszcze jedna, bardziej subtelna różnica - lustro w przedpokoju odbija obiekty materialne, zwierciadło świata odbija myśli i emocje.

W chwili obecnej jesteśmy zalewani przez komunikaty: Myśl pozytywnie, Twoje myśli tworzą twoją rzeczywistość, Podświadomość jest potęgą, Wymyśl sobie własne życie, Potężna moc sugestii i wizualizacji. Komunikaty te stają się już trwałym elementem popkultury. Choć większość technik implikowanych przez treści owych komunikatów, jest w zasadzie bardzo prosta i wymaga jedynie pewnej konsekwencji w ich stosowaniu, nie czynimy tego. Dlaczego? Pojawia się tu elementarna sprzeczność: wierzymy w sens i głęboką mądrość samych komunikatów, ale ich implementacja do naszego życia przychodzi z wielkim trudem - także dla piszącego te słowa.

Dzieje się tak dlatego - jak mniemam - że w gruncie rzeczy nasz umysł każe nam widzieć we wspomnianych technikach raczej ich efemeryczność i iluzoryczność. Oczywiście, dają o sobie znać stare nawyki, utrwalone sposoby postrzegania rzeczywistości, skłonność do racjonalizowania wszystkich zjawisk. Długo jeszcze przyjdzie nam się zmagać z mechaniczno - materialistycznym paradygmatem myślenia i doświadczania.

I tak oto sceptyczny umysł na starcie już niweluje błogosławione skutki, które mogłyby nam przynieść zmiany w sposobie widzenia świata i nas samych.

Jakie są zasadnicze parametry określające sytuację przed lustrem? "Ja", "zwierciadło",  odbicie i umysł. Jeżeli podniesiesz rękę, czyli wykonasz serię ćwiczeń związanych z konkretną techniką, i nie zobaczysz natychmiastowego odbicia po drugiej stronie lustra, czyli nie doświadczysz natychmiastowego efektu stosowanych technik, wówczas do gry wchodzi rozum ze swoim sceptycyzmem. Spójrz uważnie - mówi - przecież niczego tutaj nie ma. No i zamiast euforycznej pewności dotyczącej zmiany własnego życia na lepsze, na ekranie pojawia się z opóźnieniem wyłącznie wyraz rozczarowania. Trawestując popkulturowe zajawki, można by powiedzieć: Jesteś taki, takiego siebie widzisz po drugiej stronie lustra. Z drugiej strony, logika wywodu każe nam dopuścić zaistnienie sytuacji odwrotnej. Pewnie one - choć rzadko - także się zdarzają.

Czym jest dualne zwierciadło?

Emmanuel Swedenborg - szwedzki osiemnastowieczny prorok i duchowy podróżnik po zaświatach - mawiał: Jaki jesteś, tak i widzisz. Vadim Zeland rozwija tę koncepcję, pisząc:

Cały świat można przedstawić w postaci gigantycznego dualnego zwierciadła, po którego jednej stronie leży fizyczny Wszechświat, a po drugiej rozciąga się metafizyczna przestrzeń wariantów. W odróżnieniu od sytuacji ze zwyczajnym lustrem, świat materialny występuje jako odbicie, którego obrazem jest zamiar i myśli Boga oraz wszystkich żywych istot - Jego ucieleśnień.

Zeland wyraźnie rozgranicza podmiot myśli i emocji od zwierciadła. Pamiętajmy jednak, że jest to tylko metafora. Za obrazem tak naprawdę kryje się pole infoenergetyczne.  Przecież (jak pisałem w innej części tego eseju) każda, dosłownie każda myśl, nawet ta najbardziej przelotna, trwająca ułamki sekundy, wprowadza zmiany, modyfikując samo pole. Jesteśmy, z drugiej strony patrząc na zagadnienie, częścią tego uniwersalnego pola, w związku z tym także zwierciadłem. Tworzy się tutaj jakaś tajemnicza, dialektyczna relacja, której istota sprowadza się do wzajemnej gry części z całością: całość modyfikuje część zgodnie z programem informacyjnym, który wpisaliśmy w pole (otrzymujemy to, co tam wcześniej dostarczyliśmy), część (świadomy element pola) modyfikuje całość za pomocą informacji zakodowanej w myśli lub emocji. Na marginesie, informacyjna energia emocji jest wielokrotnie większa niż energia informacyjna myśli.

 

Z powyższego wynika jeden szalenie ważny wniosek. Jedna jest rzeczywistość, ale posiada ona nieskończenie wiele wariantów, a jej warstwa zależy wyłącznie od nas. Stosunek do świata, który jest dualnym zwierciadłem, jest jednocześnie wyborem jednego z nieskończonej liczby wariantów. Jeżeli postrzegasz siebie jako człowieka o ogromnym potencjale duchowego rozwoju, odnajdujesz w przestrzeni wariantów taką linię, która w praktyce umożliwi tobie ten rozwój. Jeżeli postrzegasz siebie jako jednostkę, która ma ogromną łatwość zarabiania dużych pieniędzy, trafiasz w przestrzeni wariantów na żyłę złota.

 

Należy pamiętać, że największe zmiany pola powstają w najbliższym sąsiedztwie świadomego elementu tego pola. I w tym najbliższym otoczeniu dokonujemy wyboru wariantu implikującego dalszy nasz los - pomyślny lub nie. Im dalej od energetycznego centrum wyboru, tym mniejsze zmiany. W związku z tym obalony zostaje następny mit, wynikający z tendencji do postrzegania świata w kategoriach binarnych opozycji nie rywalizujemy ze sobą. Pole zawiera nie tylko nieskończoną liczbę możliwych wariantów przeznaczoną dla pojedynczych egzystencji, ale też nieograniczone możliwości zaspokajania potrzeb i aspiracji tychże egzystencji. Nie musimy się bić o to, czego jest w nadmiarze. Idąc tropem metafory Zelanda, dzieje się tak dlatego, że wahadła stworzyły na powierzchni zwierciadła obraz konfliktu, strachu i ubóstwa. Ktoś powie: "hola, hola, a dzieci umierające z głodu w Afryce?" Żywności jest dosyć, należy się nią tylko dzielić!

Większość naszych problemów egzystencjalnych bierze się z negatywnego nastawienia do świata. Ile to razy możemy usłyszeć: świat jest zły, świat jest okrutny, coś niedobrego dzieje się ze światem. Tymczasem to nie ze światem dzieje się coś niedobrego, ale z nami. Świat jest jedynie zwierciadłem odbijającym nasze myśli i uczucia. Lustro świata niczego nie modyfikuje, niczego nie komentuje, niczego nie koryguje - odbija. Taka jest jego funkcja i istota. Jeżeli wprowadzasz negatywne treści (informacje) do twojej warstwy świata, która wszak jest oddzielną rzeczywistością, to taka będzie - brzemienna negatywnymi myślami i emocjami.

A teraz weźmy inny zestaw komunikatów: świat jest piękny, świat jest nieskończenie bogaty, świat jest dobry. Czy nadawcy tych komunikatów nie dostrzegają wojen, konfliktów, nienawiści, terroru? Pewnie tak, ale nie te treści są wyznacznikami warstwy ich rzeczywistości. Czego nie można wyrazić w dyskursie naukowym, tam pojawia się natchniona poezja. Czesław Miłosz w przepięknym wierszu pt. "Nadzieja" pisał:

 

Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli

jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną

w ogrodzie świata byśmy zobaczyli

Kontrola myśli i emocji jest równoznaczna z kontrolą rzeczywistości; jest jej formowaniem i formatowaniem.

 

 

1.9. Kiedy grasz, kiedy wygrywasz

 

Może się wydawać, że w modelu Transerfingu rzeczywiście występuje sprzeczność. Z jednej strony twierdzi się, że nasze myśli modelują przechodzącą przez nas energię, która przenosi ludzi na linie życia odpowiadające tym myślom. Albo myśli, jak już wiesz, przesuwają nas do sektorów przestrzeni o odpowiednim scenariuszu i dekoracjach.

(Vadim Zeland)

W innym miejscu autor pisze:

Nie ma sensu prosić Boga, aniołów, sił wyższych, czy jeszcze kogoś innego. Prawa Wszechświata są absolutnie beznamiętne. Nikomu nie są potrzebne Twoje skargi, urazy i lament...Skargi, prośby i żądania są wynalazkami wahadeł służącymi pobieraniu energii od ludzi (proszę wybaczyć, ale niestety taka jest jakość tłumaczenia, a ja sam nie chcę niczego samowolnie zmieniać).

Wybór to nie prośba, ale zdecydowanie, by mieć i działać. Zwróćmy uwagę na fakt, że w identyczny sposób Zeland definiuje zamiar. Mieć zamiar, by coś zrobić jest tożsamy z dokonaniem wyboru. Dokonanie wyboru jest tożsame z podjęciem określonego zamiaru. Zamiar niejako rozpuszcza pragnienie w działaniu. Stąd nie ma problemu nadmiernych potencjałów i, w konsekwencji, nie będą działać siły równoważące. Pragnąc czegoś i nic nie robić, by pragnienie to ziścić jest równoznaczne z wysyłaniem wielkiej, skoncentrowanej energii w pustą przestrzeń. Nic z tego nie będzie. Jednakże pragnienie transformujące się w działanie o jasno określonym wektorze działa zupełnie inaczej. Samo pragnienie bez działania jest marnotrawstwem energii, ale jego destruktywna moc objawia się w jeszcze jednym obszarze - siły równoważące sprawią, że świat będzie stawiał przeszkody na drodze do realizacji celu. Im większe pragnienie, tym większe przeszkody, tym trudniejsze będzie podążanie naprzód. Z tej perspektywy patrząc, nie ma racji Paolo Coelho, który w Alchemiku napisał: Jeśli czegoś bardzo pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, byś mógł to osiągnąć. Nie jest to wcale takie proste.

Afirmacje, na przykład, to świadectwo zrozumienia jedynie kawałka prawdy. Moje myśli modelują przechodzącą przeze mnie energię. Myśli jasno sformułowane, a jeszcze lepiej na głos wypowiedziane, modelują tę energię skuteczniej. Sedno sprawy jednak w pytaniu: co się dzieje dalej? Gdyby się nad tą kwestią naprawdę głęboko zastanowić, możemy odkryć prawdę do końca.

Uformowana energia, czyli mówiąc językiem fizyki kwantowej, pole infoenergetyczne z zapisanym w nim kodem, przybiera określony kształt. Następnie transcenduje, tzn. opuszcza pole jednostkowej świadomości, wchodząc do Zintegrowanego Pola Wszechświata. Jeżeli opis ten jest poprawny, nieustannie emitujemy fale informacyjne do Zintegrowanego Pola, nieustannie go też modyfikując. Myśl w postaci pola infoenergetycznego staje się w ten sposób łącznikiem pola jednostkowej świadomości z polem ogólnym. Na tym poziomie, poza wymianą informacji, nie dzieje się nic. Myślokształty podróżują sobie w przestrzeni wariantów, sprowadzając rzecz całą do swoistej gry prowadzonej pomiędzy Atmanem a Brahmanem.

Jaki będzie efekt, jeśli za myślokształtem (pozostańmy przy tej nazwie, choć nie do końca jest precyzyjna) pójdzie konkretne działanie, jakaś określona aktywność? Wprowadzając zamiar do gry, zaczynamy wybierać pośród nieskończonej liczby wariantów przestrzeni. Myśl w postaci pola infoenergetycznego plus aktywność modyfikacyjna daje w efekcie wybór takiego sektora w przestrzeni wariantów, który zgodny jest z zamiarem.

Spróbujmy prześledzić cały proces na konkretnym przykładzie. Kowalski pragnie zostać wybitnym pisarzem. Pragnienie to jest czynnikiem modulującym energię wewnętrzną. Pierwszy krok został uczyniony: nie mamy już do czynienia z amorficzną energią, której cząstki podlegają ruchom Browna, ale z określonym polem infoenergetycznym. W ten sposób jednostka wchodzi w grę z Polem Zintegrowanym. Fala emitowana przez świadomość, a ściślej mówiąc jej częstotliwość, będzie rezonować z odpowiadającą jej falą w przestrzeni wariantów. Częstotliwość tę nazwiemy: "być sławnym pisarzem". Ponieważ liczba wariantów w przestrzeni jest nieskończona (podobnie jak liczba częstotliwości fal), myślokształt z całą pewnością napotka taki towar na półce w hipermarkecie wszechświata. Na tym etapie gry niczego jeszcze nie zyskuje, gdyż za wyemitowanym myślokształtem nie podąża jeszcze wyciągnięta ręka. Wprowadzenie do gry działania jest równoznaczne z wejściem na kolejny jej poziom. To właśnie zamiar (powtórzmy: zdecydowanie, by działać i mieć) sprawia, że gra ze światem zaczyna przynosić określone profity, a przecież gra się po to, żeby wygrać. W tym konkretnym przypadku działaniem jest pisanie, czyli każde napisane zdanie jest realizacją zamiaru.

Podsumujmy: mamy do czynienia z dwoma poziomami

  1. emisja do Zintegrowanego Pola określonej fali, będącej reprezentacją wewnętrznego pola infoenergetycznego. Na tym poziomie wyłącznie się gra i tu również istnieje poważne niebezpieczeństwo powstania nadmiernych potencjałów, które mogą "obudzić" siły równoważące. Ryzyko polega na tym, że gra zakończy się prze-gra-ną.
  2. wprowadzanie do gry działania, czyli określonego zamiaru. Na tym poziomie już się wygrywa, ponieważ zostało wyeliminowane niebezpieczeństwo powstania nadmiernych potencjałów; nie mogą w związku z tym zamanifestować się siły równoważące.

 

Oddajmy raz jeszcze głos Zelandowi:

Oczekiwanie, niepokój, rozważania i pragnienia tylko odbierają energię. Zamiar w działaniu nie tylko zużywa energię potencjału, lecz również pobiera ją do energetycznej powłoki człowieka. Możesz przekonać się o tym na przykładzie nauki. Wkuwanie pochłania wiele sił i niewiele daje. za to nauka poprzez działanie, kiedy wykonuje się konkretną pracę lub rozwiązuje zadania, nie tylko nie wyczerpuje, lecz również daje natchnienie i satysfakcję.

Zeland często powtarza - nie pragnij, nie marz, ale po prostu zdecyduj by mieć. A zdecydowanie to tak samo zamiar jak i wybór.

 

 

1.10. Zamiar zewnętrzny

 

W Transerfingu rzeczywistości najbardziej niejasnym terminem, a przy tym bodaj najważniejszym dla zrozumienia istoty Zelandowskiej koncepcji, jest zewnętrzny zamiar. Jest on diametralnie czymś innym niż zamiar wewnętrzny, o którym pisałem w poprzedniej części.

Sam autor pisze o tym w sposób następujący:

Zewnętrzny zamiar to coś jakby olśnienie zrodzone z improwizacji. Na próżno by przygotowywać się do zewnętrznego zamiaru. Wszystkie magiczne rytuały skierowane są na to, by wywołać właśnie zewnętrzny zamiar. Lecz rytuał to tylko przygotowanie do czarów, preludium do spektaklu, dekoracja...Zaklęcia i magiczne atrybuty zaledwie pomagają obudzić tę siłę, którą każdy człowiek posiada, tylko nie umie jej wykorzystać.

Odwołując się do wielkich cywilizacji starożytnych takich jak Egipt czy Atlantyda, Zeland przekonuje, że ich wybitne osiągnięcia były efektem działania zewnętrznego zamiaru, co tłumaczyłoby zagadkę powstania potężnych piramid. Poznanie sekretu działania zewnętrznego zamiaru może być groźne, o czym dobitnie świadczy finał cywilizacji atlantydzkiej. Zewnętrzny zamiar, będący źródłem potęgi i władzy, dla nas pozostaje wciąż zagadką (przynajmniej dla większości z nas). O istotnej różnicy pomiędzy zamiarem wewnętrznym i zewnętrznym Zeland pisze tak:

 Za pomocą wewnętrznego zamiaru osiąga się cel, a za pomocą zewnętrznego - wybiera się go.

 To ważna dystynkcja, ponieważ istnieje powszechne przekonanie, że zamierzony cel wymaga wielu wysiłków, trudnych zmagań z gęstą materią rzeczywistości, porażek i powrotów do miejsca startu. Tymczasem wybór celu przypomina nieco wybór towaru na półce w hipermarkecie. Sięgnięcie po niego ręką nie wymaga wiele trudu. Zewnętrzny zamiar skierowany jest na proces samoczynnego urzeczywistnienia celu. W pierwszym przypadku aktywność jest po stronie podmiotu pragnienia, w drugim po stronie świata, który po prostu daje ci to, co chcesz.

Zagadkowe działania zewnętrznego zamiaru sprawia, że trudno uwierzyć w jego skuteczność. A szkoda! Działa on niezawodnie, jeżeli spełni się niezbędne warunki. Przy czym nie są to warunki trudne do wypełnienia. Najważniejszym z nich jest osiągnięcie stanu jedności duszy i umysłu. Ten stan jest wyraźnie odczuwalny, więc nie sposób z niczym innym pomylić.

 

 

1.11.  Między łaską a lucyferyczną żądzą

 

Każdy człowiek podąża swoją drogą życia. I jednocześnie wszyscy ludzie żyją w jednym wspólnym świecie. Świat materialny jest dla wszystkich ten sam, lecz konkretne urzeczywistnienie jest dla każdego człowieka inne. Przypuśćmy, że jesteś turystą spacerującym po przepięknej miejscowości. Zwiedzasz urokliwe zakątki, zachwycasz się pięknem architektury, widzisz klomby z kwiatami, fontanny, alejki w parku, uśmiechnięte twarze zadowolonych mieszkańców. Idąc, widzisz, że obok kosza na odpadki zatrzymał się bezdomny. Nie znajduje się on w innym wymiarze. Tak samo jak Ty, żyje na tym świecie. A jednak widzi coś zgoła innego niż Ty. Widzi pustą butelkę w koszu na odpadki, brudny mur, konkurenta, który nie zdołał podejść do pustej butelki przed nim. Ty znajdujesz się na jednej linii życia, a on na drugiej. Wasze linie życia przecinają się w punkcie przestrzeni wariantów, i dlatego ten świat, jako materialne urzeczywistnienie, jest ten sam dla Was obu.

(Vadim Zeland)

 

Zawsze miałem wątpliwości, jeśli ktoś w mojej obecności wypowiadał stwierdzenia typu: "Twoje myśli tworzą twoją rzeczywistość". Zawsze pachniało mi to solipsyzmem. Kiedy byłem pięcioletnim dzieckiem, też tak myślałem - wydawało mi się, że świat, w którym żyję ja, jest zupełnie innym od tego, w którym żyje choćby moja nielubiana wtedy ciotka. Potem z tego dziecięcego soplipsyzmu wyrosłem i teraz wracam do tej koncepcji z zupełnie innej strony.

Jak rozumieć tezę Zelanda, że materialny świat jest jeden dla wszystkich, lecz konkretne urzeczywistnienie jest dla każdego z nas inne? Najprościej byłoby odpowiedzieć w sposób następujący: myśli tworzą pewien specyficzny koloryt, rodzaj okularów, przez które postrzegamy istniejącą rzeczywistość. Zarówno człowiek szczęśliwy, radosny, jak i człowiek w stanie silnej depresji będą widzieć to samo lipcowe słońce, ale dla pierwszego będzie ono obiektem nieustającego zachwytu, podmiotem śpiewanego wdzięcznością hymnu istnienia, a dla drugiego nieznośną kulą rozpalonego ognia - nie będzie wychodził z domu, a w oknach nie zostawi nawet jednej szparki, przez którą mogłoby się wśliznąć światło nienawistnej gwiazdy. Materialne wypełnienie otoczenia jest jednakowe, ale faktycznie żyją oni w dwu różnych światach. Może decyduje o sposobie postrzegania świata liczba i jakość biofotonów? Od pewnego czasu myślę, że depresja jest niczym innym jak zaciemnieniem wnętrza. Biofotony są organicznymi odpowiednikami fizycznych fotonów i musi istnieć pomiędzy nimi relacja warunkująca sprzężenie zwrotne pomiędzy organizmem a jego otoczeniem. Jeżeli ktoś ma zaciemnione wnętrze, to relacja owa musi być zaburzona - to jest źródło depresji czy jej XIX-wiecznego odpowiednika, tj. melancholii. Nieprzypadkowo symbolem melancholii stało się czarne słońce.

Co powiedziawszy, należałoby zadać w tej chwili fundamentalne pytanie: co trzeba zrobić, by znaleźć się po jasnej stronie mocy? Odpowiedź nie jest trudna! Należy generować wielkie myśli i radosne emocje. Tylko tyle i aż tyle! Spróbujcie dać jednak taką radę komuś, kto pogrążony jest w granicznej depresji. Nie zrozumie, o czym do niego mówicie. Tak mocno zainstalowany jest w tunelowym myśleniu, że ów komunikat będzie dla niego czymś absolutnie obcym. Zamiast wielkich myśli - myśli o samobójstwie; zamiast radosnych emocji - rozpacz i poczucie absurdu. Żeby dotrzeć do progu tajemnicy szczęśliwego i twórczego życia, trzeba pierwej przejść terapię farmakologiczną. Potem jednak, dzień po dniu, ktoś taki staje się coraz bardziej świetlistą istotą proporcjonalnie do tego, jaka była wcześniej głębia jego otchłani. Proces zdrowienia, czyli powrotu do źródła światła, jest dla wszystkich otwarty.

Próbuję w tej części eseju opowiedzieć o czymś szalenie ważnym, ale nie wszystko można wyrazić słowami. Pewne fenomeny są poza możliwością werbalizacji. Trzeba zdać się na symboliczne obrazy względnie przypowieści. Najtrafniej, moim zdaniem, oddaje tę niewyrażalną treść opowieść o przywróceniu wzroku ślepemu przez Jezusa. Był ślepy, a zaczął widzieć. To tak jakby zrobić komuś zastrzyk z biofotonów. Porównajmy! Życie w całkowitym mroku i życie w źródle, z którego rozchodzą się we wszystkie strony kolory - jasne, czyste i zachwycające. Kwantowy przeskok z jednego świata do drugiego, którego parametry są diametralnie odmienne. Posługując się językiem Zelanda - milowy przeskok w przestrzeni wariantów, nagłe i zupełnie nieoczekiwane urzeczywistnienie linii życia, która znajduje się bardzo daleko. Takie rzeczy czasami się zdarzają i nazywamy je cudami.

Inna sprawa, kiedy nie mamy do czynienia z aktem, ale procesem. Przyzwyczajamy się do zmian, które zachodzą w naszym życiu i dlatego traktujemy je zwyczajnie. Jednak czyż to też nie jest cud? Akt czy proces - efekt jest jednakowy. Byliśmy na jednym biegunie istnienia, a teraz znajdujemy się na drugim. Byliśmy w otchłani ciemności, a teraz jesteśmy częścią źródła najczystszego światła. Taki wektor zmiany nazywany jest w języku religijnym łaską. Łaska wymaga ingerencji wyższego czynnika, pozostającego na zewnątrz człowieka, i jest ona ingerencją radykalną, bo wprowadza do pojedynczego istnienia radykalną zmianę. Dlatego ewangeliczny ślepiec potrzebował Jezusa! Łaska jest zmianą rewolucyjną, nagłym przeskokiem świadomości na zupełnie inny poziom, a manifestuję się ona równie radykalnym zdziwieniem - dlaczego ja tego wcześniej nie widziałem, przecież to takie oczywiste. Przeskok świadomości poszerza horyzont. Stąd to, co wcześniej było niewidzialne, staje się widzialne i oczywiste.

Działanie łaski manifestuje się również i w ten sposób, że wydaje się człowiekowi, iż gra w innej sztuce, że i scenariusz, i dekoracje są inne. Odwołam się, w tym kontekście, do przykładu wręcz archetypicznego.

Makbet jest średniowiecznym rycerzem. Czytelnik spotyka go po raz pierwszy po zwycięskiej bitwie. Jest pierwszym wodzem; to jemu przypadła główna zasługa w pokonaniu przeciwnika. Co musiał odczuwać? Dumę, radość, poczucie nieograniczonej mocy, satysfakcję. Zwycięska bitwa była dla niego niewątpliwie wzmocnieniem pozytywnym – mówiąc językiem psychologii.

Kiedy zatem, razem z Bankiem, spotykają na drodze trzy czarownice, które przepowiadają Makbetowi, że zostanie królem Szkocji, ten wewnętrznie jest na to przygotowany.

A jednak spotkanie z wiedźmami było dla Makbeta spotkaniem z własnym losem. Świat objawił mu jego własne przeznaczenie. Co ciekawe, trzy siostry losu objawiają mu jedynie nagi fakt – zostaniesz królem. Nie ma natomiast ani słowa na temat późniejszych konsekwencji, ani też tego, jaką podąży drogą, aby cel zrealizować. Wyobraźmy sobie na moment, że czarownice mówią mu o wszystkim, co potem nastąpi; że zabije Dunkana, Banka, że będzie widział duchy swych ofiar. Czy wówczas zdecydowałby się, aby do celu dążyć? Iść drogą na skróty?

Ciekawe możliwości interpretacyjne otwiera także próba zrozumienia sytuacji bohatera w kontekście toposu teatru. Spróbujmy zatem poukładać te klocki. Aktorami są osoby  dramatu – Makbet, Lady Makbet, Dunkan, Banko, Malcolm, Donalbein, Makduf. Sceną jest świat, w którym postacie te funkcjonują. Kto pisze scenariusz, kto reżyseruje sztukę, kto buduje scenografię?

Scenografię tworzy historia z jej wewnętrznymi mechanizmami. Scenariusz piszą ludzkie emocje, reżyserem jest albo przeznaczenie, albo przypadek. Każdy ma w tej sztuce określoną rolę do zagrania. Są one precyzyjnie rozpisane. Makbetowi przypada rola rycerza. Bycie nim nie znaczyło wyłącznie wypełnianie konkretnych obowiązków i kultywowanie takich, a nie innych wartości. Znaczyło to także styl życia! Dunkanowi przypadła rola władcy, Lady Makbet rola żony, Bankowi rola przyjaciela i doradcy. Jeżeli każda z osób gra swoją rolę, sztuka jest sensowna. Akcja zmierza logicznie do przewidzianego rozwiązania. Jeśli jednak choćby jeden z aktorów wychodzi poza granice własnej roli, wtedy sztuka staje się powieścią idioty – dziką, wrzaskliwą i nic nie znaczącą.

Makbet nie tylko chce przekroczyć granice roli, on chce sztukę reżyserować! Reżyser rządzi na scenie, interpretuje tekst i „ustawia” grę aktorów. Makbet sam siebie „ustawia” w roli króla. Arbitralnie! Jest reżyserem, główną postacią sztuki. Autor przestaje być ważny, scenarzysta i reżyser nie są już potrzebni. Akcję bierze w swoje ręce aktor. Jakie mogą być konsekwencje tej zamiany, można się domyślić. Sens przeradza się w absurd, a na scenie zaczyna rządzić przypadek. 

Bohater tragedii Szekspira wychodzi z przestrzeni ładu oraz harmonii i pogrąża się w przestrzeni absurdu. Jakie są tego konkretne przejawy? Pogłębiająca się obojętność wobec żony, konieczność dokonania morderstwa na swoim przyjacielu – Banku, rosnący wciąż lęk i niepokój, zatracenie trzeźwego oglądu rzeczywistości, szukanie nadziei we wróżbach czarownic, omamy wzrokowe, zawężenie horyzontu wartości do zaledwie jednej – władzy. Niech świat się wali, a je tron utrzymać muszę.

Arbitralna zmiana scenariusza sprawia, że Makbet coraz bardziej „odkleja się od rzeczywistości”. „Scena” nie chce przyjąć jego scenariusza, co staje się źródłem coraz większej frustracji. Błędem bohatera jest uwierzenie, że będąc królem, ma decydujący wpływ na rzeczywistość. Naprawdę jednak ma coraz mniejszy, a pod koniec swego życia nie posiada go wcale. „Scena” steruje bohaterem, a ten daje się łatwo manipulować. Jest to sytuacja, która przypomina los nieszczęśliwego Edypa. W obu przypadkach mamy do czynienia z ironią tragiczną, czyli różnicą pomiędzy samoświadomością a rzeczywistą sytuacją w świecie.

Widzimy zatem, że tu wektor zmiany jest skierowany w odwrotnym kierunku. Nie łaska, ale zamiar wewnętrzny o charakterze wręcz demonicznym. I jeśli miałbym znaleźć odpowiednik Zelandowskiej różnicy pomiędzy zamiarem zewnętrznym a zamiarem wewnętrznym, to byłaby to różnica pomiędzy łaską, czyli Boską wolą zmiany, a lucyferycznym pragnieniem władzy, by dokonywać zmian w świecie zgodnych z żądzami władającego.

 

 

1.12. Transerfing rzeczywistości

 

Mechanika rzeczywistości, wyznaczona przez istniejące prawa fizyczne, funkcjonuje obiektywnie, w związku z tym ani wola, ani myśl nie mogą w żaden sposób na nią wpływać (ani jedna, ani druga nie ma materialnego statusu). Bardzo dobrze wiedział o tym Immanuel Kant, który pisał o dwóch zasadniczych porządkach - kosmicznym i moralnym. Niebo gwiaździste jest emblematem natury wszechświata; rzeczywistości obiektywnej, która rządzi się własnymi prawami, niezależnymi od człowieka. Mówiąc metaforycznie, gwiazdy mogą człowieka zmiażdżyć, ale mogą go też wynieść na najwyższe szczyty. Gwiazdy nie liczą się z ludzkimi intencjami, z ludzką wolą; obojętnie odnoszą się do naszych projektów i planów na przyszłość. Nie mają też względu na to, czy jesteśmy dobrzy czy źli, czy postępujemy słusznie czy wręcz odwrotnie. Gwiazdy symbolizujące los kierują się własną logiką, której mechanizmy, pomimo poznawczej pychy, są dla nas całkowicie niedostępne.

Jest jednak również „prawo moralne we mnie”. I ten porządek rzeczywistości zależy już wyłącznie od człowieka. Zasada bilansowania dotyczy właśnie tego wymiaru. Najprościej rzecz ujmując, polega ona na tym, że jaką monetą płaciłeś, taką i tobie zapłacą. Chciej tego, co mogłoby być prawem powszechnym. Współcześnie wyszydzany i postponowany imperatyw kategoryczny Kanta winien jak najszybciej zostać zrehabilitowany. Prawo moralne jest tak samo ważne, a dzisiaj może nawet ważniejsze, jak prawa fizyki, które rządzą rzeczywistością zewnętrzną, ponieważ obecnie jest tak, że technologicznie jesteśmy w kosmosie, ale moralnie jeszcze nie zeszliśmy z drzew. Ta bolesna dysproporcja pomiędzy „gwiaździstym niebem” a „moralnym prawem” może szybko doprowadzić do globalnej katastrofy. Wymyśliliśmy coś, co nas prawdopodobnie pozabija, bo pod względem etycznym nie jesteśmy przygotowani na właściwe wykorzystanie technologii.

Zeland jednak przekonuje, że te dwa porządki można ze sobą pomieszać. Jeżeli tylko wypracujemy pewną, w mniemaniu autora, właściwą postawę wobec zewnętrznej rzeczywistości, uda nam się nią zarządzać. "Niebo gwiaździste nade mną" stanie się obszarem wolnego, podmiotowego działania. Wówczas jabłka będą spadać do nieba, a nie na ziemię – a to, jak wiemy, oznacza zmianę istniejących obiektywnie praw fizycznych.

Zaproponowana powyżej logika jest konsekwencją fizyki Newtonowskiej. Rozpatrywanie w tym kontekście Transerfingu rzeczywistości jest oczywistym absurdem. Rzecz ulega radykalnej zmianie, jeśli przyłożymy do koncepcji Zelanda "świat" fizyki kwantowej.

Problem świadomości

Weźmy na początek taki przykład.

Dwie cząsteczki materii zderzają się ze sobą, niszcząc się wzajemnie. Pozostaje po nich energia, materia jednak wyparowuje. Może tak właśnie rodzi się świadomość? Może jest ona taką właśnie energią powstałą w przestrzeni „wycofującego się bytu”? Jak bowiem inaczej zrozumieć wpływ świadomości badacza na badany przez niego układ zdarzeń? Na poziomie molekularnym wyniki eksperymentu są zawsze zgodne z założeniami teoretycznymi. Energia styka się z energią, świadomość ze świadomością. Problemy Sartre’a z rozwikłaniem ontologicznego paradoksu wzięły się stąd, że niepoprawnie zdefiniował byt-w-sobie. Nie jest tak, że świadomość intencjonalnie kieruje się w stronę tego, co nazywamy bytem, a co świadomości jest pozbawione. Ta jednokierunkowa epistemologia, przynajmniej od czasów Kartezjusza, zamykała większość filozofów w polu nierozwiązywalnego problemu, jakim była diametralna różnica pomiędzy res a res cogitans, pomiędzy podmiotem a przedmiotem. Źródłowym błędem stało się przekonanie, że mamy w istocie do czynienia z dwiema, radykalnie jakościowo odmiennymi, substancjami. Pytaniem fundamentalnym w związku z tym stało się pytanie o warunki możliwości poznania. Pytanie, które postawił Kant, okazało się pułapką dla większości filozofów XIX  i XX wieku. Poznajemy, twierdzi Kant, wyłącznie fenomeny, zjawiska. Rzeczy same w sobie są nam  niedostępne. Nie mamy wglądu w sam byt. To, z czym mamy do czynienia, to tylko jego reprezentacje obecne w świadomości. Dostępne są wyłącznie treści cogitatio. Res cogitans dokonuje nieuprawnionej operacji polegającej na tym, że substancja niedostępna poznaniu zostaje przekształcona w taki sposób, aby stała się adekwatna do narzędzi poznania. A przecież oczywistym jest, że powinno być dokładnie na odwrót. To narzędzia poznawcze winny zostać poddane zabiegowi adekwacji do przedmiotu poznania.

Świadomość nie dociera zatem do bytu, przyswaja jedynie jego reprezentację. Świadomość najczęściej posługuje się narzędziem rozumu, który, jak przed ponad wiekiem wykazał Henri Bergson, schematyzuje rzeczywistość; sprawia, że to co ma charakter dynamiczny, bezustannie zmienny, postrzegamy jako statyczne i niezmienne. Rozum nakłada na byt siatkę pojęć, za pomocą której skleja poszczególne obiekty ze sobą, nadaje sens i znaczenie mechanizmom i procesom, które po prostu są dynamicznym ruchem „istniejącego”. Racjonalizacja bytu jest niczym innym jak tylko kategoryzacją zewnętrzności. Z tego oto  powodu funkcjonują dwa rodzaje fizyki – fizyka „makro” zasad Newtona i fizyka „mikro” rządząca światem cząstek molekularnych.

Na poziomie molekularnym proces racjonalizacji bytu załamuje się radykalnie, bowiem świadomość badacza styka się ze świadomością badanego obiektu. I dopiero teraz możliwa jest epistemologia dwukierunkowa. Świadomość poznającego podmiotu wpływa na poznawany obiekt, z kolei zgodność wyniku eksperymentu z oczekiwaniami poznającego podmiotu modyfikuje jego świadomość.

Wielcy poeci intuicyjnie chwytali tę prawdę. Reiner Maria Rilke w wierszu Archaiczny tors Apolla zapisał w jego zakończeniu: "...każdy atom głazu/widzi cię. Musisz życie swe odmienić".

Na poziomie makro fizyki Newtonowskiej jest to oczywiście niemożliwe, ponieważ nawet jeśli założymy, że przyspieszenie grawitacyjne będzie wynosić 19,34 m/s, to ono zawsze będzie oscylowało wokół 9, 81 m/s. Tu panuje niezmiennie obszar determinacji. Świadomość zostaje przygwożdżona przez twarde prawa natury i musi dostosować własne funkcjonowanie do tychże praw. Wiarygodność takiego poznania musi być wątpliwa. Świadomość osaczona przez prawa, mechanizmy, zjawiska i rzeczy „wysyła” do boju rozum, który ma za zadanie wszystko to po swojemu poukładać. I, trzeba przyznać, układa. Fizyka Newtonowska jest konsekwencją epistemologii jednokierunkowej. Paradygmat naukowy wyrasta nie z poznania obiektywnie istniejących praw, nawet jeśli narzucają się nam one z jaskrawą oczywistością, ale działania Kantowskiego czystego rozumu, który prawa te „narzuca” rzeczywistości. „Narzucanie” to należy rozumieć w taki sposób, że istnieje wyłącznie pewna dynamika bytu, która poddana kategoryzacji czystego rozumu i złapana w siatkę pojęć, jawi się jako realność praw i mechanizmów świata fizycznego.

Inaczej rzecz się ma z epistemologią dwukierunkową. Tutaj paradygmat naukowy z trudem broni własnej spójności. Elementy świata molekularnego w żywe oczy „kpią” z linearnej logiki czystego Kantowskiego rozumu, pokazując mu, na przykład, jak ta sama jedna cząsteczka przechodzi jednocześnie przez dwa otwory na ekranie.

 

 Prawa natury nie lubią odkrywać wszystkich swoich tajemnic. Kiedy docieramy do nich za blisko, obdarowuje nas paradoksami.

 

Inny przykład: fizycy odkryli, że nie można zmierzyć położenia cząsteczki w momencie, kiedy bada się jej pęd. Jeśli natomiast decydujemy się zbadać jej położenie, nie można zmierzyć pędu. Werner Heisenberg po raz pierwszy zrozumiał, iż nie jest to ułomność naszych władz poznawczych względnie narzędzi poznawczych, ale w taki sposób „mruga” do nas jedna z tajemnic natury. Słowem, żeby wyjaśnić teorię nieoznaczoności w kategoriach linearnej logiki rozumu, przyjęto założenie, że działa tutaj zasada prawdopodobieństwa. Z tym założeniem nigdy nie pogodził się Albert Einstein twierdząc, że Bóg nie gra w kości.

Kwantowa mechanika dowodzi, że zarządzanie rzeczywistością jest jak najbardziej możliwe; że możemy tak działać i myśleć, by uruchomić zamiar zewnętrzny. Zeland w swoich książkach proponuje podręczny zestaw narzędzi, którymi możemy się w tym celu posługiwać. Opiszę je szczegółowo, jak dopisze zdrowie i rozum, w następnych częściach. Nie wiemy jeszcze, w jaki sposób działają subtelne energie i jakie wywierają konsekwencje na nasze życie. Nie pojęliśmy jeszcze fenomenu świadomości i prawdopodobnie nigdy nie pojmiemy paradoksów fizyki cząstek i pól. Możemy jednak zrobić coś o wiele bardziej istotnego - nauczyć się używania tych subtelnych energii, nawet bez ich rozumienia. Używamy przecież wielu przedmiotów, nie mając pojęcia jak działają. Wystarczy, jeśli przeczytamy instrukcję obsługi. Zeland daje nam coś podobnego, różnica polega jedynie na tym, że jest to instrukcja obsługi naszego życia.

 

 

Zakończenie

Vadim Zeland  pyta przede wszystkim o to, czy możemy tu i teraz zarządzać otaczającym nas światem. To pytanie kluczowe i odpowiedź na nie stanowi istotę zrozumienia koncepcji Rosjanina.

Wydaje się, że tak postawione pytanie jest nonsensowne. Jakżeż można myśleć, iż wola, myśli i działania pojedynczego człowieka wpływają na mechanikę wszechświata. Nie byłaby to już pycha, ale objaw umysłowej aberracji. Często wszak nie mamy wpływu nawet na własne myśli, bo gdyby tak było, nie pozwolilibyśmy sobie na to, żeby one nas niszczyły. A przecież tak bywa i to wcale nierzadko. Czyż nie jest przejawem pychy przekonanie, że możemy zmieniać strukturę rzeczywistości, kiedy nader często tracimy wręcz kontrolę nad własnym życiem? W przeciwnym wypadku bowiem nie rosłaby w tak zastraszającym tempie liczba samobójstw na całym globie. Zadawałem sobie pytanie, dla kogo napisana jest książka Zelanda. Dla magów, czarowników i szamanów, którzy dotarli do sekretnej wiedzy? Nie! Autor magię odrzuca. Dla mędrców, erudytów i poszukiwaczy duchowej wiedzy? Też nie, bo przecież Zeland, który zajmował się fizyką kwantową, prawie w ogóle o niej nie pisze, licząc się z tym, jakie to może stworzyć problemy w odbiorze. Wynika z tego, że dla wszystkich, no i tu wracamy do pytania pierwotnego - koło się zamyka.

Książkom Zelanda grozi to, co spotkało wiele wielkich, wybitnych dzieł. Zapomniane przez wszystkich będą sobie stały wysoko na półce, a kurz powoli będzie pokrywał nie tylko jej grzbiet, ale i treść. Z jednej strony stykamy się z fascynującą koncepcją, zakładającą, że istnieje możliwość wejścia na takie linie życia, które prowadzić będą nas prosto do wymarzonego celu, a z drugiej zdrowy rozsądek podpowiada, iż w praktyce nasza codzienna egzystencja wygląda zupełnie inaczej. Nie my zarządzamy rzeczywistością, ale to ona posiada na nas przemożny wpływ. Większość z nas nie działa aktywnie, lecz reaktywnie. Bronimy się przed światem, który wcale nie jest nam przyjazny.

 

 

 

Podobne artykuły


19
komentarze: 43 | wyświetlenia: 1489
15
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1839
15
komentarze: 14 | wyświetlenia: 1775
15
komentarze: 16 | wyświetlenia: 1301
15
komentarze: 17 | wyświetlenia: 772
14
komentarze: 22 | wyświetlenia: 1067
14
komentarze: 16 | wyświetlenia: 733
14
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1471
14
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1003
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1130
13
komentarze: 0 | wyświetlenia: 785
13
komentarze: 12 | wyświetlenia: 786
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  Henear,  30/11/2016

Gram w tą samą grę.
Doświadczyłem podobnych rzeczy. Kreuję coś nowego.
Powodzenia na ścieżce.

  greenway,  30/11/2016

Myslę, że świat to coś co nam się zdarza. Każdy ma w swojej przestrzeni wewnętrznej trochę inny jego obraz, bo inne ma filtry ukształtowane przez programowanie wewnętrzne (indywidualne predyspozycje) i zewnętrzne (wychowanie i własne doświadczenia). A poznanie rzeczywistości jest jednocześnie jej kreacją. Bo świat jest takim zderzeniem fali prawdopodobieństwa i świadomości. :-)

Ale każdy jest takim wahadłem i do czegoś wzbudza innych. „Wymiary zwinięte, o których pisał David Bohm, nie są dla nas widoczne...”. Co do tych wymiarów, to myślę, że może ich nie być (ba myślę, że ich nie ma). A tak tekst jest mądry.

  swistak  (www),  01/12/2016

Świat ma 6000 lat, gdzie wszechmocny Bóg o nieskończonym poczuciu humoru, umieścił artefakty, by racjonalni materialiści, bez łaski wiary, pełni pychy i arogancji, rozumowo znęcali się nad swoimi duszami. Ma więc Bóg ubaw po pachy. Prawdę zaś objawił maluczkim w "bajce" za jaką słudzy szatana uważają ewangelię. Dlatego cywilizacja bez Boga, to tylko żerowisko dla gąsienic, które nie wiedzą, że mog ...  wyświetl więcej

  awers,  01/12/2016

@swistak: Świstaku, czas pozamykać na uczelniach wydziały archeologii. Masz rację, Bóg ma poczucie humoru (jak zwykle nieskończone) i świadectwo Twojej osoby jest dla przekonującym dowodem.

  swistak  (www),  02/12/2016

@awers: Ślepi przewodnicy fascynują ślepych i głuchych na ewangelię

  awers,  01/12/2016

Cóź można powiedzieć, gdy człowiek chorujący od lat na Parkinsona i zwyrodnienie stawu biodrowego pewnego ranka wstaje i stwierdza, że dolegliwości zniknęły? Po prostu: znów może chodzić bez laski, biegać, nawet jeść bez rozlewania zupy po stole i celowania łyżką do ust. Ot, zwykły cud, czy wymiary zwinięte?

  seta1212,  01/12/2016

Janie, Niewątpliwie teoria (bo tak ją trzeba nazwać) Vadima Zelanda choć przepełniona ezoteryką i hipotezami potrafi zafascynować W końcu nie bez powodu stała się w Rosji bestsellerem. Jak słusznie zauważono w prezentowanych wywiadach, nie są to książki do czytania ale raczej do studiowania. Ale sam fakt, że dotykając tematów uniwersalnych próbują odpowiedzieć na najbardziej trudne relacje międzyl ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska