Login lub e-mail Hasło   

Katecheza dla poganek

Rozsiewam Mądrość jak ziarno na ziemi, jak pyłki na wietrze. Świętość – jak z drogocennej, rozbitej amfory – wyleje się na świat w godzinie Łaski i uświęci ludzi.
Wyświetlenia: 216 Zamieszczono 03/12/2017

 

27. W DOMU JOANNY, MAŁŻONKI CHUZY. JEZUS I RZYMIANKI.

Napisane 19 maja 1945. A, 5077-5093

Jezus, dzięki przewoźnikowi, który Go przyjął do małej łódki, wysiada na brzegu, w ogrodzie Chuzy. Ogrodnik już Go spostrzegł i biegnie otworzyć bramę, zamykającą obcym wejście do posiadłości od strony jeziora. To brama wielka i potężna. Ukrywa się jednak w bardzo wysokim żywopłocie i gęsto porosłym wawrzynie oraz w bukszpanie od strony zewnętrznej, od jeziora, i w krzewach różanych o wszelkich barwach, [rosnących] od strony wewnętrznej, aż do domu. Wspaniałe róże zdobią kwiatami listki brązowego wawrzynu i bukszpanu, wsuwają się między gałązki, przechodzą na przeciwną stronę, [wyrastają] ponad zieloną barierę i sprawiają, że ich ukwiecone korony opadają z drugiej strony. W jednym miejscu, na wysokości ścieżki, brama nie jest porośnięta. Otwiera się, wpuszczając przychodzących od jeziora lub tam się udających.

«Pokój temu domowi i tobie, Joannaszu. Gdzie twoja pani?»

«Tam, ze swymi przyjaciółkami. Zaraz ją zawołam. Czekają na Ciebie od trzech dni, z obawy by nie przybyć zbyt późno.»

Jezus uśmiecha się. Sługa biegnie, wołając Joannę. Jezus idzie w międzyczasie powoli w stronę miejsca, które Mu wskazał służący. Podziwia przepiękny ogród, można by powiedzieć: wspaniałe rozarium, które Chuza polecił zasadzić dla żony. Róże wszystkich kolorów, rozmiarów i kształtów – w tej zatoczce osłoniętej od jeziora – śmieją się, już rozkwitłe i wspaniałe. Są i inne rośliny kwitnące, lecz czas ich rozkwitu jeszcze nie nadszedł i w porównaniu z różami jest ich niewiele.

Nadbiega Joanna. Nawet nie położyła koszyka w połowie napełnionego różami ani nożyc, które miała do ich przycinania. Biegnie z ramionami wyciągniętymi, zwinna i pełna wdzięku, w bogatej sukni z delikatnej wełny koloru ciemnoróżowego. Jej fałdy podtrzymują ozdobne guzy i filigranowe szpilki ze srebra, na których jaśnieją jasne granaty. Na włosach, czarnych i kręconych, diadem w formie mitry – również ze srebra z granatami – podtrzymuje zasłonę z bardzo lekkiego, różowego batystu, opadającą z tyłu. Małe uszy są odkryte, obciążone kolczykami podobnymi do diademu. Twarz ma roześmianą. Nisko na szyi – naszyjnik, wykonany tak samo jak reszta drogocennych ozdób.

Joanna porzuca koszyk u stóp Jezusa i klęka pośród rozsypanych róż, aby ucałować Jego szatę.

«Pokój z tobą, Joanno. Przyszedłem.»

«Jestem z tego powodu szczęśliwa. One też przybyły. O! Teraz wydaje mi się, że nie miałam racji każąc wam się spotkać. Jak się porozumiecie? Przecież to poganki!»

Joanna jest trochę podekscytowana. Jezus uśmiecha się, kładzie jej rękę na głowie:

«Nie obawiaj się. Zrozumiemy się bardzo dobrze. I słusznie postąpiłaś. Spotkanie ukwieci dobro, tak jak twój ogród przyozdabiają róże. Zbierz teraz te biedne róże, które porzuciłaś, i chodźmy do twoich przyjaciółek.»

«O, róże... tyle ich jest! Zbierałam je, aby spędzić czas, a ponadto moje przyjaciółki są tak... tak... zmysłowe... Lubią kwiaty, jakby to był... nie wiem...»

«Ja też lubię [kwiaty]! Widzisz, że już znaleźliśmy wspólną płaszczyznę porozumienia między nimi i Mną? Chodźmy! Pozbieraj te wspaniałe róże...» – Jezus schyla się, dając jej przykład.

«Nie Ty! Nie Ty, Panie! Jeśli tego chcesz, to... już gotowe.»

Kierują się w stronę altany poprzeplatanej różanymi krzewami we wszystkich kolorach. Na progu stoją trzy Rzymianki: Plautyna, Waleria i Lidia. Pierwsza i ostatnia, niezdecydowane, pozostają na miejscach. Waleria wybiega na zewnątrz i skłania się mówiąc:

«Bądź pozdrowiony, Zbawicielu mojej Faustynki!»

«Pokój i światłość dla ciebie i dla twoich przyjaciółek.»

Przyjaciółki skłaniają się bez słowa. Plautynę już znamy: wysoka, postawna, ma wspaniałe, czarne, trochę władcze oczy – pod czołem gładkim i bardzo jasnym. Nos ma prosty, doskonały; usta o wargach raczej wąskich, ale ładnych. Podbródek zaokrąglony, wystający. Przypomina mi niektóre bardzo ładne rzeźby rzymskich cesarzowych. Ciężkie pierścienie lśnią na jej bardzo pięknych rękach, a lekkie złote bransolety ozdabiają przeguby jej rąk i ramiona: prawdziwe ramiona posągu. Znajdują się też ponad białoróżowawym łokciem, gładkim i doskonałym, ukazującym się z rękawa krótkiego i pofałdowanego.

Lidia natomiast jest blondynką, subtelniejszą i młodszą. Nie posiada imponującego piękna Plautyny, ale ma cały wdzięk i urok młodej niewiasty. Skoro to poganki, mogłabym powiedzieć, że Plautyna wydaje się statuą cesarzowej, a Lidia mogłaby być Dianą lub jakąś nimfą o wyglądzie miłym i zawstydzonym.

Waleria, która nie rozpacza – jak wtedy, gdy ją widzieliśmy w Cezarei – ukazuje się w pięknie młodej matki o kształtach pełnych, ale jeszcze dziewczęcych, o spokojnym spojrzeniu matki szczęśliwej, że może karmić dziecko i widzieć, jak ono dzięki niej wzrasta. Ma cerę różowawą, włosy – ciemne, uśmiech spokojny i bardzo łagodny.

Odnoszę wrażenie, że są to damy z niższej klasy społecznej niż Plautyna, którą nawet spojrzeniem uwielbiają jak królową.

«Zajmujecie się kwiatami? Czyńcie to dalej, nie przerywajcie. Możemy rozmawiać nawet w czasie zrywania przez was tych cudownych dzieł Stwórcy, którymi są kwiaty, i w czasie zręcznego układania ich – w czym Rzym jest mistrzem – w tych cennych wazonach, aby przedłużyć ich życie, niestety zbyt krótkie... Gdy podziwiamy ten pąk róży, który zaledwie zarysowuje swój uśmiech z różowożółtych płatków, jakże ich nie żałować, widząc, że umierają? O! Jakże Hebrajczycy byliby zdziwieni słysząc Moje słowa! Ale mówię tak dlatego, że w tym rozwijającym się stworzonym kwiecie jest życie i patrzenie na jego śmierć sprawia ból. Ale roślina jest mądrzejsza niż my. Ona wie, że na wszystkich ranach obciętej łodygi rodzi się pączek, który stanie się nową różą. I tak nasz umysł musi przyjmować nauczanie i czynić z miłości trochę zmysłowej, którą ma się do kwiatów, zachętę do myśli bardziej wzniosłej.»

«Do jakiej myśli, Nauczycielu?» – pyta słuchając uważnie Plautyna, oczarowana pełną wdzięku myślą hebrajskiego Nauczyciela.

«Tej oto: jak roślina nie umiera, dopóki gleba odżywia jej korzeń, i nie ginie, [gdy] łodyga [została odcięta], tak nie umiera natura ludzka, kończąc życie ziemskiego bytu, lecz rozwija wciąż nowe kwiaty.

Oto myśl jeszcze bardziej wzniosła, pobudzająca nas do błogosławienia Stwórcy: kwiat, kiedy umiera, już nie odżyje i to jest smutne. Natomiast człowiek, który usnął ostatnim snem, nie jest martwy. Żyje on życiem bardziej intensywnym, uzyskując – dla tego, co w nim najlepszego – życie wieczne i blask Stwórcy, który go ukształtował. Dlatego, Walerio, gdyby twoja córeczka umarła, nie utraciłabyś jej pieszczot. Na twoją duszę spływałyby ciągle pocałunki twego dziecka – odłączonego, ale nie zapominającego o twojej miłości. Czy widzisz, jak kojąca jest wiara w życie wieczne? Gdzie jest teraz twoja córeczka?»

«W tej okrytej kołysce. Dotąd nigdy się od niej nie oddalałam, bo miłość do mojego męża i do mojej córeczki były dwoma celami mojego życia. Teraz zaś – kiedy wiem, co oznacza widzieć ją umierającą – nie opuszczam jej ani na chwilę.»

Jezus kieruje się ku ławce, na której spoczywa rodzaj małej drewnianej kołyski, okrytej bogatą kapą. Odkrywa ją i patrzy na śpiące dziecko. Powiew powietrza łagodnie budzi dziewczynkę. Otwiera małe, zdziwione oczy. Z anielskim uśmiechem otwiera buzię, a rączki – przed chwilą zaciśnięte – otwierają się, chcąc pochwycić falujące włosy Jezusa. Świergot wróbla wydaje się pewnie jej wyobraźni jakimś wygłaszanym przemówieniem. Wreszcie wypowiada uniwersalne słowo:

«Mama!»

«Weź ją, weź» – mówi Jezus, odsuwając się, by pozwolić Walerii pochylić się nad kołyską.

«Ależ ona będzie Ci przeszkadzać!... Zawołam niewolnicę i każę ją zanieść do ogrodu.»

«Przeszkadzać Mi? O, nie! Dzieci nigdy Mi nie przeszkadzają. One są zawsze Moimi przyjaciółmi.»

«Masz dzieci własne lub bratanków albo siostrzeńców, Nauczycielu?» – pyta Plautyna, obserwując, jakimi uśmiechami Jezus próbuje wywołać uśmiech dziecka.

«Nie mam dzieci ani bratanków, ani siostrzeńców. Miłuję jednak dzieci tak, jak kocham kwiaty, bo one są czyste i bez podstępu. O, niewiasto, daj Mi twoją córeczkę. Tak słodko jest tulić do serca małego aniołka.»

Jezus siada z dziewczynką, która Go obserwuje i muska Jego brodę. Potem stwierdza, że ciekawsze jest zabawianie się frędzlami płaszcza i sznurem szaty, do których zwraca się z długą i tajemniczą wypowiedzią. Plautyna mówi:

«Nasza przyjaciółka – dobra i mądra, jedna z nielicznych, nie gardząca nami i [nie uważająca, że] kontakty z nami ją psują – powiedziała Ci chyba, że chciałyśmy Cię ujrzeć i usłyszeć, aby osądzić, kim jesteś. Rzym bowiem nie wierzy w bajki... Dlaczego się uśmiechasz, Nauczycielu?»

«Potem ci powiem, mów dalej.»

«...bo Rzym nie wierzy w bajki i chce osądzić na podstawie wiedzy i poznania, zanim potępi lub pochwali. Twój lud wychwala Cię i zniesławia w równym stopniu. Twoje dzieła powinny pobudzać do wychwalania Ciebie, tymczasem słowa wielu Hebrajczyków [skłaniają] do uważania Cię za kogoś gorszego od przestępcy. Twoje słowa są poważne i mądre jak słowa filozofa. Rzym lubi bardzo doktryny filozoficzne, ale... muszę powiedzieć, że dzisiejsi filozofowie nas nie zadowalają, głównie dlatego że ich sposób życia nie odpowiada [ich doktrynie].»

«Oni nie mogą żyć zgodnie ze swoją doktryną.»

«Bo są poganami, prawda?»

«Nie. Ponieważ są ateistami.»

«Ateistami? Przecież mają swoich bogów.»

«Już ich nie mają, niewiasto. Przypomnę ci dawnych filozofów, największych. I oni byli poganami, lecz spójrz, jak wzniosłe było ich życie! Z domieszką błędu, bo człowiek jest narażony na pomyłki. Jednak kiedy znaleźli się wobec tajemnic największych: życia i śmierci, kiedy zostali postawieni w obliczu wyboru: Uczciwość lub Nieuczciwość, Cnota lub Występek, Heroizm lub Tchórzostwo, kiedy myśleli, że jeśli zwrócą się ku złu, wyniknie z tego zło dla ich ojczyzny i obywateli, wtedy swą wolą gigantów odrzucili daleko od siebie odgałęzienia złych polipów. Wolni i święci umieli pragnąć Dobra za wszelką cenę: tego Dobra, które nie jest niczym innym jak tylko Bogiem.»

«O Tobie mówi się, że jesteś Bogiem. Czy to prawda?»

«Jestem Synem Boga Prawdziwego, który stał się Ciałem, pozostając Bogiem.»

«Ale kim jest Bóg? Patrząc na Ciebie, [można powiedzieć, że] jest największym z nauczycieli.»

«Bóg jest kimś więcej niż nauczycielem. Nie poniżajcie najwznioślejszej idei Boskości, ograniczając Ją do samej mądrości.»

«Mądrość jest boska. Mamy Minerwę. To bogini mądrości.»

«Macie także Wenus, boginię przyjemności. Jak możecie przyjmować, że jakiś bóg – to znaczy byt wyższy od śmiertelnych – posiada w stopniu doskonałym wszystko, co jest brzydotą śmiertelnych? Jak możecie myśleć, że byt wieczny posiadał od wieczności małe, nędzne, poniżające przyjemności – które cieszą jedynie krótki czas – i że czyni z nich cel swego życia? Czy nie sądzicie, że odrażającym niebem jest to, co nazywacie Olimpem, w którym fermentują najgorsze skłonności natury ludzkiej? Gdy popatrzycie na wasze niebo, cóż widzicie? Rozwiązłość, zbrodnie, nienawiść, wojny, kradzieże, obżarstwo i opilstwo, zastawianie zasadzek, zemsty. Jeśli chcecie uczcić święta waszych bogów, co czynicie? Urządzacie orgie. Jaką cześć im oddajecie? Gdzie jest prawdziwa czystość poświęconych Weście? Na jakim boskim kodeksie opierają się wasi kapłani, by dokonywać sądu? Jakie słowa mogą wyczytać wasi wróżbici z lotu ptaków lub z uderzenia gromu? A zakrwawione wnętrzności poświęconych zwierząt jakich odpowiedzi mogą udzielić waszym wieszczbiarzom? Powiedziałaś: “Rzym nie wierzy w bajki”. W takim razie dlaczego wierzy on, że dwunastu biednych mężów – którzy kazali obiec pola świni, owcy i bykowi, a potem złożyli [te zwierzęta] w ofierze – może zjednać sobie przychylność Ceresa, skoro macie bez liku bóstw, które, jak wierzycie, nienawidzą się wzajemnie i mszczą się? Nie. Bóg jest kimś innym. On jest Wieczny, Jedyny, Duchowy.»

«Powiedziałeś, że jesteś Bogiem, a przecież jesteś cielesny.»

«Jest w ojczyźnie bogów ołtarz nie poświęcony żadnemu z nich. Mądrość ludzka poświęciła go Bogu nieznanemu. Mądrzy, prawdziwi filozofowie posiadali przeczucie, że istnieje coś poza historiami wymyślonymi na użytek wiecznych dzieci, którymi są ludzie o umysłach zaślepionych błędem. Skoro więc ci mędrcy – którzy posiadali przeświadczenie, że istnieje coś poza tymi fałszywymi wyobrażeniami, coś prawdziwie wzniosłego i boskiego, co uczyniło wszystko, co istnieje, i od czego pochodzi wszelkie dobro na świecie – zapragnęli ołtarza dla Boga nieznanego, o którym przeczuwali, że jest Bogiem Prawdziwym, jakże wy możecie nadawać imię boga temu, co bogiem nie jest, i mówić, że znacie to, czego w rzeczywistości nie znacie? Dowiedzcie się więc, kim jest Bóg, aby móc Go poznać i czcić. Bóg jest tym, który Swą myślą wszystko uczynił z Nicości. Czyż bajka o kamieniach przemienionych w ludzi może was przekonać i zadowolić? To prawda, że są ludzie bardziej twardzi i gorsi niż kamienie i są też kamienie bardziej użyteczne niż człowiek. Czy nie jest ci bardziej słodko, Walerio, myśleć, patrząc na córkę: “To [owoc] żywego pragnienia Boga, stworzony i uformowany przez Niego, wyposażony przez Niego w drugie życie, które nie umiera, tak że będę miała moją Faustynkę na wieczność, jeśli uwierzę w Boga Prawdziwego”, zamiast mówić: “To różowe ciałko, te włosy delikatniejsze od sieci pajęczej, te pogodne źrenice pochodzą od kamienia?” Albo mówić: “Jestem we wszystkim podobna do wilczycy lub do klaczy i jak zwierzęta się łączę, jak zwierzęta rodzę, po zwierzęcemu wychowuję, a ta mała dziewczynka jest owocem mojego instynktu zwierzęcego i sama jest zwierzęciem do mnie podobnym. Jutro zaś, gdy ona umrze i kiedy ja umrę, będziemy jak dwie padliny, które rozpadną się w smrodzie i które już nigdy się nie ujrzą”? Powiedz Mi, którego wyjaśnienia chciałoby twoje serce matki?»

«Z pewnością nie tego drugiego, Panie! Gdybym wiedziała, że Faustyna nie jest [jak] rzecz, która rozpadnie się na zawsze, mój ból w obliczu jej agonii byłby mniej straszny. Bo powiedziałabym sobie: “Utraciłam perłę, lecz ona jeszcze istnieje i odzyskam ją.”»

«[Dobrze] powiedziałaś. Kiedy do was przybyłem, wasza przyjaciółka powiedziała Mi, że zaskakuje ją wasza namiętność do kwiatów. Obawiała się też, że może Mnie to oburzyć. Uspokoiłem ją mówiąc: “Przecież Ja też je lubię i dlatego naprawdę dobrze się porozumiemy”. Chciałbym was doprowadzić do miłowania kwiatów, jak prowadzę Walerię do kochania swego dziecka. Jestem pewien, że będzie się ona bardziej o nie troszczyć teraz, kiedy wie, że posiada duszę będącą [jakby] cząstką Boga zamkniętą w ciele zrodzonym przez nią – mamę. To cząstka, która nie umiera i którą mama odnajdzie w Niebie, jeśli uwierzy w Boga Prawdziwego. Tak samo będzie z wami.

Patrzcie na tę wspaniałą różę. Purpura przyozdabiająca królewskie ubranie jest mniej wspaniała niż ten płatek, który nie tylko cieszy oczy kolorem, lecz raduje przez dotknięcie go, z powodu swej delikatności i zapachu. Popatrzcie jeszcze na tę i na tę, i na tamtą różę. Pierwsza jest krwią, która spłynęła z serca, druga – śniegiem, który właśnie spadł; trzecia jest jasnym złotem; ostatnia wydaje się słodką buzią dziecka, które uśmiecha się na Moich kolanach. Pierwsza jest wyprostowana na wielkiej łodydze prawie bez kolców, z różowawymi listkami, jakby ją pokropiono krwią. Druga ma kilka kolców, listki matowe i blade na całej łodydze. Trzecia – jest giętka jak trzcina. Ma małe błyszczące listki, jakby z zielonego wosku. Ostatnia wydaje się zapobiegać wszelkim usiłowaniom pochwycenia jej różowej korony, tak jest usiana kolcami. Podobna jest do bardzo ostrego pilnika. Zastanówcie się teraz: Kto to wszystko uczynił? Jak? Kiedy? Gdzie? Czym było to miejsce w nocy czasów? Niczym.

[Potem] było poruszającymi się bezkształtnymi cząsteczkami. Jedyny, Bóg, powiedział: “Chcę” – i cząstki zaczęły się rozłączać, i łączyć ponownie, rodzinami. Drugie: “Chcę” zabrzmiało, a elementy zaczęły się porządkować: jedne w drugich – woda pośrodku ziemi; jedne ponad drugimi – powietrze i światłość ponad zorganizowaną planetą. Jeszcze jedno “chcę”, a pojawiły się rośliny, potem gwiazdy, potem zwierzęta, a potem człowiek. Dla sprawienia mu radości, Bóg podarował Swemu wybrańcowi jakby wspaniałe zabawki: kwiaty, gwiazdy, a jako ostatni dar dał mu radość rodzenia nie tego, co umiera, lecz tego, co żyje [nawet] po śmierci – dzięki darowi Bożemu, jakim jest dusza. Podobnie te róże też są [czymś] chcianym przez Ojca. Jego nieogarniona moc ujawnia się w nieskończoności form piękna.

Trudno Mi mówić, bo trafiam na niewzruszony brąz waszych wierzeń. Mam jednak nadzieję, że – jak na pierwsze spotkanie – to już się trochę porozumieliśmy. Niech wasze dusze rozmyślają nad tym, co powiedziałem. Czy macie pytania? Zadajcie je. Jestem tu, ażeby na nie odpowiedzieć. Niewiedza nie jest rzeczą wstydliwą. Wstydliwe jest pozostawanie w nieświadomości, gdy jest ktoś w pełni gotowy do wyjaśnienia wątpliwości.»

Jezus – jakby był najbardziej doświadczonym ojcem – wychodzi z altany, podtrzymując dziewczynkę, która wykonuje pierwsze kroki i chce iść do strumienia, falującego w słońcu. Kobiety zostają i rozmawiają. Joanna walczy z dwoma pragnieniami. Staje na progu altany...

Wreszcie Lidia decyduje się, a za nią inne, i idzie ku Jezusowi. On śmieje się, bo dziewczynka chce pochwycić tęczę, jaką odbicie słońca wywołuje na wodzie, a chwyta tylko światło. Obstaje jednak przy tym, nalega, piszcząc różowymi usteczkami jak pisklę.

«Nauczycielu... Nie zrozumiałam, dlaczego powiedziałeś, że nasi nauczyciele nie mogą dobrze się prowadzić, bo są ateistami. Wierzą [co prawda] w Olimp, jednak wierzą...»

«Posiadają już tylko zewnętrzne pozory wiary. Dopóki jako prawdziwi mędrcy rzeczywiście wierzyli w Nieznanego, o którym wam mówiłem, w tego Boga, który zaspokajał ich dusze, nawet jeśli nie miał Imienia, nawet jeśli tego nie chcieli, dopóki zwracali myśli ku Bytowi, o wiele wyższemu, o wiele wyższemu od biednych bogów, pełnych tego co ludzkie i ułomności natury ludzkiej, których dało im pogaństwo, dopóty musieli odzwierciedlać nieco Boga. Dusza jest zwierciadłem odbijającym światło i przekazującym echo słów.»

«Czyich, Nauczycielu?»

«Bożych.»

«To wielkie słowa!»

«To wielka prawda.»

Waleria, którą nurtuje myśl o nieśmiertelności, pyta:

«Nauczycielu, wyjaśnij mi, gdzie znajduje się dusza mego dziecka. Będę całować to miejsce jak sanktuarium i będę je czcić, bo jest ono cząstką Boga.»

«Dusza! Jest jak światło, które chce pochwycić twoja Faustynka i nie może, bo jest ono bezcielesne. A jednak istnieje. Ja, ty, twoje przyjaciółki widzimy je. Dusza jest widoczna także we wszystkim, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Kiedy twoja mała wypowie ci swe pierwsze myśli, wiedz, że ta inteligencja to jej ujawniająca się dusza. Kiedy będzie cię kochać nie instynktownie, lecz rozumnie, pomyśl, że ta miłość to jej dusza. Kiedy będzie wzrastać przy tobie, piękna nie tylko w ciele, lecz w swoich cnotach, uświadom sobie, że to piękno to jej dusza. I nie adoruj duszy, lecz Boga, który ją stworzył; Boga, który chce uczynić sobie tron z każdej dobrej duszy.»

«Gdzież jest ta rzecz bezcielesna i wzniosła? W sercu? W mózgu?»

«Znajduje się we wszystkim, czym jest człowiek. Ona was zawiera i w was się zawiera. Kiedy was opuszcza, stajecie się trupami. Gdy zabija ją zbrodnia, jaką człowiek popełnia przeciw sobie samemu, jesteście potępieni, odłączeni na zawsze od Boga.»

«Przyjmujesz więc, że filozof, który określił nas jako “nieśmiertelnych”, miał rację, choć był poganinem?» – pyta Plautyna.

«Nie [tylko] przyjmuję, lecz czynię więcej: mówię, że jest to prawda wiary. Nieśmiertelność duszy – to znaczy nieśmiertelność najwyższej części człowieka – jest tajemnicą wiary najpewniejszą i najbardziej pocieszającą. To jest to, co daje nam pewność naszego pochodzenia, naszego celu, tego, czym jesteśmy, i pozbawia nas goryczy wszelkiego rozdzielenia.»

Plautyna zamyśla się głęboko. Jezus obserwuje ją i milknie.

Wreszcie Rzymianka pyta:

«A Ty posiadasz duszę?»

«Oczywiście» – odpowiada Jezus.

«Jesteś więc czy nie jesteś Bogiem?»

«Jestem Bogiem. Powiedziałem ci. Jednak teraz przyjąłem naturę ludzką. A wiesz, dlaczego? Bo jedynie przez tę ofiarę mogłem rozwikłać trudności, przekraczające wasze zrozumienie, i po pokonaniu błędu, uwalniając umysł, mogłem uwolnić także duszę z niewolnictwa, którego teraz jeszcze nie mogę ci wyjaśnić. To dlatego zamknąłem Mądrość w ciele, Świętość w ciele... Rozsiewam Mądrość jak ziarno na ziemi, jak pyłki na wietrze. Świętość – jak z drogocennej, rozbitej amfory – wyleje się na świat w godzinie Łaski i uświęci ludzi. Wtedy Nieznany Bóg będzie znany.»

«Jednak Ty jesteś już znany. Ten, kto wątpi w Twą moc i mądrość, jest zły lub kłamie.»

«Jestem znany, jednak to dopiero świt. Południe rozświetli poznawanie Mnie.»

«Co będzie Twoim południem? Tryumf? Ujrzę go?»

«Zaprawdę, to będzie tryumf i ujrzysz go. To bowiem, co znasz, wywołuje w tobie mdłości, a pragniesz tego, czego nie znasz. Twoja dusza jest głodna.»

«To prawda! Łaknę prawdy.»

«Ja jestem Prawdą.»

«Daj więc Siebie mnie, tak zagłodzonej.»

«Musisz jedynie przyjść do Mojego stołu. Moje słowo jest chlebem prawdy.»

«A co powiedzą nasi bogowie, jeśli ich opuścimy? Czy się na nas nie zemszczą?» – pyta zalękniona Lidia.

«Niewiasto, czy widziałaś kiedyś mgłę o poranku? Pola znikają, pod ukrywającą je parą. Przychodzi słońce i mgła się rozprasza. Pola ukazują się, piękniejsze. Tak będzie i z waszymi bogami, gdyż są mgłą ubogiej ludzkiej myśli, która nie zna Boga, a musi wierzyć, bo wiara jest stałym i koniecznym stanem człowieka. Stworzyła więc sobie ten Olimp – całkowicie wymyśloną bajkę. I tak wasi bogowie – przy wschodzie Słońca, Boga Prawdziwego – rozpłyną się w waszych sercach, nie mogąc wam szkodzić, gdyż nie istnieją.»

«Trzeba by Ciebie jeszcze długo słuchać... Stoimy przed czymś zupełnie nieznanym. Wszystko, co mówisz, jest nowe.»

«Czy to cię zraża? Czy nie możesz tego przyjąć?»

Plautyna odpowiada bez wahania:

«Przeciwnie. Jestem bardziej dumna z tej odrobiny – którą teraz znam, a której nie zna Cezar – niż z mojego imienia.»

«Zatem to przetrwa. Zostawiam was w Moim pokoju.»

«Jak to? Nie zostajesz, mój Panie?» – pyta zmartwiona Joanna.

«Nie zostaję. Mam wiele do zrobienia...»

«O! A ja chciałam Ci powiedzieć o mojej trosce!»

Jezus, który ruszył w drogę po pożegnaniu Rzymianek, odwraca się i mówi:

«Odprowadź Mnie do łodzi. Powiesz Mi o tym zmartwieniu.»

Joanna idzie i mówi:

«Chuza chce mnie wysłać na jakiś czas do Jerozolimy i to mnie martwi. Czyni to, bo nie chce, abym była dłużej oddalona teraz, gdy jestem w dobrym zdrowiu...»

«Ty też sama przysparzasz sobie zbędnych trosk! – Jezus [mówiąc to] wchodzi już do łodzi. – Gdybyś pomyślała, że dzięki temu będziesz mogła Mi udzielić gościny i łatwiej podążać za Mną, byłabyś zadowolona i powiedziałabyś: “Dobroć zadbała o to”.»

«O!... To prawda, mój Panie! Nie zastanowiłam się.»

«Idź zatem! Bądź uległa jako dobra małżonka. Posłuszeństwo da ci nagrodę w postaci goszczenia Mnie w najbliższą Paschę i zaszczyt pomagania Mi w ewangelizowaniu twych przyjaciółek. Pokój niech zawsze będzie z tobą!»

Łódź odpływa i wszystko się kończy.

Podobne artykuły


77
komentarze: 112 | wyświetlenia: 37625
31
komentarze: 31 | wyświetlenia: 6095
25
komentarze: 19 | wyświetlenia: 6310
25
komentarze: 4 | wyświetlenia: 4777
24
komentarze: 12 | wyświetlenia: 2227
24
komentarze: 76 | wyświetlenia: 5067
71
komentarze: 22 | wyświetlenia: 17730
20
komentarze: 45 | wyświetlenia: 3154
18
komentarze: 16 | wyświetlenia: 2222
17
komentarze: 3 | wyświetlenia: 9220
14
komentarze: 34 | wyświetlenia: 2540
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 4040
32
komentarze: 13 | wyświetlenia: 6033
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska