Login lub e-mail Hasło   

Kreacjonizm - fundamenty

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://creationism.org.pl/artykuly/wprow(...)cjonizm
Wprowadzenie do problematyki sporu ewolucjonizm-kreacjonizm Dwa podstawowe modele Istnieją dwa zasadniczo odmienne, skrajnie przeciwne wyjaśnienia pochodzenia Wszechświata i życ...
Wyświetlenia: 7.392 Zamieszczono 14/09/2006

Wprowadzenie do problematyki sporu ewolucjonizm-kreacjonizm

Dwa podstawowe modele

Istnieją dwa zasadniczo odmienne, skrajnie przeciwne wyjaśnienia pochodzenia Wszechświata i życia we Wszechświecie. Każde z tych wyjaśnień jest światopoglądem czy filozofią, filozofią pochodzenia i przeznaczenia, życia i sensu życia. Jednym z tych światopoglądów jest naturalizm — przekonanie, że Wszechświat jest wewnętrznie zwarty, że wszystkie ciągi przyczynowo-skutkowe nie wykraczają poza Wszechświat. Najbardziej znaną odmianą naturalizmu jest ewolucjonizm. Głosi on, że zarówno sam Wszechświat, jak i wszystko, co w nim znajdujemy, bez względu na jego złożoność, jest wynikiem działania jedynie naturalnych procesów przyrodniczych. Prawa przyrody, czas i przypadek to wszystko, czego ewolucjoniści potrzebują, by wyjaśnić istnienie i funkcjonowanie każdego istniejącego układu. Sądzi się czasami, że ewolucjonizm odnosi się tylko do układów ożywionych. Ale to nieporozumienie. Wybitni ewolucjoniści nie ukrywają, że pojęcie to odnoszą do całego Wszechświata i wszystkiego, co się w nim znajduje.

W ciągu stu lat od czasu powstania darwinizmu pojęcie ewolucji stosowano nie tylko do świata ożywionego, lecz również do nieożywionego. Mówimy więc o ewolucji całego Wszechświata, Układu Słonecznego i Ziemi (...). [1]

Takiego zdania jest największy żyjący dziś ewolucjonista, Ernst Mayr:

Obraz świata dzisiejszego człowieka zdominowany jest przez wiedzę, że Wszechświat, gwiazdy, Ziemia i wszystkie byty ożywione ewoluowały w trakcie długiej historii, która nie została zaprogramowana czy z góry wyznaczona, historii ciągłej, stopniowej zmiany kształtowanej przez bardziej lub mniej kierunkowe procesy przyrodnicze zgodne z prawami fizyki. Ewolucja kosmiczna i ewolucja biologiczna mają wiele wspólnego. [2]

a zgadzali się z nim inni wielcy ewolucjoniści:

Ewolucja obejmuje wszystkie stadia rozwoju Wszechświata: rozwój kosmiczny, biologiczny i ludzki czyli kulturowy. Wysiłki ograniczenia pojęcia ewolucji do biologii są nieuzasadnione. Życie jest wytworem ewolucji przyrody nieorganicznej, a człowiek jest wytworem ewolucji życia. [3]

Według ewolucjonizmu wszystkie organizmy powstały z jakiegoś jednokomórkowego organizmu, który w zamierzchłej przeszłości pojawił się w świecie nieożywionym. Pogląd ten G.A. Kerkut, brytyjski ewolucjonista i fizjolog, nazwał ogólną teorią ewolucji:

(...) teoria, że wszystkie formy życia w świecie pochodzą od jednego źródła, który sam wywodzi się z jakiejś nieorganicznej formy. [4]

Drugim alternatywnym i opozycyjnym wobec pierwszego światopoglądem jest nadnaturalizm. Nadnaturalizm kwestionuje przekonanie, że Wszechświat w jego materialnej znanej postaci jest wszystkim, co istnieje. Najbardziej znaną postacią nadnaturalizmu jest kreacjonizm — pogląd, że sam Wszechświat, jak i pewne układy i struktury wewnątrz niego (ale nie wszystkie ani nawet nie większość!) są rezultatem projektu, celowego i rozmyślnego działania nadnaturalnego (czyli nadprzyrodzonego) Stwórcy, który od czasu do czasu ingeruje bezpośrednio w bieg zdarzeń Wszechświata. Wymienia się co najmniej trzy, a najczęściej znacznie więcej kluczowych z punktu widzenia kreacjonistów momentów w historii Wszechświata: stworzenie świata, stworzenie życia i stworzenie człowieka. Dla kreacjonistów więc Wszechświat nie jest wewnętrznie zwarty, nie wszystko, co w nim istnieje, da się wyjaśnić przez odwołanie się do ciągów przyczyn i skutków mieszczących się w samym Wszechświecie.

Ewolucjonizm i kreacjonizm są dwoma jedynymi możliwymi ujęciami pochodzenia świata, życia i człowieka. Stwierdzają to zarówno ewolucjoniści, [5] jak i kreacjoniści. [6] Jeden z tych dwu filozoficznych modeli musi być prawdziwy. Znaczy to, że albo wszystko można wyjaśnić przy pomocy samych tylko procesów przyrodniczych, albo czegoś tak nie można wyjaśnić. Jeśli wszystko można wyjaśnić, prawdziwy jest ewolucjonizm. Jeśli czegoś nie można wyjaśnić i da się uzasadnić przekonanie, że nigdy nie będzie można tego wyjaśnić w ten sposób, to — mówią kreacjoniści — można odwołać się czynnika nadnaturalnego. Bo przecież jakieś wyjaśnienie musi istnieć.

Mogą istnieć i istnieją rozmaite odmiany modelu ewolucjonistycznego i modelu kreacjonistycznego, ale jako podstawowe istnieją tylko te dwa modele. Najczęściej mówi się o ewolucjonizmie i kreacjonizmie, ale też przeciwstawia się projekt przypadkowi, teizm naturalizmowi i materializmowi itd. Ostatecznie są to tylko różne sposoby wyrażania przekonania, że istnieją tylko dwa podstawowe alternatywne sposoby widzenia świata.

Ewolucjonizm najczęściej (ale nie wyłącznie!) wiąże się z naukowym obrazem świata, kreacjonizm (również nie wyłącznie!) z religijnym. Ze względu na olbrzymi we współczesnym świecie autorytet nauki niektórzy myśliciele religijni starają się znaleźć swoistą "trzecią drogą" — połączyć ewolucjonizm z kreacjonizmem. Najbardziej znanym w Polsce jest arcybiskup Józef Życiński.[7] Aktywni na tym polu byli inni, nieżyjący już księża profesorowie, Kazimierz Kłósak, Szczepan Ślaga i Kazimierz Kloskowski. Ale — podobnie jak jest z "trzecią drogą" w polityce — takie stanowisko zamiast spodziewanego łączenia zalet obu stanowisk, łączy ich wady i stwarza nowe, których nie było.

 

Starożytne i religijne pochodzenie ewolucjonizmu i kreacjonizmu

 

Istnieją tylko dwa podstawowe modele pochodzenia Wszechświata i istniejących w nim złożonych układów (np. organizmów żywych): ewolucjonizm i kreacjonizm. Ewolucjonizm najczęściej wiąże się z osiągnięciami nauki, kreacjonizm — ze światopoglądem religijnym. Jednak zapomina się, że istnieją religie zarówno ewolucjonistyczne, jak i kreacjonistyczne. Kosmogonie buddyjskie, hinduistyczne, taoistyczne, konfucjańskie itd. mają charakter ewolucyjny. A kosmogonie ortodoksyjnych żydów, muzułmanów i chrześcijan mają charakter kreacjonistyczny. Religia nie musi więc prowadzić do kreacjonizmu. A ewolucjonizm nie musi się wiązać z tzw. naukowym obrazem świata. Co więcej, mitem jest, że kreacjonizm jest dawną formą rozumienia świata, a ewolucjonizm — czymś świeżym, związanym z niedawnym postępem nauk.

Pisze o tym H. Graham Cannon w pierwszym rozdziale The Evolution of Living Things [1] Idea ewolucjonizmu towarzyszy człowiekowi od najwcześniejszych dni cywilizacji, a nawet wcześniej. Z tego, co wiadomo o naturze człowieka — pisze prof. Cannon - wynika, że od samego początku człowiek spekulował na temat pochodzenia rzeczy, nie tylko samego siebie, ale wszystkich rzeczy wokół niego. Około roku 4 000 p.n.e. istniały dwa dobrze ugruntowane centra cywilizacyjne z rozwiniętymi charakterystycznymi kulturami, z których wywodzą się omawiane przeze mnie dwie podstawowe wizje świata. Oba centra cywilizacyjne znajdowały się w dolinach wielkich rzek i oba związane były ze społeczeństwami osiadłymi w miastach. Jedno znajdowało się w dolinie Nilu w kraju znanym jako Egipt, a drugie - na obszarze, przez który płynie Eufrat i Tygrys, na obszarze Mezopotamii.

Oba te rejony różniły się znacznie geograficznie. W Egipcie klimat był w zasadzie stały, kontrolowany przez jednakowy przybór i opadanie wód Nilu. Ponadto Egipt był chroniony naturalnymi barierami od wrogów. Na zachodzie była pustynia, na północy i wschodzie — morze. Na południu znajdowały się wyżyny, gdzie nie było cywilizowanego człowieka. Tak więc Egipt we wczesnych stuleciach istniał we względnym spokoju.

Ale ludzie w Mezopotamii żyli w stałym zagrożeniu katastrof i ciągłych inwazji ze wszystkich stron świata. Była to kraina daleka od spokojnej. Jej kultura została ostatecznie zniszczona przez jakąś większą katastrofę i znikła pod piaskami; podczas gdy w Egipcie dawna cywilizacja faraonów ewoluowała nieprzerwanie aż do dnia dzisiejszego.

Nic dziwnego — pisze Cannon — że w tak różnych dwu klimatach powstały odmienne filozofie życia. W Mezopotamii pojawiła się tendencja, by wierzyć w to, co dzisiaj nazywamy katastrofizmem — myśl, że świat był od czasu do czasu niszczony przez jakąś straszliwą katastrofę i ponownie zaludniany dzięki interwencji jakiejś dobroczynnej mocy. Oczywiście, należy pamiętać, że dla prymitywnego człowieka, który żył w dolinie Eufratu, cały jego świat był mikrokosmosem. Jego świat rzadko kiedy rozciągał się dalej niż to, co mógł zobaczyć z murów miasta, w którym mieszkał. Dlatego łatwo mu było wyobrazić sobie całkowite zniszczenie przez jakieś potężne trzęsienie ziemi lub potop. Wydaje się pewne, że mieszkańcy wczesnej Mezopotamii mocno wierzyli w przynajmniej jedno unicestwienie — biblijny zapis o Potopie Noego bez wątpienia odnosi się do takiej katastrofy. Nie jest pewne, czy wierzyli oni w inne tego typu katastrofy.

Ale w Egipcie, chociaż jego religia nauczała, że świat pojawił wskutek aktywności stwórczej więcej niż jednego boga, w warunkach regularnego dorocznego wzrostu poziomu wód Nilu i jego opadania mogła pojawić się bardziej pokojowa idea niż w Mezopotamii — idea ciągłości pochodzenia wszystkich rzeczy. Egipcjanin widział każdego roku stały związek między porami roku i pracą na roli, musiał więc zacząć myśleć, że on sam i wszystko wokół niego pojawiło się w bardziej jednostajny i regularny sposób.

Około 500 lat przed Chrystusem Grek o imieniu Pitagoras spędził około 20 lat w Egipcie, a wracając do ojczyzny przywiózł ze sobą ideę ciągłości czy uniformitaryzmu, jak dzisiaj się nazywa ten pomysł wczesnych Egipcjan. A mniej więcej półtora wieku później inny wielki filozof grecki, Arystoteles, włączył ten pomysł do swojej filozofii i potraktował na swój sposób. Z niewyrafinowanych idei Pitagorasa utworzył koncepcję, która dzisiaj jest znana jako ewolucjonizm. Inni greccy filozofowie również zabawiali się pomysłem ewolucji, ale dopiero Arystoteles nadał jej taki kształt, który przetrwał do dzisiaj. Uważał on, że w przyrodzie powstaje ciąg form od najprostszej do bardziej złożonych i doskonałych. A to jest dzisiejsze rozumienie ewolucji przeciwstawione katastrofizmowi.

Okazuje się więc, że już w starożytności istniały dwie diametralnie przeciwne wizje pochodzenia rzeczy: nagłego, która powstała w Mezopotamii, i stopniowego oraz ciągłego, która powstała w Egipcie, znajdując swój pełniejszy wyraz w starożytnej myśli greckiej.

Kilkaset lat przed Chrystusem wydarzył się epizod, który sam w sobie wydaje się niewarty większej uwagi, ale który faktycznie wywarł głęboki wpływ na późniejsze intelektualne losy świata. Nabuchodonozor podbił Królestwo Judy, a jego mieszkańców wywiózł do Babilonu w Mezopotamii. Tu przebywali w niewoli przez dwa pokolenia, ale nie była to ciężka niewola. Dla Żydów był to okres konsolidacji i duchowego rozwoju. Powiada się, że Żydzi udali się do Babilonu jako barbarzyńcy, a wrócili jako ludzie cywilizowani. Pewne jest, że wrócili do Jerozolimy z pierwszymi pięcioma księgami Starego Testamentu — Pentateuchem. W niewoli odkryli w pełni znaczenie Tory. Była to tak duża zmiana, że niektórzy uczeni pochopnie twierdzą, iż tzw. księgi Mojżeszowe powstały dopiero w Babilonie i ich autorem nie był Mojżesz. (Jezus jednak nie miał wątpliwości, że to Mojżesz jest autorem tych ksiąg.) Bez względu na to, jak było, pierwsza z tych ksiąg, Księga Rodzaju, zawiera historię pochodzenia "różnych rodzajów dzikich zwierząt, bydła i wszelkich płazów ziemnych" (Rodz. 1:25). Jest tam cała historia stworzenia, a także opis Potopu Noego.

Istotną cechą obu tych opowieści jest katastrofizm. Ale czy można uważać to za niespodziankę? Okres niewoli w Babilonie był okresem wielkiej aktywności intelektualnej. Niektórzy uważają, że katastrofizm opowieści o stworzeniu musiał być zapożyczony ze źródeł babilońskich. Inni jednak uważają, że to Babilończycy zapożyczyli i przy okazji zniekształcili czyste przesłanie o stworzeniu i Potopie zawarte w Biblii.

Nie chcę teraz rozstrzygać tego sporu. W tej chwili chodzi mi o coś innego: że tak ewolucjonizm, jak i kreacjonizm mają starożytne i religijne pochodzenie. To nieprawda, że ewolucjonizm jest bardziej współczesny i bardziej naukowy — tak go tylko przedstawiają propagandyści ewolucyjni. Nie musi więc automatycznie górować nad kreacjonistyczną wizją pochodzenia Wszechświata, życia i człowieka. O tym, która z tych wizji jest lepsza, powinna decydować wyłącznie moc argumentów.

 

Ewolucja biologów, a ewolucja teistycznych ewolucjonistów

Powszechnie pod wpływem propagandy ewolucyjnej sądzi się, że kreacjonizm to przeżytek dawnych wieków, to sposób widzenia, jak powstał świat. z czasów, gdy nie było nauki, gdy religia była głównym źródłem myślowego panowania nad światem. Ewolucjonizm zaś miałby być nowoczesnym, nie wywodzącym się z religii, ale z nauki sposobem rozumienia świata. To potoczne mniemanie uznali za oczywiste autorzy Podstaw ewolucjonizmu, Jacek Balerstet i Karol Sabath. Książka, o czym informuje podtytuł, ma być pomocą dla uczniów liceów, kandydatów na akademie medyczne i uniwersytety. Autorzy snują w niej takie, wyssane całkowicie z palca, dywagacje:

Przez prawie całe dzieje człowieka obraz postrzeganego świata wypływał z mistyczno-religijnego sposobu interpretacji rzeczywistości. Nic dziwnego zatem, że we wszystkich kręgach kulturowych pierwotnym poglądem na powstanie i rozwój życia był kreacjonizm. [1]

Czy autorzy badali te "wszystkie kręgi kulturowe"? Nie. Oni tę tezę wyprowadzili z własnej głowy. No, bo wiadomo, że kiedyś nauki nie było, a była religia. A co to jest religia, to oni wiedzą, bo chodzili kiedyś (a może i nadal chodzą) do kościoła, a w młodości na lekcje religii. A z "wiedzą" wyniesioną z lekcji religii, łatwo już powiedzieć, że we wszystkich kręgach kulturowych panował kreacjonizm.

Jak pisałem w ostatnim odcinku - jest to całkowita nieprawda. Nie wszystkie religie mają charakter kreacjonistyczny, tylko te, które dziś nazywamy Abrahamowymi (tj. judaizm, chrześcijaństwo i islam). Religie Wschodu, równie stare, a niektóre nawet starsze, miały i mają charakter ewolucyjny. Co więcej, na Bliskim Wschodzie, gdzie ukształtowała się religia Abrahama i jego następców, istniały obie te formy - ewolucjonizm w Egipcie i kreacjonizm (katastrofizm) w Mezopotamii. Nie jest prawda, że ewolucjonizm wywodzi się z nauki, a kreacjonizm z religii. Oba te światopoglądy wywodzą się z religii.

Nie jest też prawdą, że ewolucjonizm powstał niedawno, w czasach nowożytnych, a kreacjonizm jest zamierzchłym sposobem rozumienia świata. Oba te sposoby rozumienia świata mają starożytne, antyczne pochodzenie. Jacek Balerstet i Karol Sabath uczą bajek kandydatów na akademie medyczne i uniwersytety.

Mit współczesnego i naukowego pochodzenia ewolucjonizmu szczególnie gorliwie propagują tzw. teistyczni ewolucjoniści. Pisałem w pierwszym odcinku, że istnieją tylko dwie podstawowe (choć w różnych odmianach) wizje pochodzenia rzeczywistości: kreacjonizm i ewolucjonizm. Od półtora wieku istnieje jednak pokaźna grupa myślicieli, zdecydowaną większość z nich stanowią duchowni rozmaitych wyznań, głównie katolickiego, choć nie tylko, którzy starają się znaleźć "trzecią drogę", coś pośredniego między ewolucjonizmem a kreacjonizmem. Niektórzy z nich używają nawet terminu "kreacjonizm ewolucyjny" (por. tytuł książek katolickich autorów, polskiego: Józef Marceli Dołęga, Kreacjonizm i ewolucjonizm. Ewolucyjny model kreacjonizmu a problem hominizacji, Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1988, oraz francuskich: Christian Montenat, Luc Plateaux, Pascal Roux, Odkrywanie stworzenia w ewolucji, "W Drodze", Poznań 1993).

Oczywiście, jak ktoś chce, może mówić o kreacjonizmie ewolucyjnym. Każdy ma prawo używać słów w dowolnym znaczeniu. Problem w tym, że słowa takie jak "kreacjonizm" i "ewolucjonizm" funkcjonują od dawna i mają już ugruntowane znaczenia. Wydano setki, jeśli nie tysiące książek i dziesiątki tysięcy mniejszych publikacji, w których albo z pozycji kreacjonistycznych krytykuje się ewolucjonizm, albo z pozycji ewolucjonistycznych krytykuje się kreacjonizm. W tych tysiącach publikacji przeciwstawia się sobie obie te postawy. Jak więc należy ocenić wprowadzanie terminologii łączącej te przeciwstawne stanowiska, jeśli nie próbą wprowadzenia zamieszania pojęciowego, żeby "łowić ryby w mętnej wodzie"?

Istnieje neutralna, informatywna i nie wprowadzająca nikogo w błąd terminologia. Poglądy zwolenników "trzeciej drogi" to po prostu teistyczny ewolucjonizm. Ewolucjonizm, bo jego zwolennicy opowiadają się za tezą o istnieniu ewolucji (opowiadają się werbalnie - jak zobaczymy, biologowie nie o takim ewolucjonizmie mówią). Teistyczny, bo wierząc w ewolucję, wierzą zarazem w Boga (jakiego Boga, czy chrześcijańskiego, też zobaczymy w jednym z przyszłych odcinków). Teistyczni ewolucjoniści mówią, że wierzą w stworzenia świata przez Boga, ale wierzą też, że ewolucja była metodą stwarzania, jaką Bóg sobie wybrał na początku świata. Na pierwszy rzut, co w takiej koncepcji może być złego? Wygląda, że wszystko jest w porządku. Ale przyjrzyjmy się jej bliżej.

Ewolucjoniści mówią, że nowe formy życia powstają wskutek tego, że potomstwo nieznacznie różni się od swoich rodziców. Zmiany te są przypadkowe, co znaczy, że nie pojawiają się, by spełnić jakiś wymóg, jakąś potrzebę. Wiele, prawdopodobnie większość zmian, jest negatywnych, dużo jest neutralnych, ale od czasu do czasu - mówią ewolucjoniści - jakaś zmiana powoduje, że nowy osobnik ma przewagę nad innymi osobnikami swego gatunku: a to dłużej żyje (bo ma lepsze mięśnie, mocniejsze pazury, silniejsze zęby lub skuteczniejszą barwę ochronną itp.), a to jest bardziej płodny (np. bardziej podoba się samicom). W gruncie rzeczy chodzi o to, by spłodzić więcej potomstwa, a dłuższe życie tylko wtedy z ewolucyjnego punktu widzenia jest coś warte, jeśli prowadzi do płodzenia większej liczby potomstwa. Ale jeśli tak, to jaka jest rola Boga w tym wszystkim? Do czego jest tu Bóg potrzebny? Biologowie odpowiadają: do niczego. Co więcej, teorię ewolucji właśnie po to wymyślono, żeby wreszcie biologowie przestali odwoływać się do Boga.

Darwin sam przyznawał, że jego główny cel miał charakter antyreligijny, dokładniej: antykreacjonistyczny, a cel naukowy (dobór naturalny) był mniej ważny, a przynajmniej Darwin wymieniał go na drugim miejscu:

(...) muszę jednak przyznać, że w pierwszych wydaniach mojego "Powstawania gatunków" prawdopodobnie przeceniłem działanie doboru naturalnego, czyli zasady przeżywania osobników najbardziej przystosowanych. (...) Na moje usprawiedliwienie niech mi wolno będzie wyjaśnić, że chodziło mi o dwa różne cele: po pierwsze, o wykazanie, że gatunki nie zostały stworzone oddzielnie, i po drugie, że dobór naturalny był głównym czynnikiem zmienności, jakkolwiek duże znaczenie miało tu także oddziaływanie dziedzicznych skutków przyzwyczajeń oraz w mniejszym stopniu bezpośrednie oddziaływanie otaczających warunków środowiska. (...) Niejedni z tych, którzy przyjmują zasadę ewolucji, ale odrzucają dobór naturalny, zdają się zapominać, krytykując moje dzieło, iż miałem w nim na widoku dwa wyżej wymienione cele. Jeśli tedy zbłądziłem, to nie dlatego że przypisywałem doborowi naturalnemu ogromne znaczenie, lecz, co jest w zasadzie możliwe, przeceniając jego rolę. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej pomogłem do odrzucenia dogmatu o oddzielnych aktach stworzenia. [2]

Teistyczni ewolucjoniści mówią o ewolucji, za którą kryje się Bóg. Biologowie mówią o ewolucji, w której Bóg jest niepotrzebny. Teistyczni ewolucjoniści nie mówią więc o tej samej ewolucji, o której mówią biologowie. W przyszłym odcinku zobaczymy, że nie mówią też o tym samym Bogu, o którym mówi chrześcijaństwo.

 

Bóg chrześcijan, a Bóg teistycznych ewolucjonistów

Istnieją dwa podstawowe modele rzeczywistości - naturalizm (ewolucjonizm) i nadnaturalizm (kreacjonizm). Według pierwszego istnieje tylko materialna rzeczywistość, a więc w wyjaśnianiu świata nie ma potrzeby odwoływać się do żadnych fikcyjnych istot nadprzyrodzonych. Według drugiego modelu bardzo wiele można wyjaśnić przywołując przyczyny naturalne, ale istnieją w świecie przedmioty, struktury czy procesy, których tak wyjaśnić nie można i których tak nigdy się nie wyjaśni. Chodzi na przykład o powstanie życia, kodu genetycznego, głównych planów budowy ciała organizmów wielokomórkowych, mechanizmów nieredukowalnie złożonych czy świadomości. Jednak za sprawą Darwina i jego następców to ten pierwszy model zdecydowanie dzisiaj panuje w kręgach naukowych.

Naturalizm był główną przesłanką w myśleniu Darwina, a sukces jego teorii mocno poparł słuszność naturalizmu, pokazując że nadnaturalne ujęcie rzekomego projektu świata było powierzchowne. [1]

Nowością, jaką wprowadził Darwin, nie był ewolucjonizm, bo o ewolucjonizmie mówiło się od dawna. W roku urodzin Darwina (1809) ukazała się książka innego ewolucjonisty, Lamarcka, a ewolucjonizmem zajmował się też dziadek Darwina, Erazm. Nowością Karola Darwina nie był ewolucjonizm, ale jego radykalne poglądy filozoficzne: materializm i odrzucenie jakiejkolwiek boskiej interwencji w świecie. To dlatego Darwin przez 20 lat zwlekał z opublikowaniem swoich pomysłów. [2] Darwin uważał, że materia jest wszystkim, co istnieje, a zjawiska duchowe są jej ubocznym produktem. Na podstawie osobistych notatek Darwina, które poznano dopiero po jego śmierci, niedawno zmarły znakomity biolog, Stephen Jay Gould, tak napisał o istocie propozycji Darwina:

Notatki te dowodzą, że Darwin interesował się filozofią i był świadomy jej implikacji. Wiedział, że jego teoria różniła się od innych doktryn ewolucjonistycznych tym przede wszystkim, że przyjmowała bezkompromisowy materializm filozoficzny. Inni ewolucjoniści mówili o siłach witalnych, kierowanej historii, dążeniu organicznym i o istotnej nieredukowalności umysłu - używali pojęć, jakie tradycyjne chrześcijaństwo mogło zaakceptować jako kompromis, gdyż dopuszczały one, by chrześcijański Bóg działał przez ewolucję zamiast przez stworzenie. Darwin mówił jedynie o przypadkowej zmienności i doborze naturalnym. [3]

Gould pisze dalej, że według Darwina umysł nie ma realnego istnienia poza mózgiem, a Bóg nie jest niczym więcej niż złudzeniem. Te poglądy Darwin ukrywał i stały się one znane dopiero wiele lat po jego śmierci. Trudno się dziwić, że wierzący, którzy nie znali jeszcze prawdziwych poglądów Darwina, a byli pod wrażeniem nowej teorii, próbowali godzić ewolucjonizm z chrześcijaństwem.

Znacznie trudniej jednak zrozumieć takie próby dzisiaj. Jaki bowiem mamy rezultat takiego godzenia? Według teistycznych ewolucjonistów ewolucja była sposobem, jakiego Bóg użył przy stwarzaniu. W poprzednim odcinku pisałem, że na pewno nie o takiej ewolucji mówią sami biologowie-ewolucjoniści. Oni mówią jedynie o przypadkowej zmienności i doborze naturalnym, czyli o procesach odbywających się bez żadnej interwencji Boga. Bóg nie jest biologom-ewolucjonistom do niczego potrzebny, a nawet jest tak, że darwinizm po to wymyślono, żeby wreszcie odciąć się od mówienia o Bogu. Teistyczni ewolucjoniści wprowadzają więc w błąd swoich słuchaczy i czytelników sugerując, że mówią o tym samym procesie ewolucyjnym, o którym można przeczytać w publikacjach biologów. Jest jednak jeszcze gorzej, bo teistyczni ewolucjoniści wprowadzają też wszystkich w błąd sugerując, że mówią o tym samym Bogu, o którym mówią wielkie religie, takie jak chrześcijaństwo.

Ponieważ w procesie ewolucyjnym nie ma miejsca na nadnaturalne interwencje, teistyczni ewolucjoniści aktywność Boga umieszczają tylko na samym początku. Mówią, że Bóg stworzył świat, a stwarzając ustanowił w nim takie prawa przyrody i takie warunki początkowe dla tych praw, by świat już bez Jego ingerencji rozwijał się w oczekiwanym kierunku, samodzielnie wyłaniając w końcu istoty rozumne. Teistyczni ewolucjoniści szantażują intelektualnie kreacjonistów mówiąc, że ich Bóg musi być małym Bogiem, skoro świat przezeń stworzony wymaga co jakiś czas "ręcznego" sterowania. Ich Bóg, Bóg teistycznych ewolucjonistów, ma naprawdę być Bogiem wielkim, bo Jego stworzenie nie wymaga żadnych późniejszych poprawek. Patrząc tylko z tego punktu widzenia, mają niewątpliwą rację.

Ale jest jeszcze inny punkt widzenia. Znana jest od dawna koncepcja Boga, którego aktywność istniała tylko na początku, który po stworzeniu świata na miliardy lat "przeszedł na emeryturę". Jest to koncepcja deizmu. A deizm, choć pochodzenie tego słowa jest podobne jak słowa "teizm" (pierwsze pochodzi od łacińskiego deus, drugie - od greckiego theos, oba znaczą tyle, co "bóg"), radykalnie różni się od teizmu. Deizm, pogląd, że "Bóg stworzył świat i sobie poszedł", jest przez wszystkie wyznania chrześcijańskie, katolickie, protestanckie i prawosławne, uznawany za herezję. Deizm po prostu nie jest wyznaniem chrześcijańskim. Ze względu na to, że zdaniem teistycznych ewolucjonistów aktywność Boga istniała tylko na początku czasów, powinno się ich nazywać deistycznymi ewolucjonistami. Ewolucjonizm można połączyć tylko z religią deizmu. A więc Bóg teistycznych ewolucjonistów nie jest Bogiem chrześcijan.

 

Ateizm Darwina

W dwu ostatnich tekstach z tego cyklu pisałem, że teistyczni ewolucjoniści nie mówią o tej samej ewolucji, o której mówią biologowie ewolucyjni. Nie mówią też o tym samym Bogu, o którym mówią chrześcijanie. Za wszelką jednak cenę starają się przekonać swoich słuchaczy i czytelników, że Darwin był człowiekiem wierzącym, a więc że przyjęcie ewolucjonizmu nie jest zagrożeniem dla religii.

Sprzyja tej fałszywej propagandzie fakt, iż sam Darwin ewoluował światopoglądowo od wiary do ateizmu oraz to, że unikając konfliktów nie manifestował otwarcie swojej niewiary.

W jego głównym dziele O powstawaniu gatunków z 1859 roku jest jedno zdanie o Stwórcy. Jest to w ogóle ostatnie zdanie książki. Brzmi ono tak:

Wniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza podlegając ścisłym prawom ciążenia dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu. [1]

Ktoś łatwowierny mógłby pomyśleć, że Darwin wierzył, gdy pisał te słowa, iż życie na Ziemi powstało wskutek "tchnięcia" ze strony Stwórcy (tak mówi Biblia, por. np. Ks. Rodz. 2:7). Dopiero potem włączał się darwinowski dobór naturalny i robił całą resztę. A jednak jest to mylny wniosek. Darwin nie wierzył, że życie jest rezultatem "tchnienia" Stwórcy, bo w ogóle nie wierzył już wtedy w istnienie Stwórcy.

Proszę tylko zwrócić uwagę, co naprawdę napisał w ostatnim zdaniu swojej książki. Uznał on tam jedynie pogląd o stworzeniu za wniosły. Ja swoim dzieciom opowiadałem bajki i baśnie wieczorami. Niektóre z nich mogę też uznać za wzniosłe, ale trudno stąd wnioskować, bym uważał je za prawdziwe.

Na szczęście istnieją zachowane wypowiedzi Darwina, które pozwalają ustalić, jaka była prawda. Świadczą one, iż biblijną opowieść o stworzeniu uważał - być może - za wzniosłą, ale jednocześnie za kompletnie nieprawdziwą:

W ten sposób niewiara ogarnęła mnie w bardzo wolnym tempie, ale w końcu stała się całkowita. Tempo to było tak wolne, że nie czułem żadnego strapienia i nigdy odtąd nie wątpiłem ani przez sekundę, że mój wniosek był poprawny. Trudno mi sobie rzeczywiście wyobrazić, jak ktokolwiek mógłby chcieć, by chrześcijaństwo było prawdziwe; bo jeśli tak, to zwykły język tekstu wydaje się pokazywać, iż ludzie, którzy nie wierzą - a do tych zaliczałbym mojego Ojca, Brata i prawie wszystkich moich najlepszych przyjaciół, będą przez wieki karani. A to jest przeklęta doktryna. [2]

Jak sam pisze, niewiara w końcu stała się całkowita. Ale kiedy? Czy przedtem, zanim napisał swoje główne dzieło, czy później? Odpowiedź znajdziemy w biografii Darwina napisanej przez White'a i Gribbina, wydanej kilka lat temu po polsku:

[po śmierci córki, Annie, w 1851 roku] "wracając wiejskimi drogami do Kent czuł się zdruzgotany, był pogrążony w najgłębszym w swym życiu, porażającym smutku. Tracąc uroczą córeczkę - którą tak bardzo kochał, bo było to dziecko wręcz idealne, miłe i spokojne, które nigdy świadomie nikomu nie zrobiło przykrości, bystre i inteligentne, wesołe i czułe - stracił też wszelkie resztki wiary. Od tej chwili Darwin stał się absolutnym, nieprzejednanym ateistą, jego jedynym bogiem był racjonalizm, jedynym zbawieniem nauka i logika, i temu poświęcił resztę swojego życia. Istnienie jest jedynie nagromadzeniem wydarzeń biologicznych. Życie jest samolubne i okrutne, bezcelowe i nieczułe. Poza biologią nie ma nic. [3]

Swoje główne dzieło wydał 8 lat później, a więc gdy był już absolutnym i nieprzejednanym ateistą. Teistycznym ewolucjonistom jednak bardzo zależy na "ochrzczeniu" Darwina, na przedstawianiu go jako człowieka wierzącego. W ten sposób starają się wmówić ludziom wierzącym, że ewolucjonizm nie wywiera niszczącego wpływu na wiarę człowieka, skoro sam twórca ewolucjonizmu był (rzekomo) wierzący. Niestety, jak widzimy, Darwin w swojej autobiografii przyznał się, że w końcu stał się całkowitym ateistą, choć nie od razu, bo proces utraty wiary trwał jakiś czas. Badania prywatnych zapisków Darwina wykazały, że był ateistą już kilka lat przed opublikowaniem swojej głównej książki o doborze naturalnym.

W Polsce najbardziej zasłużonym człowiekiem w rozpowszechnianiu fałszywej informacji o wierzącym Darwinie jest abp Lublina, Józef Życiński. Przyjrzyjmy się dokładnie, jak manipuluje on swoimi czytelnikami. W książce Ułaskawianie natury tak pisał:

Urzekająca propozycja wypracowania nowej wizji chrześcijańskiego ewolucjonizmu ekscytowała wiele umysłów współczesnych Darwinowi. [Zwróćmy uwagę, że arcybiskupa też ona urzekła - M.P.] Harwardzki botanik, Asa Gray, w niespełna trzy lata po opublikowaniu The Origin pisał do autora dzieła, z którym łączyły go więzy przyjaźni: "Jestem zdecydowany ochrzcić je, co chcąc nie chcąc zapewni mu zbawienie". [4]

Podstawowa książka Darwina została opublikowana w 1859 roku. Asa Gray cytowane słowa napisał 3 lata później, czyli w 1862 roku. Potwierdza to też przypis 49, jakie abp Życiński zamieścił na s. 90 swojej książki. [5] No, dobrze. Asa Gray chce "ochrzcić" dzieło Darwina, czyli nadać mu chrześcijańską wymowę. A co na to sam Darwin? Jasne jest, że jeśli był wierzący, to mu się pomysł Asy Graya spodobał. Jeśli zaś był niewierzący, to mu się ten pomysł nie spodobał.

Żeby dowieść twierdzenia, iż Darwin był wierzący, Życiński musi pokazać, że Darwin odniósł się pozytywnie do zamiaru Asy Graya. I "pokazuje" to, tak pisząc:

Sam Darwin zdawał się sympatyzować z interpretacją Graya, podkreślał bowiem, iż jego przyjaciel stanowiący hybrydę poety, prawnika, przyrodnika i teologa nie wypowiedział nigdy nawet słowa, które "nie wyrażałoby w pełni moich przekonań".

A więc czyżby odniósł się przychylnie do zamiaru Asy Graya? Niestety, nie. [6] Mianowicie słowa Darwina, których abp Życiński użył do wykazania, że Darwin sympatyzował z chrześcijańską interpretacją Graya nadaną teorii ewolucji, zostały wypowiedziane 2 lata WCZEŚNIEJ, zanim jeszcze Asa Gray zdecydował się "ochrzcić" dzieło Darwina. Odnosiły się więc do czegoś zupełnie innego. Darwin chwalił Graya, ale nie za to.

Parę lat temu ukazała się kolejna książka abpa Życińskiego, w której propaguje on ponownie ideę chrześcijańskiego ewolucjonizmu i głosi nieprawdę o wierzącym Darwinie. W książce Bóg i ewolucja [7] cytuje dosłownie te same zdania, jakie wyżej przytoczyłem z jego książki Ułaskawianie natury

Zdania z Ułaskawiania natury są wprawdzie powtórzone dosłownie, ale brakuje teraz obu przypisów do tych cytatów. Właśnie tych przypisów, które podawały daty podjęcia decyzji przez Graya o "ochrzczeniu" darwinizmu i pochwały ze strony Darwina. Teraz czytelnik najnowszej książki Życińskiego nie może przyłapać Życińskiego na kłamstwie, zwątpić w to, że Darwin pozytywnie odniósł się do zamiaru Graya nadania ewolucjonizmowi wymiaru chrześcijańskiego. Skoro przypisy w poprzedniej książce umożliwiały zdemaskowanie kłamstwa, to teraz trzeba było usunąć przypisy, zamaskować kłamstwo.

Podtytuł najnowszej książki Życińskiego mówi o podstawowych pytaniach. Zadajmy takie podstawowe pytanie katolickiemu hierarsze: Czy wolno uczonemu i jednocześnie wysokiej rangi katolickiemu duchownemu manipulować posiadanymi informacjami, aby per fas et nefas uzasadniać kłamliwą tezę?

 

Dwie twierdze

W literaturze kreacjonistycznej popularny jest rysunek dwu twierdz, których załogi wzajemnie się ostrzeliwują z dział. Nad jedną z nich powiewa flaga z napisem HUMANIZM. Nad drugą - flaga z napisem CHRZEŚCIJAŃSTWO. Obie twierdze zbudowane są na skałach. Twierdza humanizmu wzniesiona została na skale EWOLUCJA. Twierdza chrześcijaństwa - na skale STWORZENIE. Załogi obu twierdz wzajemnie się ostrzeliwują, ale każda z nich przyjęła inny cel. Załoga twierdzy CHRZEŚCIJAŃSTWO strzela (i czasami trafia!) w balony wznoszące się nad twierdzą humanizmu. Na balonach tych znajdują się napisy: aborcja, homoseksualizm, eutanazja, pornografia, rozpad rodziny itd. Załoga twierdzy HUMANIZM nie strzela jednak do balonów nad twierdzą chrześcijaństwa, balonów tych nie ma, ale celuje w skałę, na której wzniesiono twierdzę.

Rysunek ten prezentuje istotę współczesnego sporu między materialistyczno-ateistycznym humanizmem a chrześcijaństwem. Twierdza humanizmu za fundament ma ewolucjonizm. Wynika z niego, że sam człowiek określa, co jest prawdziwe i słuszne. W konsekwencji może uznać, że aborcja jest dopuszczalna lub że istnieją różne typy rodziny (mężczyzna z kobietą, mężczyzna z mężczyzną, kobieta z kobietą , mężczyzna z kozą itd.) albo że życie staruszka jest nic nie warte i można go w przyspieszony sposób usunąć z tego świata.

Twierdza chrześcijaństwa z kolei nabudowana jest na absolutnym autorytecie Słowa Bożego. Słowo to określa, co jest moralnie słuszne i dopuszczalne (np. że życie niewinnego człowieka jest święte i jaka jest istota małżeństwa).

Tylko nieliczni humaniści bezpośrednio atakują prawdy wiary. Wiedzą oni, że jest to nieskuteczne. Większość atakuje chrześcijaństwo niszcząc jego fundament - zaufanie do Słowa Bożego. Nauczając ewolucjonizmu - idei powstania życia i wszystkich jego form łącznie z człowiekiem w trwających setki milionów lat procesach przyrodniczych - przekazują w ukryty sposób przesłanie, że Bóg nie miał z tym nic wspólnego, że biblijne opisy powstania świata i człowieka są przestarzałymi religijnymi bajeczkami.

Niestety, wielu chrześcijan, nawet całe kościoły, współpracują w tej sprawie z humanistami, ulegając propagandzie "nauka tak mówi". Kwestionują one autentyczność pierwszych jedenastu rozdziałów Księgi Rodzaju, podważając w ten sposób autorytet Słowa Bożego. O tym, co mówi Biblia, nie decyduje ona sama, ale zewnętrzne autorytety:

[...] ilekroć zaistnieje konflikt pomiędzy dosłowną interpretacją jakiegoś tekstu biblijnego a prawdą dotyczącą przyrody, udowodnioną przy pomocy wiarygodnych argumentów, chrześcijanin powinien poddać tekst biblijny reinterpretacji metaforycznej. [1]

Wyraźnie widać tu podporządkowanie Biblii orzeczeniom nauki. I to pomimo faktu, że nauka nie jest nieomylna, że często zmienia swoje opinie, że nie istnieje jednomyślność uczonych w żadnej podstawowej sprawie. Znika autorytet Biblii. Jeśli twierdzenia Biblii są prawdziwe w takim stopniu, w jakim zgodne są z orzeczeniami nauki, to Biblia przestaje być potrzebna - wystarczy nauka. Teistyczni ewolucjoniści wskazują w tym miejscu, ze nauka nie mówi o wszystkim, że o sprawach zbawienia nie mówi i dlatego podstawowe przesłanie Biblii pozostanie nienaruszone. To z wielu powodów naiwny pogląd. Po pierwsze, jeśli przyznamy nauce większy autorytet, to nigdy nie będziemy pewni, czy nie wkroczy ona pewnego dnia na jakiś nowy teren, czy nie wypowie się w sprawie, która dotąd była domeną religii. I po drugie, nauka już wkroczyła na taki teren, już wypowiada się autorytatywnie o sprawach istotnych dla wiary. Nauka mówi na przykład, że śmierć ssaków jest zdarzeniem nieodwracalnym, albo że kobieta nie może począć i urodzić dziecka płci męskiej bez udziału ojca-mężczyzny. Współczesna nauka, dokładniej: jej część zwana ewolucjonizmem, dostarcza namiastki prawdy, którą dotąd znajdowaliśmy w Piśmie Świętym. Ewolucjonizm mówi, skąd się wziął świat, Ziemia, życie na Ziemi i człowiek. Ewolucjonizm dostarcza niezbędnego dla każdej kultury ostatecznego wyjaśnienia pochodzenia wszystkiego, co widzimy. Tylko że wyjaśnienie to ruguje wyjaśnienie biblijne. Przed Darwinem niemożliwy był pełny i spójny światopogląd ateistyczny. Przeddarwinowski ateizm nie dawał odpowiedzi na podstawowe pytanie: "skąd się to wszystko wzięło?" Jak przyznaje Richard Dawkins, czołowy propagator ateistycznego ewolucjonizmu, dopiero Darwin sprawił, że "ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie". [2] Niektórzy twierdzą, że nauka nie mówi o sprawach zbawienia i dlatego nie stanowi zagrożenia dla religii. Ale jeśli tak, to dlaczego Dawkins znajduje w darwinizmie pociechę dla swego ateizmu?

Chrześcijanie chcą walczyć z takimi chorobami społecznymi jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm, przestępczość. Niestety, w większości przypadków nie zauważają, że walczą jedynie z symptomami czegoś bardziej fundamentalnego, a fundament ten - materialistyczno-ateistyczny ewolucjonizm - z którego choroby te wypływają, pozostawiają bez zmian, a nawet go akceptują! Wraz z akceptacją ewolucjonizmu nastąpiła zmiana podstawowego autorytetu: od autorytetu religijnego (w kulturze Zachodu - autorytetu Biblii) do autorytetu człowieka ustalającego swobodnie, co jest prawdą i dobrem. Bowiem każda kultura musi posiadać jakiś podstawowy autorytet. Jeśli nie jest nim, jak poprzednio, Bóg, to będzie nim decyzja człowieka.

Na tym właśnie polega przejście od chrześcijańskiego światopoglądu do światopoglądu laickiego. Trzeba zrozumieć, że zmiana ta dotyczyła podstaw. Zachodziła nie od góry do dołu, ale od dołu, od fundamentu, do góry. Dlatego nie wystarczy zwalczać same symptomy choroby cywilizacyjnej, ale trzeba sięgnąć do ich źródła. Oczywiście, chrześcijanie powinni nadal sprzeciwiać się aborcji, eutanazji czy homoseksualizmowi, ale jeśli jednocześnie nie będą chcieli usunąć fundamentu świeckiego światopoglądu, jakim jest ewolucjonizm - idea, że wszystko powstało spontanicznie, samorzutnie, w dużym stopniu przypadkowo, bez udziału Boga - to próby te na dłuższą metę muszą zakończyć się klęską.

Nie da się zwalczyć choroby, nie usuwając jej źródła.

Walka o wolność nauczania w szkołach amerykańskich

Od lat trwa spór w Ameryce o to, czy w szkołach publicznych, opłacanych z budżetu państwa, należy nauczać wyłącznie ewolucjonizmu. Opór przeciwko zdominowaniu modelu nauczania przez wyłącznie jedno stanowisko wypływa z tego, o czym pisałem wyżej. Teoria ewolucji w darwinowskim wydaniu głosi, że wszystkie formy życia, w tym człowiek są wynikiem przypadkowo działających zmian w materiale genetycznym (mutacji) i doboru naturalnego. W procesie tym nie ma miejsca dla jakiejkolwiek ingerencji czynnika nadnaturalnego, nadprzyrodzonego. Ale sprzeciw wobec dominacji ewolucjonizmu nie znaczy - o co się często przeciwników ewolucjonizmu oskarża - wyrzucenia teorii ewolucji ze szkół publicznych. Kreacjoniści zgadzali się, by teorię ewolucji pozostawić w programach nauczania. Chcieli jedynie, by uczniom prezentowano także stanowisko przeciwne. O tym, jak bardzo umiarkowane były to żądania, świadczy fakt, iż nie żądano wcale równego czasu nauczania dla ewolucjonizmu i kreacjonizmu. Postulowano tylko tzw. zrównoważone traktowanie (balanced treatment) obu stanowisk.

Czym jest zrównoważone traktowanie? Większość uczonych to ewolucjoniści. Pewne zagadnienia opracowali oni szerzej i dokładniej. Nie ma powodu, by lekceważyć ich osiągnięcia. Należy omawiać osiągnięcia naukowe niezależnie od tego, komu należy je przypisać. Ale i należy przytaczać niepowodzenia, błędy i luki teorii naukowych, jeśli takie istnieją. Trzeba pamiętać, że kreacjonizm nie jest prostą negacją ewolucjonizmu. Nie jest więc tak, że tam, gdzie ewolucjonista mówi A, kreacjonista mówi nie-A. W wielu sprawach ewolucjoniści i kreacjoniści są zgodni. Pełna zgodność istnieje na przykład, jeśli chodzi o tzw. mikroewolucję, czyli zmiany na najniższym poziomie, poniżej poziomu gatunku. Zięby na wyspach Galapagos, badane półtora wieku temu przez Darwina, zmieniają wielkość i grubość dziobów zależnie od zmian klimatycznych. Ćmy w Anglii zmieniają ubarwienie zależnie od wpływu, jaki uprzemysłowienie kraju wywierało na mchy i porosty na pniach drzew (na ciemniejszym tle drapieżne ptaki miały łatwiej zauważać odmiany jaśniejsze tych ciem). Nie ma najmniejszego powodu, by zmiany tego rodzaju, bardzo dobrze udokumentowane empirycznie, [3] kwestionować. I nie jest to wcale poddawanie się ewolucjonistom. O tego typu zmianach kreacjoniści mówili jeszcze przed Darwinem. W 1835 roku, a więc ćwierć wieku przed wydaniem pierwszej i najważniejszej książki Darwina, kreacjonista Edward Blyth omawiał zmiany, zwane dzisiaj mikroewolucyjnymi, i przypisywał je skutkom działania doboru naturalnego (choć nie używał tego określenia). [4] To nie my od nich, ale oni od nas "pożyczyli" ideę doboru naturalnego. To, że odwołują się do niego, nie jest wystarczającym powodem, byśmy mieli się wstydzić naszego własnego wynalazku.

W takich więc sprawach, jaka działanie doboru naturalnego poniżej poziomu gatunków (czego wynikiem jest powstawanie odmian i ras), ewolucjoniści i kreacjoniści się nie różnią i śmiało można w podręcznikach pozostawić to, co ewolucjoniści osiągnęli. Spór między tymi dwiema szkołami dotyczy znacznie większych zmian, powyżej poziomu gatunku, nawet powyżej poziomu rodzaju. Tego typu zmiany ewolucjoniści nazywają makroewolucją. Kreacjoniści kwestionują, by powstawanie nowych planów budowy ciała (np. skrzydeł i przekształceniu się gadów w ptaki) mogło zachodzić za sprawą samych praw przyrody bez ingerencji czynnika nadprzyrodzonego. Ponieważ spór dotyczy tylko tego typu spraw, kreacjoniści postulowali, by o istnieniu odmiennych opinii informować o nich uczniów. Niestety, dotychczasowe próby zakończyły się niepowodzeniem. Początkowo nawet, na niskim szczeblu, podejmowano decyzje o pluralistycznym charakterze. Okręgi szkolne, a nawet całe stany decydowały się na wprowadzanie do podręczników treści kreacjonistycznych. Ale zwolennicy monopolu ewolucjonistycznego odwoływali się do sądów, a te, zdominowane przez liberalnie nastawionych prawników, wydawały werdykty niekorzystne dla kreacjonistów. Pretekstem było zagwarantowanie konstytucyjnego rozdziału kościoła i państwa. Pretekstem, bo twórcy konstytucji USA wprowadzając zasadę rozdziału chcieli w ten sposób chronić kościoły przed ingerencją ze strony państwa, a nie odwrotnie. Wówczas, w drugiej połowie XVII wieku, gdy formułowano konstytucję USA, wpływ kościołów na życie obywateli uważano za cenny wkład do ładu społecznego. Dziś prawnicy amerykańscy odwracają tę intencję, propagując w praktyce postawy indyferentne, jeśli nie wrogie religii. Cenzurowane są treści religijne, natomiast istnieje pełna swobodą dla propagowania treści ateistycznych, bo przecież nie ma konstytucyjnej zasady rozdziału ateizmu i państwa. Dlatego środowiska religijne starają się o uznanie ateizmu za jeszcze jedną religię.

 

U podstaw dyluwiologii

Dyluwiologia a kreacjonizm

 

Nie ma tematu religijnego bardziej wyśmiewanego niż biblijna opowieść o potopie Noego, zapisana w Księdze Rodzaju 6-9. Przeciwko dosłownej naturze potopu wymienia się takie sprawy jak niemożliwość zebrania zwierząt na arkę, rozmiary arki, czas trwania potopu itd. Ataki tego rodzaju przeprowadzają nie tylko niewierzący, co jeszcze można zrozumieć, ale także ci, którzy przedstawiają się jako wierzący w Boga. Większość dzisiejszych biblistów odrzuca dosłowną historyczność opowieści z Księgi Rodzaju przed rozdziałem 12. Pierwsze 11 rozdziałów tej księgi uważają oni za wypełnione parabolami, symbolami i starożytną poezją.

Historia potopu opowiedziana w Biblii zajmuje w niej jednak poczesne miejsce. Biblia poświęca mu nawet więcej miejsca niż samemu stworzeniu świata. Cztery z pierwszych jedenastu rozdziałów Księgi Rodzaju opisują wielki potop za dni Noego. Z kart Biblii wyłania się obraz tej katastrofy wodnej jako największego fizycznego wydarzenia w historii Ziemi. Nic porównywalnego z potopem nie wydarzyło się do tej pory, ani nie wydarzy się aż do ostatecznego zniszczenia świata w ogniu (II Piotra 3). Potop oznacza koniec piękna stworzonego przez Boga jako doskonałego miejsca dla człowieka. Oznacza też początek nowego świata, odznaczającego się tylko bladą kopią pierwotnej chwały. W całej zapisanej historii Ziemi potop, może za wyjątkiem Upadku, wywarł największy wpływ na wygląd i warunki, jakie panują na Ziemi. Jeśli potop Noego rzeczywiście miał miejsce, to roli tej olbrzymiej katastrofy nie może pomijać żaden biolog, geolog czy badacz historii Ziemi.

O potopie Noego nie mówią jedynie pierwsze rozdziału Biblii. Liczne wzmianki o nim znajdujemy w wielu księgach Starego Testamentu. Nie można zapominać, że także Jezus i autorzy Nowego Testamentu czynili uwagi na temat dziejów Noego i potopu jako rzeczywistych, niefikcyjnych wydarzeń (Mat. 24:36-39; 1 Piotra 3:18-22; Hebr. 11:7; 2 Piotra 3:5-7). Przez całe wieki uczeni i teologowie przypisywali wiele cech Ziemi wpływowi wielkiego potopu Noego i uznawali nauczanie Biblii na temat stworzenia i potopu. Czasy te jednak już minęły. Dzisiaj podręczniki i monografie naukowe poświęcają wiele stron wpływowi wody i lodowców w kształtowaniu powierzchni Ziemi, ale nie wspominają nic o potopie, najwyżej mówią o nim jako o historii biblijnej, nie zaś jako o historycznym fakcie.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest fundamentalna niezgodność geologii ewolucyjnej i Słowa Bożego. Dla dzieci wychowanych w rodzinach chrześcijańskich kontakt ze świeckim nauczaniem musi być pewnego rodzaju szokiem. Odkrywają oni ze zdumieniem, że nauczyciele i autorzy podręczników nie wierzą w to, o czym uczy Biblia. Proces świeckiej edukacji przypomina stopniowe wyjmowanie kolejnych cegieł z duchowej budowli wzniesionej w pierwszych latach chrześcijańskiego życia. Napór autorytetu nauczycielskiego i powszechnie akceptowanej nauki jest niezwykle silny. Nic więc dziwnego, że dzieci pochodzące z rodzin chrześcijańskich często po edukacji szkolnej tracą wiarę. Dlatego tak ważne jest, by badać zagadnienia znajdujące się na styku nauka-religia, w tym zagadnienie potopu Noego.

Sam potop nie jest zagadnieniem ściśle kreacjonistycznym. Ale jest z kreacjonizmem powiązany niezwykle silnie. Przede wszystkim, alternatywny wobec kreacjonizmu model ewolucjonistyczny zdecydowanie odrzuca autentyczność potopu Noego. W tym sensie dyluwiologia (nauka o Potopie) jest sojuszniczką kreacjonizmu: mamy wspólnego wroga. Poza tym ewolucjoniści formułują cały szereg argumentów antykreacjonistycznych opartych na idei starej Ziemi. Warstwy geologiczne do swego powstania wymagają, ich zdaniem, dziesiątków i setek milionów lat. W sukurs kreacjonistom wiernym Słowu Bożemu, kreacjonistom młodej Ziemi, idą właśnie zwolennicy historyczności potopu Noego. Tak wielka katastrofa wodna, potop o zasięgu globalnym, musiał wywołać wielkie zmiany w strukturze geologicznej powierzchni Ziemi. Tzw. geologia potopu, mówiąca o kształtowaniu się warstw geologicznych w trakcie potopu, pozwala zneutralizować bardzo ważne argumenty antykreacjonistyczne. Dyluwiologia jest więc bardzo mocno i bezpośrednio powiązana z kreacjonizmem.

Szczegółowe badania biblijnego ujęcia potopu dowodzą, że jeśli potraktujemy je jako prawdziwe, dosłowne i historyczne ujęcie, dostarczy nam ono najbardziej rozsądnego wyjaśnienia wielu problemów, jakie pojawiają się, gdy chodzi o wiarygodność Biblii.


Potop a natchnienie biblijne

Podstawowym źródłem wiedzy o potopie Noego jest zapis biblijny. A jeśli tak, to kluczową sprawą staje się stosunek do tekstu biblijnego. Coraz częściej spotykamy chrześcijan, którzy pod naporem światowych ideologii rezygnują z idei, że cała Biblia jest natchnionym Słowem Bożym. Uważają oni zamiast tego, że w Biblii znajduje się objawienie, ale to, które części Biblii należy traktować poważnie, a które są nieistotnym kulturowym i historycznym balastem, zależy od ustaleń nauki bądź innych zewnętrznych względem Biblii autorytetów. Ponieważ w nauce dominuje ewolucjonizm i koncepcja starej Ziemi, uważają oni pierwsze 11 rozdziałów Księgi Rodzaju za zbiór mitów i legend.

Chrześcijanie tradycyjnie wierzyli jednak w słowne i pełne natchnienie całej Biblii. Choć głównym celem Biblii jest Boże objawienie, które ma na celu zbawienie człowieka, podawane w niej fakty historyczne objęte są także natchnieniem Bożym. Fakty historyczne, takie jak stworzenie czy Potop, choć nie należą do centralnych zagadnień biblijnych, są nierozerwalnie z nimi związane. Na przykład idea „drugiego Adama” nie ma sensu, jeśli pierwszy Adam jest tylko mitem.

Na temat natchnienia ksiąg biblijnych niezwykle trafnie pisał znany teolog protestancki, Benjamin B. Warfield:

Kościół od samego początku utrzymywał, że Biblia jest Słowem Bożym w tym sensie, że jej słowa, choć zapisane przez ludzi i noszące ślady pochodzenia od ludzi, zostały jednak zapisane pod takim wpływem Ducha Świętego, że są słowami Boga i precyzyjnie wyrażają Jego postawę i wolę. Zawsze też uważano, że ta koncepcja współautorstwa zakłada, iż nadzór ze strony Ducha Świętego rozciąga się tak daleko, że dotyczy nawet wyboru słów przez ludzkich autorów (jest to natchnienie werbalne) oraz zabezpiecza powstały utwór od wszystkiego, co jest niezgodne z autorstwem Bożym. [...] w ten sposób wszystko, co Pismo zakłada i stwierdza, jest prawdziwe i wolne od błędu (nieomylne). [1]


Elementy nadprzyrodzone

Bóg sprawował pełną kontrolę, jak wynika z tekstu biblijnego, od doprowadzenia zwierząt do Noego (Ks. Rodz. 6:19-20) do zamknięcia drzwi arki (Ks. Rodz. 7:16). Potop to nadprzyrodzony ciąg zdarzeń od początku do końca. John Whitcomb w klasycznym dziele The World That Perished wymienił przynajmniej sześć dziedzin, w których czynnik nadprzyrodzony interweniował w czasie Potopu z Księgi Rodzaju:

  1. Boży projekt arki
  2. zgromadzenie i troska o zwierzęta
  3. wystąpienie wód spod powierzchni ziemi
  4. opadnięcie wód z wysoka
  5. ukształtowanie się obecnych basenów oceanicznych
  6. powstanie obecnych kontynentów i pasm górskich. [2]

Ale nie można wykluczyć, że interwencji tego rodzaju było więcej. Z pewnością nie da się czysto naturalnymi procesami wyjaśnić wszystkich aspektów Potopu. Nie znaczy to jednak, że Potop to nieprzerwane pasmo cudów, jak twierdzą niechętni wobec dosłownego rozumienia Potopu Noego. [3] Oprócz konkretnych cudów wspomnianych w Piśmie Świętym i takich, o których tam nie wspomniano, potrzebnych do rozpoczęcia, trwania i zakończenia tego okresu, Potop realizował swoje dzieło zniszczenia przy pomocy czysto przyrodniczych i naturalnych procesów. [4] Procesy te można badać, przynajmniej do pewnego stopnia, w laboratoriach i przy pomocy symulacji komputerowych. Przydatne są również spostrzeżenia powodzi, jakie każdego roku zdarzają się w różnych rejonach globu ziemskiego.

Zjawiska nadprzyrodzone współdziałały z naturalnymi w Potopie z Księgi Rodzaju.


Źródło: Duch Czasów 2005, nr 4, s. 15-16.

Podobne artykuły


103
komentarze: 232 | wyświetlenia: 48910
90
komentarze: 98 | wyświetlenia: 64908
65
komentarze: 127 | wyświetlenia: 27998
48
komentarze: 41 | wyświetlenia: 6297
37
komentarze: 32 | wyświetlenia: 11943
35
komentarze: 17 | wyświetlenia: 19278
25
komentarze: 39 | wyświetlenia: 10583
21
komentarze: 11 | wyświetlenia: 4431
21
komentarze: 30 | wyświetlenia: 7253
19
komentarze: 9 | wyświetlenia: 15243
19
komentarze: 8 | wyświetlenia: 67118
 
Autor
Dodał do zasobów: tor
Artykuł
Dodatkowe informacje



  gen4,  04/02/2007

Hm, brzmi to jak kolejny pseudonaukowy bełkot. Kreacjonizm nie jest i nie będzie nigdy naukową teoria ponieważ nie da się jego udowodnić. Dlatego nie może być nauczany w szkole na lekcjach biologi, a najwyżej na religii. Próba stawiania kreacjonizmu na równi z dobrze udowodnionym, spójnym i popartym olbrzymią ilością dowodów ewolucjonizmem jest co najmniej śmieszne.

Dosadnie i prawdziwie skomentowany artykuł.
Proponuję wszystkim przeczytać książkę Richarda Dawkinsa "Bóg urojony".

A skoro jakiś pomysł pretenduje do miana naukowej hipotezy czy teorii, jak np. kreacjonizm, to trzeba metodologicznie przedsawić dowody na jego poparcie. Kreacjonizm zakłada istnienie boga/bogów, w co trzeba wierzyć, bo udowodnić czegoś ponadnaturalnego z samej definic

...  wyświetl więcej

  okiem  (www),  12/11/2007

Kapitalny, rzeczowy artykuł. Wypowiedź typu "kreacjonizmu nie da się udowodnić" lub "kreacjonizm jest nienaukowy" świadczy o dwóch rzeczach: 1) autor takiej wypowiedzi nie przeczytał artykułu, 2) autor wypowiedzi ma za ciasny rozum żeby zrozumieć dużo szerszy kontekst problemu. Kreacjonizm jest efektem światopoglądu jednego ducha, ewolucjonizm światopoglądu materii. Kwestia czy było kiedyś "creati ...  wyświetl więcej

Nie rozumiem co ma do poprawności myśli ewolucjonistycznej to kiedy została wymyślona. Ludzie od zamierzchłych czasów wyczuwali, że w kreacjoniźmie coś śmierdzi. Lamarck był blisko zrozumienia podstaw ewolucji, ale popęłnił kilka błedów, o których nie będę tu pisał, bo ktoś kto jest w temacie to o nich wie. Darwin nie wymyślił wszystkiego od początku do końca i nie wiem czy pisząc o starożytnych p ...  wyświetl więcej

  Darwolf  (www),  10/11/2008

W jednym autor ma rację: ewolucjonizm i religia (zwłaszcza oparta na wierze w osobowego Boga-stwórcę) nie są do pogodzenia. "Teistyczny ewolucjonizm" to jakaś dziwaczna hybryda, gorsza od kreacjonizmu, gdyż ten ostatni jest przynajmniej konsekwentny: "odrzucamy naukę, prawdą jest Biblia".
Nauka kreacjonizmu w szkole - jak najbardziej, tyle, że na lekcjach religii. Wierzyć wolno każdemu, w co mu się podoba, natomiast na biologii mówi się o faktach.

Pajewski milcząco zakłada, że Pan Bóg nie jest Stwórcą i Panem czasu, tylko niewolnikiem "Czasu". Żeby było śmieszniej, ten błędny pogląd obalił już św. Augustyn, odpowiednie cytaty w:

http://eiba.pl/1qx4



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska